Portal informacyjno-historyczny

Szokujące wspomnienia niemieckiego żołnierza SS z Francji. „Ich zachowanie w niczym nie wskazywało, że oto ich kraj znalazł się pod okupacją”. [WIDEO]

w Cytaty/II wojna światowa/Ważne książki/Wideo


Zachęcamy do obserwowania strony na Twitterze

Skierowano nas do wioski położonej na południowy wschód od Paryża. Zasnęliśmy kamiennym snem na podłodze w budynku sołectwa, wreszcie wolni od myśli o nagłej śmierci, czy straszliwym okaleczeniu, jakie może przynieść kolejny dzień. Dzień zaczynał się jak zwykle apelem o szóstej rano, ale poza dniami, kiedy akurat wypadła nocna warta, mieliśmy sporo wolnego czasu, na grę w karty lub szachy. Gnębiło nas tylko, że dotąd nie zdarzyła się okazja nawiązania tak upragnionej znajomości z młodymi, ślicznymi Francuzeczkami” – wspomina w książce „Za wodza i naród” Erwin Bartman.


Pewnego przepięknego letniego poranka, kilka dni po przeprowadzce do nowych kwater, rumiany Unterscharführer, farmerski syn z Austrii wyczytał z listy nazwiska kilku z nas, którzy mieli pozostać na miejscu po apelu. Wśród wyczytanych byłem także ja. Kiedy reszta kompanii się rozeszła, rozejrzałem się dookoła i rozpoznałem twarze znane mi z walk w Rosji. Każdy z nas spoglądał na pozostałych z najwyższym zdumieniem.

Na rumianej twarzy Uschy zagościł szeroki uśmiech.
– Mam dla was, starych zajęcy z frontu wschodniego, miłą niespodziankę. – Głos Uschy zagrzmiał niczym alpejski piorun. – Dziś zobaczycie co nieco Paryż. – Wykonał ramionami zapraszający gest w kierunku ciężarówki stojącej na skraju placu apelowego.

– Panowie, zajmijcie miejsca.
Kierowca niecierpliwie podkręcał obroty silnika, kiedy wdrapywaliśmy się na skrzynię. Przejeżdżając przez wieś, zauważyliśmy mniej więcej osiemnastoletnią dziewczynę. Stała na rogu ulicy i zasłaniała oczy dłonią przed promieniami słonecznymi. Uśmiechnęła się i pomachała nam, kiedy przejeżdżaliśmy obok niej. Naturalnie młoda krew od razu zaczęła nam buzować w żyłach, na widok takiej przychylności. Odpowiedzieliśmy jej ochrypłymi okrzykami i głośnym gwizdaniem. Jej sylwetka stawała się coraz mniejsza, aż w końcu zniknęła nam z oczu w oddali i jeszcze tylko jej długie brązowe włosy, opadające na jedną stronę twarzy, falowały chwilę na wietrze.

