Czy zamach na Franza Kutscherę był w interesie Abwehry? Sensacje z Generalnego Gubernatorstwa, królestwa Hansa Franka. [WIDEO]

w Historia/Książki


Zachęcamy do obserwowania strony na Twitterze

Generalne Gubernatorstwo – nielegalne „państwo” utworzone przez Niemców na terenach okupowanej Rzeczpospolitej. Jego dzieje rozciągają się na wszystkie lata wojny – od 1939 do 1945 roku. Polakom ten dziwny administracyjny twór kojarzył się głównie z ulicznymi łapankami, egzekucjami, deportacjami do obozów koncentracyjnych lub na roboty przymusowe, a także z dwoma przegranymi powstaniami.

O godzinie 8:50 w piątek, 28 stycznia 1944 roku, uczestnicy akcji pod dowództwem „Lota” zajęli wyznaczone stanowiska na narożniku Alei Ujazdowskich i ulicy Piusa XI. Czterdzieści minut później zeszli z nich, ponieważ tego dnia generalska limuzyna nie pojawiła się na swej stałej trasie. Akcję odroczono więc do najbliższego wtorku, 1 lutego.

Tego dnia kilka minut po dziewiątej Franz Kutschera wyszedł z budynku w alei Róż i wsiadł do swej limuzyny opel admiral, która natychmiast ruszyła w kierunku niedalekiego gmachu komendantury SS i policji. W najbliższych minutach doszło do zamachu na kata Warszawy, wielokrotnie potem opisywanego, a nawet zrekonstruowanego w kilku filmach, z których najbardziej cenię sobie surowy, czarno-biały Zamach Jerzego Passendorfera z 1958 roku.

Przypomnę wiec tylko, że kierowany przez „Misia” (Michała Issajewicza, który czternaście lat później był konsultantem podczas realizacji filmu Zamach) samochód osobowy marki adler zagrodził drogę limuzynie brigadeführera, doprowadzając do czołowego, ale niegroźnego zderzenia. Gdy oba samochody stanęły, do opla podbiegł „Lot” i z pistoletu maszynowego oddał serię do siedzącego wewnątrz wozu Kutschery i jego kierowcy. W tym samym momencie przy samochodzie znalazł się „Kruszynka” (Zdzisław Poradzki) i strzelił do wyskakującego z limuzyny kierowcy, a następnie oddał serię do Kutschery. Wówczas ze swego samochodu wybiegł „Miś” i wraz z „Kruszynką” wyciągnęli zakrwawionego, ale dającego jeszcze oznaki życia Kutscherę, do którego tym razem strzelił „Miś”, prawdopodobnie dobijając
brigadeführera.

Bodaj najwięcej czasu zajęło zamachowcom szukanie po kieszeniach munduru zabitego jego dokumentów. Tych jednak nie znaleźli. Zabrali więc teczkę Kutschery i jego pistolet.

W tym czasie na skrzyżowaniu Alei Ujazdowskich z ulicą Piusa XI trwała już walka akowców z próbującymi spieszyć na pomoc brigadeführerowi Niemcami. Strzały padały z wielu stron. Uczestników akcji miał wspomóc granatami „Ali” (Stanisław Huskowski), który był zastępcą „Lota”. Jednak „Ali” zmagał się z zamkami teczki z granatami, nie mogąc jej otworzyć. Jak później ustalono, gdy „Lot” otrzymał postrzał w brzuch, „Ali” powinien był go zastąpić. Tymczasem coraz bardziej zdenerwowany Huskowski pobiegł w kierunku samochodu opel kapitän kierowanego przez „Bruna” (Bronisława Hellwiga) i nie wykonał tego, czego ze względu na odniesione obrażenia nie mógł zrobić „Lot”. „Ali” powinien ogłosić, że akcja jest zakończona i należy zajmować miejsca w samochodach. „W momencie odskoku od samochodu Kutschery został ranny w głowę »Miś«, któremu krew zalewała twarz. Akcja przedłużała się ponad potrzebę, walka z obu stron trwała. Do ostrzału włączyli się już Niemcy z budynku położonego przy Szopena. […] Rozkazu zakończenia akcji nie było, ranni wycofywali się o własnych siłach, a za nimi reszta. Samochody ruszyły. Zaczęło się wycofywanie, czyli odskok z miejsca akcji” – pisał Piotr Stachiewicz w wydanej w 1982 roku książce Akcja „Kutschera”.

„Ali” w raporcie przedstawionym po akcji twierdził, że obok teczki z granatami miał jeszcze pistolet parabellum i kontynuował walkę, ale o tym milczą inne relacje.

