„Wyrwana z piekła”. Historia dwukrotnie porwanej przez obcą armię, która spędziła 53 lata poza ojczyzną

w Wspomnienia i pamiętniki


Zachęcamy do obserwowania strony na Twitterze
Gertruda Jutrzenka-Trzebiatowska
B. Reszka i „Porwana” Gertruda Jutrzenka-Trzebiatowska

TOMASZ CZAPLA: – Historia pani Gertrudy jest dość niezwykła – rzadko zdarza się, aby ktoś został dwukrotnie porwany przez obcą armię i spędził aż 53 lata poza swoją ojczyzną. W jaki sposób zetknął się Pan z jej historią? Czy to był w założeniu dwuczęściowy cykl, czy pomysł Wyrwanej z piekła narodził się później?
EDMUND SZCZESIAK: – Nie jestem odkrywcą tej historii, pierwszy o Gertrudzie napisał Mirosław Bukowski, wówczas nauczyciel w Borowym Młynie, współpracujący z „Dziennikiem Bałtyckim”. Poruszony jej przeżyciami, opublikował na łamach „Dziennika” artykuł pt. Branka. Byłem wówczas redaktorem naczelnym „Wieczoru Wybrzeża”, którego z „Dziennikiem” łączył wspólny wydawca. Odezwała się wówczas we mnie natura reportażysty i temat wydał mi się materiałem nie tyle na artykuł, co książkę. Zajmuję się bowiem głównie pisaniem reportaży, a funkcje administracyjne pełnię dodatkowo. Wybrałem się więc do pana Bukowskiego, który zgodził się „odstąpić” mi temat, zachęcał nawet do dalszego opisywania historii Gertrudy. Chodziło wówczas o nagłośnienie sprawy i wsparcie jej starań o polski paszport. Drukowana najpierw w odcinkach w „Wieczorze”, a potem jako książka, Porwana, przyczyniła się do tego, że nasza bohaterka została ponownie Polką.

Od tamtego czasu minęło 15 lat, ale historia Gertrudy się nie skończyła. Przyznanie obywatelstwa sprawiło, że mogła ona otrzymać pomoc finansową i medyczną od polskiego państwa. Miało to znaczenie, kiedy Gertruda złamała biodro i nie mogła się samodzielnie poruszać. Z Borowego Młyna trafiła do szpitala, a stamtąd do zakładu opiekuńczo-zdrowotnego. Nie było jej dane wrócić do Borowego, ale dzięki obywatelstwu możliwe było umieszczenie jej w Domu Pomocy Społecznej w Lęborku. Tam pozostaje pod dobrą i fachową opieką. Uznałem, że warto dokończyć tę opowieść, a bezpośrednim impulsem do napisania Wyrwanej były przypadające we wrześniu 90. urodziny Gertrudy.

Deportacje Polaków w głąb Związku Radzieckiego były przez lata tematem, o którym nie można było mówić ani pisać. Pan, jako jeden z pierwszych, przełamał ten krąg milczenia.
EDMUND SZCZESIAK: – Był to temat tabu dla władzy, ale przede wszystkim dla samych deportowanych. Poświęciłem dużo czasu na rozmowy z Gertrudą i dopiero po jakimś czasie udało mi się pozyskać jej zaufanie. Jej los, choć jeszcze bardziej dramatyczny, uosabiał przeżycia setek Pomorzan i Kaszubów, których pod koniec wojny czekała zsyłka i przymusowa praca w ZSRR. O tych wydarzeniach nie wolno było mówić przez 1989 rokiem. Jako pierwszy, jeszcze przed transformacją, przerwałem zmowę milczenia i napisałem reportaż o rodzinach borowiackich spod Tucholi, których członkowie zostali deportowani (Świadek milczenia – 1988, przyp. red.). Był to opis, jak Rosjanie z jednej wsi wywozili nie tylko mieszkańców, ale nawet przypadkowych ludzi. Syn jednego z wywiezionych prowadził zapiski dotyczące wywózki, ale musiał zmagać się z wszechobecną ciszą. Najmniej dowiedział się od własnego ojca, zesłańca, który nie chciał, aby cokolwiek wiedział na ten temat. To najlepiej świadczy, jak przerażające były to wspomnienia.

