Godny spadkobierca Żołnierzy Niezłomnych. Kiedy inni robili kariery, on działał w konspiracji. „Zapamiętaj to sobie, Polska nigdy nie będzie niepodległa!”

w Bohaterowie

(190)

źr. Blogpress.pl
źr. Blogpress.pl

Testament ojca

Z bardzo wczesnego dzieciństwa Przemysław Górny zapamiętał pogrzeb Romana Dmowskiego w warszawskiej katedrze 1939 roku, w którym uczestniczył wraz z ojcem, który był wówczas mężem zaufania Stronnictwa Narodowego w Fabryce Aparatów Elektrycznych w Międzylesiu. Ogromne tłumy na ulicach. Tłok w katedrze.

I późniejsze wspomnienie z 1944 roku, gdy w jego obecności Niemcy aresztowali ojca. W tym samym roku ojciec został zamordowany w Mauthausen. Ostatnie zdanie, które powiedział przed opuszczeniem domu, chłopiec potraktował jako testament: „Hitler przegra wojnę, a później będzie bolszewia. Doczekasz też wolnej Polski z wielością partii. Twoje synku miejsce, będzie w Stronnictwie Narodowym. To są nasze korzenie”.

Plany matki

Chłopak już od najmłodszych lat chciał walczyć z Niemcami. Nie przyjęto go do NSZ, bo miał ledwie 12 lat. Pierwsza okazja do „walki” nadarzyła mu się dopiero za Sowieta stacjonującego na Pradze. Z grupą chłopaków obcinali czerwone krawaty rówieśnikom z komunistycznej organizacji Związek Walki Młodych i pisali na praskich murach: „Pomścimy Katyń”. W pierwszej klasie gimnazjum, podczas pierwszomajowej akademii, poprzecinał przewody radiowe. Ale nie trafił do więzienia. Państwo półsierocie „dało szansę”: wzięło na wychowanie do Państwowego Domu Dziecka w podwarszawskich Chylicach. Pełnoletność zaczynał w płockim Domu Dziecka o zaostrzonym rygorze, gdzie trafił za bijatyki i posiadanie pistoletu. Przede wszystkim jednak za: „niereformowalną postawę ideologiczną”.

Do egzaminu dojrzałości dopuszczono go dopiero z rocznym opóźnieniem. Maturę zdał jako ekstern, gdyż do płockiego liceum trafił z opinią:

[quote]Inteligentny i zdolny, ale wróg klasy robotniczej. Rozbija ZMP.[/quote]

Do ukończenia liceum zmienił kilka szkół. Zadziorny, do bijatyki był zawsze pierwszy. Jego porywczość kanalizowały treningi bokserskie. Ich efektem zaś było zdobycie wicemistrzostwa Polski młodzików. Wszystko więc wskazywało na to, że z takim życiorysem nie zostanie przyjęty na wydział prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Po maturze zastanawiał się nawet, czy nie pójść do pracy. Pomóc rodzinie. Wpływ na to, że podjął studia prawnicze miała matka, która niemal nakazała mu, żeby poszedł na uniwersytet. Mówiła:

[quote]Żeby coś zrobić dla Polski, trzeba się kształcić. Byłeś prześladowany jako dziecko, ratuj polskie dzieci jako sędzia. Zrób coś dla nich.[/quote]

– Właściwie musiałem zostać przyjęty na studia, bo w przeciwnym wypadku państwo przyznałoby się do klęski wychowawczej. A państwo nie miało takiego zwyczaju – wyjaśnia ponad 80-letni Przemysław Górny. – Na egzaminie pisemnym był temat dotyczący kwestii chłopskiej w XIX-wiecznych powstaniach. Napisałem już cztery strony, kiedy jeden z asystentów pochylił się nade mną i powiedział; „Merytorycznie dobrze, ale ideologicznie źle”. Powiedział: „Jeśli chce się pan dostać na studia, to proszę napisać: »Powstania XIX wieku nie dały chłopom wolności, dopiero przyniosła ją Wielka Rewolucja Październikowa w myśl hasła wielkiego Lenina: ziemia chłopom, władza radom, wolność ludom. No i że dzisiaj Polska Rzeczpospolita Ludowa gwarantuje opiekę nad tą wolnością itp.«

Napisałem, co napisałem, ale od czasu do czasu dodawałem tego typu ozdobniki. Dostałem piątkę i zostałem zwolniony z ustnego. Kolejne egzaminy poszły mi również dobrze. Jednak szkoła przysłała mi złą opinię. Przewodniczącym komisji był ówczesny dziekan i szef katedry prawa cywilnego, Witold Czachórski. Powiedział wtedy: „Damy panu szansę, bo uniwersytet też jest od tego, żeby pana wychował”. No i przyjęto mnie. To był rok 1954.