Jechaliśmy po długich, prostych odcinkach dróg pod ciemnoniebieskim niebem, po którym wędrowały niewielkie lśniące obłoczki. Tylko z rzadka ktoś się odezwał, ponieważ słońce niemiłosiernie prażyło. Było ciepło, byliśmy szczęśliwi, czuliśmy się w tym momencie bardziej turystami niż żołnierzami.
Kiedy znaleźliśmy się bliżej Sekwany, ulice stały się szersze, a budynki okazalsze. Z wielką przyjemnością mknęliśmy po solidnych szosach wolnych od zniszczeń, przyglądając się codziennym zajęciom mieszkańców mijanych miejscowości. Na szczęście przepiękne miasto Paryż bardzo nieznacznie ucierpiało od nalotów naszych Stukasów.
Sekwanę przekroczyliśmy po szerokim moście obstawionym dwoma rzędami stylowych latarni. Boris piszczał podekscytowany jak małe dziecko, już z daleka wskazując:
– Patrzcie, patrzcie! Wieża Eiffla.
Większość z nas widziała kroniki filmowe ukazujące Hitlera podziwiającego efektowne osiągnięcia sztuki inżynierskiej. Byliśmy jednak zawiedzeni, widząc ją w migawkach pomiędzy rzędami drzew, bez szansy na jej zwiedzenie. Wkrótce zatrzymaliśmy się na ogromnym placu, tuż przy, jak mi się zdawało, rozległym parku. Trzasnęły drzwi szoferki i Uscha podszedł do burty pojazdu.
– Wszyscy z wozu!
Zeskoczyłem ze skrzyni i szeroko otwartymi oczami upajałem się pięknem otoczenia.
– Chodźcie, chcę wam coś pokazać – oznajmił Uscha.
Poszliśmy za nim jak posłuszna trzódka na szkolnej wycieczce, a Uscha dziarskim krokiem zaprowadził nas pod wysoki, kamienny obelisk, stojący na skraju placu.
– Granit – obwieścił Uscha, dotykając podstawy obelisku. – Z Luksoru.
Przypatrywałem się z uwagą tajemniczym inskrypcjom wyrytym na kolumnie, pokrywającym ją od podstawy aż po ostro zakończony szczyt.
– Hieroglify opowiadają dzieje Ramzesów, Pierwszego i Drugiego, władców starożytnego Egiptu – kontynuował Uscha. – Te inskrypcje mają ponad 3 tysiące lat. A teraz się obróćcie.
Okazało się, że nie zatrzymaliśmy się na skraju parku, jak początkowo sądziłem, lecz na początku wspaniałego bulwaru obsadzonego po obu stronach rzędami drzew. Były to słynne Champs Elysée, Pola Elizejskie, jak objaśnił nam Uscha, z napuszoną miną, niczym rasowy przewodnik turystyczny.
– A te wspaniałe, marmurowe rzeźby po obu stronach Pól Elizejskich to Konie z Marly1. Rozhukane zwierzęta usiłują poskromić stajenni. To wspaniała metafora triumfu człowieka nad siłami natury. Tam, w oddali widzicie Łuk Triumfalny, najwyższą budowlę tego typu na świecie. Niebawem będziecie mogli go obejrzeć z bliska – Uscha odwrócił się w stronę ciężarówki – ale jeszcze nie dzisiaj.
Zostawiliśmy za sobą piękny bulwar i pojechaliśmy wąskimi ulicami ograniczonymi po obu stronach fasadami wysokich kamienic. Wszystkie okna były pootwierane, okiennice szeroko rozpostarte, aby uzyskać przewiew mający choć odrobinę łagodzić narastający letni skwar. Nazwa pewnej ulicy – Rue d’Amsterdam, utkwiła mi w pamięci. Pewnie dla jej nieco zaskakującego brzmienia. Zakręt ulicy otworzył przed nami wspaniały bulwar z biegnącym przez środek rzędem platanów, rzucających przyjemny cień. Korzystali z niego paryżanie, którzy rozkładali tam swoje kramy. Ich zachowanie w niczym nie wskazywało, że oto ich kraj znalazł się pod okupacją.
– Die Rote Mühle – wykrzyknął Borys, wskazując na zaskakująco kontrastujący z otoczeniem czerwony wiatrak stojący na dachu niewysokiego budynku.
To właśnie był słynny Moulin Rouge.
Nasza ciężarówka z piskiem opon raptownie zahamowała na rozgrzanym bruku. Przy burcie naszego wozu jakiś człowiek stał okrakiem na trójkołowcu wyładowanym metrowej długości bagietkami. Jego oczy milcząco karciły nas spojrzeniem, zdającym się mówić: Mógłbyś uważać jak jeździsz, dobrze?
Ku naszemu zachwytowi wieczór spędziliśmy w Moulin Rouge, podziwiając zgrabne tancerki rewiowe i popijając zimne piwo.

Kilka dni po naszym pobycie w Moulin Rouge ponownie zawitaliśmy do Paryża. Przyjemnością była już sama możliwość przechadzania się bulwarami w cieniu drzew, w końcu jednak wylądowaliśmy w barze koło Soldatenheimu [Domu Żołnierza], założonego przez Wehrmacht. Jak tylko zajęliśmy miejsca przy stoliku, natychmiast napadły nas dziewczyny. Ich gibkie ciała ocierały się o nasze plecy, siadały nam na kolanach, obejmując za szyję. Były to oczywiście prostytutki, ale ich subtelny zapach, dotyk ich chłodnych, jedwabistych palców na policzku rozbudziły instynktowne męskie pragnienie nakazujące szukać bliskości z młodą kobietą. Postawiliśmy im kilka drinków i podśmiewaliśmy się z ich marnej niemczyzny. Trwało to do momentu, w którym jedna z dziewczyn, piękna i młoda, zaczęła śpiewać J’attendrai. Czułem, jak mięknie mi kręgosłup, a po całym ciele przechodzi mi dreszcz rozkoszy. Pożądanie i nostalgia zlały się ze sobą i wyzwoliły we mnie jakiś wyjątkowy stan emocjonalny, którego nawet nie umiałem określić.
Z ostatnimi słowami piosenki na bladym obliczu dziewczyny zagościł delikatny rumieniec. Po chwili nastrojowej ciszy cały bar aż zatrząsł się od owacji. Dziewczyna odpowiedziała skromnym uśmiechem i zamknęła powieki. My z kolei dziarsko zaintonowaliśmy naszą piosenkę Das ist Berlin.
Nagle drzwi baru rozwarły się z hukiem i do środka wtoczył się nasz austriacki Uscha, dźwigając pod ramieniem dziewczynę, wierzgającą w powietrzu nogami. Nikt z nas nie zauważył, kiedy odłączył się od nas, ale jego powrót powitaliśmy serdecznym śmiechem. Dziewczę wrzeszczało coś po francusku, gdy ją wreszcie postawił na ziemi. Jej koleżanki przy stoliku żachnęły się z niedowierzaniem, jakby usłyszały o jakimś cudzie.
– Co się tu dzieje? – zapytałem.
Dziewczyny popatrzyły po sobie, po czym wszystkie naraz zapiszczały radośnie. Jedna podbiegła do rosłego Unterscharführera, wsunęła dłoń w jego krocze, po czym krzyknęła głośno: „Mon Dieu”.
Mimo, że owa piękna, utalentowana wokalnie dziewczyna trudniła się nierządem, to przez kilka następnych nocy w myślach wracałem do niej i do baru, w którym tak ślicznie zaśpiewała. Zastanawiałem się, co taka piękna dziewczyna robi w tak obskurnym miejscu. Brzmi to jak banał, ale byłem za młody, by uświadomić sobie bezsens mojego zauroczenia. Wyobrażałem sobie, jak ją trzymam za rękę, jak całuję ją w usta. Nawet za dnia moje myśli biegły do baru, w którym ją spotkałem.

