Dzieje Polaków na Wołyniu to nie tylko historia ukraińskich rzezi. To zdecydowanie dłuższa i bogatsza epopeja pisana potem i łzami. Pisana krwią zamordowanych przez władze sowieckie w podziemiach odebranego wiernym kościoła w Połonnem.
Tych, którzy podczas zesłania trudzili się w kazachskich kopalniach, i łzami tych, którzy potracili rodziny w wyniku Wielkiego Głodu oraz licznych represji. Dzieje Wołyniaków to historia heroizmu prostych ludzi i cichego bohaterstwa duchownych, którzy w czasach sowietyzacji i ateizacji, ryzykując życie za rodaków i wiarę, umacniali na Ukrainie Kościół katolicki i poczucie przynależności do narodu polskiego.
Od Wielkiego Głodu lat trzydziestych i przymusowej kolektywizacji, przez zsyłki do łagrów i wywózki na Daleki Wschód, aż po bestialstwa banderowców oraz represje ze strony Sowietów, Polacy na Wołyniu robili wszystko, by ocalić własną tożsamość narodową oraz wychować w wierze katolickiej i poszanowaniu polskich tradycji następne pokolenia, które także nie powinny zapomnieć o swoich korzeniach.
Choć po upadku ZSRR represje ustały, dla Polaków mieszkających na Wołyniu batalia o polskość i Kościół katolicki na Ukrainie się nie zakończyła. Nadal walczą o swobodne kultywowanie tradycji, nauczanie języka ojczystego czy jego obecność w liturgii. Robią, co mogą, by ocalić od zapomnienia tragiczną opowieść o poległych. Opowiadają o przeszłości, gdyż wiedzą, że w obliczu historii każdy, kto milczy na ten temat, jest po prostu zdrajcą.
Fragment rozdziału Was Polakiw skoro ne bude
Posterunek policji mieścił się w budynku, w którym teraz znajduje się w Dowbyszu rada wiejska. Wszyscy omijali go z daleka. Sam widok policjanta z tryzubem na czapce budził strach. W grupie pochodowej OUN do Dowbysza przyszli także Ukraińcy z Zachodu, przejęli radę wiejską i zaczęli uczyć w szkole. Chodziłem wtedy do siódmej klasy. Pamiętam takiego nauczyciela nacjonalistę, który na pierwszej lekcji zaczął tłumaczyć nam, że teraz będzie tu wolna Ukraina i musimy sprzyjać Niemcom, którzy nam w tym pomogą. Sami jak najszybciej musimy zrobić porządek z Polakami, Żydami i kacapami. Dopiero, jak się oczyści ukraińską ziemię z tych nacji, będzie ona naprawdę wolna. Ponadto wszyscy Ukraińcy muszą zacząć kochać i cenić swój język i w żadnym innym nie rozmawiać. Był bardzo zdziwiony, że tylu uczniów w klasie przyznało się do tego, że są Polakami. Zaśmiał się tylko i oświadczył: Polakiw skoro ne bude! Po zakończeniu nauki zawołał swoich kolegów, żeby pomogli mu „Polaczkiw wybiraty!”. Spędzili nas na plac przed szkołą. Nie wiedzieliśmy, co z nami będzie, wszystko mogło się zdarzyć. Wyprowadzili nas na ten plac przed szkołą, na którym była taka wielka kałuża, bo w nocy padał deszcz; zbliżała się jesień. Ten nauczyciel, Ukrainiec w czapce z tryzubem, kazał wszystkim Polakom stanąć właśnie w tej kałuży, a następnie uklęknąć w niej. Później wziął kij do ręki, żeby walnąć nim pierwszego, który ośmieli się wstać.
