Tak Joseph Conrad zadał kłam twierdzeniom Elizy Orzeszkowej o brak patriotyzmu. Piękny szkic „Zbrodnia rozbiorów”, którym w 1919 r. autor wita Niepodległą Polskę

w Historia do 1918 r.


Zachęcamy do obserwowania strony na Twitterze

conradJoseph Conrad, właściwie Józef Teodor Konrad Korzeniowski herbu Nałęcz (ur. 3 grudnia 1857 w Berdyczowie, zm. 3 sierpnia 1924 w Bishopsbourne) – pisarz i publicysta angielski, z pochodzenia Polak.

Niektórzy intelektualiści polscy oskarżali Conrada o niewierność wobec własnej ojczyzny, przejawioną w fakcie pisania po angielsku. Najważniejszym wyrazem takiego poglądu był artykuł ” Emigracja talentów”, ogłoszony w roku 1899 przez wybitną, szanowaną powieściopisarkę Elizę Orzeszkową. Conrad bardzo się tym zarzutem przejął i dwa lata później, pisząc do krakowskiego bibliotekarza Józefa Korzeniowskiego( nie spokrewnionego z nim ) oświadczył :

„[…]ani narodowości, ani nazwiska naszego wspólnego nie zaparłem się […]Jest jasno wiadomym, że Polakiem jestem i że Józef Konrad są dwa chrzestne imiona, z których drugie używam jako nazwisko, by mi mojego cudzoziemskie usta nie wykrzywiały- czego znieść nie mogę. Nie zdaje mi się, bym krajowi był niewierny dlatego, że Anglikom dowiodłem, że szlachcic z Ukrainy może być tak dobrym marynarzem jak i oni mieć coś do powiedzenia im w ich własnym języku. Uznanie, takie, jakie sobie zdobyłem, właśnie z tego punktu widzenia oceniam i cichym hołdem składam, gdzie należy”.

Conrad nie zaparł się również polskości, czemu dał dobitnie wyraz w pracy „Zbrodnia rozbiorów” (napisaną w 1919 r.), którą poniżej publikujemy:

Joseph Conrad, „Zbrodnia rozbiorów”

W końcu osiemnastego wieku, kiedy rozbiór Polski stał się faktem dokonanym, świat określił go natychmiast jako zbrodnię. Owo surowe potępienie wyszło oczywiście z Europy Zachodniej; trudno się było spodziewać, aby państwa centralne, Prusy i Austria, przyznały, że ich grabież należy do kategorii czynów moralnie nagannych i noszących znamię winy wobec ludzkości. Co zaś do Rosji, trzeciego uczestnika zbrodni i inicjatora jej planu, nie posiadała ona wówczas sumienia narodowego.

Wola władzy była tam zawsze uważana przez lud za wyraz wszechmocy pochodzącej wprost od Boga. Najlepsze uzasadnienie rozbioru, aktu zwykłego podboju, polegało po prostu na tym, że był akurat możliwy; oto był łup i oto nadarzała się okazja, aby go zagarnąć. Katarzyna Wielka spoglądała z cynicznym zadowoleniem na takie powiększenie swoich terytoriów. Jej argumentacja polityczna – że zagłada Polski oznacza stłumienie idei rewolucyjnych i powstrzymanie ekspansji jakobinizmu w Europie była charakterystycznie bezwstydnym pretekstem. Być może zdarzali się wśród Rosjan ludzie, którzy rozumieli lub może tylko przeczuwali, że przez zabór większej części Rzeczypospolitej Polskiej Rosja zbliża się do grona przestrzegających zasad współżycia narodów i przestaje być, przynajmniej terytorialnie, państwem azjatyckim.

Dopiero po rozbiorze Polski Rosja zaczęła odgrywać ważną rolę w Europie. Jej ówczesnym mężom stanu ów akt rozboju musiał się wydawać natchniony wielką mądrością polityczną. Król pruski, wierny wyznawanej zasadzie swojego życia, chciał po prostu poszerzyć obszar swojego władania znacznie mniejszym kosztem i z o wiele mniejszym ryzykiem niż by tego mógł dokonać działając w którymkolwiek innym kierunku; Polska była bowiem wówczas całkowicie bezbronna w sensie fizycznym i bardziej chyba niż kiedykolwiek skłonna do pokładania wiary w humanitarne złudzenia. Rzeczpospolita znajdowała się wówczas w stanie duchowego fermentu i wynikłej zeń słabości, która tak często towarzyszy okresom reform społecznych. Zebrane przeciw niej siły były właśnie w tym okresie przytłaczające; mam na myśli stosunkowo uczciwe (bo widoczne) siły wojskowe. Jednakże Fryderyk Pruski, zapewne ze spontanicznej skłonności do zdrady, zechciał odegrać rolę fałszywą i obłudną. Wstępując na scenę jako przyjaciel, świadomie zawarł przymierze z Rzeczpospolitą, a następnie, zanim atrament wysechł na pergaminie, zerwał je z bezczelną pogardą dla najzwyklejszej przyzwoitości – co musiało być ogromnie miłe jego wrodzonym upodobaniom.