Historia pani Gertrudy rozpoczyna się na dobre w momencie, gdy poznaje swojego przyszłego męża, Hansa. Z jednej strony niemiecki żołnierz, przybywający na urlop z frontu w Norwegii. Z drugiej polska dziewczyna o szlacheckich korzeniach, sama zajmująca się gospodarstwem. Nie znali nawet swoich języków, ale miłość zwyciężyła.
EDMUND SZCZESIAK: – Benedykt Reszka, który sprowadził Gertrudę do Polski, miał 8 lat, gdy doszło do ich ślubu. Był on krewnym Hansa i jako członek rodziny, uczestniczył zarówno w ślubie, jak i weselu. Wspomina, że to była niezwykła miłość, mimo barier językowych czy mentalnych. Pasowali do siebie – Gertrudę określano, jako „najpiękniejszą dziewczynę we wsi”, ze zdjęć Hansa również przebija jego uroda. To był czas okupacji, ich matki zeswatały parę (normalnie zajmują się tym na Kaszubach rajcy), a potem Hans wrócił do Norwegii. Przez rok utrzymywali listowny kontakt, a w październiku 1943 roku on przyjechał i natychmiast odbył się ślub. Później ich losy potoczyły się tragicznie (Gertruda trafiła na zesłanie, Hans przebywał w niewoli w Norwegii, potem powrócił do Niemiec), ale miłość nie zna różnic narodowościowych czy religijnych. Obydwoje, mimo upływu lat i różnych przeżyć pamiętali o sobie. Mało brakowało, aby spotkali się po półwieczu. Hans chciał nawet poślubić Gertrudę, ale zmarł w 1996 roku, na dwa lata przed jej przyjazdem.

– Zgodziłby się Pan, że tłem dla historii pani Gertrudy są często ważne, ale mało znane lub pomijane wydarzenia historyczne? Np., gdy opisuje Pan jej ucieczkę, na drugim planie znajduje się dramat uciekających cywilów z Prus Wschodnich. Od stycznia do maja 1945 r. stamtąd ewakuowano ponad 2 miliony ludzi.
EDMUND SZCZESIAK: – Przez Borowy Młyn przetaczały się kolumny uciekinierów zmierzających na zachód. Gertruda wykorzystała to i zabrała się razem z nimi. Jako żona Niemca, mogła być uznana za kolaborantkę, a wówczas czekałby ją stryczek. W tłumie była anonimowa, a dalej miała się dostać do Berlina, do przyrodniej siostry lub wuja Hansa. Celem jej i setek Niemców była Gdynia – opisuję, jak pomorskimi drogami poruszały się „westernowe” wozy uchodźców, z półokrągłymi plandekami. Był to wielki dramat, możemy nad nim ubolewać, ale to nie myśmy tę wojnę rozpętali. Niestety, taka była cena społeczeństwa za zawierzenie Führerowi.

– Przytaczane przez Pana relacje opisujące wkroczenie żołnierzy radzieckich na Pomorze wzbudzają grozę. Dla Sowietów nie miało znaczenia, czy te ziemie są niemieckie czy polskie, były to tereny „trofiejne”, zdobyczne. Tak też została potraktowana pani Gertruda.
EDMUND SZCZESIAK: – Na to, że Gertrudę zabrano z Gdyni miała wpływ jej uroda – dar, który okazał się przekleństwem. Na wybrzeżu czuła się wtopiona w tłum i również to mogło ją zgubić. Przed wyjazdem zatrzymała się u kuzynek, tam czuła się bezpieczna, ale gdy zobaczył ją radziecki oficer, natychmiast kazał, jak mówi Gertruda, „zakluczyć”. Jest to niewątpliwie bestialstwem, ale trzeba mieć na uwadze ówczesny stosunek Armii Czerwonej do tych ziem. Dla nich to była Rzesza, w związku czym czuli się tu bezkarni, nikt ich nie rozliczał z popełnionych zbrodni. Można powiedzieć, ze były to „skutki uboczne” przejścia frontu.

