Atak na książkę „Resortowe dzieci”. Ale czy można być sędzią we własnej sprawie? Przypadek Tomasza Wróblewskiego

w III RP/PRL


Zachęcamy do obserwowania strony na Twitterze

Dyskusja nad książką „Resortowe dzieci” trwa. Racje przeciwników i zwolenników tez są znane. Nas najbardziej jednak zdziwił głos w dyskusji redaktora Tomasza Wróblewskiego, który z pozycji niezależnego sędziego narrację autorów książki przedstawia jako m.in. „zakłamaną optykę świata”.

„Nemo iudex in causa sua” („nikt nie jest sędzią we własnej sprawie”) to przecież podstawowy warunek bezstronności. Tomasz Wróblewski nie wspomina w artykule o swoim pochodzeniu, które stawia go w gronie osób opisywanych przez autorów książki. Dlatego zachęcamy do zapoznania się z tezami autora i skonfrontowania ich z jego przeszłością.

wroblewski3

wroblewski4

 

KLAN WRÓBLEWSKICH – fragment książki „Czerwone dynastie” Jerzego Roberta Nowaka

Polską scenę medialną nierzadko opanowują całe klany dziennikarzy obstawiając stanowiska w prasie.. I realizując w ten prosty sposób zasadę „dziedziczenia elit”, oczywiście lewicowego chowu. Tyle że dawne komunistyczne zaangażowanie wśród młodego narybku zmienia się w łewicowość liberałów w odpowiednim zachodnim opakowaniu. Typowy pod tym względem jest dziennikarski klan Wróblewskich (pierwotnie Fejginów. Nazwisko Fejgin rodzina zmieniła w konkretnej sytuacji 1940 r. na Wróblewskich).

Przyjrzymy się uważniej trójce dziennikarzy z klanu Wróblewskich: byłemu wpływowemu komunistycznemu dziennikarzowi z „Polityki” i przeciwnikowi „Solidarności” w latach 1980-1981, po 1989 r. redaktorowi naczelnemu „Gazety Bankowej” – Andrzejowi K. Wróblewskiemu, jego żonie – dziennikarce Agnieszce Wróblewskiej i ich synowi najbardziej dziś wpływowemu redaktorowi naczelnemu lewicowego liberalnego „Newsweeka” – Tomaszowi Wróblewskiemu. Warto tu szerzej omówić ich rolę. Wystąpienia dziennikarzy z klanu Wróblewskich nader dobrze ilustrują bowiem, jak chętnie wykorzystuje się wysokie stanowiska w mediach dla zatruwania atmosfery w duchu antykościelnym czy antypolskim, z prowokatorskim wręcz zacięciu w tropieniu rzekomego „polskiego antysemityzmu”.

Andrzej Krzysztof Wróblewski – Fejgin [polonica.net] przez wiele lat był dziennikarzem „Polityki”, dochodząc w niej do bardzo znaczącej funkcji kierownika działu krajowe­go. Od początków swej kariery wykazał dużą „zapobiegliwość” o dobra mate­rialne. Jego były kolega redakcyjny Jerzy Urban złośliwie opisał tę cechę S.K. Wróblewskiego, podając w „Alfabecie Urbana” (s. 204) dość szczególną in­formację:

[quote]Kiedy nastałem w 1960 r. w „Polityce” właśnie po korytarzach wiro­wał skandal. Młody dziennikarz Wróblewski wystosował list do różnych przed­siębiorstw, że dostał mieszkanie, potrzebuje mebli, lodówki Ud. i pyta, w czym mogliby mu pomóc. Szukanie protekcji uchodziło za nieprzystojność i zespół „Polityki” szeptał zgorszony. Wróblewski był jednak tylko prekursorem sztuki korzystania z chodów, która potem rozwinęła się i stała powszechna. On sam na zawsze pozostał zaradny.[/quote]

W latach 1980-1981 jako redaktor „Polityki” zdecydowanie występował w swoich tekstach przeciwko „Solidarności” i Wałęsie. Za przestrzeżenie przed nim „Solidarności”, z inicjatywy Urbana, ukarano rozwiązaniem umów dwóch dziennikarzy „Polityki”. Był współautorem rozmowy z liderami gdańskich robotników w „Polityce” z 1 listopada 1980 r., rozmowy, która wywołała ogromne protesty czytelników z powodu niebywałej arogancji prowadzących ją redaktorów. Jeden z czytelników napisał wprost o swym „głębokim obrzy­dzeniu” z powodu buty dziennikarzy prowadzących rozmowę.

