Portal informacyjno-historyczny

NASZ WYWIAD: Na Bonda wywiadu PRL kreował się Zacharski

w Polska Ludowa/Służby specjalne


Zachęcamy do obserwowania strony na Twitterze

Na Bonda wywiadu PRL kreował się Marian Zacharski – z dr hab. Patrykiem Pleskotem, pracownikiem naukowym oddziału IPN w Warszawie rozmawia Tomasz Plaskota.

TOMASZ PLASKOTA: Kilka miesięcy temu na ekrany kin weszła kolejna część przygód superszpiega Jamesa Bonda. Wywiad komunistycznej PRL miał swojego Bonda?

PATRYK PLESKOT: Na Bonda kreował się Marian Zacharski. Można powiedzieć, że był ponadprzeciętnie zdolnym, ale jednak amatorem. W swoich opublikowanych wspomnieniach Zacharski pierwszy okres swojej działalności nieco podkręcił, zrobił z siebie świetnie przeszkolonego oficera kadrowego, a więc osobę najwyżej cenioną w niepisanej wywiadowczej hierarchii. Tymczasem w momencie werbunku był przestraszonym, młodym handlowcem, którego czekał wyjazd do USA. Przypadek jednak sprawił, że w Los Angeles, podczas regularnej gry w tenisa, poznał i pozyskał bezcennego agenta, amerykańskiego inżyniera, człowieka z dostępem do różnych, ściśle tajnych amerykańskich technologii. Dopiero wtedy został „ukadrowiony”, czyli w pewnym sensie pasowany na zawodowca. Nie ulega przy tym wątpliwości, że Zacharski – przystojny, wysoki, z naturalnym wdziękiem – dobrze pasuje do profilu osobowościowego agenta 007.

Jakie były główne cele działania wywiadu PRL? Jakie informacje były najistotniejsze dla wywiadu PRL?

Służby interesowały się wszystkim – od informacji, które można było znaleźć w prasie codziennej, po ściśle tajne materiały wojskowe. Im tajniejsze materiały, tym lepiej, ale nie do pogardzenia były też plotki towarzyskie i smaczki obyczajowe, które mogły stanowić podstawę do tzw. kombinacji operacyjnych, czyli prób zwerbowania danej osoby lub wydobycia od niej informacji.

Jak wywiad PRL zdobywał informacje na Zachodzie i w USA?

Przez pierwsze lata, a nawet dziesięciolecie wywiad PRL-u po prostu się uczył, zdarzała się amatorszczyzna pełną gębą. Łowiono agenta, pospiesznie szkolono i wysyłano na Zachód w ciągu dwóch dni! To był jakiś absurd. Dochodziło wręcz do sitcomowych sytuacji, jak ta z Gustawem Markusem, kiedy oficerowie wywiadu nie znający niemieckiego werbowali agenta, który nie znał polskiego. Błędnie rozpoznali i teren, i osobę. Przynajmniej na początku było to przaśne, prowizoryczne i w dużej mierze nieskuteczne. Wywiad z biegiem czasu się uczył, ale główne sukcesy, jakie odnosił, były zwykle wynikiem łutu szczęścia, zbiegu okoliczności i pracy samorodnych talentów amatorów.

Właśnie, dlaczego tacy szpiedzy jak Zacharski czy Madejczyk byli skuteczniejsi niż pracownicy wywiadu, którzy przeszli profesjonalne szkolenie?

Po pierwsze, okazali się samorodnymi talentami, a po drugie – po prostu, najczęściej dzięki przypadkowi zyskali możliwość dotarcia do niezwykle ciekawych źródeł informacji. W zawodzie szpiega najlepszą szkołą jest życie.

Korzystano z usług nielegałów?

Nielegałowie stanowili najbardziej elitarną i zarazem wystawioną na największe niebezpieczeństwo kategorię szpiegów PRL. Zwykle działali, kryjąc się za fałszywą tożsamością. W związku z tym, że z zasady unikali kontaktów z instytucjami PRL działającymi za granicą (np. z ambasadą) trudno ich było namierzyć wrogim kontrwywiadom. Jednocześnie jednak takiego „nielegalnego” szpiega – w przeciwieństwie do „legalnego”, pracującego zazwyczaj jako dyplomata – można było aresztować i skazać w normalnym trybie. Wywiad nielegalny szczególnie upodobały sobie służby Izraela, a także państwa bloku wschodniego. Wiązał się on jednak z wielkim nakładem czasu i kosztów, przy miernych nieraz efektach. Nawet Markus Wolf, szef wschodnioniemieckiego wywiadu STASI, przyznawał po latach: „żartowaliśmy między sobą, że nim nasi nielegałowie staną się przydatni operacyjnie, zapomnimy, kim byli, albo po co ich wysłaliśmy”.