Jako chłopak z domu dziecka dostał stypendium socjalne. Na drugim roku, za bardzo dobre oceny, również stypendium rektorskie.

[quote]Kiedy pewnego roku Rada Wydziału postanowiła zawiesić Górnego za antysocjalistyczne wypowiedzi, stanął w jego obronie profesor Ehrlich mówiąc: „Towarzysze, jeden endek na wydziale prawa może być, bo to bardzo dobrze świadczy o naszej demokracji”. No i Górny był nadal studentem.[/quote]

Koniec totalitaryzmu

Górny już na pierwszym roku wyzwolił się jednak spod opieki państwa: zaczął zachodzić na spotkania duszpasterstwa akademickiego i wykłady prowadzone w kościele pw. św. Anny. Słuchał prelekcji i kazań księży Bronisława Bozowskiego, Leona Kantorskiego, Aleksandra Fedorowicza, którzy dalecy byli od wypełniania oczekiwań komunistów. W trakcie duszpasterskich dyskusji nikogo nie raziły proniepodległościowe wystąpienia Przemka. Przeciwnie, dzięki nim zyskiwał wielu sympatyków. Uważano go za chłopaka, który bardzo odważnie wypowiada swoje dążenia.

[quote]Ale i wydział prawa wydał się Górnemu równie znakomitym miejscem do wypowiadania swoich radykalnych poglądów. A nawet uprawiania polityki. Nie widząc żadnych przeszkód, bez zahamowań opowiadał kolegom i koleżankom z wydziału, że rządy komunistów są niczym innym jak uzurpacją. Twierdził, że Polska nie jest wolna, a powinna być. Więc, mówił, trzeba walczyć o jej niepodległość. Słysząc to, niektórzy zaczęli uważać go za szaleńca. Inni za prowokatora. Tym bardziej że jeszcze do niedawna za o wiele bardziej stonowane wypowiedzi można było trafić na długie lata do więzienia. Bojąc się nawet słuchać tak obrazoburczych wypowiedzi, wielu kolegów stroniło od Przemka.[/quote]

 Karol Modzelewski i Adam Michnik
Karol Modzelewski i Adam Michnik

Jednak już na drugim semestrze 1955 roku ten zdolny i oczytany szczupły chłopak o bujnej czuprynie i hiszpańskim wąsiku, miał wokół siebie coraz większe grono kolegów, zwłaszcza że z początkiem nowego roku już bardziej widocznie luzowała się obręcz komunizmu zaciśnięta na szyjach Polaków. W 1955 ukazał się nowy numer studenckiego pisma „Po prostu”. Teraz z podtytułem „Tygodnik studentów i młodej inteligencji”. Pokazujący, czym rzeczywiście żyją studenci. Jakie naprawdę mają warunki socjalne. Jakie kłopoty. Taki ton dotychczas w „peerelowskich” gazetach był wręcz niemożliwy. Jedynie w połowie lat czterdziestych można było podobne teksty przeczytać w opozycyjnej prasie.

Tymczasem Górny, bez większego skrępowania, rozpoczął werbowanie studentów do zakładanej przez siebie tajnej organizacji. O tym, z jak wielkim przerażeniem patrzono na Górnego, piszą dziś w swych wspomnieniach lewicowi politycy, wówczas radykalni funkcjonariusze PZPR: Jacek Kuroń, Karol Modzelewski. Czy studenci z roku: pisarz Marek Nowakowski, PRL-owski dyplomata Marcin Nurowski.

Węże na Uniwersytecie

[quote]3 maja 1955 roku, podczas spaceru na uniwersyteckiej skarpie, kilku studentów złożyło przysięgę na wierność, zakładając tajną organizację: Związek Młodzieży Demokratycznej. Organizację o charakterze narodowym i chrześcijańskim. Oprócz Górnego wśród założycieli znaleźli się m.in.: Leszek Korytkowski, Wiesław Szczekowski, Przemysław Żukowski. Związek nie uznawał dyktatury proletariatu, kierowniczej roli PZPR i walki klas. W programie postulowano również dążenie do odnowienia moralnego narodu.[/quote]

Zbigniew Załuski
Zbigniew Załuski

Członkowie Związku od samego początku aktywnie występowali na otwartych zebraniach studenckich czy na otwartych spotkaniach komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej. Otwarcie też krytykowali działaczy PZPR i ZMP za ich dotychczasową zbrodniczą działalność, co jeszcze do niedawna było nie do pomyślenia. W 1955 roku znakomitym miejscem stały się także „trybuny” V Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów: warszawskie uczelnie, a przede wszystkim Uniwersytet Warszawski.

– Na jednym z zebrań w Audytorium Maximum na UW, wiosną 1956 roku, miał promocję swojej książki twardogłowy pułkownik Zbigniew Załuski – wspomina Przemysław Górny. – Sala była wypełniona po brzegi.