Jeszcze 12 grudnia 1981 r. A.K. Wróbłewski piętnował w „Polityce” uparte uzurpowanie sobie przez „Solidarność” tej samej roli, co Sejm, który jest najwyższym repre­zentantem narodu (!). Na tle takiej postawy A.K. Wróblewskiego wobec „Solidarności”, tym „dziwniejsze” było jego nagłe odejście z „Polityki” w początkach 1982 r. i pojawienie się w kręgach solidarnościowych. Nie wiadomo, jakie były ówczesne motywy i cele Wróblewskiego.

Interesujące w kontekście wspomnianego już zaskakującego zachowania A.K. Wróblewskiego, byłego przeciwnika „Solidarności”, tuż po grudniu 1981 r., wydają się dwuznaczne sugestie J. Urbana w jego „Alfabecie” (s. 206):

[quote]Przyjaźniłem się z Wróblewskim i bardzo go lubiłem, coś jednak dziwnego dostrzegam w biegu jego życia i kariery (…). W sumie postać niejasna, zacho­wująca się tak, jakby jakaś niewidzialna ręka to pchała go w jakimś kierunku, to hamowała. Była to niedwuznaczna sugestia, że Wróblewski „jest jakimś agentem”[/quote]

(por. stwierdzenie R. Piszczyka w książce „K. Andrzejewski o Urba­nie”, Gdańsk 1993, s. 93).

Ciekawe, że w czasie, gdy wyjazdy zagraniczne były wstrzymane i niełatwo było dostać paszport, A. K. Wróblewski dzięki rozmowie z gen. C. Kiszczakiem latem 1982 r. uzyskał „jakoś” taki paszport do USA dla siebie, żony, syna i córki. Wyjechał do Stanów już w nimbie „solidarnościowca”.

Powrócił po kilku latach. Zwierzał się w ankiecie „Res Publiki” z 1987 r. (nr 6): Czuję się obywatelem Polski, ale i obywatelem świata. Nie cierpię zaścianka, nie uważam, że polski pejzaż, polska poezja czy polski patriotyzm są lepsze niż innych narodów.

Na łamach „Odry” z kwietnia 1988 r. snuł dywagacje na temat rzekomej antysemickości polskiej kultury.

Po 1989 r. A.K. Wróblewski szybko staje się wielce wpływowym w mediach, prowadzi cotygodniowy program telewizyjny w drawiczowej telewizji i zostaje redaktorem naczelnym czołowego pisma finansowego „Gazety Bankowej”. Wyróżnia się już wówczas prowokacyjną wręcz skłonnością do tropienia rzekomego „polskiego antysemityzmu”. Uskarża się skądinąd i tak uprzedzonemu do Polski redaktorowi z „Chicago Tribune” na to, że wiele osób w Polsce podejrzewa Mazowieckiego, że jest Żydem. I dodaje:

Polacy nie chcą obwiniać siebie za swe błędy i Żydzi zawsze byli wygodnym kozłem ofiarnym (według „Biuletynu Specjalnego PAP” z 20 listopada 1990 r.).

[quote]Po I Kongresie Prawicy Polskiej, przeprowadzając wywiad ze Stanisławem Michalkiewiczem z Unii Polityki Realnej, posunął się do szczególnie obrzydliwej prowokacji, zapytując swego rozmówcę: Czy nie sądzi pan, że wielkim zwycięstwem Polaków w II wojnie światowej było wytępienie Żydów? Osłupiały tak nikczemnym zapytaniem Michalkiewicz odparł, że oczywiście nic takiego nie sądzi. Zabrakło mu jednak wtedy odpowiedniej riposty negującej jakiekolwiek kwalifikacje do występowania w telewizji przez osobę zadającą tak podle postawione prowokacyjne pytanie. [/quote]

Jak widać, A.K. Wróblewski – monsieur 1′agent provocateur – jak go określił Marian Miszalski w „Najwyższym Czasie!” z 18 sierpnia 1990 r., miał dostatecznie duże „plecy”, by przetrwać na wysokich stanowiskach medialnych, pomimo najbardziej nawet podłych wyskoków.