Wcielenie niektórych terenów Polski, w tym Pomorza, do Niemiec w 1939 r. tworzyło rozróżnienie na Generalną Gubernię i ziemie pozostające w granicach Rzeszy. W świadomości sowieckiej ta pierwsza oznaczała jakąś formę polskiej państwowości, a pozostałe ziemie były „niemieckie”. Poza tym, Armia Czerwona wkroczyła do Gdyni od strony Wału Pomorskiego, który leżał jeszcze w przedwojennej Rzeszy. Sowieci dali więc na polskim Pomorzu upust swej nienawiści do Niemców i wszystkiego, co niemieckie. Gertrudę potraktowali, jak zdobycz i zabrali ze sobą, pozwalając tylko na pożegnanie z kuzynką. Odbyła ona z czerwonoarmistami cały szlak bojowy do Berlina, przez Starogard, Chojnice i Wałcz.

– W Berlinie pani Gertruda przebywała jakiś czas u przyrodniej siostry Anny Landzinski. Tam czekała na przyjazd Hansa, ale żadne wiadomości od niego nie nadeszły. Zdecydowała się więc wrócić do Kaszub razem z żołnierzami radzieckimi. Nie zdawała sobie sprawy z zagrożenia, jakie ta decyzja niesie ze sobą?
EDMUND SZCZESIAK: – Po domu, w którym miała się spotkać z Hansem, u jego wuja, został tylko lej. Trafiła tam bomba, a Gertruda przez jakiś czas mieszkała u siostry. Pierwsze miesiące w Berlinie oznaczały jednak straszliwe warunki mieszkalne, sanitarne i Anna namówiła ją do powrotu na Kaszuby. Zabrała się więc transportem z czerwonoarmistami, to był prawdopodobnie koniec lipca 1945 roku. Minęło trochę czasu od kapitulacji Niemiec i wydawało się, że podróż, nawet w towarzystwie żołnierzy, jest bezpieczna. Anna Ulatowska, która wiele lat później opiekowała się siostrą Gertrudy, wspominała, że jej podopieczna nie mogła sobie darować, że puściła siostrę w podróż. Tymczasem pijani żołnierze wyprowadzili młode dziewczyny, w tym Gertrudę, z wagonu dla cywilów (był tylko jeden) i zabrali do swojego przedziału. Gdy pociąg przejeżdżał przez miasta, porwane „branki” nakrywano kocem, aby nikt ich nie rozpoznał. W Brześciu nastąpiła przesiadka i Gertruda innym pociągiem trafiła do Lwowa. Tam, po miesiącu, otrzymała nowe nazwisko – Nina Juszczenko, i nastąpił ostatni etap zsyłki, z metą w Archangielsku.

– Opisuje Pan Archangielsk, jako „wrota Arktyki”, skąd ruszały ekspedycje polarne. Dla pani Gertrudy był to początek pobytu w „sowieckim raju”, co oznaczało zakaz korespondencji i katorżniczą pracę przy wyrębie lasu.
EDMUND SZCZESIAK: – Początkowo był to pobyt w obozie pracy, gdzie Gertruda zajmowała się rąbaniem gałęzi. Razem z nią pracowali m.in. jeńcy niemieccy, ale sama nazwa „obóz” może mylić. Nie było to miejsce otoczone drutem kolczastym i strażnikami, niektórym osobom, tzw. „półwolnym” pozwalano na wyprawy do miasta. Do tej kategorii zaliczała się Gertruda i mogła opuszczać obóz, ale nie miało to większego znaczenia. Z Archangielska nie było ucieczki, była to strefa zmilitaryzowana, funkcjonowała tam baza wojskowa. Z czasem Gertrudę przeniesiono do pracy w kuchni na statku, a po kilku miesiącach zaczęła pracować w restauracji. Przez cały ten okres zalecał się do niej były marynarz, Piotr Wołkow, który aby być blisko Gertrudy, zrezygnował z pływania. Przychodził do restauracji na wódkę, odprowadzał ją, aż w końcu został jej mężem.