Co do Austrii, roniła ona dyplomatyczne łzy nad tą transakcją. Nie można ich nazwać krokodylimi, ponieważ w pewnej mierze były szczere. Wypływały z żywego poczucia, że przyznana Austrii część łupu nie będzie w stanie zrównoważyć wzrostu siły i obszaru dwu pozostałych mocarstw. W istocie Austria nie chciała rozszerzać swego terytorium kosztem Polski. Nie mogła liczyć na to, że polepszy tym samym swoje granice, zaś gospodarczo nie potrzebowała Galicji, prowincji o niewykorzystanych bogactwach naturalnych i której kopalnie soli nie budziły zachłanności Austrii, bo miała własne. Nie można wątpić, że demokratyczny duch instytucji polskich ogromnie był niemiły konserwatywnej monarchii; austriaccy mężowie stanu rozumieli wówczas, że prawdziwe niebezpieczeństwo dla autokracji wyłania się na Zachodzie, we Francji, i że wszystkie siły „Europy Środkowej” będą niezbędne do jego stłumienia. Jednakże nacisk ze strony Rosji i Prus w kierunku partage był zbyt silny, aby mu się oprzeć i Austria musiała za ich przewodem wziąć udział w zniszczeniu państwa, które wolałaby była zachować jako możliwego sprzymierzeńca przeciwko pruskim i rosyjskim zakusom.

Można bez przesady powiedzieć, że zniszczenie Polski zapewniło bezpieczeństwo Rewolucji Francuskiej. Kiedy bowiem w r. 1795 dokończono zbrodni, Rewolucja okrzepła już i była w stanie bronić się przed siłami reakcji.

W drugiej połowie osiemnastego wieku istniały na kontynencie Europy dwa ośrodki idei liberalnych: Francja i Polska. Przyjrzawszy się bezstronnie można nie popadając w przesadę stwierdzić, że Francja była wówczas równie słaba jak Polska, a może nawet i słabsza. Jednakże położenie geograficzne Francji czyniło ją o wiele mniej narażoną na niebezpieczeństwa. Nie miała u swoich granic potężnych sąsiadów: rozkładająca się Hiszpania na południu i zlepek księstewek niemieckich na wschodzie przypadły jej szczęśliwym losem. Jedynymi państwami, które obawiały się zarazy nowych zasad i miały dość siły‚ by z nią walczyć, były Prusy, Austria i Rosja, a te musiały się zająć innym siedliskiem zakazanych idei, bezbronną Polską, niechronioną przez przyrodę i zapewniającą natychmiastowe zaspokojenie ich chciwości. Dokonały wyboru i nieopisane cierpienia narodu, który nie chciał umrzeć, były ceną wyznaczoną przez los za triumf idei rewolucyjnych.

Tak więc nawet zbrodnia może się z upływem czasu i biegiem historii okazać czynnikiem moralnym. Postęp zostawia na swej drodze trupy, bo postęp to tylko wielka przygoda, o czym w głębi duszy dobrze wiedzą przywódcy i zwierzchnicy. To marsz w głąb nieznanego kraju, a w takim przedsięwzięciu nie liczą się ofiary. W przemówieniach o wolności wygodnie było od czasu do czasu – dla uczuciowego efektu – wspomnieć o Zbrodni: Zbrodni, którą było zamordowanie państwa i pocięcie jego ciała na trzy części. Wystarczało po prostu uronić parę łez i rzucić kilka kwiatów retoryki na grób. Ale duch narodu nie chciał w nim spokojnie spoczywać. Nawiedzał obszary dawnej Rzeczypospolitej niby upiór, nawiedzający domostwo przodków, w którym rozgościli się obcy; upiór zniesławiony, wyśmiewany, lekceważony – zawsze jednak budzący rodzaj obawy, jakiś dziwny niepokój w sercach bezprawnych posiadaczy.

Pozbawiona niezależności ciągłości historycznej Polska, w której religia była prześladowana a język tłumiony, stała się tylko pojęciem geograficznym. Ono samo nawet wydawało się dziwnie ogólnikowe, straciło określoność, zostało podane w wątpliwość przez teorie i roszczenia łupieżców, którzy dziwacznym skutkiem nieczystego sumienia uparcie negując przestępczość swojego układu, zawsze starali się pokryć Zbrodnię osłoną nieskazitelnej prawości. W poczuciu własnej cnoty najbardziej irytował ich fakt, że naród, ugodzony w serce, odmawiał zastygnięcia w nieczułym bezruchu. Owa uparta, niesamowita prawie żywotność bywała czasem bardzo niewygodna także i dla reszty Europy. Wtrącała się z natarczywymi żądaniami do wszystkich problemów polityki europejskiej, do teorii równowagi sił w Europie, do kwestii blisko-wschodniej, do kwestii włoskiej, kwestii Szlezwiku-Holsztyna, do teorii narodowości. Upiór, któremu nie dość było zatruwać życie złodziejom domu przodków, straszył w gabinetach ministrów bezwstydnym powiewaniem skrwawionymi szatami, zakłócał powagę sal, gdzie przy zamkniętych oknach obradowały kongresy i konferencje. Nie dał się odpędzić brutalnymi szyderstwami Bismarcka ani wykwintnymi drwinami Gorczakowa. Jak kilka lat temu powiedział jeden z moich polskich przyjaciół: „Do roku 1848 problem Polski był do pewnego stopnia wygodnym punktem ogniskowym dla wszelkich przejawów liberalizmu. Później zaczęto nas uważać po prostu za dokuczliwych nudziarzy. Bardzo to przykre”.

