Legendy śląskie: Jak górnik Bulandra diabła oszukał

w Podania i legendy


Zachęcamy do obserwowania strony na Twitterze

diabelJak górnik Bulandra diabła oszukał

Był sobie raz jeden górnik, zuch nad zuchami, czyli karlus (w gwarze śląskiej: przystojny chłopak) nad karlusami. Nazywał się Hanys Bulandra.

Jak świat daleki i szeroki, wszędzie mówiono o jego odwadze. Nawet sam król Gwóźdź słyszał o nim i zapra­gnął, by służył w jego wojsku. Bulandra jednak odpo­wiedział królewskim posłom, że ich króla Gwoździa ma w pięcie i że ani mu się śni, by swój stan górniczy za­mienić na żołnierskie rzemiosło.

– Będziesz chodził naszemu królowi po tytoń do faj­ki! – namawiali go usilnie posłowie.
– Niech mu chodzi jego baba! Gwiżdżę na waszego króla!
– Nasz król zrobi cię generałem!
– Gwiżdżę na waszego generała!
– Nasz król ożeni cię ze swoją córką, królewną Gwoździówną!
– Nie ma głupich! Gwiżdżę na jego zezowatą córkę!
– Gdy nasz król umrze, obwołamy ciebie królem! – kusili go. – Włożysz sobie koronę na głowę, w jednej dłoni będziesz trzymał berło, w drugiej królewskie jabł­ko i będziesz nam panował…
– A wynoście się do wszystkich diasków – wrzasnął rozgniewany Bulandra – bo jak mnie rozgniewacie to basama za kucki!

***
Przerażeni posłowie wynieśli się do wszystkich diasków, gdyż wiedzieli, że gdy Bulandra zacznie kląć: „Basama za kucki!” – to z nim nie ma co gadać. Gotów ko­muś kosteczki kilofem przetrącić, a co potem?…
Wrócili więc do króla Gwoździa i rzekli, że Hanys Bu­landra, przezwany karlusem nad karlusami, gwiżdże na niego, gwiżdże na królewnę i na tytuł generała, a króle­wską koronę ma w pięcie! Powiedzieli jeszcze, co powie­dział Bulandra, że gdyby chciał, to może sprawić sobie piękniejszą koronę, stokroć piękniejszą od tej, jaką nosi król Gwóźdź na głowie. Korona króla Gwoździa jest bo­wiem z tektury, oblepiona pozłacanym papierem, a on, Bulandra, powie tylko staremu kowalowi na kopalni je­dno słówko, a kowal ukuje mu koronę ze złota…

Czy Bulandra ma tyle złota? – zapytał zdumiony król Gwóźdź i podrapał się berłem po głowie.
– Nie ma, ale może mieć!
– Od kogo?
– Od sarniego diabła Rokitki!
– Ojej! – jęknął król Gwóźdź i podrapał się berłem dwa razy po głowie ze zdumienia. Potem nasadził sobie koronę na głowę, przywiązał ją szpagatem, żeby nie zje­chała na prawe lub lewe ucho i poszedł się martwić do altanki i wylizywać garnek z powideł. Lubił bowiem po­widła.
Bulandra zaś żuł tytoń, strzykał misternie przez zęby i klął:
– Basama za kucki!
Ostatecznie dałby się skusić tamtą obiecanką, że król Gwóźdź może mu dać za żonę swoją córką. Nie miał mu bowiem kto koszuli wyprać, obiadu ugotować i kozy Strzygi napaść, a królewna w sam raz nadawałaby się do tej pracy. Że jednak była zezowata i szczerbata, i uty­kała na prawą nogę, przeto pomyślał, że gwiżdże na nią, i skończone.