– Ślub z Wołkowem nie wynikał z miłości, był to rodzaj kontraktu. Dzięki małżeństwu pani Gertruda przestawała być traktowana jako ktoś obcy, tzw. „inostraniec”. Z kolei Wołkow, jako żonaty, zyskiwał szansę na wyjazd do pracy na Syberii. Czy Gertruda o tym wiedziała?
EDMUND SZCZESIAK: – Niestety, Wołkow poślubiając Gertrudę, nie kierował się tylko uczuciem. Z jego strony to był podstęp, z czego nasza bohaterka nie zdawała sobie sprawy. Jako kawaler, nie miał szans, aby wyjechać do pracy w Wierchojańsku (miasto w Rosji, w Jakucji – przyp. red.). Miał już przygotowane papiery, potrzebował tylko aktu małżeństwa. O wyjeździe Gertruda dowiedziała się nazajutrz po ślubie, nie miała nawet czasu zaprotestować. Wołkow natychmiast zaprowadził ją do biura rekrutującego pracowników, gdzie złożyła podpis na stosownych dokumentach. Trafili na Jakucję, syberyjski biegun zimna, gdzie temperatura dochodzi do -70 stopni Celsjusza. Tam pracowali na statku transportującym „zeków” (zek to skrót od „zakluczonnyj” – ros. więzień, przyp. red.) z łagru do kopalni węgla. Wołkow został palaczem, a Gertruda pracowała w kuchni. Na szczęście, „przygoda” z biegunem zimna trwała krótko, po półtora roku Wołkow zachorował, i wrócili do Archangielska.

Charakter Wołkowa ujawnił się w pełni dopiero po powrocie z Syberii. Dla pani Gertrudy to było 11 lat małżeńskiego piekła, które o mały włos nie skończyło się tragicznie.
EDMUND SZCZESIAK: – Wołkow był alkoholikiem, ale przez długi czas skutecznie ukrywał swój nałóg. Kiedy ponownie zamieszkali w Archangielsku, stopniowo coraz bardziej pogrążał się w chorobie. Wpłynąć na jego zachowanie mogła jedynie matka, jak mówi Gertruda, „dobra kobieta”. Coraz rzadziej się to jednak udawało, Wołkow pił i nie pracował, żyli z pensji Gertrudy. Nasza „wyrwana” starała się powstrzymać męża od alkoholu, walczyła z nim, ale gdy odmawiała pieniędzy na wódkę, Wołkow po prostu szalał. Zakończyło się to dramatycznie: pewnego wieczoru przyszedł do domu pijany i dźgnął Gertrudę nożem. Przebił swoją żonę na wylot, zmiażdżył dwa żebra, co skończyło się dla niej pięciomiesięcznym pobytem w szpitalu. Bezpośrednią przyczyną ataku był prawdopodobnie list, który Gertruda otrzymała z Polski. Rodzina zapraszała ją do kraju, a Wołkow, który go przeczytał, zrozumiał, że żona chce go zostawić. Nie chciał się z tym pogodzić, choć Gertruda nie miała takich planów, i postanowił ją „ukarać”. Skazano go na cztery lata, i dodatkowo, zakaz pobytu w Archangielsku. Prosił Gertrudę o wybaczenie i wstawienie się za nim u sędziów, ale odmówiła. Nie chciała mieć z nim nic wspólnego.

– Wspomniał Pan o liście, który Gertruda otrzymała z Polski. Czy ta korespondencja z rodziną była stała? Archangielsk był przecież strefą zamkniętą, przez długi czas nie można było stamtąd wysyłać listów.
EDMUND SZCZESIAK: – Pierwsza wiadomość dla rodziny, że Gertruda żyje, dotarła przez księdza, zesłańca, który wracał z Archangielska do Polski. To była pierwsza połowa lat 50., dopiero po XX zjeździe KPZR i odwilży Chruszczowa nawiązany został kontakt listowny. Wcześniej, w czasach stalinowskich, w ogóle nie można było wysyłać listów za granicę, Archangielsk był miastem odciętym od świata. W listach krewni zapraszali Gertrudę do kraju, Wołkow to opacznie zinterpretował i doszło do tragedii. Do rodziny pisała po rosyjsku, wtedy panowała cenzura, a pisanie po polsku przez Ninę Wołkow, obywatelkę radziecką, mogło być podejrzane.