Klęczeliśmy bardzo długo. Kiedy wreszcie ten cyniczny nacjonalista pozwolił nam wstać, nie mogliśmy wyprostować nóg, by normalnie iść do domu. Czołgaliśmy się. Tymczasem oprawca nie wziął pod uwagę tego, że wśród nas były, jak się później mówiło w Dowbyszu, tzw. partyzanckie dzieci, których ojcowie wstąpili do tworzącego się w pobliskich lasach oddziału. Ten zaś od razu postanowił zrobić porządek z grupą pochodową OUN. To jednak trochę potrwało. Na drugi dzień znów poszliśmy do szkoły, ale wtedy przyszedł do nas już nie ten nacjonalista, tylko nasz miejscowy, dowbyski nauczyciel, który ze łzami w oczach oświadczył: Didki dobre, idite po domach, bo szkoła zakrywajetsa, ne bude tej szkoły!
Poszliśmy do domów, a nacjonaliści kontynuowali swoją robotę. Odwiedzali miejscowych Ukraińców i mobilizowali ich do rozprawy z Polakami. Zwracali się przede wszystkim do młodych. Usiłowali zorganizować z nich oddział UPA. Wieczorem nagle wpadli do Dowbysza radzieccy partyzanci i zaczęli polować na tych banderowców. Kolejno dopadali wszystkich. Ci bohaterowie, którzy chcieli walkę o wolną Ukrainę zaczynać od robienia porządku z Polakami, uciekali, gdzie pieprz rośnie. Ostatnich dwóch partyzanci dopadli w lesie aż pod Nowym Zawodem. W samym Dowbyszu na ulicach leżało trzynaście trupów. Ukraińscy policaje nie spieszyli się, żeby pomóc. Siedzieli na posterunku i nie strzelali. Rano kazali tylko pozbierać i pochować trupy.
— Niemcy zorganizowali posterunki przy jednym z najstarszych piętrowych budynków w Dowbyszu, zbudowanym jeszcze w 1902 r. — kontynuuje Samuel Arabski. — Otoczyli teren płotem, postawili jakieś baraki i spędzili wszystkich Żydów, nie tylko z Dowbysza, lecz także z okolicznych miejscowości. Ciasnota tam panowała straszna, bo na małym obszarze zgromadzono ich około czterystu: dzieci, starców, kobiety, mężczyzn. Ja, mimo iż byłem młodym chłopakiem, umiałem prowadzić samochód ciężarowy, bo nauczyłem się tego w kołchozie; był tam stary grat, ja umiałem go prowadzić, a mój brat, mechanik, naprawić. Dlatego też stałem się świadkiem wymordowania Żydów z dowbyskiego getta. Kazali mi podjechać samochodem pod posterunek, gdzie wsiadło do niego czterech policjantów. Nakazano wsiąść na samochód grupie Żydów. Gdy ci spytali, dokąd jadą, usłyszeli, że do Iwanówki, kopać kartofle. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, gdzie Żydzi zobaczyli żółty piasek na pryzmach i wykopane doły, już wiedzieli, że przyjechali na własną śmierć.
Na miejscu było kilkunastu innych policjantów. Żydom kazano się rozebrać, ale nie do naga, tylko do bielizny. Ich ubrania i rzeczy wrzucano następnie do ciężarówki. Później ukraińscy policjanci obszukiwali jeszcze wszystkich, odbierając pierścionki, kolczyki i inne kosztowności. Tymi precjozami dzielili się między sobą. Gdy już uznali, że zabrali wszystko, co wartościowe, przeganiali ich do dołów i kazali siadać. Żydzi nie protestowali i wykonywali polecenia policjantów. Ci, po przygotowaniu jednej grupy do rozstrzelania, kazali mi z czterema funkcjonariuszami jechać po następnych Żydów. Najpierw odwoziłem zrabowane Żydom rzeczy do magazynu, a później podjeżdżałem pod getto. Do 14:00 wszyscy Żydzi siedzieli już w bieliźnie nad dołami. Policjanci nie mieli rozkazu i czekali na jakiegoś wyższego przełożonego, a ponieważ nie nadjeżdżał, usiedli na trawie i czekali razem z Żydami. Aż do końca nie rozumiałem tej sytuacji. Nie chciałem uwierzyć, że policjanci wymordują wszystkich Żydów. Kiedy jednak łazikiem przyjechał z Marianówki ich przełożony, zaczęła się rzeź. Oficer stanął w samochodzie, coś krzyknął i machnął ręką. Wtedy się zaczęło. Policjanci kazali stawać nad dołami kolejno całym żydowskim rodzinom i jednych po drugich ich rozstrzeliwali. Nie sprawdzali, czy ofiara padająca do dołu była zabita, czy tylko ranna. Jak zapełnili już dwa duże doły, przypędzili ludzi z wioski i kazali zasypać. Później chcieli zrobić to samo z trzecim dołem, ale policjanci nie pozwolili. Jeden z nich oświadczył: Z Żydami się rozprawiliśmy, ale na Polaków przyjdzie jeszcze kolej!
