Portal informacyjno-historyczny

fot. Editions Spotkania

„Oni strzelają z ostrych… Następny padł… Widziałem jak ich zabijali”. Reportaże Czunkiewicza ze Majdanu, Smoleńska i Gruzji

w Cytaty/Ważne książki


Zachęcamy do obserwowania strony na Twitterze

Już wiem, że zatrzymano Sławka Wiśniewskiego, naszego montażystę, który wybiegł filmować katastrofę. Widzimy wozy milicyjne i strażackie. Wszyscy biegną w kierunku krzaków. My za nimi – pisze Marek Czunkiewicz w książce „Teatr wojenny. Reportaże. Gruzja, Smoleńsk, Majdan”.

„Najważniejsze być pierwszym”

10 kwietnia 2010

Mniej więcej 30 minut po tragedii docieramy na miejsce. Już wiem, że zatrzymano Sławka Wiśniewskiego, naszego montażystę, który wybiegł filmować katastrofę. Ani mi w głowie teraz nim się zajmować. Widzimy wozy milicyjne i strażackie. Wszyscy biegną w kierunku krzaków. My za nimi. Po drodze kątem oka dostrzegam Piotrka Kraśkę. Przyspiesza i równa do nas.

Milicjanci dopiero grupkami ustawiają kordon. Są duże luki. Robią to niespiesznie i wyraźnie widać, że nie
do tego są wyszkoleni. Przed nami tylko czterech lub pięciu. Po czapkach widzę, że szychy. Co najmniej wyżsi oficerowie: pułkownicy, majorowie. Widząc nas chcą zagrodzić drogę. Nie w tym wieku. Panowie. Biegniemy we trzech. Piotrek, Radek i ja. Krzyczę.

– Wy po łuku. Ja ich biorę na siebie. Teraz!

Chłopcy odskoczyli i pobiegli dalej. A ja wybiłem się. Rozwarłem ręce i nogi i poleciałem na panów oficerów. Pamiętam przerażenie w ich oczach. Trochę ważę, a przy tym zachowałem się jak wariat. Przewróciłem trzech. Czwartego złapałem i trzymałem. Porwałem mu kurtkę. Spadły czapki. Nie biłem się. Dałem się obezwładnić. Chłopcy byli już daleko. Jednak za nimi rzuciło się zbyt wielu. Nie mieli wsparcia. Leżałem w błocie. Musieli się wycofać. Ale coś zrobili. A poturbowani milicjanci mieli klasę. Nie bili, nie zakuli w kajdany. Wzięli legitymację, popatrzyli i stwierdzili, że nie ma sprawy. Rozumieją emocje. Ale takie jest prawo. I oni muszą bronić dostępu do miejsca tragedii. Wypuścili. Bolało mnie tylko ramię i bark. Każdy, kto zna Rosję to wie, że zasłużyłem, co najmniej na 3 lata łagru. Byłem w szoku. Docierali kolejni dziennikarze, operatorzy, fotoreporterzy. Milicja zdążyła już postawić kordon. Ale to taka zwykła milicja, dzielnicowi. Nie ma, co się bać.

– Do przodu. Kurwa, do przodu! Nie bójcie się. To nasz Prezydent! Razem!

Próbowałem jakoś opanować grupę polskich dziennikarzy. Niestety to nie takie proste. Większość osób nie
miała doświadczenia w relacjonowaniu demonstracji. Bali się mundurów. Niepotrzebnie traciliśmy impet
grupy. Niepotrzebnie koledzy weszli w rozmowy. Mieliśmy szansę rozerwać kordon. Wszyscy by nie zrobili zdjęć, ale komuś na pewno by się udało. Niestety nie umiemy działać solidarnie. Rosjanie podciągnęli OMON. Wzmocnili kordon. To koniec. Już się nie uda. Spojrzałem do tyłu. Podjechał wóz satelitarny. Niemal w biegu zaczął się rozkładać. Dojeżdżały ekipy zdjęciowe. Od tej chwili antena była nasza. Mogliśmy relacjonować. Byliśmy pierwsi.