Jako naczelny „Gazety Bankowej” Wróblewski konsekwentnie hołdował maksymalnemu bezkrytycznemu zapatrzeniu na Zachód, bez względu na polskie narodowe interesy gospodarcze.

[quote]To w jego piśmie zrobiono najbardziej panegiryczną reklamę Bagsikowi i Gąsiorowskiemu, i to jeszcze na miesiąc przed ich ucieczką z Polski – por. artykuł Ireneusza Chojnackiego i Sławomira Lipińskiego o Art-B „Genialne dziecko naszych czasów”, „Gazeta Bankowa”, 30 czerwca 1991 r. W artykule cytowano m.in. jakże wymyślną wypowiedź izraelskiego ekonomisty, współpracownika Banku Światowego, Valerego Amiela o Bagsiku i Gąsiorowskim: Czuję się przy nich czasem jak Salieri przy Mozarcie. Bagsik – nowy Mozart! Czyż nie był to najwspanialszy, jakże subtelny komplement dla panów, którzy z wirtuozerią okradli Polskę na wiele milionów dolarów?! Po ucieczce Bagsika i Gąsiorowskiego „Gazeta Bankowa” pod redakcją Wróblewskiego dalej „dzielnie” występowała przeciw tropieniu afer jako oszołomstwu.[/quote]

Warto dodać, że pod koniec lat 90. A.K. Wróblewski nieoczekiwanie znowu powrócił do pracy w postkomunistycznej „Polityce”, z którą tak niespodziewanie zerwał w początkach 1982 roku.

Żona A.K. Wróblewskiego – Agnieszka – stała się prawdziwą wykrywaczką rzekomych „oszołomów”, tj. tych wszystkich, którzy próbowali bronić polskich narodowych interesów gospodarczych, przeciwstawiając się prywatyzacji „za bezcen”. „Wsławiła się” m.in. gwałtowną, pełną nieukrywanej furii napaścią prasową na łamach „Życia Warszawy” na program Elżbiety Jaworowicz „Sprawa dla reportera”. A. Wróblewska konsekwentnie występowała jako rzeczniczka niczym nieokiełznanego kapitalizmu, po stronie oligarchów łamiących wszystkie zasady w imię swego personalnego wzbogacenia. Jej drukowany w tym duchu artykuł w „Gazecie Wyborczej” (nr 284 z 1996 r.) był typowym pod tym względem tekstem, lansującym wilcze prawo silniejszych do łamania wszelkich zasad sprawiedliwości społecznej. Akcentowała: Wy­grywa ten, kto potrafi więcej wyrwać z puli. Sprytniejszy, zdolniejszy, lepiej urodzony, lepiej ustawiony, przegrywa słabszy (podkr. – J.R.N.).

KARIERA TOMASZA WRÓBLEWSKIEGO

Od początku lat 90. zaczęła się przyspieszona kariera syna Agnieszki i Andrzeja Krzysztofa Wróblewskich — Tomasza.
Po zostaniu korespondentem w Waszyngtonie T. Wróblewski szybko „wyróżnił się” rozlicznymi prasowymi manipulacjami, m.in. nagłośnionymi na łamach „Wprost” oszczerczymi rewelacjami żydowskiego dziennikarza z USA na temat rzekomego spisku Papieża Jana Pawła II z Reaganem przeciwko Związkowi Sowieckiemu.

Jako korespondent z Waszyngtonu T. Wróblewski stosował odpowiednią manipulacyjną metodę wspierania lewicowych i antykościelnych argumentów poprzez posiłkowanie się cytatami z amerykańskich publikacji. Krystyna Czuba tak pisała w książce „Media i władza” (Warszawa 1994, s. 19) o metodach Wróblewskiego:

[quote]W „Życiu Warszawy” z 9 marca 1993 r. został zamiesz­czony artykuł T. Wróblewskiego z Waszyngtonu „Kościół polski przeciwko polskim rodzinom”. Tytuł ostry wybitnie. Kościół katolicki według amerykań­skiej fundacji PAI jest odpowiedzialny za najgorszy w świecie system opieki zdrowotnej i planowanie rodziny. W artykule zastosowana jest manipulacja stereotypowa (…) Dlaczego Kościół jest odpoiuiedzialny za stan opieki zdrowotnej, a nie Ministerstwo Zdrowia? Chyba dlatego, że przeszkadza w najnow­szych pomysłach dotyczących różnych „bezpiecznych metod”. Artykuł jest tak sformułowany, aby jasne było jedno przesłanie: „Kościół katolicki jest przeciwko.[/quote]