Zbrodniarze ci nie zdążyli jednak zacząć rozprawy z Polakami. Nie przewidzieli, że wkrótce sowieccy partyzanci wybiją ich co do jednego.
Artykuł Wołyń zapomniany. Tragiczne losy Polaków na sowieckiej Ukrainie. [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.
]]>W nocy z 26 na 27 marca banda UPA dokonała masakry 180 Polaków we wsi Lipniki na Wołyniu. Ocalał Mirosław Hermaszewski, późniejszy pierwszy polski kosmonauta.
W Lipnikach istniała 21-osobowa polska Samoobrona pod dowództwem Marka Słowińskiego. Kilka dni przed masakrą ujęła ona jednego z członków uzbrojonej ukraińskiej bandy, która wtargnęła do wsi. Przekazany Niemcom został powieszony. To przyspieszyło ukraiński odwet.
Lipniki zostały otoczone. W pierwszych szeregach atakowali upowcy z bronią, za nimi szedł tłum ukraińskich chłopów, podpalając domy. We wsi wybuchła panika. Do uciekających strzelano, wiele osób zginęło w pożarach, złapane dzieci wrzucano do płonących domów. Inni zostali zabici widłami i siekierami. Jednak polskiej Samoobronie mimo przewagi wroga udało się przebić i wyprowadzić ze wsi ok. 500 osób. Grupa ok. 100 osób, które nie zdążyły uciec, została otoczona na polu i wymordowana. Przez kilka godzin nocnych upowcy przeszukiwali zagrody, dobijając rannych. Oprócz Polaków zamordowali także 4 Żydów i Rosjankę.
"Wieś okrążono, rozpoczęła się straszna strzelanina, pociski zapalające leciały jak gwiazdy. Drewniane zabudowania kryte słomianymi strzechami płonęły. Skąpa samoobrona zdawała sobie sprawę, że wsi obronić się nie da" -
wspominała w książce "Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945" Ewelina Hajdamowicz, była mieszkanka wsi Lipniki.
"Polaków mordowano strasznie. Ginęli od kul, bagnetów, siekier, w płomieniach płonących domów, do których wrzucano ludzi przez okna, w studniach. (...) Ukraińcy krzyczeli: ‘Kuda polacka mordo, tut was wyryżem’"
- to znowu słowa Hajdamowicz, która cudem przeżyła wraz z dwójką dzieci dzięki pomocy uczestniczącego w rzezi znajomego Ukraińca.
1,5-roczny Mirosław Hermaszewski był niesiony przez matkę. Jeden z banderowców strzelił jej w głowę i pozostawił zakrwawioną kobietę, myśląc, że nie żyje. Gdy ta odzyskała przytomność, uciekła do sąsiedniej wsi. Zgubiła jednak dziecko. Odnalazł je i uratował ojciec. Niedługo potem on sam został zastrzelony.