Przyszedłem ze swoją grupą. Byli też liderzy lewicy: Jacek Kuroń i Karol Modzelewski. Załuski próbował udowadniać w swojej pracy, że książę Poniatowski był agentem. Że nie było żadnej Reduty Ordona, bo nie było żadnego Ordona, tylko Orson. Że Ordon–Orson nie wysadził się, ale umarł we Francji i takie tam dyrdymały klepał przez 40 minut. Później jego asystenci namawiali, żeby zabrać głos. Wstał Karol Modzelewski i powiedział, że Załuski nie uwzględnił w książce bohaterskiej historii KPP. W podobnym duchu wypowiedział się Jacek Kuroń. Zabrałem głos po nich i powiedziałem:

Jest pan pułkownik w nieszczęśliwym położeniu. Przed chwilą zaatakowali pana dwaj koledzy z lewicy, a ja pana muszę zaatakować z prawicy. I wygarnąłem Załuskiemu, że to, co napisał, to brednie komunistyczne. Zrobił się tumult i mało nie doszło do bójki. Bo on i ci jego apologeci mocno zaprotestowali. Wreszcie Karol wstał i uspokoił towarzystwo.

Kilka dni później był na UW wiec. Poinformowałem na nim, że założyliśmy Związek Młodzieży Demokratycznej i nasza organizacja walczy z komunistami na śmierć i życie. Dostałem frenetyczne oklaski. Jacek Kuroń postanowił jednak dać „odpór” temu, co mówię. Powiedział; „Wy nie widzicie, że on jest zaklinaczem węży. On was zaklina”. A ludzie mu na to: „Dobra, dobra, Jacek, niech nas zaklina, my jesteśmy węże. Niech żyją węże”. Biegaliśmy na wszystkie wiece, które wybuchały wtedy lawinowo. Ludzie zorientowali się, że można otwarcie krytykować cały ten porządek polityczny i nikt ich nie wsadza do więzienia, więc namnożyło się odważnych.

Błąd Przemka

Już niemal od początku 1956 roku społeczeństwo coraz częściej upominało się o swoje prawa. Na licznych wiecach ludzie krytykowali władzę. Komuniści broniąc systemu zapewniali, że jest on bardzo dobry, tylko ludzie zawiedli, bo popełniali błędy. Robotnicy coraz częściej upominali się o wyprowadzenie partii z zakładów pracy. Lecz tego typu żądania komuniści uważali już za kontrrewolucję. Jednocześnie PZPR zaczęła wypuszczać ludzi z więzień. Również prymasa Stefana kardynała Wyszyńskiego, internowanego w Komańczy. Wśród witających kardynała przed jego rezydencją był również Przemysław Górny, który wraz z kilkoma ludźmi z ZMD został przyjęty przez metropolitę nawołującego młodzież, by dążyła do wolności nauki. Do korzystania z prawa do osiągnięć światowej nauki, bo bez tego, jak mówił prymas, nasze uczelnie zdolne będą kształcić jedynie półinteligentów.

[quote]Stopniowo Związek Młodych Demokratów rozwijał swoją działalność. W 1956 roku mieli już kilkadziesiąt tysięcy członków. Również wśród robotników. Także swoich przedstawicieli na wsi. Podczas krwawych manifestacji w Poznaniu próbowali zorganizować wiece w Warszawie, wspierające załogi walczącego miasta. Ale masakra, jaką urządzili tam w czerwcu komuniści, wystraszyła ludzi w zakładach. Brakowało też zdecydowanego przywódcy wśród robotniczych demokratów. Przemysław Górny znany był głównie w środowiskach studenckich. Lansowany zaś przez młodych z PZPR robotnik Fabryki Samochodów Osobowych, pezetpeerowski działacz Lechosław Goździk, tonował radykalizm nastrojów. Beton partyjny warszawskich zakładów straszył sowieckimi wojskami.[/quote]

– No i wtedy popełniłem błąd – powiada Przemysław Górny. – Spotkaliśmy się w ścisłym gronie. Leszek Korytkowski zaproponował, żeby przez naszych ludzi w zakładach zorganizować w całej Warszawie strajki. Powiedział, że jak się ruszy Warszawa, to i cała Polska to zrobi. I miał rację. Jeszcze dodał coś, do czego nie byłem przekonany: że wtedy w Polsce komunizm upadnie. Ale ja bałem się takiej decyzji. Takiej odpowiedzialności. Powiedziałem: „Słuchajcie, koledzy, nie było tej rozmowy, bo Polskę obowiązuje ekonomia krwi. Niemcy wytłukli kilka milionów Polaków, drugie tyle Sowieci. Życie każdego Polaka jest warte osiem następnych”. I wtedy Leszek zapytał: „A pamiętasz, co powiedział Roman Dmowski? »Kto chce widzieć odrodzenie narodu bez ofiar, to będzie widział jego powolne gnicie«”. Przecież, mówił dalej Korytkowski, ofiary zawsze były. Powstanie Listopadowe? Styczniowe? Powiedziałem stanowczo, że nie możemy niszczyć tkanki biologicznej narodu. Bałem się, że Sowieci nas zaatakują.