***
I gdy król Gwóźdź rozmyślał ciężko i martwił się z po­wodu odmowy Bulandry, Bulandra tymczasem kopał węgiel i nikogo się nie bał.
Nie bał się nawet sztygara, chociaż szwandrosił (szwargotał – red.) po niemiecku. Przepędzał utopce taplające się o północy w rzece Brynicy. Gniewał się na jaroszków, które, gdy się tylko pokazał, uciekały z piskiem pod ziemię. Bały się, że im nabije guza kilofem.

Ludzie myśleli, że Bulandra boi się przynajmniej dia­błów. Lecz gdzież tam! Diabłów uważał za strachy na wróble!
Gdy miał wolną chwilę w kopalni, szedł do zawaliska, gwizdał trzykrotnie i w tej samej chwili wyłaził ze ścia­ny duch Skarbnik brodaty, stary i naburmuszony.

– Szczęść Boże, panie Skarbniku! Zagrajmy sobie w karty.
Skarbnik zgadzał się i grał z nim w karty. Siadał na kamieniu, Bulandra na drugim kamieniu i obaj walili kartami spoza głowy. Skarbnik świecił sobie lampką z czerwonym światłem, a Bulandra żuł tytoń i strzykał przez zęby koło nosa Skarbnika na znak, że nic sobie z niego nie robi. I gdy skończyli grę, Bulandra zawsze wygrał.

Skarbnik musiał wtedy za Bulandrę pracować, a Bu­landra siedział na kamieniu i popędzał go:
– No, wio, stary! Przegrałeś w karty, więc pracuj za mnie, a mocno!…
W końcu już to dosmoliło (zirytowało (coś) kogoś) Skarbnika, powiedział so­bie, że ma dosyć Bulandry i jego kart, i wyniósł się na sąsiednią kopalnię. Tam polazł w zawaliska i nikomu się nie pokazywał.

Od tej chwili Bulandrze już tak nie darzyło się w pra­cy i mniej zarabiał.
I dlatego też Bulandra nie mógł przeboleć oszustwa jaroszków.

Jaroszki, takie małe diabełki z prosięcymi ogonkami, zwiniętymi w obwarzanek, strzegły zbójnikowych tala­rów zakopanych w ziemi na Wydmuchowie. Rósł tam stary dąb, liczący już chyba z tysiąc lat. Na owym dębie wieszano kiedyś łotrzyków i zbójników. A pod owym dębem kryły się talary.

W noc świętojańską przyłaziły jaroszki i suszyły owe talary. Mieszały je warząchwiami w kotliczku, a nad kotliczkiem unosił się niebieski płomyczek.

Wracał raz Bulandra w noc świętojańską ze szychty z kopalni i ujrzał pod dębem jaroszki nad talarami. I niewiele myśląc, polazł do nich, by coś z tych talarów uszczknąć dla siebie. Jaroszki skrzeczały, pluły na nie­go, parskały i zamierzały go pobóść swymi różkami. Gdy jednak Bulandra krzyknął na nie: – Basama za kuc­ki! – przerażone uciekły z piskiem. Bulandra poszedł za nimi. Wszedł do jakiejś ogromnej jamy. W tej jamie stały beczki z talarami. Na największej siedziała ropu­cha tak duża jak krowa. Rozdziawiła na niego pysk, wy­trzeszczyła duże, okrągłe oczy i zaczęła szpetnie skrze­czeć.

– Basama za kucki! – wrzasnął na nią Bulandra i zamierzył się kilofem. To wystarczyło. Ropucha pękła ze strachu i już nie było ropuchy.
Bulandra nabrał talarów, ile zmieściło się w kiesze­niach i w czapce. Potem wyszedł z jamy i udał się do domu. Ogromnie się radował, że teraz ma więcej tala­rów, aniżeli król Gwóźdź, i że obejdzie się bez pomo­cy Skarbnika.

W domu jednak spostrzegł, że zamiast talarów ma w kieszeniach i w czapce zeschłe liście dębowe!
Odtąd nazywał jaroszki oszustami i zawsze w noc świętojańską nakładał drogi na Wydmuchów i przepę­dzał je kilofem.
Z utopcami w Brynicy miał także swoje porachunki.

