dzieci w Piszu (1928 r.)

Jak propaganda niemiecka próbowała przed wojną odwrócić Mazurów od Polski. I bardzo wymowna reakcja chłopaka, który po raz pierwszy usłyszał język polski. „Wystarczy jeden rok okupacji polskiej, a niemczyzna zniknie”

w Kultura/Mocne słowa


Zachęcamy do obserwowania strony na Twitterze
dzieci w Piszu (1928 r.)
dzieci w Piszu (1928 r.)

Obiad jemy w towarzystwie nauczyciela z miejscowej szkoły. Mówię mu o kukuku, o ćwiczeniach dzieci i zapytuję z głupia frant, czy szkoła ma wielkie trudności z dziećmi mazurskimi, które zapewne przychodzą bez znajomości języka.

— Ależ skąd — oburza się pan nauczyciel — dzieci świetnie znają niemiecki z domu.

Nie chcę mu wypominać artykułu jego kolegi Ruchatza, który czytałem w Lehrer-Zeitung, w którym ten pedagog stwierdza, że

50% dzieci, przybywających do szkoły, mówi tylko po mazursku, do 80% zaś ogólnej liczby dziatwy używa języka polskiego na równi z niemieckim. „Tak, jak się warunki na Warmii i Mazurach przed­stawiają — pisze p. Ruchatz — wystarczy jeden rok okupacji polskiej — oby Bóg nas od tego strzegł — a niemczyzna w kraju granicznym zniknie”.

Kiedy tak futrujemy się zupką kminkową na zimno, z pływają­cymi w niej słodkimi ciasteczkami (diabelski wymysł), słyszę nad sobą:
— Diobeł! toć waść mówzio po mazursku?

Wiem, że słowo „diabeł” w krainie Smętka jest przekleństwem potocznym jak u nas „psiakrew” i śląskie „pierona”, i służy też do wyrażania zdumienia.
Nie obrażam się więc, a przeciwnie, czuję, że ów waść od razu przerzuca między nami więź. Więc odpowiadam szybko:
— Nie po mazursku, tylko po polsku.
Toć nie cygańta — odpowiada młody, dźwięczny głos — dyć jo syćko rozumiem.

— Podnoszę głowę. Przede mną stoi młody chłopak lat dwudziestu kilku i życzliwie się śmieje wspaniałymi zębami.

Rozśmieszył nas i wzruszył:
— Jak nie wierzycie, to mówcie z córką, taki młody dziewcak nie będzie cygonił.

Sancho Pansa [córka Wańkowicza – red.] tedy zaczyna trzepać jak z nut. W miarę, jak to trwa, twarz chłopaka przybiera całą gamę uczuć: widać na niej najpierw błogie zadowolenie, potem skoncentrowaną uwagę, wresz­cie silne wzruszenie.

Chłopak „zakleszczył się” (zapalił się), wali mnie po ramieniu tak, że mi ręka cierpnie, i krzyczy na całą karczmę jak w polu:
— Toć jo syćko rozumiem, toć jo syćko rozumiem. Nie cy­ganita? To tak ludzie w Polsce mówzio? Dyć to naso gadko. Toć jo mogę wsendy Polskom reizować…

Jest jak ów pan Jourdain, który nagle się dowiedział, że mówi prozą. Świadomość, że on, dziecko zaszczutego ludu metysów, miszvolku, którego dzieciom w szkołach w XX w. przyłapanym na polskiej rozmowie, kazano nosić hańbiącą deskę z napisem Pollack, jest krewnym, jest krew z krwi wolnego narodu, który tuż przez granicę ma swój rząd i swoje wojsko… Świadomość, że oto dosyć tę granicę przekroczyć, a będzie mówił językiem pełnoprawnym, którym tam zapewne mówi i policjant, i wójt, i wszyscy aż do najwyższego generała… Skłębione uczucia nie mogą sobie znaleźć ujścia w słowach. Patrzy rozjaśnionymi oczami i powtarza: „toć jo rozumiem”, jakby obmacywał jakiś cenny a nieogarnięty jeszcze całkowitą świadomością dar.

— Psiwa — woła do gospodarza — psiwa dla nich (to znaczy dla mnie) i dla frejlinki. To nama tu poziedajo, co Poloki lichy naród, a to chłopy fest!…

Nowe palnięcie w ramię wali się na mnie jak grzmot.

Gdzieś tam dr Bruno Hoffman wydaje może nową książkę, w której rozwija ganz genau tezę zawartą w jego ostatnim dziele. Mianowicie, że ,,Mazurzy posiłkują się jako mową domową dia­lektem, który od polskiego języka (hochpolnisch) jest tak różny, że ten ostatni jest dla Mazura niezrozumiały”.

Ten pseudodialekt mazurski robią Niemcy, z tych lub innych względów zmuszeni nim się posiłkować: tłumacze sądowi Niemcy, którzy cyganią, że znają polski język, bo to dla nich chleb, pastorzy, którym nakazano mówić kazania polskie. Słyszałem tę oficjalną polszczyznę: większej zbrodni świat jeszcze nie wymyślił. Naj­zabawniejsze, że Niemcy są przekonani, że ten volapük straszliwej polsko-niemieckiej mieszaniny to jest właśnie polski język. Gdy rdzenny Polak z Pomorza zda­wał egzamin na tłumacza sądo­wego, starszy tłumacz sądowy, rdzenny Mazur, powiedział: „Ależ waść, panie G., licho umnieją po polsku; kto chce być tłumaczem sądowym, ten musi fajn po pol­sku umnieć”.

 Melchior Wańkowicz, fragment książki „Na tropach Smętka”

(46)


Dołącz, porozmawiaj, wyraź swoją opinię. Grupa sympatyków strony Niezlomni.com

Redakcja serwisu Niezłomni.com nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zawartych w komentarzach użytkowników. Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.
Jednocześnie informujemy, że komentarze wulgarne oraz wyrażające groźby będą usuwane.
Ładowanie komentarzy Facebooka ...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

*

Korzystając z formularza, zgadzam się z polityką prywatności portalu

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.