Tymczasem działacze PZPR szybko zbierali siły. Chętnie mówili o „wypaczeniach” w PZPR, ale równie ochoczo powtarzali to, co powiedział Józef Cyrankiewicz w Poznaniu, że jeśli ktoś podniesie rękę na komunizm, to zostanie mu ona odcięta. Wypuszczony zaś z więzienia komunistyczny aparatczyk, Gomułka, pospiesznie udał się do Moskwy po najnowsze dyrektywy swoich sowieckich zwierzchników. W tym czasie Kreml odwoływał już nadreprezentację żydowskich funkcjonariuszy w urzędach represji, zarówno w Moskwie, jak i w Polsce oraz innych krajach socjalistycznych – zwalając jednocześnie na nich całkowitą odpowiedzialność za dotychczasowy terror. Gomułka wracał z Moskwy witany jako prawdziwie „polski komunista”. A niedawny jeszcze ostry terror sprawił, że jego zelżenie nabierało znamion wolności.

W tych realiach zaistnienie Związku Młodych Demokratów stało się możliwe. Do czasu. Póki co jednak działacze Związku Młodych Demokratów wspierani byli zarówno przez „Puławian”, jak i „Natolińczyków”, dwie wzajem zwalczające się frakcje w PZPR. Władza proponowała działaczom ZMD coraz bardziej intratne stanowiska. W urzędach wojewódzkich, czy nawet w niektórych resortach teki zastępców ministrów. Jednym słowem: stanowiska zarezerwowane dotychczas w administracji państwowej tylko dla PZPR i jej marionetkowych koalicjantów: Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego i Stronnictwa Demokratycznego.

W końcu przedstawiciele tego ostatniego, SD, zaproponowali liderom ZMD wejście w ich struktury. Działacze Związku Młodzieży Demokratycznej odrzucili tę propozycję.

Koniec marzeń o demokracji

Był listopad 1956 roku. Członkowie Młodzieży Demokratycznej przygotowywali się do swojego pierwszego zjazdu. Przygotowywała się też do niego, choć w inny sposób, „młodzieżówka” ze Stronnictwa Demokratycznego, która weszła do ZMD. Również członkowie z dotychczasowego Związku Młodzieży Polskiej, którzy najwyraźniej dążyli do rozbicia obrad. Wobec zdecydowanej postawy członków ZMD nie udało im się to. Sala zjazdowa była wypełniona delegatami po brzegi. Chłopi, kupcy, robotnicy, studenci. Przemysław Górny został wybrany przewodniczącym Związku Młodzieży Demokratycznej przez aklamację. Ukonstytuował się też zarząd główny. Od tego czasu ZMD mógł już tworzyć struktury krajowe. Nadal nie ulegało wątpliwości, że Związek jest organizacją o charakterze chrześcijańsko-narodowym. Do zarządu wszedł Janusz Ziomacki, Tomasz Turski, Dariusz Król.

– I nagle wielkie zaskoczenie. Po zjeździe podchodzą do nas przedstawiciele Stronnictwa Demokratycznego i zapraszają na Zjazd Związku Młodych Demokratów, czyli ich „młodzieżówki”, organizowanego dwa dni później – opowiada Przemysław Górny. – Myśmy rośli jak na drożdżach, SD czuło się zagrożone, marginalizowane, więc chcieli mieć nas u siebie. Idziemy. Jest zimny dzień. Na sali zupa pomidorowa. Janusz Ziomacki później będzie mówił, że kupili nas za zupę pomidorową. Otwiera obrady profesor Jan Kulczycki, przewodniczący CK SD. Widzę, że przy stolikach siedzą po dwie, trzy osoby. To ludzie z ich terenowej młodzieżówki. Następnego dnia obrad profesor Kulczycki zaproponował, żeby się połączyć. Zgodziłem się sadząc, że przeforsujemy to, co będziemy chcieli.

 Karol Głogowski
Karol Głogowski

No, ale okazało się, że zgubiła nas ta pozorna siła. Oni byli lepiej zorganizowani. Przewodniczącym został Karol Głogowski, człowiek od nich. Ja wiceprzewodniczącym. Od nas do Zarządu wszedł jeszcze Zygmunt Kuligowski i Mochnacka. I 30 listopada 1956 roku Związek Młodzieży Demokratycznej i Związek Młodych Demokratów połączył się w jedną organizację o nazwie Związek Młodych Demokratów. Razem byliśmy 70-tysięczną siłą. Nas było prawie 60 tysięcy, a ich ponad 10. Na tym zjeździe nadal odrzucaliśmy dyktaturę proletariatu w ramach walki klas. Nie godziliśmy się też na kierowniczą rolę PZPR. Z narodowców w kierownictwie było nas kilku. Jednak teraz już nie była to organizacja chrześcijańska, ale wieloświatopoglądowa. Było takie założenie, że Zarząd Główny będzie się zbierał na wspólnych posiedzeniach z CK SD. Podjęliśmy też uchwałę, że jesteśmy suwerenną organizacją i w żadnym wypadku nie podlegamy kierownictwu SD.