Zgodziłem się z tym zdaniem, a on ciągnął dalej: „Cóż mamy począć? Nie stworzyliśmy tej sytuacji przez jakiekolwiek zewnętrzne akcje. Przez wszystkie wieki swojego istnienia Polska nie zagrażała nigdy nikomu, nawet Turkom, dla których była tylko zaporą”.

Nic prawdziwszego. Duch agresji całkowicie jest obcy polskiemu temperamentowi, dla którego zachowanie własnych instytucji i swobód było znacznie cenniejsze, niż jakakolwiek myśl o podbojach. Prowadzone przez Polaków wojny były obronne i toczyły się zwykle wewnątrz granic kraju. Fakt, że te granice tak często najeżdżano, wynikał z nieszczęśliwego położenia geograficznego. Ekspansja terytorialna nie bywała nigdy ideą przewodnią polskich mężów stanu. Scalenie obszarów Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, które uczyniło ją na czas pewien mocarstwem pierwszej rangi, nie zostało dokonane siłą.

Nie było wynikiem skutecznej agresji, ale długotrwałej i skutecznej obrony przeciwko napadającym ze wschodu sąsiadom. Kraje Litwy i Rusi nie zostały przez Polskę nigdy podbite. Tych ludów nie zmuszono przez ciąg wyczerpujących wojen do szukania bezpieczeństwa w poddaniu się. To nie wola książąt ani intryga polityczna doprowadziły do unii. Ani też strach. Dojrzewające powoli poczucie konieczności gospodarczych i społecznych, a przede wszystkim rosnąca świadomość moralna mas były czynnikami, które spowodowały, że czterdziestu trzech przedstawicieli krain litewskiej i ruskiej pod przewodem najznaczniejszego z książąt zawarło związek polityczny, jedyny w swoim rodzaju w historii świata, spontaniczną i całkowitą unię suwerennych państw, świadomie wybierających drogę pokoju. Żaden dokument polityczny nie wyraził nigdy ściślej prawdy niż wstępny ustęp pierwszego Traktatu Unijnego (1413). Zaczyna się on od słów: „Ten Związek, będący wynikiem nie nienawiści, lecz miłości” – słów, których nie skierował do Polaków żaden naród w ciągu ostatnich lat stu pięćdziesięciu.

Jako twór organiczny i żywy, zdolny do rozwoju i wzrostu, unia została później przekształcona i zatwierdzona przez dwa następne traktaty, gwarantujące stronom sprawiedliwego i wiecznego związku wszystkie ich prawa, swobody i własne instytucje. Państwo Polskie jest niezwykłym przykładem wyjątkowo liberalnego federalizmu administracyjnego, który, zarówno w życiu parlamentarnym jak w polityce międzynarodowej, reprezentował pełną jedność uczuć i celów. Jak to przed wielu laty stwierdził wybitny dyplomata francuski: „W historii Państwa Polskiego owa stała i jednogłośna zgoda ludów jest faktem bardzo znamiennym; tym bardziej, że skoro król uważany był po prostu za zwierzchnika Rzeczypospolitej, nie istniała tam więź monarchistyczna, ani wierność wobec dynastii, która by skupiała uczucia narodów i kierowała nimi – ich związek przetrwał jako czyste stwierdzenie woli narodowej”. Wielkie Księstwo Litewskie i jego ruskie prowincje zachowały swoje statuty, osobną administrację, własne instytucje polityczne. To, że z biegiem czasu instytucje te wykazywały tendencję do upodobania się do form polskich, nie było wynikiem jakiegokolwiek nacisku, ale po prostu wyższości kultury polskiej.

Nawet po utracie niepodległości przez Polskę ów sojusz i unia zachowały siłę ducha i wierności. Wszystkie narodowe ruchy wyzwoleńcze rozpoczynane były w imię całości ludów zamieszkujących w granicach dawnej Rzeczypospolitej i wszystkie prowincje brały w nich udział z całkowitym oddaniem. Dopiero w ciągu życia ostatniego pokolenia rozpoczęto wysiłki zmierzające do budzenia tendencji separatystycznych, które w istocie nie służą nikomu innemu, jak wrogom całej Polski. Rzecz szczególna, że to internacjonaliści, twierdzący zawsze, że nic ich nie obchodzą narody i kraje, zabrali się do rozbijackiej roboty – nie trudno dostrzec, w jakim celu. Ścieżki internacjonalistów są może mroczne, ale nie niezbadane.

Niewątpliwie z tego samego źródła wypłynie w przyszłości zatruty strumień sugestii, że odrodzona Polska przedstawia niebezpieczeństwo dla ludów niegdyś tak ściśle stowarzyszonych w granicach dawnej Rzeczypospolitej. Mało prawdopodobne, by dawni wspólnicy Zbrodni wybaczyli swojej ofierze jej niewygodny i prawie gorszący upór w zachowaniu życia. Już przedtem próbowali zabójstwa moralnego i nawet do pewnego stopnia skutecznie, bo rzeczywiście sprawa polska, jak wszystkie wyraźne dowody winy, zaczęła z czasem światu ciążyć. Skoro uznaje się krzywdę, a zarazem sądzi, że niepodobna jej naprawić bez poważnego ryzyka, pewną pociechę moralną znaleźć można w przeświadczeniu, że ofiara ściągnęła sobie na głowę nieszczęście przez własne grzechy. I tę teorię na temat Polski wysuwano (jak gdyby inne narody nie znały grzechów ani szaleństw), i w rozmaitych okresach czasu cieszyła się ona niejakim powodzeniem, ponieważ zainteresowane strony postarały się, by oskarżonym zamknąć usta.