Potem kontakt kilkakrotnie się urywał, najpierw w latach 80., kiedy narodziła się „Solidarność”, i w latach 90., gdy Gertruda zmieniła mieszkanie. Benedykt Reszka napisał wreszcie list do ambasady polskiej w Moskwie – nadeszła odpowiedź. że Gertruda nie życzy sobie kontaktów z krewnymi. Po czasie okazało się, że dwójka milicjantów, która odwiedziła ją w tej sprawie, dopisała w notatce, że nie chce mieć z Polską nic wspólnego. Jedno kłamstwo, a mogło na dobre zerwać łączność z rodziną. Determinacja Reszki jednak przeważyła i z Lwowa wysłał drugi list, pod adres Gertrudy, który znajdował się w liście z ambasady. Tym razem otrzymał pozytywną odpowiedź – że kuzynka żyje i chciałaby przyjechać do kraju.

Czy pani Gertruda miała na zesłaniu jakiś kontakt z rodakami? Mówił pan o innym przesiedleńcu, księdzu, który przekazał wiadomość jej rodzinie.
EDMUND SZCZESIAK: – Pewnego razu do Archangielska przyjechał polski cyrk i gdy Gertruda się o tym dowiedziała, udała się do namiotu cyrkowego. Została tam cieple przyjęta przez Polaków, posadzono ją na widowni, gdzie oglądała widowisko, a potem zaproszono na kolację z szampanem. Jeżeli chodzi o księdza, to Gertruda za jego pośrednictwem skontaktowała się z rodziną, ale nic więcej o nim nie mogła powiedzieć. Nie pamiętała żadnych szczegółów, ale wiele lat później (w latach 80.) spotkała polską grupę, w której był inny ksiądz. Było to przypadkowe spotkanie – jechała autobusem, gdy usłyszała rozmowę w języku polskim. Podeszła do tej grupy i powiedziała, że jest Polką. Ów ksiądz pochodził ze Słupska i wiedział, gdzie znajduje się Borowy Młyn. Chciała ich zaprosić do siebie, ale nie mieli czasu, byli chyba na wycieczce. Zgodzili się jednak przekazać list do rodziny i w ten sposób krewni dowiedzieli się, że Gertruda żyje i ma się dobrze. To był taki znak życia w momencie, kiedy listy z Archangielska nie dochodziły do Polski.

– Długoletni pobyt w Związku Radzieckim musiał odcisnąć piętno na pani Gertrudzie. Jak to odbiło się w jej świadomości, mentalności?
EDMUND SZCZESIAK: 

– 53 lata życia w głębi Rosji zrobiły swoje i Gertruda musiała „przesiąknąć” wszystkim, co jest typowe dla tej części świata. Wyraża się to chociażby w języku – jak tu przyjechała, mówiła łamaną polszczyzną, mieszała słowa polskie i rosyjskie. Po kilkunastu latach pobytu w Polsce mówi poprawniej, ale te wtręty rosyjskie czy rusycyzmy wciąż są obecne. Przyzwyczaiła się do tamtejszej mentalności, sposobu życia i tego nie da się nie zauważyć. Lubi „wódeczkę”, choć z racji wieku w śladowych ilościach, i pali papierosy, mimo 90 lat na karku. W książce przytaczam taki epizod, kiedy podczas Światowych Dni Sybiraków w Szymbarku staram się zorganizować dla niej tę „wódeczkę”. To jest charakterystyczne, ale wydaje mi się, że lata młodości w Polsce również wywarły na nią wpływ i Związek Radziecki tego nie zatarł. Potwierdzają to pierwsze chwile po jej powrocie – kiedy zobaczyła napis na drogowskazie „Borowy Młyn”, popłakała się i wykrzyczała do Benedykta, że jest w domu.