W grudniu 1956 roku Gomułka zaprosił działaczy Związku Młodych Demokratów do KC PZPR. Na początku powiedział kilka ogólników, a następnie zaczął wykrzykiwać: „Jesteście opanowani przez elementy klerykalne i nacjonalistyczne! Przykładem jest Górny!”. No i wyszedł. Z przedstawicielami ZMD dalsze rozmowy prowadził Jerzy Morawski, członek Biura Politycznego, który najpierw namawiał ich do rezygnacji z założeń programowych dotyczących kierowniczej roli PZPR. Kiedy się nie godzili, zagroził, że ZMD zostanie rozwiązany.

– Po kilku dniach zostałem wezwany na posiedzenie CK SD – wspomina Przemysław Górny. – Nie ma Kulczyckiego. Siedzi Hajn, Wende, profesor Jodłowski i Stypułkowska. Ci dwoje jak figury woskowe nie zabierają głosu. Mówił tylko Hajn i Wende. Hajn powiedział: „Przykro nam, ale od dzisiejszego dnia odcinamy się od was. Jeszcze korzystacie z naszych stron, mieliśmy wkładkę w organie SD »Tygodniku Demokratycznym«, ale już nie spotkamy się”.

[quote]Po czym Karol Głogowski od razu ich zapytał: „Za ile mandatów poselskich nas sprzedaliście? Bo to jest jasne, że nas sprzedaliście, tylko za ile mandatów? Przecież za chwilę będą wybory”. Hajn na to: „W 1948 roku Bierut powiedział, że cała Polska inteligencja idzie pod sztandarami PZPR. No i jaki mieliśmy wybór? I jeśli dzisiaj od was się nie odetniemy, to nas zlikwidują”. Wtedy powiedziałem: „Myśleliśmy, że wy jesteście partią przedwojenną i demokratyczną. Że chcecie Polski niepodległej, demokratycznej. Podobnie, jak my. Macie w nas oddaną organizację, potężną i wyrzekacie się nas? To jak będzie z tą waszą niepodległością, demokracją?”. A Leon Hajn mówi tak: „Młody człowieku, zapamiętaj to sobie, że Polska po wojnie nigdy nie była niepodległa! Nie jest i nie będzie!”. „Aha”, powiedziałem, „jak tak, to wszystko jasne”. Ale ja mówię, że owszem, nie jest wolna, ale będzie! I wyszliśmy. Na korytarzu stała Stypułkowska i z płaczem powiedziała: „Chłopcy, nie załamujcie się, przed wami przyszłość. Wy uratujecie Polskę”. No i tak się skończyło moje marzenie o demokracji. Ale nie o wolnej Polsce.[/quote]

Zwolniliśmy pana, bo by pana zabili

Wiesław Chrzanowski
Wiesław Chrzanowski

W miesiąc później w karierze politycznej Przemysława Górnego wypadki potoczyły się błyskawicznie. 13 stycznia odbył się Zjazd Młodych Demokratów. Poprzedniego dnia w regionach aresztowano delegatów wcześniej należących do Związku Młodzieży Demokratycznej. Rozstawieni na korytarzach funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa nie wpuszczali na salę delegatów pochodzących ze „starego” Związku. Dopiero po interwencji u przewodniczącego Stronnictwa Demokratycznego, profesora Kulczyckiego, szykany cofnięto. Podczas zjazdu krytykowano działaczy Związku Młodzieży Demokratycznej za podważanie „zasad ustrojowych”. Ale też podjęto uchwałę, że jeśli ZMD nie będzie mógł działać demokratycznie, podejmie działalność konspiracyjną.

Na 16 zwołano posiedzenie Zarządu Głównego ZMD. W tym czasie Górny został wezwany na przesłuchanie do warszawskiej siedziby SB. Jednak zdążył przyjść na Zarząd. Podczas posiedzenia członkowie ZG, pod presją Centralnego Komitetu Stronnictwa Demokratycznego, rozwiązali strukturę. Jednak Górny nie poddawał się. Kilka dni później zwołał wiec zwolenników niezależnego ZMD w studenckim klubie Stodoła. Tam, z grupą niezależnych działaczy ZMD, powołał nową strukturę: Tymczasowy Ośrodek Informacyjny ZMD, zwany inaczej Centralnym Ośrodkiem Rewolucyjnym. Został wybrany jego przewodniczącym. Ośrodek miał się stać zalążkiem konspiracyjnej partii.