Jednakże umysłom uczciwym nigdy nie trafiła ona do przekonania. Wbrew cynicznym teoriom na temat potęgi kłamstwa i wbrew całej mocy sfałszowanych materiałów dowodowych – prawda okazuje się często silniejsza od oszczerstwa. Z biegiem lat pojawiło się wszakże inne niebezpieczeństwo, niebezpieczeństwo wynikające w sposób naturalny z nowych sojuszów politycznych, dzielących Europę na dwa zbrojne obozy. Było to niebezpieczeństwo milczenia. Prasa Europy Zachodniej prawie bez wyjątku odmawiała w wieku dwudziestym poruszania sprawy polskiej w jakiejkolwiek postaci i formie. Fakt żywotności Polaków nigdy nie był dla dyplomacji europejskiej bardziej kłopotliwy, niż w przededniu zmartwychwstania Polski.

Kiedy wybuchła wojna, w proklamacjach cesarzy i arcyksiążąt, apelujących do niepokonanej duszy narodu, którego istnieniu i wartości moralnej tak arogancko zaprzeczali przez ponad stulecie, było coś makabrycznie komicznego. Zapewne w całej historii ludzkich poczynań nie było wystąpień tak bezczelnych i tak podłych, jak manifesty Cesarza Niemiec i rosyjskiego Wielkiego Księcia Mikołaja; ani też, jak sądzę, ludzkie serca i umysły nie były nigdy gwałtowniej znieważone, przez sposób, jakim owe proklamacje rzucono w twarz prawdzie historycznej. Była to niby scena z cynicznej, a ponurej farsy, której absurdalność stawała się niemal bezdenna, jeśli człowiek uświadomił sobie, że nikt przecież na świecie nie mógł być tak beznadziejnie głupi, aby się dać oszukać choćby na chwilę.

W owym czasie i w ciągu pierwszych dwu miesięcy wojny przebywałem właśnie w Polsce i pamiętam doskonale, że kiedy pojawiły się owe cenne dokumenty, zakładana przez nie wiara w moralne znieprawienie ludzkości nie wywołała nawet szyderczego uśmiechu na ustach ludzi, których najświętsze uczucia i godność były przez te proklamacje gwałcone. Nie raczyli tracić na nie swojej pogardy. W istocie rzeczy sytuacja zbyt była przejmująca i zagmatwana, by namiętnie szydzić, albo chłodno i rozsądnie dyskutować. Dla Polaków było to jak znalezienie się w płonącym domu, którego wszystkie wyjścia pozamykano. Pod zimnym, jak gdyby kamiennym spokojem, który wobec braku jakiejkolwiek nadziei zapanowuje w umysłach tych, którzy nie są z temperamentu skłonni do rozpaczy, nie było nic prócz dotkliwego bólu. Jednak i w tym przerażającym czasie nieujarzmiona żywotność narodu nie pozwalała na przyjęcie postawy neutralnej.

Mówiono mi, że nawet jeżeli nie widać wyjścia, jest absolutnie konieczne, aby Polacy potwierdzili swoje narodowe istnienie. Nie można było ani przez chwilę myśleć o bierności, która mogłaby zostać uznana za tchórzliwą zgodę na wszystkie okropności fizyczne i duchowe, wiszące nad narodem. Dlatego też, wyjaśniono mi, Polacy muszą działać. Bardzo trudno powiedzieć, czy było to mądre postanowienie, ale zdarzają się kryzysy duchowe leżące poza zasięgiem mądrości. Kiedy rozum nie potrafi znaleźć wyjścia, uczucie może odkryć drogę – nikt nie jest w stanie powiedzieć, do ocalenia czy ostatecznego zatracenia – a uczucie nawet o to nie pyta. Przebywając jako obcy w tej pełnej napięcia atmosferze, która przecież nie była mi nieznana, nie kwapiłem się ze swoimi mądrymi radami, zwłaszcza, że w odpowiedzi na moje ostrożne argumenty wykazano mi, że jeżeli życie ma wartości, godne tego by o nie walczyć, śmierć również ma w sobie coś, co może ją czynić godną lub niegodną.