Rzezią w Lipnikach dowodził Iwan Łytwynczuk, ps. "Dubowyj". Studiował w prawosławnym seminarium duchownym. Od 1937 do 1939 przebywał w więzieniu za działalność w OUN.
Obok m.in. Dymytra Klaczkowskiego – dowódcy UPA-Północ – Łytwyńczyk był jednym z głównych organizatorów zbrodni na polskiej ludności Wołynia. Napady dowodzonego przez niego oddziału cechowały się szczególną brutalnością.
Zginął na przełomie 1951 i 1952 roku wysadzając się w bunkrze, otoczonym przez siły NKWD.
źródło: własne / Kresy24.pl / Nowahistoria.pl
Artykuł W nocy z 26 na 27 marca 1943 r. banda UPA dokonała masakry 180 Polaków. Cudem ocalał 1,5-roczny Mirosław Hermaszewski pochodzi z serwisu Niezłomni.com.
]]>28.02.1944 - ludobójstwo w Hucie Pieniackiej - polska wieś przestała istnieć.
Śmierć poniosło od 600 do 1500 osób (szacunki IPN to 900 zabitych). Pacyfikacji dokonali, według śledztwa IPN, żołnierze 4 Pułku Policyjnego SS złożonego z ochotników ukraińskich do SS-Galizien, pod dowództwem Oberstleutnanta Schutzpolizei Siegfrieda Binza, wraz z okolicznym oddziałem Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) i oddziałem paramilitarnym składającym się z nacjonalistów ukraińskich, pod dowództwem Włodzimierza Czerniawskiego.
Huta Pieniacka liczyła wówczas 172 gospodarstwa i około 1000 mieszkańców, we wsi znajdowało się również spora liczba uciekinierów (m.in. z Wołynia), którzy opuszczali miejsca zamieszkania obawiając się fali morderstw dokonywanych przez nacjonalistów ukraińskich i wspomagających ich miejscowych ukraińskich chłopów. Ocalało około 160 osób.
Polska samoobrona wiedząc o planowanej akcji postanowiła nie podejmować działań. Zdecydowano, że uzbrojeni mężczyźni zbiegną do lasu, pozostawiając we wsi głównie kobiety, dzieci i mężczyzn w podeszłym wieku. Liczono, że po dokonanej rewizji mieszkańcy nie będą poddani większym represjom.
Po wkroczeniu napastników część mieszkańców została rozstrzelana na cmentarzu, pozostałych spędzono do kościoła skąd po kilkanaście osób wyprowadzano do stodół, zamykano i podpalano. Próbujących uciekać mordowano w bestialski sposób. Dobytek mieszkańców – bydło, rzeczy, zboże – zrabowano.
Opisy zbrodni zachowały się dzięki zeznaniom nielicznych ocalałych świadków. Znalazły się one w aktach Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu w Krakowie, która na początku lat 90. wszczęła śledztwo w tej sprawie.
„Naokoło morze płomieni i ciemne chmury dymu oraz okropne wycie psów, ryk krów i swąd palonych ciał ludzkich i zwierzęcych. Nie mieliśmy już żadnych złudzeń co do czekającego nas losu, a ból po naszych krewnych krwawił nam serca, nie reagowaliśmy na brutalne znęcanie się SS-manów, bicie kolbami karabinów i kłucie bagnetami. Na każdym kroku doznawaliśmy upokorzeń przez stałe pokazywanie nam dzieła zniszczenia i wypowiadane słowa: „Wże propała wasza Polsza”, „to je wasza Polsza” itp.”
- wspominała Wanda G. Z kolei Stanisław W. mówił o zalegających wszędzie stosach trupów.
„Ciało żony znalazłem w stodole kuzyna Władysława Mendelskiego. Żonę poznałem po sukience. Ciało było skurczone, prawie całe spalone (…). W tej stodole było bardzo dużo ciał spalonych. Ciała te leżały jedno na drugim”
- zeznawał.
