Portal informacyjno-historyczny

TYLKO U NAS. Fragment wywiadu rzeki z pułkownikiem Piotrem Wrońskim, „Spowiedź życia”

w Książki


Zachęcamy do obserwowania strony na Twitterze

 

Czy Wroński mówi prawdę? Czy mówi o wszystkim? Czy nie  umniejsza swojej roli? Tego nie wiem i być może nigdy się nie dowiem.

Dlaczego więc oddawać mu łamy gazet, poświęcać stronice książek i zapraszać do programów telewizyjnych? Ponieważ Piotr Wroński mówi o rzeczach istotnych, których nie można pomijać milczeniem. Mówiąc o sobie, mówi o prawdzie tamtych czasów. Opisując siebie zanurzonego w mętnej rzeczywistości, opisuje także innych, którzy dziś zapierają się siebie. Wroński rzuca światło tam, gdzie wciąż chowają się upiory, otwiera drzwi, o których istnieniu wielu chciałoby zapomnieć, przypomina fakty, które nie pasują do oficjalnych biografii – fragment wstępu Przemysława Wojciechowskiego.

Fragmenty książki:

PRZEMYSŁAW WOJCIECHOWSKI: A kto w końcu prowadził Rudolfa?

PIOTR WROŃSKI: Ha! To dobre pytanie! Formalnie Włodek Siewierski, a po jego wyjeździe ja dostałem sprawę. Do wpinania kwitów, bo nie mogłem bezpośrednio prowadzić Rudka. Zaraz ci wyjaśnię. Ta sprawa zawsze  mnie dziwiła, ponieważ była absolutnie sprzeczna ze wszystkim, czego nauczyłem się w szkole o prowadzeniu agentury. Prowadziłem już wtedy rzeczywistego agenta i było zupełnie inaczej. Tu znali Rudka wszyscy szefowie i spotykali się z nim często poza protokołem i prowadzącym. Wszystkich znała Grażyna Sz. – K. i wiedziała kim są. Oprócz tego, Rudolfa zaczęli wykorzystywać w innych sprawach. Poznał go nawet Jacek P., prawa ręka Andrzeja Ożgi, a jak po wyjeździe Bednarza został zastępcą naczelnika prowadził go praktycznie, a ja tylko wpinałem kwity. Ktoś musiał przejąć sprawę, gdy Siewier się rozliczał i wypadło na mnie. Byłem zresztą najlepszym wówczas parawanem dla tego wszystkiego. Zresztą, ja nigdy nie ceniłem Skowrońskiego. Mówiąc uczciwie nie cierpiałem go od pierwszej chwili, gdy go poznałem. Widziałem w nim jedynie kogoś, kto wszystko zrobi dla pieniędzy. O mnie zresztą też i pewnie nie krył się z tym przed innymi. Właściwymi prowadzącymi. Oczywiście, musiałem udawać, chociaż denerwowała mnie jego pewność siebie i traktowanie mnie z góry. Wydawało mu się, że jest moim przełożonym i nikt  go nie wyprowadzał z błędu. Raz usiłowałem spytać  go o coś, już nie pamiętam o co, jak powinien oficer spytać „uchola”. Obraził się na mnie, a ja dostałem polecenie, by się nie wtrącać. Widziałem też,  z jaką atencją traktował Makowskiego, czy Bednarza. Podobnie Grażyna. Może ktoś powiedzieć, że sam jestem sobie winien, ale znalazłem się w sytuacji, w której musiałem grać. I chyba grałem dobrze. Nawet przed kolegami. Nie ma nic gorszego niż być zbyt asertywnym, znając swoje braki potrafiąc właściwie ocenić siebie, w środowisku złożonym z ludzi, którzy mają mocniejsze głowy oraz układy. Można wejść w ich krąg tylko na zasadzie chwilowego błazenka, albo przydatnego niewolnika, gotowego wykonać każde polecenie. Nie chciałem tego z wielu powodów. Było mi nawet dobrze z tym, że niektórzy traktują mnie jak nieszkodliwego idiotę, bez manier i ogłady, chociaż wydaje mi się, że byli ludzie, którzy wiedzieli, iż to gra.

(…)

Dobrze. A co było dalej z Inter Commerce? Gdzie szły zyski? Do MSW?

Mówiłem ci, że nie wiem. Mim zdaniem, oficjalnie zyski trafiały wyłącznie do Skowrońskiego. Firma zaczęła się szybko rozrastać. W 1988 roku wraz z reformami Jaruzelskiego, które wprowadziły tu jako taką swobodę działania gospodarczego, zgodnie zresztą z zaleceniami MFW, zaczęło tu powstawać coraz więcej zakładów poligraficznych itp. Wtedy Inter Commerce rzeczywiście zaczął zarabiać. Wybudowano też dużą siedzibę  firmy przy Marsa, bo wcześniej był nią po prostu dom Skowrońskiego. Mniej więcej pod koniec 1988 roku działalność osłabła. Trwały już rozmowy z opozycją i raczej powstrzymywano się od działań. Obie strony czekały. Ja u Rudolfa na Marsa byłem chyba po raz ostatni w połowie 1989 roku. Formalnie sprawa była na moim stanie, ale nie  spotykałem się z nim na bieżąco. Nikt tego nie chciał. To była domena kierownictwa wydziału. Ostatni raz widziałem Skowrońskiego przypadkiem w roku 1991, albo na początku 1992. Poszedłem ze znajomym do knajpy w hotelu „Grand” na Kruczej. Było dość pusto. Rudolf mnie zobaczył i widziałem, ze zesztywniał, przestraszył się. Siedział z zupełnie pijanym posłem P., który potem znalazł się w PiS. Na mój widok,  szybko zawołał kelnera, uregulował rachunek i wyniósł dosłownie posła z knajpy. Widziałem, że parlamentarzysta chce dojeść i dopić, bo na stole były jeszcze potrawy, ale Rudek mu nie dał. Więcej go już nie widziałem. Czytałem tylko o jego interesach w prasie.

Jak uważasz? On rzeczywiście nie żyje? Trwa sprawa o uznanie go za zmarłego.

Chcesz znać moje zdanie? Poznałem go i uważam, że gdzieś żyje. Poza tym miał chyba o wiele lepszą ochronę niż nam się wydawało, że mu zapewniamy w latach osiemdziesiątych, ale to tylko spekulacja i nie chcę się w nią zagłębiać. Poza tym to ma być książka o mnie, a nie o Rudolfie Skowrońskim. Powtarzam, ja ten rozdział zamknąłem definitywnie w 1989 roku i ciężko mi nawet do niego wracać.

(…)

Piotr Wroński, Spowiedź życia, Editions Spotkania, Warszawa 2016. 

Książkę można nabyć TUTAJ

Premiera książki odbędzie się 22 czerwca o godz. 18 w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie, II piętro.

 

(1179)


Dołącz, porozmawiaj, wyraź swoją opinię. Grupa sympatyków strony Niezlomni.com

Redakcja serwisu Niezłomni.com nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zawartych w komentarzach użytkowników. Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.
Jednocześnie informujemy, że komentarze wulgarne oraz wyrażające groźby będą usuwane.
Ładowanie komentarzy Facebooka ...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

*

Korzystając z formularza, zgadzam się z polityką prywatności portalu

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Idź na górę