Z trudności teoretycznych i moralnych, w jakie wpędził polskie programy polityczne układ sojuszów międzypaństwowych na początku wojny, wyłoniła się przynajmniej decyzja, aby Legiony Polskie, pokojowa organizacja w Galicji kierowana przez Piłsudskiego (który otrzymał później stopień generała, a obecnie, jak słyszymy, jest Naczelnikiem Rządu w Warszawie), wyruszyły do walki z Rosją. W gruncie rzeczy nie miało znaczenia, przeciwko któremu z uczestników Zbrodni skierowany będzie gniew Polaków. Trudno było wybierać między prymitywnymi i podłymi metodami rosyjskiego barbarzyństwa, a wyrafinowaną i pogardliwą brutalnością powierzchownej i zmechanizowanej cywilizacji niemieckiej. Nie było w czym wybierać. Obie strony były nienawistne. Polacy korzystali oczywiście w swoich wysiłkach z tolerancyjnej postawy Austrii, która od lat patrzyła przez palce na pół-tajną organizację Legionów Polskich. Zresztą taką drogę wskazywały możliwości materialne. Fakt, że Polska zwróciła się z początku przeciwko sprzymierzeńcowi Mocarstw Zachodnich, których moralnego poparcia tyle lat oczekiwała, nie był niczym potworniejszym niż sojusz z Rosją, do którego Anglia i Francja przystąpiły z mniejszym usprawiedliwieniem i ze względu na ewentualności, których chyba dałoby się uniknąć prowadząc twardszą politykę i okazując większą stanowczość w obliczu tego, co jawnie wyglądało na nieuniknione.
Tzw. Kołacz królewski (fr. Le gâteau des rois) – alegoria I rozbioru Polski. Rysunek Jean-Michel Moreau le Jeune będący satyrą na I rozbiór Polski, zakazany i konfiskowany w Europie. Przedstawia monarchów, którzy dokonali rozbioru Polski: carycę Rosji Katarzynę, władcę Austrii cesarza Józefa II, króla Prus Fryderyka II. Rozdzierają oni arkusz mapy Polski. Obok nich znajduje się król Polski Stanisław August Poniatowski, podtrzymujący zsuwającą się z głowy koronę.

Bo powiedzmy sobie prawdę. Postępowanie Niemiec, jakkolwiek okrutne, gwałtowne i zdradzieckie, nie było bynajmniej zadanym w ciemności ciosem w plecy. Plemiona niemieckie zapowiedziały światu we wszystkich możliwych przekonywujących tonach: łagodnie perswadującym, zimno logicznym, heglowskim, nietzscheańskim, wojowniczym, pobożnym, cynicznym, natchnionym – co mają zamiar uczynić z podrzędnymi rasami świata, tak bardzo grzesznymi i bezwartościowymi. Jednakże, dziwnie podobni do starożytnych proroków (którzy również byli wielkimi moralistami i zaklinaczami potęg) i oni także zdawali się wołać na pustyni. „Bezwartościowi” nie zwracali uwagi na ostrzeżenia, cokolwiek działo się w tajniach ich dusz. Trzeba też przyznać, że postępowanie zagrożonych rządów nie świadczyło wcale o zamiarach stawienia oporu. Bez wątpienia, nie był to skutek ani odwagi, ani strachu, ale tej ostrożności, która nakazuje przeciętnemu człowiekowi stać bez ruchu w obliczu rozwścieczonego psa. Nie była to postawa sensowna, i tym bardziej naganna, że wydawała się wynikać z niewiary w męstwo własnych narodów. W prostych sprawach życia i śmierci naród jest zawsze lepszy od swoich przywódców, ponieważ naród jako całość nie potrafi wprawić się w przemądrzały nastrój podziwu dla jakiejś tam doktryny albo wygórowanego zachwytu nad własną przemyślnością. Mam tu na myśli demokracje, których przywódcy przypominają tyrana Syrakuz pod względem nieograniczoności władzy (bo któż ograniczyć może wolę głosującego ludu?) i którzy zawsze widzą rodzimy miecz wiszący na włosku nad ich głowami.

Być może przyjęcie innej postawy powstrzymałoby rozwój niemieckiego zadufania, a militaryzm Niemiec zadusiłby się przerostem własnej siły. Jaki stan ducha zapanowałby wówczas w Europie – trudno powiedzieć. Pojawiłyby się zapewne inne jakieś przerosty, przerost teorii, albo przerost sentymentów, albo przerost poczucia bezpieczeństwa, który doprowadziłby do jakiejś innej katastrofy: pewne jest wszakże, że w takim wypadku sprawa polska jeszcze przez wieki nie przybrałaby konkretnych kształtów. Być może nigdy! Na tym świecie, gdzie wszystko przemija, nawet najbardziej uparte upiory znikają wreszcie ze starych domostw, z ludzkich sumień. Czy to postęp oświecenia, czy upadek wiary? W latach poprzedzających wojnę upiór Polski tak już się stawał niewidoczny, że niemożliwe było uzyskanie najmniejszej o nim wzmianki w gazetach.

Młody Polak, przybywający z Paryża, był tym ogromnie oburzony; ja wszakże, pozwalając sobie na to poczucie dystansu, które jest wytworem starszego wieku, dłuższego doświadczenia i skłonności do medytacji, odmawiałem podzielania jego uczuć. Chodził, żebrząc o jakieś słowo na temat Polski, do wielu wpływowych ludzi – i wszyscy co do jednego odpowiadali mu, że to wykluczone. Wszyscy byli ludźmi mającymi do czynienia z ideami, można ich więc było nazwać idealistami, ale zasadą najsilniej ugruntowaną w ich umysłach było, że zajmowanie się sprawą całkowicie nieaktualną jest szaleństwem i wywołałoby przerażający skutek spowodowania gniewu ich dawnych wrogów, a zarazem obrażenia uczuć ich nowych przyjaciół. Na taki argument nie było odpowiedzi. Nie mogłem podzielać zaskoczenia i oburzenia mego młodego przyjaciela. Podczas moich rozmyślań doszedłem również do przekonania, że nic na tej ziemi nie obraca się szybciej dokoła swojej osi niż idealizm polityczny pod wpływem podmuchu politycznej rzeczywistości.