Obok „Misia” ranny został też „Olbrzym” (Henryk Humięcki), a ciężkie rany odnieśli i wkrótce potem zmarli „Lot” i „Cichy” (Marian Senger), zaś dwaj inni uczestnicy akcji, „Sokół” (Kazimierz Scott) i „Juno” (Zbigniew Gęsicki), próbując – wbrew rozkazowi „Lota” – doprowadzić samochód do znanego im garażu, na moście Kierbedzia natknęli się na kordon Niemców. Skoczyli więc do Wisły i w jej nurtach zginęli, zastrzeleni przez żandarmów.

Wśród setek programów kinowych, które zbierałem w dzieciństwie, zachował się i ten ze wspomnianego filmu Zamach. W tekście omawiającym ów obraz można przeczytać: „1 lutego 1944 do samochodu Kutschery mierzą z pistoletów maszynowych ludzie z konspiracji. A potem zaczyna się gehenna rannych, okrwawionych chłopców, błąkających się od szpitala do szpitala po ulicach pełnych szarozielonych mundurów ze znakami SS. To wszystko ujrzymy w filmie. Chociaż niezupełnie… Film nie jest wierną relacją, dokładnym sprawozdaniem o historycznych wypadkach. Tak więc słowo »odtworzenie« nie jest w pełni adekwatne, gdy mowa o Zamachu. To chyba dobrze. Zajmowanie się autentycznymi detalami akcji, skrupulatne liczenie się z prawdą historyczną aż do prawdziwych pseudonimów zamachowców włącznie – jest zadaniem historyka. Historia raz już stworzyła fabułę – zadaniem ambitnego twórcy nie jest niewolnicze kopiowanie”. I konkludując, anonimowy autor tekstu zamieszczonego w programie stawia widzom siedzącym w kinie i czekającym na projekcję Zamachu ważne pytania: „Czy akcja, która pociągnęła za sobą takie ofiary, była potrzebna? Czy był to jeszcze jeden objaw typowego hurra-bohaterstwa, nieprzemyślane szafowanie krwią? A może wyczyn nie poszedł na marne, może dodał zmęczonemu okupacją społeczeństwu ducha odwagi, nadziei, może pokazał, że żadna zbrodnia bezkarnie nie uchodzi?”.

Wróćmy jednak do 1 lutego 1944 roku. Gdy z miejsca akcji wycofali się zamachowcy, do stojących na środku Alei Ujazdowskich samochodów podbiegło kilku Niemców, wśród których był lekarz. On mógł już tylko stwierdzić, że brigadeführer zmarł od kilku strzałów w głowę i pierś. Później Niemcy rozpuścili pogłoskę, że miał jeszcze zmiażdżoną kolbą od rewolweru twarz, co nie było prawdą. Nie można jednak wykluczyć, że podczas wyciągania trupa  Kutschery z samochodu nie mogło nastąpić jakieś mechaniczne uszkodzenie twarzy. Kierowca samochodu dowódcy SS i policji również leżał na ulicy. Był tylko lekko ranny i tuż po postrzeleniu na tyle przytomny, że padł na bruk udając zabitego, co prawdopodobnie uratowało mu życie.

Oprócz Kutschery zamachowcy śmiertelnie postrzelili – wliczając do akcji w Alejach Ujazdowskich również strzelaninę na moście Kierbedzia – pięciu innych Niemców, a dziewięciu ranili. Nie, tego okupant się nie spodziewał. Kilka godzin po zamachu, w Krakowie na Wawelu zabrał głos wyższy dowódca SS i policji w Generalnym Gubernatorstwie i jednocześnie sekretarz stanu do spraw bezpieczeństwa w rządzie GG obergruppenführer SS Wilhelm Koppe. „Nacjonaliści [czyli AK i inne organizacje konspiracyjne podporządkowane rządowi RP w Londynie – przyp. L. A.]
skupili teraz swą główną uwagę na czołowych osobistościach SS i policji, gdyż uważają ich za inicjatorów zaostrzonego kursu. Niemcy nieustannie popełniają błędy. Gdy ruch oporu na podstawie swych obserwacji ustali, którędy zwykle przejeżdża upatrzony funkcjonariusz, przeprowadzenie udanego zamachu nie przedstawia już najmniejszej trudności” – mówił Koppe i postulował, by – jak się wyraził – czołowe osobistości nie jeździły stale tą samą drogą. Sam też wybrał kilka alternatywnych tras dojazdu z Wawelu, gdzie mieszał, do siedziby rządu GG, gdzie urzędował. A mimo to niemal ta sama grupa zamachowców, którzy wykonali wyrok na Kutscherze, pięć miesięcy później na ulicach Krakowa czekać będzie na Koppego…

W odwecie za śmierć dowódcy SS i policji na dystrykt warszawski Niemcy w publicznych egzekucjach rozstrzelali około 200 Polaków i nałożyli na Warszawę i gminy podmiejskie 100 milionów złotych kontrybucji.