Co należało do największych trudności w rozmowach z panią Gertrudą? Mówił Pan, że niełatwo było zdobyć jej zaufanie.
EDMUND SZCZESIAK: – Gertruda była trudną rozmówczynią, lata w Archangielsku pozostawiły trwały ślad w jej pamięci. Długo trwały starania, aby zdobyć jej zaufanie, dopiero po kilku miesiącach otworzyła się przede mną i tylko częściowo. Nie ułatwiały sprawy wspomniane problemy z językiem. Musiałem zgromadzić sporo dokumentacji „kontekstowej”, aby nie tylko potwierdzić przekazane przez nią informacje, ale ustalić niektóre fakty. Moja bohaterka nie chciała wracać do najgorszych wspomnień, na pewno wpływa na to strach, który towarzyszył jej przez większość życia. Nawet po otrzymaniu polskiego obywatelstwa Gertruda obawiała się, że zostanie deportowana do Rosji. Myślę jednak, że w ostatecznym rozrachunku to ona wygrała i to coś więcej niż polski paszport. Wygrała swoje życie.

Niestety, przyjazd pani Gertrudy do Polski nie oznaczał happy endu.
EDMUND SZCZESIAK: – Dzięki determinacji wspomnianego już Benedykta Reszki i jej bratowej, Gertrudę udało się sprowadzić do kraju, ale to rodziło kolejne problemy. Przyjechała ona do Polski na podstawie wizy na pobyt czasowy, co oznaczało, że po kilku miesiącach powinna wrócić do Rosji. Wiza repatriacyjna nie wchodziła w grę, gdyż jej załatwianie trwałoby lata i wiązało się z licznymi formalnościami. Jeszcze, gdy Gertruda przebywała w Archangielsku, była możliwość starania się o taką wizę, ale musiałaby wówczas jeździć do Moskwy. Dla starszej, schorowanej kobiety było to ponad siły. Doszły do tego problemy finansowe, Gertruda jeszcze w Rosji przez pewien czas nie dostawała emerytury. Z kolei w Polsce, jako cudzoziemce, nie przysługiwały jej żadne świadczenia ze strony państwa. Istniała pewna furtka – gdyby Gertruda zdążyła ponownie wyjść za mąż za Hansa, w razie jego śmierci przysługiwałaby jej po nim emerytura. To mogło rozwiązać kwestie finansowe, ale, jak już mówiłem, Hans zmarł na dwa lata przed przyjazdem Gertrudy. W tej sytuacji najlepszym wyjściem zdawało się staranie o przyznanie jej polskiego obywatelstwa. Dzięki zaangażowaniu wielu osób i burzy medialnej, jaka powstała wokół tego tematu, prezydent Kwaśniewski przyznał Gertrudzie obywatelstwo ekspresowo, w ciągu 4 miesięcy (według procedur, aby otrzymać polskie obywatelstwo, trzeba przebywać w kraju minimum 5 lat – przyp. red.).

– Głównym materiałem, który wykorzystał Pan przy pracy nad książką, były rozmowy z panią Gertrudą. Musiały być one konfrontowane z innymi relacjami, dokumentami, wspomnieniami itd. Z jakich dodatkowych źródeł korzystał Pan przy przygotowywaniu Wyrwanej?
EDMUND SZCZESIAK: – Nieocenioną pomocą wykazał się wielokrotnie przywoływany przeze mnie Benedykt Reszka. Jest to nie tylko kronikarz rodzinny i regionalista, ale również autor kilku książek. Pokazuje w nich, jak wyglądało wkraczanie Armii Czerwonej w szerszej perspektywie, obejmującej całe Gochy (region, stanowiący część Kaszub, obejmujący obszar powiatu bytowskiego – przyp. red.). Wykonał wielką pracę, jeśli chodzi o wypełnienie luki w dziejach Pomorza, obejmującej tamte wydarzenia. Gdyby nie on, to świadkowie historii, tacy jak Gertruda, mogliby odejść w zapomnieniu. Nikt o tym nie mówił, przez długie lata upublicznianie takich faktów, jak sowiecka okupacja, deportacje na Sybir czy zbrodnie wojenne czerwonoarmistów, groziło represjami.