Wywiad PRL nie cofał się przed wykorzystywaniem osób kolaborujących z III Rzeszą jak np. Jan Kaszubowski, który pracował dla Gestapo, a w 1945 r. przeszedł na służbę NKWD.

Kaszubowski współpracował z każdym, z kim się dało. Niewykluczone, że oprócz Gestapo, NKWD i UB/SB, donosił również dla przedwojennego wywiadu polskiego, zachodnich Niemców, Francuzów… Gry wywiadów tworzą niekiedy pole działania dla szpiegowskich „wolnych strzelców”, którzy są w stanie – za pieniądze – służyć każdemu, a najlepiej kilku stronom na raz. A jeśli mają możliwości (a przynajmniej robią takie wrażenie) dotarcia do ciekawych informacji – wywiady ani myślą krępować się uwarunkowaniami ideologicznymi.

Zdarzali się również szpiedzy z przypadku jak Czechowicz, z którego propaganda PRL chciała zrobić następcę sowieckiego szpiega, serialowego Hansa Klossa.

Po niespodziewanym, zwłaszcza dla samego Czechowicza powrocie do Warszawy w 1971 r., w Biurze Prasy KC postawiono rzucić na propagandowy front najlepszych krajowych specjalistów od problematyki szpiegowskiej i sensacyjnej. Nakręcenie filmu o misji Czechowicza zamierzano zlecić słynnemu reporterowi Krzysztofowi Kąkolewskiemu i Andrzejowi Konicowi – reżyserowi właśnie „Stawki większej niż życie”. W podobnym duchu temat miał podjąć na łamach tygodnika „Perspektywy” Witold Szymanderski, autor wielu powieści z serii „07 zgłoś się”, w oparciu o które powstał popularny serial milicyjny o por. Borewiczu. Mimo nakładów sił i środków, mit „kapitana Czechowicza” budowany był niezręcznie i nieprzekonująco. Najdobitniej określił to znany z niewyparzonego języka Stefan Kisielewski: „ogłoszono z ogromnym trzaskiem, że oficer polskiego wywiadu, Andrzej Czechowicz, pracował szereg lat w Wolnej Europie, teraz powrócił i będzie opowiadał rewelacje. Istotnie pokazał się w telewizji, wygląda trochę na debila, choć ma wyższe wykształcenie […]. Jego rewelacje jak na razie prezentują się zgoła skromnie: że Wolna Europa jest na utrzymaniu amerykańskim i że zbiera od Polaków informacje. Nie jest to straszna nowość […]. Ten «as wywiadu» […] właściwie nic konkretnego do powiedzenia nie ma, choć daje do zrozumienia, że ma”.

Wywiad PRL podlegał sowieckim służbom. Jak wyglądały te zależności?

Dopóki nie będziemy mieli szerszego dostępu do archiwów rosyjskich, dopóty nie będziemy mogli satysfakcjonująco odtworzyć tych zależności. Ogólne podporządkowanie wywiadu PRL-owskiego sowieckiemu jest oczywista, choć nie było tak, by każdy krok strony polskiej był śledzony i kontrolowany przez „przyjaciół radzieckich”. Poszczególne piony (jak i samo kierownictwo) służb prowadziły regularne konsultacje i spotkania, wymieniano się informacjami; przy czym nie ulegało wątpliwości, który „partner” dominuje w tym związku. Jednocześnie wywiad sowiecki prowadził też własne gry w Polsce, o których nie informował polskich kolegów. Bez wątpienia w różnych strukturach cywilnych i wojskowych służb pracowali ludzie, którzy współpracowali z Rosjanami na zasadzie agenturalnej.

Jak Pan ocenia wywiad PRL na tle innych wywiadów państw „demokracji ludowej”?

Można powiedzieć, że mieścił się on, co najwyżej, w okolicach „światowej średniej”. Wbrew temu, co czasem można usłyszeć z ust emerytowanych oficerów, na pewno nie należał do ścisłej czołówki i nie mógł się równać ze służbami obu supermocarstw. Zasłużoną renomą do dziś cieszy się też wywiad izraelski. Natomiast w przypadku wywiadów państw bloku wschodniego, za najlepszy uchodził wywiad NRD, zarówno wojskowy, jak i cywilny. Wywiad PRL można porównywać z wywiadem węgierskim, czechosłowackim czy rumuńskim. I to jest taka liga średniaków.

