Niezłomni.com

,,Ta prawda jeszcze do Polaków nie dotarła”. Polka z Niemiec zdradza fakty, o których media milczą. Trzy wymowne historie

Niemcy w liberalnych polskich mediach to kraj dobrych płac, wysokiej etyki pracy i niedostępnych dla nas wyżyn kultury wysokiej. W mediach prawicowych to dla odmiany kraj zislamizowany – pisze Urszula Ptak na łamach ,,Krytyki Politycznej” i prezentuje ciekawą perspektywę widzenia naszego zachodniego sąsiada.

Artykuł udostępniło kilku dziennikarzy o poglądach jakże różnych od lewicowej ,,KP”. Tekst to zrównoważona krytyka tego co dzieje się za zachodnią granicą. Wspomina między innymi o triumfach AfD, z którą sympatyzują Niemcy:

Słyszałam głosy tutejszych Polaków, którzy autentycznie się cieszyli, że jest wreszcie partia, której program rozumieją i która zrobi porządek z uchodźcami. Za obcych uważają tylko muzułmanów, wierzą, że sami są z kategorii „obcy” wykluczeni. Nie rozumieją, że są raczej wykluczeni z kategorii „swój, czyli prawdziwy Niemiec”.

Jest na to nowe słowo – „biodeutsch”. Pomaga ono zdefiniować, kto jest „rdzennym, prawdziwym, czystym Niemcem”, a przy tym nie boli tak, jak terminy z czasów nazistowskich. Każdy, kto ma innych niż oryginalnie niemieckich rodziców już nie jest bioNiemcem. Ta prawda jeszcze do „polskich Niemców” nie dotarła. […] Wielu Polaków nie widzi związku przyczynowo-skutkowego, że to oni są na tych terenach obrazem cudzoziemca i w rozmowach wyraża poparcie dla niemieckiej prawicy. Zdumiewająca bezmyślność.

Pokazuje również, jak niemieckie wsie się wyludniają. Ci, co zostali, są albo na zasiłkach, albo na rencie.

Byłam na wsi brandenburskiej, godzinę drogi z Berlina. Nie ma tam ani jednego sklepu. O 11.00 przyjeżdża za to bus z podstawowymi produktami, chlebem i ciastem z kruszonką […] Przez cały dzień widziałam może trzy osoby, w tym jeden pan przyszedł zapytać mnie (chyba żartem), czy wyjdę za niego za mąż, bo Polki to dobre żony, robotne. Opowiedział o innym sąsiedzie, który przywiózł sobie „żonę węgiel”. W pierwszym odruchu nie zrozumiałam tej wypowiedzi, dopiero potem dotarło do mnie, że chodzi o czarnoskórą dziewczynę. Zaniemówiłam, to był nieznany mi język. W Berlinie nigdy nie słyszałam takiego określenia, co oczywiście nie oznacza, że takiego języka nie ma

Zdradza również mało przyjemny incydent ze starszym mężczyzną:

coś tam mruczy o „Polacken” (to mocno obraźliwe słowo). Sytuacja staje się ciężka. Do konfliktu włącza się mama: „Daj już spokój tej dziewczynie, niech zje w spokoju, co ona winna”. Patrzę zdumiona, czego to niby mam być winna albo nie. Mama natychmiast opowiada, że F. był w SS i był w Polsce pod koniec wojny, ale nikogo nie zabił, miał tyko siedemnaście lat i gotował grochówkę, kucharzem był w oddziale, kuchcikiem na zapleczu, a potem w obozie siedział w Rosji i w NRD był prześladowany, dzieci nie mogły studiować, matury nawet zrobić, ciężkie życie miał, a teraz słyszy mój akcent, więc się złości. Zamarłam z wrażenia, na co ów rosły starszy pan nagle zadowolony mówi: „Mnie się bardzo podobało w Polsce, pojechałbym tam jeszcze raz”.

Inna wiele mówiąca historia to opowieść dziennikarza, którego ojciec do 1955 r. przebywał w obozie na Syberii.

Pokazuje mi jeden z nich [wycinek z gazety], wyjmuje go z portfela, patrzę, a tam zdjęcie z berlińskiego metra, ludzie stoją w wagonie. Nie rozumiem, o co chodzi. Kolega pokazuje mi dopisek długopisem „Czy to są jeszcze Niemcy?”

fot. screen youtube