Rozdział „Na froncie propagandy”

Pod koniec sierpnia 2008 roku nie było wielkich walk, ale sytuacja wojenna ciągle niepewna. Niby trwał rozejm, a co i rusz dochodziło do ostrzału. Rosjanie raz się wycofywali, raz wracali na pozycje. Decyduję się przejechać przez góry. Ominąć rosyjskie patrole. Chcę sprawdzić, co się dzieje w zachodniej części kraju, nad morzem, przy granicy z Abchazją. Tam też weszli okupanci, ale jest zdecydowanie mniej relacji o tym, co się tam dzieje. Jedziemy UAZem naszego kierowcy Lewana. (…) Wychodzimy z kamerą. I nagle krzyki ludzi. Nieprzyjazne. Wrogie. To niemożliwe. W Gruzji nas niemal kochają. O co chodzi? Wyjaśnia Dato, nasz gruziński reporter. Wyjaśniam ja. Tłum gęstnieje. W końcu są oznaki porozumienia.

– To Polacy. Uspokójcie się.

Krzyczy starsza kobieta. I od razu zaczyna płakać. Straciła córkę. A my dalej nie wiemy skąd ta początkowa wrogość. Okazuje się, że nie do Polaków. Do telewizji. Przed nami była już tu ekipa. Rosyjska.
– Wszystko nakręcili. I co pokazują. Zobaczcie. Zobaczcie.

Mówi, krzyczy z pięć osób naraz. Po rosyjsku, po gruzińsku. Ciągną do kafejki. Tu młody człowiek odtwarza rosyjski program informacyjny. Ten sam budynek. Jeszcze płonie. Ci sami ludzie w wielkim szoku. Krzyczą, płaczą. Nasza pierwsza rozmówczyni pochyla się nad ciałem. Wszystko jest. Cała tragedia wojny. Prawda. Nie. To nie jest prawda. Rosyjski napis na ekranie „Cchinwali po gruzińskim ataku”. W komentarzu opowieść o barbarzyństwie Gruzinów, o tragedii osetyńskich mieszkańców. A zdjęcia z Senaki, wypowiedzi ludzi z Senaki. To dla nich dramat. Stracili bliskich, dom, dobytek. A do tego okradziono ich jeszcze z godności. Posłużono się przeciwko Ojczyźnie. A mówili chętnie. Niczego nie skrywali. Przeżywali. To były ich emocje, ich intymność. Tego nie zabiły bomby. Zabili ludzie z telewizji. Tacy jak my. (…)

 

Wyjeżdżaliśmy z Senaki z poczuciem odkrycia moralnego barbarzyństwa. W wielkiej złości i w milczeniu.
Nie mieliśmy pojęcia, dokąd jechać. Rosjanie się wycofali, ale gdzie? Jechaliśmy w kierunku Abchazji. Nagle na pustej drodze auto. Stoi na poboczu. Mignięcie światłami. Krótkie i długie. Stajemy. Już wiemy. Przez te kilka tygodni wojny poznaliśmy tajny kod. To gruziński kontrwywiad. Podchodzę.

– Nie jedźcie dalej. Tam stoi rosyjska kolumna. Wygląda jak grupa operacyjna.
– Jak daleko?
– Kilka kilometrów.
– Ale tu miało ich nie być.
– Są.
– Jedziemy. Wiecie, że to ważne.
– Kogo powiadomić jakby co?
Daję numery do biura.
– Powodzenia.
Wracam do auta. Streszczam rozmowę.
– I co jedziemy?
Nikt nie protestuje. Jedziemy.

Rozdział „Igrając z losem”

Kwiecień 2014 roku. Donieck. Od wielu dni relacjonujemy jak na wschodniej Ukrainie rozlewa się pożoga
separatyzmu. To już nie jest sprzeciw wobec nowych władz w Kijowie. To jawna wojna przeciwko Ukrainie. Niedługo zostanie określona, jako „hybrydowa”. Bez wypowiedzenia i bez oficjalnego wskazania agresora. Wszystko rękoma samych mieszkańców, którzy uwierzyli wrogiej propagandzie. To tak naprawdę rzeczywisty obraz zwycięstwa wojny informacyjnej i doskonałego planu dywersyjnego. Tam gdzie narastają emocje niezadowolenia pojawiają się, specjalnie przygotowani, agitatorzy. Zazwyczaj tutejsi lub pochodzący z tych terenów. Podgrzewają napięcie, organizują wiece. Nikt im nie przeszkadza. Urzędnicy, prokuratorzy, milicjanci albo pakują się i uciekają albo zaczynają gorąco popierać przewrót. Tu żyją i chcą przeżyć. W momencie gdy niezadowolenie sięga zenitu, a na ulicach gromadzą się tłumy pada hasło „Przejmijmy władzę”. To wystarcza, aby mieszkańcy poszli przejąć jej symbole – budynki miejskiej lub obwodowej administracji i znienawidzonej Służby Bezpieczeństwa Ukrainy. W tym momencie już nie są sami. Ujawniają się, wcześniej przysłani i przygotowani, doradcy. Najczęściej emerytowani oficerowie armii rosyjskiej. W rzeczywistości aktywni agenci rosyjskiego wywiadu. Oni dowodzą. Oni znają plan i priorytety. Na wszelki wypadek, gdyby coś się nie powiodło, a także, aby buntownicy czuli wsparcie pojawiają się osławione „zielone ludziki”. To świetnie wyszkoleni żołnierze rosyjskiego specnazu, świetnie wyposażeni i uzbrojeni, ubrani w ciemnozielone mundury i hełmy bez jakichkolwiek oznaczeń. Elita szturmowców. Tworzą z miejscowych zbrojne oddziały. Wskazują cele. Rozkazują.