Mimo ciągłych wezwań na przesłuchania wielu jego uczestników nie zamierzało rezygnować z działalności. Faktycznie jednak, nawet przekształcony, związek powoli obumierał.

Górny wyjechał podczas wakacji na winobranie do Francji. Tam mu proponowano, by został i kontynuował emigracyjną działalność opozycyjną. Nawet jednak przez chwilę nie miał wątpliwości, że powinien wracać do Polski. Przyjechał w końcu października 1957. Przez kilka tygodni zastanawiał się, co robić dalej? Skończyć studia czy zajmować się polityką? Rozgoryczony działalnością polityczną, brał pod uwagę możliwość wstąpienia do zakonu Marianów. Jedzie nawet na kilkutygodniowy obóz organizowany na Wiktorówkach. Tam poznaje młodzież o narodowych poglądach. Zgoła daleką od wejścia w stan zakonny. Wśród nich Wiesława Chrzanowskiego, Józefa Kosseckiego, Walentego Majdańskiego i Leona Mireckiego. W następnym roku zakładają Ligę Narodowo-Demokratyczną. Formację mającą w swym programie dążenie do niepodległości Polski. Spotykają się podczas prowadzenia działalności edukacyjnej na terenie Uniwersytetu Warszawskiego. Prowadzą wykłady z zakresu demografii, gospodarki, historii i polityki.

[quote]Górny nie jest niepokojony przez SB. Dopiero podczas wizyty wiceprezydenta USA Richarda Nixona na uniwersytecie w 1959 roku Górny po raz pierwszy zostaje aresztowany. Zostaje też zawieszony w prawach studenta. Odbierają mu stypendium. Rzekomym powodem było oskarżenie go to, że miał: „[…] biec i całować opony samochodu, w którym jechał Nixon, co nie licuje z wizerunkiem studenta”. A także dlatego, iż „[…]siedział na drzewie i krzyczał – Ratuj nas, panie”. Szybko jednak Górnego odwieszono, gdyż miał świadków, że tak nie było. Jak się później okazało, aresztowanie stanowiło tylko pretekst. Podejrzewano, że to ZMD zorganizował manifestacyjne powitanie Nixona na UW, ponieważ przybyło na nie kilka tysięcy ludzi.[/quote]

Jacek Kuroń w latach 50.
Jacek Kuroń w latach 50.

– Stwierdziliśmy, że nie trzeba się bawić w konspirację masową, bo nas zaraz rozbiją, ale kadrową. Zebrało się nas kilkudziesięciu. Każdy miał swoje podgrupy – opowiada Górny. – Byli z nami ludzie z duszpasterstwa akademickiego i różnych wydziałów: prawa, historii, chyba ekonomii. Między innymi Szczekowski, Mirecki, Barański, Korytkowski. Założyliśmy Ligę Narodowo-Demokratyczną. Program ułożył Kossecki. Zaczynaliśmy od podstaw. Przerabialiśmy Dmowskiego: „Kościół, Naród, Państwo”. „Myśli nowoczesnego Polaka”. „Niemcy, Rosja, a kwestia Polska”. Takie były nasze podstawowe szkolenia z Dmowskiego. Był też z nami licealista Henio Klata, z nas najmłodszy. Świetnie sobie radził, mimo siedemnastu lat. W III RP został posłem z ZChN. Miał swoją podgrupę.

Ja szkoliłem swoje oddziały, swój NSZ w Kampinosie. Tam robiliśmy ćwiczenia bez broni. Mieliśmy instruktorów z AK. Udział w ćwiczeniach również brała młodzież, której rodzice walczyli w czasie wojny czy w Powstaniu Warszawskim. Chyba w początku 1960, a może wcześniej, dołączył do nas kolega Andrzej. Był administratorem akademików na Politechnice i dzięki temu miał swobodny dostęp do pokoi w akademiku na Placu Narutowicza. Organizowaliśmy tam spotkania.

Podczas jednego z nich, na początku maja, usłyszeliśmy delikatne pukanie do drzwi. Otwieramy, a tu wpadają do pokoju esbecy z bronią i wrzaskiem: „Ręce do góry!” Okazało się po latach, świeć Panie nad jego duszą, że właśnie Andrzej nas zadenuncjował. Przyznał się do tego mojej mamie. Widnieje też w archiwach jako TW. Aresztowali mnie, Henia Klatę i Józka Kosseckiego, Zbyszka Kwietnia, Janusza Krzyżewskiego, a jeszcze później Piotrka Bogdanowicza i Leona Mireckiego, który miał nas rzekomo inspirować do działalności. Podczas przesłuchań odmawiałem zeznań. Podobnie, jak i 17-letni Klata. Najpierw aresztowano tylko tych, którzy byli z nami na zebraniu. Trzy miesiące trwało śledztwo.