W piątek, 4 lutego 1944 roku, z setek mieszkań w centrum Warszawy Niemcy na kilka godzin wypędzili polskich mieszkańców. Alejami Ujazdowskimi, placem Trzech Krzyży, Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem do Deutsches Haus (Domu Niemieckiego, obecnie Pałacu Prezydenckiego) przeszedł kondukt żałobny. Na lawecie armatniej, ciągnionej przez szóstkę koni, jechała trumna z ciałem Franza Kutschery, przykryta flagą z runicznymi znakami SS. Obok szli wysocy rangą oficerowie SS, a w kondukcie kroczyły poczty sztandarowe oraz pododdziały SS i Wehrmachtu, a także liczni dygnitarze różnych szczebli władz hitlerowskich.

„Trumnę – wspominała po latach Teodora Żukowska – ustawiono na parterze, w hallu, wśród sztywnej zieleni laurowych drzewek. Tam Niemcy oddawali oficjalnie ostatni hołd swemu dygnitarzowi, który w przeciągu kilku miesięcy potrafił sobie zarobić na wyrok śmierci Polski Podziemnej. Stałam wśród innych w półmroku, przypatrując się ponuremu widowisku. Cóż mogłam w tej chwili czuć innego jak satysfakcję? Jakież nieludzkie to były czasy! Wesele przepadło, ale ślub się odbył! Obok katafalku stanęła oblubienica z oznakami zaawansowanej ciąży. Urządzono tę niezwykłą ceremonię po to, aby nienarodzone jeszcze dziecko mogło otrzymać nazwisko ojca, który zasłużył sobie na miano kata Warszawy”.

Z Deutsches Haus kondukt Wybrzeżem Kościuszkowskim dotarł do Dworca Gdańskiego, gdzie trumnę załadowano do specjalnego wagonu, którym zwłoki Kutschery przewieziono do Berlina.

Na początku lat 90. XX wieku wychodzący wówczas w Poznaniu tygodnik „Wprost” zamieścił artykuł Podziemie w sieci autorstwa 38-letniego historyka niemieckiego Michaela Foedrowitza. Napisał on miedzy innymi: „Zamach na Franza Kutscherę 1 lutego 1944 roku miał prawdopodobnie wymiar polityczny. Ten plan podziemia znany był dobrze Abwehrze [niemieckiemu wywiadowi i kontrwywiadowi wojskowemu – przyp. L. A.], ale nie uczyniła ona z tej wiedzy żadnego użytku. Może na rękę było jej osłabienie SS? A może Niemcy poświęcili Kutscherę, aby utorować sobie drogę do ważnych rozmów z Polakami? Czy śmierć kata Warszawy była ceną, jakiej żądała strona polska?”. Foedrowitz studiował historię współczesną na Uniwersytecie w Hanowerze, a napisaną w Londynie pracę magisterską poświęcił żydowskiemu ruchowi oporu na okupowanych ziemiach polskich. Dała ona początek jego zainteresowaniom dotyczącym działalności niemieckich sił bezpieczeństwa i sił porządkowych Generalnego Gubernatorstwa w walce z polskim ruchem oporu.

Foedrowitz znał więc temat, a mimo to jak sępy „rzucili” się na niego znani na początku lat 90. historycy polscy, że rzuca oskarżenia nie przedstawiając żadnych dowodów. Albo – jak pisał profesor Tomasz Szarota z Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk – Foedrowitz za prawdę uznał poszlaki, przypuszczenia czy wymagające dopiero udowodnienia hipotezy. Szarota zakwestionował zwłaszcza „ustne i pisemne relacje gestapowców, składane po kilkudziesięciu latach samemu Foedrowitzowi”.

Niemiecki historyk spokojnie odpowiedział swym adwersarzom, że dysponuje nie hipotezami, ale dowodami. „Jeżeli zamach na Franza Kutscherę – pisał – przez całe dziesięciolecia przedstawiany jest jako doskonale od strony organizacyjnej przygotowany, bohaterski czyn polskiego podziemia, a ja znajduję i ujawniam dokument na wcześniejszą znajomość planu tego zamachu przez Abwehrę, to musi to skłonić do istotnych przewartościowań. Oczywiście, można się spierać, czy moje przypuszczenia […] nie idą zbyt daleko, ale fakt przecież pozostaje faktem”.