Wracał raz ze szychty i zmęczony usiadł nad brze­giem Brynicy, by sobie trochę odpocząć. Bolały go bo­wiem kości, gdyż napracował się w kopalni, że aż strach. A księżyc pięknie świecił, a słowiki śpiewały bardzo pięknie, a woda w Brynicy szemrała i łuszczyła się sre­brem. Naraz Bulandra patrzy, a tu z rzeki wyłażą utopce, utopcule i utopczęta. Takie małe stworzonka, podob­ne trochę do jaroszków, z małpimi mordkami, w czerwo­nych kabatkach (rodzaj krótkiego płaszczyka), z palcami nóg i rąk spiętymi błoną jak kacze łapki. Skakały, prychały, baraszkowały, kwiczały, spychały się do wody, tańczyły, piszczały, fikały kozioł­ki i robiły różne głupstwa. A Bulandra nic. Tylko się patrzy i czeka, co będzie dalej.

Naraz jeden z nich dostrzegł Bulandrę. Gwizdnął na utopce, utopcule i utopczęta i stałaby się rzecz straszna, gdyby to nie był Bulandra. Podskoczyły bowiem wszy­stkie i chciały go ściągnąć do głębiny, żeby go utopić.

– A basama za kucki! – wrzasnął rozzłoszczony Bu­landra i jak nie zerwie się, i jak nie zacznie prać kilo­fem po ich małpich mordach i po grzbiecie, i gdzie tyl­ko trafiło! Zrobiło się straszne piekło, przerażone utop­ce hyc! jeden za drugim do wody i już ich nie było. Tyle tylko, co ten najstarszy ukradł Bulandrze fajkę, którą był położył obok siebie na trawie.
Odtąd uciekały na zbity łebek, gdy tylko zobaczyły Bulandrę nad brzegiem Brynicy. Bulandra zaś groził im kilofem i obiecywał połamanie ich kosteczek.
Na granicy między Szpluchowem a Rajskim Podle­siem straszył ognisty koń bez głowy. Była to pokutują­ca dusza jednego barona, który worywał się w chłopskie pola. Po śmierci musiał w kształcie ognistego konia bez głowy biegać po tamtych miedzach i straszyć ludzi, i skamleć o boskie zmiłowanie.

Przyszli chłopi z Rajskiego Podlesia i ze Szpluchowa do Bulandry i zaczęli prosić:
– Złoty Bulandro! Uwolnijcie nas od tamtego ogni­stego konia bez głowy!
– A kto to jest?
– To jest dusza pokutująca tego barona, co kiedyś tu żył i worywał się w nasze pola!
– Robi się! – rzekł Bulandra i wracając z nocnej szychty, nałożył znowu drogi i poszedł na granicę Szpluchowa i Rajskiego Podlesia.

Idzie, idzie, a w prawej dło­ni trzyma kotliczek ze święconą wodą i kropidło. Poży­czył mu je kościelny Brachaczek za kęs węgla.
Doszedł już na granicę Szpluchowa i Rajskiego Podle­sia, patrzy się i widzi! Miedzą leci ognisty koń bez gło­wy! Pędzi prosto na Bulandrę. Inny na ów widok uciekł­by co prędzej, Bulandra jednak zanurzył kropidło w święconej wodzie i czeka!

Ognisty koń dobiegł i już skacze kopytami na Bulan­drę. Bulandra wtedy pokropił go święconą wodą raz i drugi, i trzeci, i zawołał:
– Basama teremtete za kucki!

I stał się wielki dziw! Bo oto ognisty koń stracił się (tu: zniknąć) w tym okamgnieniu, a nad głową Bulandry uniósł się szary gołąb, zafurkotał skrzydłami i poleciał do nieba. A to była wybawiona dusza barona, który już swoje grzechy odpokutował.