Warto pamiętać, że niepodległość Polski, ucieleśniona w Państwie Polskim, nie została podarowana przez jakąkolwiek działalność dziennikarską, nie jest wynikiem jakiegoś szczególnie nawet życzliwego nastawienia, ani też jasno uświadomionego poczucia winy. Wiem dobrze co mówię kiedy twierdzę, że pierwotną i jedynie wpływową koncepcją była w Europie idea oddania losów Polski w ręce rosyjskiego caratu. A pamiętajmy, że zakładano wówczas, iż będzie to carat zwycięski. Myśl ta wypowiadana była otwarcie, rozważana poważnie, przedstawiona jako dobroczynna, z dziwaczną ślepotą na jej groteskowy i koszmarny charakter. Była to idea wydania ofiary z dobrodusznym uśmiechem i pewnym siebie zapewnieniem że „wszystko będzie dobrze” w ręce całkowicie niepoprawnego mordercy, który po stu latach gwałtownego podrzynania jej gardła miał teraz ponoć zawrzeć z nią przyjaźń i na mistyczną rosyjską modłę ucałować w oba policzki. Był to szczególnie koszmarny wymysł polityki międzynarodowej, lecz oficjalnie nie pozwalano nawet szepnąć o jakimkolwiek innym. Działo się to w dniach o ponurej przeszłości, kiedy Benckendorf użyczał swego nazwiska Komitetowi Pomocy Ludności Polskiej wypędzanej przez armie rosyjskie w głąb Rosji, kiedy Wielki Książę Mikołaj (ów dżentelmen, który zalecał nową Noc św. Bartłomieja dla stłumienia rosyjskiego liberalizmu) demonstrował swoją „boską” (to właśnie słowo wyczytałem w szacownym angielskim dzienniku) strategię podczas odwrotu, kiedy p. Izwolski puszył się nad brzegami Sekwany i kiedy to niektórym ludziom zaczęło tam przychodzić do głowy, że jest on jeszcze gorszym utrapieniem, niż sprawa polska.

Nie warto jednak o tym wszystkim rozprawiać. Ktoś bystry powiedział kiedyś, że wydarzają się zawsze rzeczy nieoczekiwane, a świat oglądany okiem spokojnym i beznamiętnym okazuje się sceną, na której dzieją się głównie cuda. Z potęgi Niemiec, w której cele tak wielu ludzi nie chciało uwierzyć, zrodziła się pomyślna koniunktura dla Polski, której nikt nie mógł przewidzieć. Z upadku Rosji wyłoniła się owa rzecz zakazana:

niepodległość Polski; nie jako mściwa postać, cień Zbrodni, żądny odwetu, ale jako coś o wiele bardziej konkretnego i trudniejszego do pozbycia się – konieczność polityczna i rozwiązanie moralne. Kiedy się tylko pojawiła, jej praktyczna użyteczność stała się niezaprzeczalna – jak również fakt, że źle to czy dobrze, nie można się jej było znowu pozbyć, chyba, co było nie do pomyślenia, drogą nowego krajania, nowego rozbioru, nowej zbrodni.

Na tym zasadza się siła i przyszłość tego, co było tak surowo zabronione nie dawniej niż dwa lata temu: niezależność Polski wyrażonej w istnieniu Państwa Polskiego. Przychodzi ono na świat moralnie wolne, nie dzięki swoim cierpieniom, ale dzięki swojemu cudownemu odrodzeniu i zadawnionym prawom, wynikającym z zasług wobec Europy. Ani jeden z walczących na wszystkich frontach świata nie zginął świadomie za wolność Polski. Tej zaszczytnej sposobności odmówiono nawet jej własnym dzieciom. I dobrze się stało! Opatrzność, niezbadana w swoich wyrokach, okazała się łaskawa – inaczej bowiem brzemię wdzięczności byłoby zbyt ciężkie, poczucie zobowiązania zbyt przygniatające, radość wybawienia zbyt potężna dla śmiertelnych, którzy jak reszta ludzkości są zwykłymi grzesznikami w obliczu Najwyższego. Ci, którzy ginęli na Wschodzie i na Zachodzie, tyle po sobie zostawiając bólu i tyle dumy, nie ginęli ani za powstanie państw, ani za puste słowa, ani nawet za ocalenie wielkich ideałów. Nie ginęli ani za demokrację, ani za alianse, za systemy ani nawet za abstrakcyjną sprawiedliwość, która jest niezgłębioną tajemnicą. Ginęli za coś zbyt głębokiego do wyrażania słowami, zbyt potężnego dla zwykłych mierników, wedle których rozum oblicza korzyści życia i śmierci, zbyt świętego dla próżnych rozważań snutych ustami marzycieli, fanatyków, humanitarystów i mężów stanu. Ginęli…