Józef Kossecki
Józef Kossecki

Po tym czasie prokurator Maria Sidor powiedziała: „Odmawiacie wyjaśnień, tymczasem wszyscy zeznają”. Ja mówię: „Tak, tak, wiem. To samo mówi pani każdemu przesłuchiwanemu”. Na co ona: „Ale zaraz będziecie zeznawać, bo znaleźliśmy program organizacyjny”. Powiedziałem: „Programów to ja pani mogę pokazać kilkadziesiąt. W tej chwili mam trzy programy. Polski monarchistycznej, nacjonalistycznej, demokratycznej”. A ona: „Słuchajcie, Górny, dla was szkoda tego czarnego chleba, na który pracują robotnicy”. Powiedziałem, że zgadzam się. No i w pewnym momencie wyprowadzili mnie z przesłuchania, bo powiedziałem, że jak się zmieni sytuacja polityczna, to ona znajdzie się na moim miejscu.

Później przyszła mnie przesłuchiwać Maria Pater. Piękna, młoda. Powiedziała, że przecież jestem dobrym studentem, mam matkę i braci żyjących w biedzie i powinienem się przyznać. „Okaże pan skruchę, wyjdzie z więzienia, wróci na studia, my to też jakoś wynagrodzimy”. A pod stołem podała mi kartkę. Na niej było napisane: „Dobrze pan robi, że się nie przyznaje”. Później przyszedł prokurator Górski. Namawiał mnie do zeznań. Nie przyznałem się. Odprowadzono mnie do celi. Zaraz potem weszło siedmiu funkcjonariuszy. Wzięli mnie z celi do jakiegoś magazynu bielizny i zaczęli katować namawiając, bym się przyznał. Skopali mnie dość solidnie. Dobrze, że nie odbili nerek.

Po 11 miesiącach od aresztowania rozpoczął się proces członków organizacji. Utajniony, trwający blisko miesiąc. Zarzucano oskarżonym LND przynależność do wrogiej PRL organizacji. Bogdanowicz i Mirecki zostali uniewinnieni. Pozostali natomiast skazani na kilka miesięcy więzienia. Kossecki i Górny na dwa lata.
– Przygotowano przeciwko nam 12 tomów akt. Oskarżano z art. 36, mkk: „Kto bierze udział w związku, którego cel nie jest znany państwu lub pozostaje tajemnicą wobec władzy państwowej, podlega karze do 15 lat…” i coś tam jeszcze. Przewodniczącym był sędzia Sikorski, Mołdyński orzekał i ktoś trzeci, już nie pamiętam – mówi Przemysław Górny. – Powiedziałem na rozprawie, że zostałem pobity. Stwierdzono, że mogę podczas odrębnego postępowania wystąpić ze skargą. Na sali siedzieli esbecy.

Oskarżał nas Rejzman. Powiedział, że proponuje dla wszystkich takie kary, jakie już odsiedzieliśmy. Bez podwyższania. Natomiast dla mnie siedem lat więzienia. Po procesie, do czasu rewizji wyroku, wyszedłem. Również Mirecki, Bogdanowicz, Klata. Kiedy robiłem odpisy wyroku, spotkałem na korytarzu sądowym sędziego Mołdyńskigo. Powiedział: „Zwolniliśmy pana, bo by tam pana w więzieniu zabili. Takie były ciche dyspozycje SB. Bo się pan stawiał”. Miała być rewizja wyroku w 1961 roku. Nie było. W następnym również. Dopiero w 1964 roku sąd zadowolił się aresztem, jaki spędziliśmy w więzieniu.

Przemysław Górny i Krzysztof Kawalec
Przemysław Górny i Krzysztof Kawęcki

Demokrata na rencie

Ale kara dla Górnego nie skończyła się. Przez kilka lat nie mógł znaleźć pracy. W 17 miejscach odmawiano mu zatrudnienia. Znalazł ją dopiero na kilka miesięcy przed ponownym aresztowaniem w styczniu 1964 roku za rzekomy napad na bank. Nie był zresztą jedynym „wyróżnionym”. Aresztowano też kilkuset akowców.

Wcześniej był natomiast przesłuchiwany z zupełnie innej przyczyny: z grupą kolegów z Ligi zrobili akcję wygwizdywania i obrzucania jajkami spektaklu autorstwa Sławomira Mrożka „Śmierć porucznika”.

[quote]– W sztuce autor przedstawiał „akowców” jako pijaków i wykolejeńców pozbawionych zasad moralnych. Postanowiliśmy zaprotestować.[/quote]

Po wyjściu z więzienia rozwiązaliśmy organizację. Niemniej jednak spotykaliśmy się – opowiada Przemysław Górny. – Mówiliśmy o różnych sprawach, ale przede wszystkim o polityce. Braliśmy pod uwagę założenie nowej organizacji. I kiedy mnie aresztowano, podczas przesłuchań niektóre fragmenty naszych rozmów przytaczano mi niemal dosłownie.