W piekle słyszano o odwadze Bulandrowej i nikt z diabłów nie ośmieliłby się stanąć mu w drodze. Był tylko jeden diabeł, strasznie chytry i przebiegły. Nazy­wał się Rokitka. Gdzie nikt z diabłów nie mógł niczego dokonać, tam wysyłano Rokitkę. I co wrócił z ziemi do piekła, wiózł w taczkach pełno ludzkich dusz, by je sma­żyć w smole.

Innymi słowy, był to diabeł nad diabłami. Chudy, cienki, z dużym, krogulczym nosem, z rogami zakręco­nymi jak u barana, z krowim ogonem i z jednym koń­skim kopytem zamiast prawej stopy. Gdy mu wypadło łowić ludzkie dusze, przybierał postać człowieka. Poznać można było jednak – kto o tym wiedział – iż to diabeł, bo miał zrośnięte dziurki od nosa. Pewnego razu rzekł do swych kamratów w piekle:

– Przygotujcie spory kotlik smoły, rozniećcie pod kotlikiem porządny ogień, bo jeszcze dzisiaj przywlokę w worku duszę Hanysa Bulandry!

Wszyscy diabli ogromnie się ucieszyli, nalali pełny ko­ciołek smoły i rozniecili pod nim ogień, a Rokitka tym­czasem powędrował na ziemię.

Bulandra zaś wiercił świdrem dziury w caliźnie (pokład węglowy nienaruszony przez roboty górnicze) wę­glowej. Wiercił i wiercił, a gdy już wywiercił, usiadł pod ociosem, żeby sobie trochę spocząć i zjeść kawałek su­chego chleba.

Gdy tak je i odpoczywa, skąd się weź, to się weź, sta­nął przed nim Rokitka, przebrany za sztygara.
– Gluck auf (niem. szczęśliwego powrotu na górę), Bulandro! – pozdrowił uprzejmie po niemiecku.

– Szczęść Boże! – odpowiada Bulandra i widzi, że sztygar skrzywił się, jakby się napił octu. Patrzy lepiej i widzi, że ten sztygar ma zrośnięte dziurki od nosa, że prawy but ma ogromnie śmieszny i że z lewej nogawki wystercza postrzępiony koniuszek krowiego ogona.
„Aha, Rokitka!”, pomyślał i już powziął plan.

– Jak wam się fedruje, Bulandro? – zapytał Ro­kitka.
– Marnie, panie sztygar, bo węgiel twardy, że aż strach. Zaledwie na słoną wodę zarobię!
– Hm, żal mi was, Bulandro! A chcielibyście zarobić dużo pieniędzy?
– Czemu nie?
– Ja wam mogę pomóc w rwaniu węgla!
– A za co?
– Gdy mi zapiszecie waszą duszę, to wam będę po­magać w fedrunku!
– Wy, panie sztygar?
– Jako mówię! Z gęby nie robię cholewy!
– I to wy, panie sztygar, potraficie urwać więcej węgla naraz aniżeli ja?
– To się wie, że więcej!
– Wiecie co, panie sztygar. Zróbmy taki zakład! Ja wam zapiszę swoją duszę, ale wtedy, jeżeli narwiecie więcej węgla ode mnie. Jeżeli zaś narwiecie mniej, du­szy mojej nie otrzymacie, a pomagać musicie!
– Zgoda! – wrzasnął uradowany Rokitka.
– No, to ręka na zgodę!
– Ręka! – rzekł diabeł i wyciągnął kosmatą łapę do Bulandry. Bulandra trzasnął w nią dłonią spoza głowy i układ już był zawarty.
– To już przegraliście, panie sztygar! – rzekł teraz Bulandra.
– Po jakiemu?
– Bo za chwilę będę miał tyle węgla, że aż uciecha!
– Nie wierzę! – zarechotał Rokitka, przekonany, że Bulandra przegra zakład.
– Jak nie wierzycie, panie sztajger (sztygar), to stańcie sobie tu przy ścianie, żeby dobrze widzieć, jak będę rwał węgiel.