Korzystałem także z innych relacji. Cenię sobie informacje zdobyte w Małym Kacku, gdzie mieszkają kuzynki Gertrudy. Dzięki nim udało się ustalić, jak wyglądały jej ostatnie chwile przed pierwszym uprowadzeniem. Była to wiedza „z pierwszej ręki”, gdyż jedna z nich, Monika Klapkowska, żegnała się z Gertrudą bezpośrednio przed jej przymusowym wyjazdem do Berlina. Wokół wyjazdu mojej bohaterki narosły różne plotki, część ludzi twierdziła, że wyjechała do Niemiec dobrowolnie. Takie relacje, jak pani Moniki, pozwalają obalić podobne mity. Inną osobą, bardzo pomocną przy pisaniu, była Anna Ulatowska, która zajmowała się Anną Landzinski, siostrą Gertrudy. Landzinski zwierzała się swojej opiekunce z historii swojej siostry, ubolewała, że to za jej namową Gertruda zdecydowała się na powrót na Kaszuby. Przy niepełnych lub niesprawdzonych informacjach, przekazanych przez swoją rozmówczynię, musiałem też sięgać do źródeł pisanych. Relacja Gertrudy wymagała obudowania, pokazania w szerszym kontekście historycznym. Korzystałem na przykład z opracowań dotyczących Jakucji, m.in. wspomnień polskiego pisarza Wacława Sieroszewskiego, który spędził tam 12 lat. Kiedy na tej podstawie zadawałem Gertrudzie szczegółowe pytania, dziwiła się i zastanawiała, czy przypadkiem i mnie tam nie było (śmiech).

– Ostatnie lata życia pani Gertrudy przed przyjazdem do Polski udało się Panu odtworzyć dzięki sąsiadce z Archangielska, Dinie Aleksandrownej. Pomagała jej w codziennych sprawach, przywiozła także Gertrudę do Kaliningradu, skąd odebrali ją Reszkowie.
EDMUND SZCZESIAK: – Początkowo sądziliśmy, że poznały się, gdy Gertruda przeprowadziła się do innego mieszkania (po znajomym, którym się opiekowała), na początku lat 90. Z jednego z listów wyszło na jaw, że ich znajomość sięga lat 50., kiedy obie pracowały w zakładzie krawieckim. Potem Dina wyjechała z Archangielska, by po latach wrócić i ponownie spotkać Gertrudę. Była ona osobą, jak na owe czasy, dobrze sytuowaną, jej mąż był milicjantem na stanowisku, a brat generałem w Moskwie. Okazała się osobą o wielkim sercu, przez 8 lat opiekowała się swoją sąsiadką, jak mogła. Prała, robiła zakupy, pisała listy do rodziny, płaciła za nią rachunki. Bez jej wsparcia nie udałoby się sprowadzić Gertrudy do Polski. Dina załatwiała potrzebne dokumenty, ufundowała jej przyjazd, na koniec osobiście odwożąc ją do Kaliningradu. Potem utrzymywała listowny kontakt z Benedyktem, pisali do siebie na święta, ale ostatnio przestały przychodzić od niej listy. Mamy nadzieję, że nie oznacza to najgorszego i Dina się jeszcze odezwie.