W swych korespondencjach Wróblewski starał się maksymalnie nagła­śniać różne postulaty sprzeczne z tradycyjną etyką. Jacek Kwieciński pisał w „Gazecie Polskiej” z 4 września 1994 r. o uporze, z jakim T. Wróblewski nagłaśniał różne cywilizacyjne „szaleństwa zachodnie”:

[quote]Dużą rolę odgrywa tu zupełnie wyjątkowy korespondent z USA – T. Wróblewski. Przepisuje on bez komentarzy skrajne idiotyzmy z odezw homoseksualistów (…). Śladami ojca prezentował się też jako zajadły tropiciel rzekomego „polskiego antysemityzmu”, m.in. niejednokrotnie atakując w swych tekstach prezesa KPA Edwarda Moskala. W czasie wywiadu z Moskalem dla tygodnika „Wprost” w 1996 r. T. Wróblewski posunął się do skrajnie agresywnego ataku na swego rozmówcę, mówiąc: „Nie tylko Żydzi, ale także wielu Amerykanów polskiego pochodzenia uważa pana za antysemitę i co więcej – są zdania, że pańska postawa może zaszkodzić Polsce w zabiegach o amerykańskie poparcie dla rozszerzenia NATO.[/quote]

Starał się maksymalnie ośmieszyć i zdezawuować wszelkie polskie protesty przeciw fałszowaniu obrazu stosunków polsko-żydowskich (np. w sprawie „Listy Schindlera”).

Już w początkach swej działalności jako korespondenta w Waszyngtonie T. Wróblewski zmontował prawdziwą prowokację przeciwko związanemu z PC ministrowi Zalewskiemu, fałszywie oskarżając go (później nazwano to „faktem prasowym”), że rzekomo sondował reakcje strony amerykańskiej na odejście Balcerowicza.

Po latach, już jako naczelny „Newsweeka”, T. Wróblewski popisał się szczególnie brutalnym wyskokiem przeciwko osobie Papieża-Polaka, drukując na okładce swego tygodnika zdekompletowaną układankę z wizerunkiem Jana Pawła II, opatrzoną niżej słowami: Świat przed odejściem Papieża. Pisał o tym red. Waldemar Żyszkiewicz na łamach „Naszej Polski” z 20 sierpnia 2002 r.: Słowa brutalne, okrutne, nie do przyjęcia, już nie tylko dla wierzą­cych, ale dla wszystkich, którzy kanony dobrego wychowania (…) wciąż uznają za obowiązującą dyrektywę zachowania. Porcję niesmaku zwiększała lektura bezlitosnych w tonie roztrząsań o sukcesji na Stolicy Piotrowej (…), a także arogancki, skierowany do Papieża przez Andrew Nagorskiego, szefa redakcji obcojęzycznych wydań „Newsweeka” apel, o jak najszybsze ustąpienie z urzędu.

Żyszkiewicz, krytykując pełen uprzedzeń i niechęci styl pisania o Papieżu i redukowania w „Newsweeku” zjawiska religijności do wymiarów czysto socjologicznych, przypomniał, że Wróblewski redaguje swój tygodnik za niemieckie pieniądze. A antypapizm jest szczególnie mocno manifestowany przez dużą część niemieckich mediów.

Dodajmy, że przy innej okazji Wróblewski jako naczelny „Newsweeka” popisał się „ozdobieniem” bloku materiałów o Kościele katolickim reprodukcją bluźnierczego obrazu Jarosława Modzelewskiego „Pamiątka I Komunii”. Jak widać, T. Wróblewski jest konsekwentny w swej niechęci do Kościoła. Był i jest konsekwentny również w swych uprzedzeniach do tradycyjnej polskości i w tropieniu rzekomego polskiego „antysemityzmu”.

Mimo nagminnego uciekania-się do oszczerstw i agresywnych prowokacji Tomasz Wróblewski świetnie .prosperował: mógł pisać największe bzdury i kalumnie, i wszystko mu przechodziło. I w końcu awansował na naczelnego redaktora „Newsweeka”. Bo w Polsce mamy taki system lewicowych mediów, który potrzebuje takich jak on „chuliganów pióra”, zawsze skłonnych do dokopania Narodowi, Kościołowi czy postaciom czołowych polskich patriotów.