– Dobrze! – powiedział Rokitka i stanął sobie przy caliźnie węglowej.

Bulandra zaś wepchnął w wywiercone dziury dyna­mit, połączył go z lontem, lont zapalił i szybko schronił się do pobliskiej niszy. Lont pali się, pali, płomyczek su­nie i sunie, Rokitka zaś stoi przy caliźnie i patrzy, ile też tego węgla zdoła Bulandra urwać. I już dłonie zaciera z ukontentowania, że za chwilę jego duszę powlecze w worku do piekła.
Bulandra zaś wychylił głowę z niszy i patrzy. Widzi, płomyki na loncie dochodzą już do wywierconych dziur, za chwilę dojdą do dynamitu, za drugą chwilę…

– Rokitko! – zawołał kpiąco. – A uważaj dobrze, jak posypie się węgiel!
I zaledwie wyrzekł te słowa, jak nie strzeli, jak nie gruchnie, jak nie zatrzęsie się wszystko naokoło! O jerum pajtasz! Lampa Bulandry zgasła, lampa Rokitki zgasła, a tu dym gęsty, a rumor ogromny, bo węgiel się wali i sypie… I nic!
– Rokitka! żyjesz? – woła Bulandra. Rokitka nie odpowiada.
Gdy dym już się rozszedł, Bulandra zapalił lampę i poszedł do przodka, by zobaczyć, co się stało z Rokitką. Patrzy, a tu węgla do chwały Bożej, a Rokitka stoi przy­lepiony do stempla, spłaszczony jak rozdeptana żaba, je­dno oko ma na brodzie, drugie na kamizelce, a wszystkie zęby wyleciały mu tyłkiem.
Aż litość wzięła Bulandrę, gdy patrzył na biedaka Rokitkę.
A że miał dobre serce, więc odlepił go od stempla, po­mógł mu pozbierać zęby, wcisnął mu do garści i zapy­tał:
– No i co, Rokitko?
– Przegrałem! – wybełkotał Rokitka i powlókł się pod szyb. Wracał jak kupa nieszczęścia.
– A pamiętaj, że od jutra masz mi pomagać rwać wę­giel! – zawołał jeszcze za nim Bulandra. – Bo jak nie, to basama teremtete za kucki! Do samego piekła pójdę i wywlokę cię za ogon.
– Przyjdę! – jęknął Rokitka i pokuśtykał z płaczem do piekła.
Odtąd Bulandra dużo zarabiał, bo Rokitka musiał mu pomagać rwać węgiel. Bulandra siedział na kamieniu, pokrzykiwał tylko:
– Basama za kucki. Wio, stary diable! Fedruj, jak się patrzy! A bez kamienia! Bo jak nie, to ci przyłożę styli­skiem!
Rokitka pocił się, rwał węgiel, a Bulandra żuł tytoń, strzykał śliną koło nosa, popędzał go i raz po raz zdzielił mocno styliskiem, jeżeli ociągał się w pracy.

Odtąd Bulandra miał się dobrze, dużo zarabiał i jeżeli nie umarł, to jeszcze żyje.

Gustaw Morcinek

źródło tekstu: „Baśnie śląskie”, Gustaw Morcinek, WYDAWNICTWO RYTM – dowiedz się więcej

(2886)


Dołącz, porozmawiaj, wyraź swoją opinię. Grupa sympatyków strony Niezlomni.com

Redakcja serwisu Niezłomni.com nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zawartych w komentarzach użytkowników. Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.
Jednocześnie informujemy, że komentarze wulgarne oraz wyrażające groźby będą usuwane.
Ładowanie komentarzy Facebooka ...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

*

Korzystając z formularza, zgadzam się z polityką prywatności portalu

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.