 

Wydaje mi się, że rzeczywiście niektóre przypuszczenia Foedrowitza szły zbyt daleko i nie wytrzymały próby czasu. Wielu jego hipotez nie da się już udowodnić, co wcale nie świadczy, że zostały one wymyślone. Pytanie, które nas tu interesuje, powinno brzmieć: czy Abwehra mogła znać akowski plan zamachu na Kutscherę? Mogła. Jest bowiem faktem historycznym, że na szczytach hitlerowskich służb specjalnych, między kierowaną przez admirała Wilhelma Canarisa Abwehrą a SS Heinricha Himmlera trwała zacięta walka konkurencyjna. W lutym 1944 roku, a więc krótko po zamachu na Kutscherę, ale bez żadnego z tym związku, Canarisa zwolniono z zajmowanego stanowiska i wysłano na emeryturę, a najważniejsze wydziały Abwehry podporządkowano człowiekowi Himmlera – brigadeführerowi SS i generałowi majorowi Waffen SS Walterowi Schellenbergowi. Jednocześnie pozostawiono go na stanowisku szefa Urzędu VI (wywiad zewnętrzny) Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy.

Gdy wyszło na jaw, że Canaris od lat ściśle współpracował z ludźmi, którzy 20 lipca 1944 roku wysłali pułkownika Clausa von Stauffenberga z ukrytą w teczce bombą do „Wilczego Szańca”, by w zamachu zabił Hitlera, tenże Schellenberg aresztował Canarisa. Były szef wywiadu i kontrwywiadu wojskowego nie przeżył wojny. Na osobiste polecenie Hitlera 9 kwietnia 1945 roku zamordowano go w obozie koncentracyjnym Flossenbürg. W zaświaty zabrał on wiele tajemnic Wielkoniemieckiej Rzeszy.

Jeśli Abwehra rzeczywiście poznała plan zabicia Kutschery przez Armię Krajową, to Canaris i wtajemniczeni oficerowie mogli tę wiedzę zachować dla siebie i spokojnie obserwować, czy żołnierzom Polski Podziemnej uda się unicestwić groźnego także i dla nich generała SS. Bez odpowiedzi pozostaje tylko pytanie, w jaki sposób Abwehra poznała tajny wszak plan zamachu na kata Warszawy? Mówiąc wprost: kto zdradził?

 

W KRÓLESTWIE HANSA FRANKA. Sensacje z Generalnego Gubernatorstwa, Leszek Adamczewski, Wyd. Replika, Zakrzewo 2018. Książkę można nabyć TUTAJ

 

Generalne Gubernatorstwo – nielegalne „państwo” utworzone przez Niemców na terenach okupowanej Rzeczpospolitej.
Jego dzieje rozciągają się na wszystkie lata wojny – od 1939 do 1945 roku. Polakom ten dziwny administracyjny twór kojarzył się głównie z ulicznymi łapankami, egzekucjami, deportacjami do obozów koncentracyjnych lub na roboty przymusowe, a także z dwoma przegranymi powstaniami.

Nie pomijając tych tragedii, autor pokazuje także nieco inne oblicze Generalnego Gubernatorstwa: od losów skarbów kultury po testy z rakietami V-2.

Adamczewski prowadzi czytelników na tajne narady dygnitarzy hitlerowskich, zagląda za kulisy przygotowań do zamachów Armii Krajowej na Franza Kutscherę oraz Hansa Franka i Wilhelma Koppego. Odwiedza schrony dwóch kwater Führera zbudowanych w Generalnym Gubernatorstwie. Próbuje także ustalić, czy Adolf Hitler mógł gościć w klasztorze jasnogórskim w Częstochowie.

Leszek Adamczewski – poznański pisarz i dziennikarz, urodzony w 1948 roku w Szczecinie. Absolwent Uniwersytetu imienia Adama Mickiewicza w Poznaniu. Pracę dziennikarską rozpoczął już na studiach.

Autor prawie trzydziestu książek o zagadkowych i tajemniczych wydarzeniach z lat drugiej wojny światowej, w tym o losach skarbów kultury.
Od 2009 roku współpracuje z Wydawnictwem Replika. Utrzymana w charakterystycznym dla Adamczewskiego stylu książka W królestwie Hansa Franka jest pierwszą w jego dorobku w całości poświęconą Generalnemu Gubernatorstwu.

 

(1139)


Dołącz, porozmawiaj, wyraź swoją opinię. Grupa sympatyków strony Niezlomni.com

Redakcja serwisu Niezłomni.com nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zawartych w komentarzach użytkowników. Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.
Jednocześnie informujemy, że komentarze wulgarne oraz wyrażające groźby będą usuwane.
Ładowanie komentarzy Facebooka ...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

*

Korzystając z formularza, zgadzam się z polityką prywatności portalu

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.