Pani Gertruda jest żywym świadectwem losu tysięcy Polaków. W związku z tym stała się bohaterką licznych przedsięwzięć związanych z upamiętnieniem polskiej „Golgoty wschodu”.
EDMUND SZCZESIAK: – W swojej książce piszę o różnych inicjatywach, z którymi bezpośrednio lub pośrednio była związana Gertruda. Jej biogram umieszczono na przykład w ramach wystawy „Sybir Pro Memento”, która była eksponowana w hali na sopockim hipodromie. Wystawa została poświęcona mieszkańcom Pomorza, którzy pod koniec wojny zostali wywiezieni do Związku Radzieckiego. Przed jej otwarciem, zgłosiła się do mnie autorka scenografii, Alina Afanasjew, prosząc o materiały do „wizualnej stacji kaszubskiej”. Chodziło o nazwiska deportowanych, nazwy miejscowości, z których zostali zabrani oraz daty życia i śmierci. Wystawa miała bowiem składać się z symbolicznych klepsydr opisujących zesłańców. Na szczęście, kilka dni wcześniej Benedykt Reszka przekazał mi autorskie opracowanie dotyczące wywózek na wschód z Borowego Młyna. W ten sposób na wystawę trafiły dane na temat setek przesiedlonych, w tym Gertrudy. Bohaterka moich książek jest także od 2009 r. corocznym gościem Zjazdu Sybiraków, gdzie zasiada w loży honorowej.

wyrwana-z-pieklaDo fenomenu historii pani Gertrudy należy także fakt, że w przeciwieństwie do innych repatriantów, powróciła do swojej „małej ojczyzny”, swoich korzeni.
EDMUND SZCZESIAK: – Wynika to z losów Pomorza, który po wojnie pozostał w polskich granicach. Pomorzanie i Kaszubi mieli gdzie wracać, zarówno tuż po wojnie, w trakcie odwilży, jak i po upadku Związku Radzieckiego. Sybiracy-Kresowiacy nie mieli tego szczęścia, ich powrót oznaczał drogę do innej Polski, niż pamiętali. Nie chodzi tylko o miejsce, ale przede wszystkim o ludzi, bliskich, z którymi spędziło się młodość przerwaną przez wojnę. Często już nie żyją, ale pozostają ich potomkowie, którzy życzliwie odnoszą się do swoich kuzynów zza Buga. Gertruda miała nie tylko gdzie, ale i do kogo wracać. Nie żyli wprawdzie jej matka i mąż, ale spotkało ją bardzo ciepłe przyjęcie ze strony Benedykta, bratowej i całej rodziny. I to od ludzi, których tak naprawdę nie znała. Benedykt był dzieckiem, jak opuściła Borowy Młyn, a innych albo nie było na świecie, albo później dołączyli do rodziny. Mimo to, przyjęli ją, jak swoją, przywitali bukietem róż, widać było radość z jej powrotu.

Jest Pan autorem kilkunastu książek. Jakie miejsce w pańskim dorobku pisarskim zajmują książki o pani Gertrudzie?
EDMUND SZCZESIAK: – W pracy reporterskiej zajmuję się głównie trzema obszarami. Pierwszy to sprawy społeczne, gdzie mamy do czynienia z dziennikarstwem o charakterze interwencyjnym. Kolejny nurt, w którym się poruszam to Kaszuby. Jest to moja pasja, w wielu swoich publikacjach poruszam tematykę tego regionu i samych Kaszubów. Ostatni z obszarów dotyczy zjawisk nadprzyrodzonych lub niezwykłych. Przykładem jest moja książka o jasnowidzu z Człuchowa. W historii Gertrudy splatają się dwa ostatnie tematy. Z jednej strony jest to opowieść dotycząca za sprawą bohaterki samych Kaszub. Z drugiej, wykracza daleko poza nie, stając się uniwersalną historią walki o własną godność i prawo do lepszego życia. Jestem reporterem interwencyjnym i uważam, że pisarstwo nie powinno ograniczać się do samorealizacji autora. Przede wszystkim ma służyć ludziom i mam nadzieję, że tymi książkami przyczyniłem się choć w niewielkim stopniu do poprawy losu „wyrwanej”.

WIĘCEJ O KSIĄŻCE TUTAJ!

(665)


Dołącz, porozmawiaj, wyraź swoją opinię. Grupa sympatyków strony Niezlomni.com

Redakcja serwisu Niezłomni.com nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zawartych w komentarzach użytkowników. Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.
Jednocześnie informujemy, że komentarze wulgarne oraz wyrażające groźby będą usuwane.
Ładowanie komentarzy Facebooka ...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

*

Korzystając z formularza, zgadzam się z polityką prywatności portalu

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.