[quote]Nie miałem wątpliwości, że ktoś z naszej niewielkiej grupy donosi. Różnych ludzi podejrzewałem, ale nie Kosseckiego. Już nie pamiętam, ktoś mi wtedy mówił, że to najpewniej on kabluje. Ale były na to jakieś kruche dowody. Już po 2000 roku mówiono, że faktycznie Kossecki był konfidentem, bo wynikało to z dokumentów, jakie dostawali z IPN. Zapewniałem: „To jest niemożliwe, bo jest on typem naukowca, który kupuje skarpetki w warzywniaku”. Broniłem go do ostatniej chwili, aż przeczytałem swoje akta. Dzień po dniu relacjonował, cośmy robili. Nawet takie drobiazgi, że zaprosił mnie kiedyś na fasolkę po bretońsku do garmażerii na Świętokrzyskiej. Okropne.[/quote]

W 1966 roku ponownie aresztowano Górnego za próbę nielegalnego zorganizowania ZMD na Zachodzie. Na krótko jednak. Później szukając pracy zrobił kurs przewodników PTTK po Warszawie, zatajając, że był karany. W przeciwnym razie nie dostałby pozwolenia na kurs. Jeden z kolegów przewodników chciał z fałszywym paszportem wyjechać z Polski. Poprosił Górnego, by dał mu listy polecające do kogoś na Zachodzie. Dostał do dwóch polityków: Zygmunta Kuligowskiego w Uppsali i Zbigniewa Stypułowskiego w Londynie. Uciekinierowi udało się przekroczyć granicę PRL na fałszywym paszporcie, ale złapali go austriaccy pogranicznicy. Znaleźli przy nim również listy polecające. Górnemu postawiono zarzut, że wysłał emisariusza na dziesiątą rocznicę powstania Związku Młodych Demokratów, żeby reaktywował organizację we Francji.

Z końcem listopada 1967 roku Przemysław Górny został zwolniony z więzienia w Strzelcach Opolskich.

[quote]Wracając do Warszawy został potrącony przez samochód. Lekarze nie dawali mu szans na życie. Jeśli już, to jednocześnie na trwałe i ciężkie kalectwo. Kiedy odzyskał po raz pierwszy przytomność, zauważył koło siebie znajomego esbeka, który pytał kogoś, jak to się stało, że „ten Górny” jeszcze żyje.[/quote]

Po blisko półtorarocznym pobycie w szpitalu i sanatorium dołączył do żywych. SB nadal jednak nie pozostawała wobec niego obojętna. Próbowano wykorzystać go do wewnątrzpartyjnych rozgrywek w marcu 1968 roku.

Przemysław Górny
Przemysław Górny

Sugerowano, a później wręcz namawiano, żeby zeznawał przeciwko Jackowi Kuroniowi i Modzelewskiemu, jako główny świadek „ich antypolskiej działalności”. Nie zgodził się na to. Co więcej, sprawił, że informacja ta dotarła do Kuronia. SB nie zapomniała mu tego. Jeden ze śledzących go funkcjonariuszy powiedział mu kiedyś: „Jeszcze cię Górny załatwimy”. W dwa lata później wplątano go w pospolite przestępstwo. Otrzymał wyrok… dziesięć lat więzienia. Tylko dzięki kolegom ze studiów, już niektórym dobrze osadzonym w komunistycznej nomenklaturze, wyszedł po pięciu latach.

Po tym wszystkim Przemysław Górny wycofał się z polityki i zajął pomocą dla młodzieży z zaniedbanych środowisk, z której utworzył później Młodzieżowy Korpus Ochrony Środowiska. Jego Korpus posadził dziesięć tysięcy drzewek na jednym tylko osiedlu Gocław. Dzieciaki i młodzież prowadzone przez Górnego to zdobywcy nagród na krajowych i międzynarodowych konkursach dotyczących ekologii. W PRL Przemysław Górny otrzymał głodową rentę. Dopiero w 1993 roku Jacek Kuroń, pamiętając o postawie Górnego w 1968 roku, zadbał, by otrzymał on przyzwoitą rentę i odszkodowanie za utracone zdrowie. Podwyższył ją premier Jarosław Kaczyński. Górny odszkodowanie przeznaczył na cele społeczne. Głównie na kolonie, obozy oraz zagraniczne wyjazdy młodzieży.

Mateusz Wyrwich w książce „Ogłoszono mnie szaleńcem”, wydawnictwo „Rytm”

Zostaw swój komentarz

Redakcja serwisu Niezłomni.com nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zawartych w komentarzach użytkowników. Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.
Loading Facebook Comments ...
Redakcja serwisu Niezłomni.com nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zawartych w komentarzach użytkowników. Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

*