Niepodległość Polski wyłania się z tego wielkiego całopalenia, lecz lojalność Polski wobec Europy nie będzie wyrastać z czegoś tak bezwzględnie wymagającego, jak poczucie niezmiernego zadłużenia, z wdzięczności, nazywanej czasem w doczesnym sensie wieczną, ale która zawsze pozostaje na łasce zanurzenia i którą niestałość ludzkich uczuć skazuje na nieodwołalne wygaśnięcie. Lojalność Polski wyrastać będzie z czegoś o wiele bardziej solidnego i trwałego, czego nigdy nie można by nazwać wiecznym, ale co jest w istocie niezniszczalne. Wyrastać będzie z ducha narodu – jedynej bodaj rzeczy na Ziemi, której wolno zaufać. Ludzie mogą stawać się gorszymi lub lepszymi, ale się nie zmieniają. Nieszczęście to trudna szkoła, w której charakter narodowy może dojrzeć albo ulec zepsuciu, wolno jednak uznać za uzasadnione twierdzenie, iż długie lata najokrutniejszych nieszczęść nie zniszczyły podstawowych cech charakteru narodu polskiego, który na przekór wszystkim znieprawiającym przeciwnościom wykazał swoją siłę witalną.

Różne etapy walki, toczonej przez Polaków o przetrwanie, z groźną siłą i nie mniej niebezpiecznym chaosem w krajach ościennych, powinny być oceniane bezstronnie. Proponuję bezstronność a nie pobłażanie dlatego po prostu, że w ocenie sprawy polskiej niepotrzebne jest odwoływanie się do bardziej miękkich uczuć. Nieco spokojnych rozważań na temat przeszłości i teraźniejszości – to wszystko, na co zdobyć się musi świat zachodni, aby osądzić postępowanie społeczeństwa, którego ideały są takie same, ale sytuacja wyjątkowa. Przedstawiono mi ją obrazowo podczas rozmowy, przeprowadzonej nieco ponad półtora roku temu. „Niech pan nie zapomina”, powiedziano mi, „że Polska musi żyć w sąsiedztwie Niemiec i Rosji po wszystkie czasy. Czy Pan docenia pełny sens tego zwrotu: „po wszystkie czasy”? Fakty muszą być brane w rachubę, a zwłaszcza przerażające fakty tego rodzaju, na które nie ma na tym świecie rady. Z przyczyn – ściśle się wyrażając – fizjologicznych, przyjaźń z Niemcami albo Rosjanami jest nawet w najodleglejszej przyszłości nie do pomyślenia. Jakiekolwiek przymierze serc i umysłów byłoby tu rzeczą monstrualną, a potwory, jak wszyscy wiemy, nie są zdolne do życia.

Nie wolno nam opierać postępowania na monstrualnych koncepcjach. Możemy zasługiwać albo nie zasługiwać na przetrwanie, ale psychologiczna okropność naszej sytuacji wystarcza, aby doprowadzić umysł narodowy do obłędu. Jednakże mimo całego niszczącego nacisku, o którym Europa Zachodnia nie może mieć pojęcia, nacisku ze strony sił nie tylko miażdżących, ale i znieprawiających, zachowaliśmy zdrowie psychiczne. Nie ma więc obawy, że stracimy głowę po prostu dlatego, że nacisk ustanie. Nie straciliśmy jeszcze ani głów, ani naszego poczucia moralnego. Ucisk nie tylko polityczny, ale odnoszący się do stosunków społecznych, życia rodzinnego, najistotniejszych powiązań międzyludzkich, sięgający samych podstaw naturalnych uczuć człowieka, nigdy nie uczynił nas mściwymi. Warto zauważyć, że mimo iż nasze odruchy uczuciowe dostarczyły po temu dostatecznych powodów, nigdy nie uciekaliśmy się do zabójstw politycznych. Z bronią w ręku, ożywiani nadzieją lub jej pozbawieni a zawsze w obliczu niezmiernej przewagi wroga, dawaliśmy świadectwo naszemu istnieniu i słuszności naszej sprawy; ale wymierzanie sprawiedliwości dzikimi sposobami nigdy nie wchodziło w skład naszych pojęć o narodowym męstwie. W całej historii prześladowań Polski padł tylko jeden strzał nie oddany podczas bitwy. Tylko jeden! Zaś człowiek, który strzelił w Paryżu do Cesarza Aleksandra II, był osobnikiem nie powiązanym z żadną organizacją, nie reprezentującym żadnego odłamu polskiej opinii publicznej. W Polsce jedyną reakcją był głęboki żal – nie dlatego, że zamach się nie powiódł, ale dlatego, że do niego doszło. Dzieje naszego uciemiężenia wolne są od tej plamy; i jakiekolwiek w oczach świata popełnialiśmy szaleństwa, nie mordowaliśmy swoich wrogów, nie działaliśmy przeciw nim zdradziecko.”

Nie mogłem zaprzeczyć słuszności tej wypowiedzi; równie jasno jak mój rozmówca widziałem niemożliwość wyłonienia się w przyszłości najskromniejszych choćby uczuciowych powiązań między Polską, a jej sąsiadami. Jedyną drogą, jaka odrodzonej Polsce pozostaje, jest opracowanie, wprowadzenie w życie i utrzymanie możliwie najpoprawniejszego systemu stosunków politycznych z sąsiadami, dla których istnienie Polski musi być upokarzającą zniewagą. Zadanie to, rozważane na spokojnie, jest przerażające; wolno jednak ufać usposobieniu narodowemu, które jest tak całkowicie pozbawione ducha agresji i odwetu. Tutaj leżą podstawy nadziei. Powodzenie odnowionego życia tego narodu, którego losem jest trwać na wygnaniu, w wiecznym oddzieleniu od Zachodu, wśród wrogiego otoczenia, zależy od życzliwego zrozumienia jego problemów przez odległych przyjaciół, Mocarstwa Zachodnie. W swoim demokratycznym rozwoju muszą one uznać istnienie moralnego i umysłowego pokrewieństwa z tą odległą placówką ich własnej cywilizacji, która stanowi jedyną podstawę polskiej kultury.