Taki scenariusz dzień po dniu obserwowaliśmy w kolejnych miastach Donbasu. Codziennie gdzieś zdobywano budynki, codziennie gdzieś dochodziło do strzelaniny. Zjeździliśmy niemal cały region. Od Ługańska po Mariupol. Bazę mieliśmy w Doniecku. Ale i tu z dnia na dzień zmieniała się atmosfera. Było coraz niebezpieczniej. Siedziba władz regionu od dawna była w rękach separatystów. Do tej pory jednak odczuwaliśmy tylko słowne ataki agresji. Zaczęły się też fizyczne. Podczas jednego z wejść „na żywo” Pawła Szota otoczyła grupa młodzieńców z pałkami. Leciały epitety. Zaczęły się popychania. Stojący obok milicjanci zamknęli się w aucie. Bijatyka wisiała w powietrzu. Atmosferę udało się rozładować. Kolejny raz myśleliśmy, że to już koniec. Nawet relacjonująca do „Wiadomości” Arleta Bojke powiedziała na antenie, że relacja może być, w każdej chwili przerwana. Staliśmy pod samym budynkiem władz. Trwał program. Nagle komuś coś się nie spodobało. Do wozu satelitarnego podbiegło kilkunastu mężczyzn. Wraz z inżynierami zamknęliśmy się w środku. Rozpoczęło się dobijanie. Rękoma, nogami, pałkami. Napastnicy rozbujali auto. Wewnątrz wiedzieliśmy, że nadajemy „na żywo”. Aby nie przerwać emisji każdy z nas trzymał jakiś kluczowy element stacji – koder lub wzmacniacz. Samo bujanie sygnału nie zerwało, bo antena na dachu to była tylko atrapa. Prawdziwą łączność utrzymywaliśmy przez antenę stojącą kilkanaście metrów dalej i zamaskowaną w krzakach. Po wejściu, poobijani, otworzyliśmy drzwi. Mężczyźni agresywnie wyciągnęli nas. Zajrzeli do środka.

– Co pokazujecie? Szpiegujecie nas!
– Przekazujemy to, co pokazuje tamta kamera naprzeciw administracji. Tu nie ma innych kamer.
– Kto to ogląda?
– Cała Europa.
– Nie potrzebujemy Europy.
– Stoimy tu drugi tydzień. Co się stało?
– Szukamy ukraińskich szpiegów.

I to było sedno sprawy. Zamkniętym w budynku młodym buntownikom puszczały nerwy. Dowództwo
robiło im kilka razy na dobę ostre alarmy. Co chwilę rozchodziła się plotka, że będzie szturm. Patrolowali
puste ulice. Biegali wokół budynku. Zajmowali pozycje. Czekali. I nic. Raz, dwa, trzy… pięćdziesiąt. I nic. Nikt nie atakuje. Atakuje tylko adrenalina. To celowe działanie rosyjskich dowódców.

Marek Czunkiewicz, „Teatr wojenny. Reportaże. Gruzja, Smoleńsk, Majdan”, Editions Spotkania, Warszawa 2016.

Książkę można nabyć TUTAJ.

(1150)


Dołącz, porozmawiaj, wyraź swoją opinię. Grupa sympatyków strony Niezlomni.com

Redakcja serwisu Niezłomni.com nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zawartych w komentarzach użytkowników. Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.
Jednocześnie informujemy, że komentarze wulgarne oraz wyrażające groźby będą usuwane.
Ładowanie komentarzy Facebooka ...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

*

Korzystając z formularza, zgadzam się z polityką prywatności portalu

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Idź na górę