Wywiad PRL miał jakieś znaczące sukcesy?

Niewątpliwie do wywiadowczego Eldorado dotarł Marian Zacharski. Dzięki niemu wywiad zdobył szczegółowe dane techniczne dotyczące nowoczesnego systemu obrony przeciwlotniczej złożonego z rakiet średniego zasięgu typu ziemia-powietrze o nazwie „Hawk”. W ręce polskiego wywiadu wpadły też specyfikacje ściśle tajnego oprzyrządowania radarowego dla supertajnych, niewykrywalnych bombowców typu stealth, a także dla wprowadzanego dopiero w wielkim sekrecie do użytku bombowca strategicznego Rockwell B-1. „Pato” (informator Zacharskiego) dostarczył również dane podobnego typu dotyczące nienowego już, ale wciąż groźnego myśliwca F-15 Eagle, oraz śmiercionośnych rakiet ziemia-ziemia Cruise. Sukces ten niejako przeskoczył jednak możliwości PRL. Informacje były tak cenne, że Polska nie potrafiła ich wykorzystać. Tak naprawdę to Moskwa była ostatecznym odbiorcą materiałów „Pato” (za pośrednictwem Zacharskiego), bo tylko ona mogła zrobić z nich właściwy użytek w ramach zimnowojennego wyścigu zbrojeń.

Jakie były motywacje szpiegów, o których Pan pisze, a jakie osób, które dla nich świadomie pracowały?

Najlepsi agenci to ci działający z pasji, z wewnętrznego przekonania. Takich jednak trudno było znaleźć, dominowały osoby, które chciały zarobić, a przy tym zostały dodatkowo „zmotywowane” – prośbą (obietnicami „kokosów”, awansu itp.) lub groźbą (np. szantażem). Dla niektórych – np. nielegała Jerzego Kaczmarka, który „skradł” tożsamość pewnej niemieckiej sierocie – atrakcyjna była też adrenalina, chęć przeżycia „filmowej” przygody.

Nie może być dobrej historii o szpiegach bez pięknych kobiet. W pracy szpiegów PRL też takie się pojawiały?

Bez wątpienia to kobieta – Alice Kraffczyk – była jedną z najlepszych agentek wywiadu PRL, działającą blisko 20 lat. Może nie była asem, ale nie można jej było odmówić zaangażowania. Nie zaliczyła ani jednej wpadki. Nie rozstawała się ze swoim miniaturowym Minoxem, systematycznie robiła zdjęcia i przekazywała swoim mocodawcom. Gdy zachorowała przeszła na rentę, którą wypłacało jej polskie MSW. Trzeba jednocześnie pamiętać, że wywiad PRL – jeśli chodzi o oficerów operacyjnych – był instytucją skrajnie zmaskulinizowaną. Inaczej było w przypadku tajnych współpracowników: tu obie płcie były dobrze reprezentowane. Kobiety były wykorzystywane głównie jako agentki do zdobywania serc figurantów, do których chciano dotrzeć. Zarazem w Polsce nie przyjęła się metoda „Romeo”, często stosowana przez Rosjan i STASI. Może SB nie zachęcił przykład Franciszka Czajkowskiego, który w Nowym Jorku miał dotrzeć do profesora Uniwersytetu Columbia, specjalisty od spraw międzynarodowych państw bloku wschodniego. Czajkowski poznał sekretarkę profesora i się w niej zakochał, z wzajemnością zresztą. Ta miłość chyba nawet uratowała profesorowi życie, bo są pogłoski, że chciano go otruć. Jednak przez emocjonalne zaangażowanie Czajkowskiego misterna kombinacja operacyjna legła w gruzach.

(649)


Dołącz, porozmawiaj, wyraź swoją opinię. Grupa sympatyków strony Niezlomni.com

Redakcja serwisu Niezłomni.com nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zawartych w komentarzach użytkowników. Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.
Jednocześnie informujemy, że komentarze wulgarne oraz wyrażające groźby będą usuwane.
Ładowanie komentarzy Facebooka ...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

*

Korzystając z formularza, zgadzam się z polityką prywatności portalu

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Idź na górę