Jakakolwiek będzie przyszłość Rosji i ostateczny ustrój Niemiec, niemożliwe jest złagodzenie dawnej wrogości, zasadniczy antagonizm będzie musiał trwać przez długie lata. Zbrodnia rozbiorów popełniona została przez rządy autokratyczne, właściwe dla tamtej epoki; ale rządy te znamionowały w przeszłości, znamionować będą w przyszłości cechy narodowe ich ludów, nie dające się pogodzić z polską umysłowością i sposobem odczuwania. Zarówno niemiecka uległość (choćby najbardziej idealistyczna), jak rosyjskie bezprawie (wyrosłe na zwyrodnieniu wszelkich cnót) są całkowicie obce narodowi polskiemu, którego zalety i wady są zupełnie innego rodzaju i wykazują skłonności do pewnej wybujałości indywidualizmu i, być może, do przesadnej wiary w Moc Dobrowolnej Zgody: tej jedynej, niezmiennej zasady wewnętrznych rządów dawnej Rzeczypospolitej. Nie było w dziejach państwa mniej obciążonego politycznym rozlewem krwi, niż Państwo Polskie, które nie znało ani instytucji feudalnych, ani feudalnych waśni. W dobie kiedy w całej Europie głowy sypały się na szafotach, w Polsce zdarzyła się tylko jedna egzekucja polityczna – tylko jedna; i dotychczas opowiada się, iż wielki Kanclerz, który zdemokratyzował instytucje polskie i musiał wydać wyrok dla osiągnięcia swego politycznegoo celu, do końca życia nie umiał się we własnym sumieniu pogodzić z tym faktem. W Polsce zdarzały się wojny domowe, ale reszta świata nie bardzo ma prawo czynić z tego powodu zarzuty. Prowadzone humanitarnie, nie pozostawiały po sobie wrogości ani poczucia prześladowań, a z pewnością żadnej spuścizny nienawiści. Były jednym z uznanych sposobów argumentacji politycznej i kończyły się zwykle pojednawczo.

Jakąkolwiek demokratyczną formę rządu wypracuje dla siebie Polska, nie mogę sobie wyobrazić, aby albo naród, albo jego przywódcy nie przyjęli z zadowoleniem wnikliwego przyglądania się odnowionej rzeczywistości politycznej kraju. Trudności związane z jego istnieniem są tak wielkie, że pewne błędy będą nieuniknione, a możemy być pewni, że sąsiedzi skorzystają z nich dla kompromitowania żywego świadka wielkiej zbrodni historycznej. Jeżeli nie same granice, to uczciwość moralna nowego Państwa będzie z pewnością atakowana w obliczu Europy. Pojawi się również wrogość ekonomiczna, skoro tylko świat zabierze się znów do roboty i wytężonego współzawodnictwa. Wysuwane będą na pewno oskarżenia o agresję, zwłaszcza przeciw małym państwom powstającym na obszarach dawnej Rzeczypospolitej. Każdy zaś zna potęgę kłamstw, które przechadzają się ubrane w barwne szaty, podczas gdy Prawda, dobrze wiemy, nie może się nimi poszczycić i dlatego bywa często pomijana jako nie całkiem przydatna dla codziennych celów. Nieczęsto jest rozpoznawana, bo nie zawsze można ją łatwo zauważyć.

Pojawiają się już insynuacje, pogróżki, aluzje, a nawet okropne pogłoski oparte na wątpliwej wartości danych – ale historia świadczy, że nie do pomyślenia jest, aby Polska przyszłości, posiadająca świętą tradycję swobód i dziedziczne poczucie poszanowania dla praw jednostek i państw, miała upatrywać swoją pomyślność w działaniach agresywnych albo moralnym gwałcie na swoich dawnych współobywatelach, Rusinach i Litwinach. Jedyny wpływ, którego powstrzymać się nie da, to po prostu wpływ czasu, który z bezlitosną logiką wydobywa prawdę z faktów i bierze górę nad przemijającymi poglądami, nad zmiennymi odruchami ludzi. Nie można wątpić, że skłonności moralne i interesy materialne nowych narodowości – które teraz wydają się prowadzić grę rozbijacką na użytek wrogów – w końcu zbliżą je do wyłonionej z tej wojny Polski, wcześniej czy później zjednoczą je w żywiołowym ciążeniu do Państwa, które je niegdyś przyjęło i wychowało podczas rozwoju własnej humanitarnej kultury – dziedzictwa Zachodu.

(569)


Dołącz, porozmawiaj, wyraź swoją opinię. Grupa sympatyków strony Niezlomni.com

Redakcja serwisu Niezłomni.com nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zawartych w komentarzach użytkowników. Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.
Jednocześnie informujemy, że komentarze wulgarne oraz wyrażające groźby będą usuwane.
Ładowanie komentarzy Facebooka ...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

*

Korzystając z formularza, zgadzam się z polityką prywatności portalu

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.