Prosperowanie wspomnianego klanu Wróblewskich jest wyraźnym symptomem ciężkich patologii polskich mediów, w których równocześnie skazywani są na zepchnięcie na margines o wiele zdolniejszych od nich dziennikarze, tyle że występujących w obronie patriotyzmu i wartości chrześcijańskich. (Dość przypomnieć choćby zmarginalizowa-nie takich publicystów, jak były szef Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Maciej Iłowiecki czy Wojciech Turek, rozlicznych dziennikarzy dawnego „Ładu”, „Słowa – Dziennika Katolickiego”, „Tygodnika Gdańskiego”, „Młodej Polski”, etc). Na tle tej tak dobranej i tak zgranej trójki dziennikarzy z klanu Wróblewskich jedyną prawdziwie sympatyczną osobą był zmarły już w 1994 r. nestor rodu, ojciec A.K. Wróblewskiego, krytyk teatralny Andrzej Wróblewski.

W wydanym na krótko przed śmiercią wspomnieniowym wywiadzie „Być Żydem” dał on jedną z najbardziej obiektywnych relacji o stosunkach polsko-żydowskich w dobie wojny, ogromnie chwaląc polskie zachowanie w tym czasie. Co więcej, w swojej książce A. Wróblewski bardzo ostro krytykował rolę klik żydowskich w gospodarce (obok Hilarego Minca) i rolę Żydów w UB, pisząc m.in.:

[quote]Proporcjonalnie więcej było Żydów wśród katów niż ofiar i chociaż nie wszyscy byli równie gorliwi, to jednak w powszechnym odbiorze postrzegana była ich aktywność.[/quote]

W innym miejscu swej książki A. Wróblewski ubolewał, że w 1968 r. pod płaszczykiem dotkniętej godności wyjeżdżali z kraju Żydzi, którzy służyli w UB, byli sędziami czy prokuratorami, z rękami umaczanymi po łokcie we krwi. Andrzej Wróblewski nie wahał się nawet napisać w swej książce tego, co niektórzy tak bardzo lubią przemilczać za wszelką cenę. Tego, że jego rodzina w 1940 r. zmieniła nazwisko Fejgin na Wróblewski. (Być może ta jego szczerość wywołała całkowite zniknięcie jego książki z półek księgarskich. Szybko stała się ona całkowicie nieuchwytna w przeciwieństwie do zapełniającej półki ogromnej większości książek z tematyki żydowskiej).

Fakt ujawnienia w swej książce przez Andrzeja Wróblewskiego pierwotnego żydowskiego nazwiska, które nosił jego ród, był tym istotniejszy na tle dominujących dziś innych zachowań. W naszej prasie nie brak bowiem osób, które z prawdziwą furią rzucają się na wszelkie przypominanie pierwotnych nazwisk, nawet w przypadku, gdy chodzi o osoby stalinowskich katów. Tak jak to zrobiła znana „tropicielka antysemityzmu” Alina Grabowska w „Życiu Warszawy”, nie mogąc darować K. Kunertowi, że przypomina autentyczne imiona rodziców niektórych sędziów i oprawców. (Chodziło m.in. o sądową morderczynię bohatera Państwa Podziemnego – gen. Emila Fieldorfa „Nila” -Marię Gurowską z domu Sand, córkę Moryca i Frajdy z domu Einsenman).

Agresywne dążenia do przemilczenia za wszelką cenę oryginalnych na­zwisk rodowych, głównie żydowskich, są w pewnej mierze czymś groteskowym i sprzecznym z samą naturą wiedzy o historii. Przy takim przemilczaniu nikt nie wiedziałby na przykład, że dwie jakże wpływowe postacie doby stalinizmu z Polsce: dyrektor departamentu śledczego w MBP Jacek Różański i dyktator nad prasą i wydawnictwami Jerzy Borejsza byli rodzonymi braćmi: Goldbergami.

Jerzy Robert Nowak

(911)


Dołącz, porozmawiaj, wyraź swoją opinię. Grupa sympatyków strony Niezlomni.com

Redakcja serwisu Niezłomni.com nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zawartych w komentarzach użytkowników. Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.
Jednocześnie informujemy, że komentarze wulgarne oraz wyrażające groźby będą usuwane.
Ładowanie komentarzy Facebooka ...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

*

Korzystając z formularza, zgadzam się z polityką prywatności portalu

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.