 

Fragment rozdziału 12 pt. „PARYSKIE ŚLICZNOTKI” z książki Erwina Bartmanna „ZA WODZA I NARÓD. Wspomnienia weterana 1. Dywizji Pancernej SS Leibstandarte SS Adolf Hitler”, Poznań 2016, wyd. Replika. Książkę można nabyć TUTAJ. 

Erwin Bartmann, jak wielu berlińskich uczniaków, uległ duchowi czasów oraz czarowi rozsiewanemu przez idee narodowego socjalizmu. Przekonany o tym, że wzrasta w najlepszym z państw świata, marzył o wstąpieniu w szeregi elitarnej formacji Waffen SS Leibstandarte SS Adolf Hitler. Dlatego zgłosił się do niej na ochotnika.

Po przybyciu na Front Wschodni, dołączył do oddziału łączności. Wkrótce odkrył jak dalece rzeczywistość odstaje od rozpowszechnionego mitu. Przetrwanie okazało się kwestią szczęścia, które opuściło go podczas bitwy na Łuku Kurskim. Ranny trafił do szpitala pod Berlinem, by w ostatniej fazie wojny wylądować na obronnej rubieży niedaleko linii Odry. Wówczas nadszedł czas na podjęcie ostatecznej decyzji: przetrwać samemu czy wypełnić złożoną SS przysięgę wierności aż po grób?

Od Frontu Wschodniego po zdruzgotany bombami Berlin zamieszkały w większości przez starców i zepsute samotne kobiety ‒ szczere wspomnienia Bartmanna prezentują w wyjątkowej i niekiedy zaskakującej perspektywie życie młodego ochotnika dywizji Leibstandarte SS Adolf Hitler.

To bardzo wartościowy pamiętnik. Ukazuje zarówno prawdziwe oblicze walk toczonych na Froncie Wschodnim, a także zmianę zachodzącą w postawie autora w stosunku do nazistowskiego reżymu i do szans na ostateczne zwycięstwo – portal History of War

 

(4347)

Chcesz podzielić się z Czytelnikami portalu swoim tekstem? Wyślij go nam lub dowiedz się, jak założyć bloga na stronie.
Kontakt: niezlomni.com(at)gmail.com. W sierpniu czytało nas blisko milion osób!
Dołącz, porozmawiaj, wyraź swoją opinię. Grupa sympatyków strony Niezlomni.com

Redakcja serwisu Niezłomni.com nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zawartych w komentarzach użytkowników. Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.
Jednocześnie informujemy, że komentarze wulgarne oraz wyrażające groźby będą usuwane.
Ładowanie komentarzy Facebooka ...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

*

Korzystając z formularza, zgadzam się z polityką prywatności portalu

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Centrum preferencji prywatności

Polityka Prywatności Google

W celu podwyższenia jakości prezentowanych treści nasze Serwisy korzystają z usług firmy Google takich jak Google AdSense (usługi reklamowe), Google Analytics (analiza) oraz YouTube (zamieszczenie wideo). Jeżeli chcesz dowiedzieć się więcej na temat tego, jakie dane zbierane są przez Google oraz jak możesz nimi zarządzać przejdź tutaj: https://policies.google.com/technologies/partner-sites

Idź na górę