W miejscu wioski, która przestała istnieć po spaleniu przez OUN-UPA w pustym polu stoi pomnik pomordowanym. Obok pomnika partia Swoboda postawiła tablicę pt. Prawda o Hucie Pieniackiej.
Oto tłumaczenie napisu:
Podczas II wojny światowej wioska Huta Pieniacka była jednym z największych ośrodków stacjonowania polskich bojowników Armii Krajowej i bolszewickich dywersyjnych zjednoczeń w Galicji, którzy wspólnie teroryzowali okoliczne ukraińskie wioski. 28 lutego 1944 roku niemiecka okupacyjna władza przeprowadziła wojskową operację likwidacji polsko – bolszewickiego oddziału. Wioska ucierpiała.
Na początku lat 80-ch sowiecko – polska propaganda rozpowszechniła nieprawdziwą informację o zniszczeniu wioski Huta Pieniacka dywizją SS Galizien i wojskowymi OUN–UPA. Ta wersja aktywnie rozpowszechnia się i dzisiaj w republice polskiej w celu dyskredytacji ukraińskiego narodowo – wyzwoleńczego ruchu i ukrycia zbrodni okupacyjnej polityki Polski na zachodnioukraińskim terytorium. Pytanie ilości ofiar ludności cywilnej – Polaków i Ukraińców, którzy mieszkali w Hucie Pieniackiej, jest dyskusyjnym i nieopracowanym. Między innymi, do dzisiaj niewiadoma jest ilość i miejsce pochówku poległych. Dlatego pomnik, postawiony na terytorium ówczesnej wioski w 2005 roku, nie odpowiada wydarzeniom, które tam odbywały się i jest postawiony z łamaniem teraźniejszego prawa Ukrainy.
A jaka była prawda o tych wydarzeniach?
źródło: własne / Polska Zbrojna / Wikipedia
Artykuł 28 lutego 1944: zagłada Huty Pieniackiej, czyli wkraczając do przedsionka piekła. Przerażające relacje świadków: ,,Żonę poznałem po sukience. Ciało było skurczone, prawie całe spalone…” (wideo) pochodzi z serwisu Niezłomni.com.
]]>Nasi bliscy ginęli od ciosów siekierą, kos, wideł, pogrzebaczy. Dogorywali w strasznym cierpieniu żywcem wrzucani do ognia. Bestialsko mordowane przez ukraińskich sąsiadów były dzieci, starcy, kobiety, całe rodziny. Tylko dlatego, że byli Polakami. I nie na końcu świata. Do stolicy Wołynia, Łucka, z Warszawy jest prawie 400 km. Niewiele więcej niż ze stolicy do Krakowa, czyli bardzo niedaleko.
Apogeum rozegranego tam, a przemilczanego przez dziesiątki lat, ludobójstwa przypadło w „krwawą niedzielę” 11 lipca 1943 roku. Jednak nieoficjalne dane mówią, że ponad 100 tysięcy naszych rodaków zginęło z rąk ukraińskich nacjonalistów – przed, i po tej dacie.
Był wtorek, 9 lutego 1943 roku, wcześnie rano... Do każdej z 26 zagród w założonej w XIX wieku polskiej wsi weszło po kilku uzbrojonych mężczyzn. Przedstawili się jako sowieccy partyzanci. Kazali dać sobie jeść. A potem...
12-letni wówczas Witold Kołodyński wspomina to tak:
Dowódca powiedział nam: – Musicie się położyć, my was powiążemy, żeby Niemcy was nie skrzywdzili za przetrzymywanie i karmienie partyzantów. To samo usłyszeli inni mieszkańcy Parośli. Wszyscy potem zostali zamordowani siekierami. Dorośli byli porąbani. Dzieci uśmiercane były uderzeniami w główki obuchami. W jednym z domów nie można było wyciągnąć noża, którym było przybite niemowlę do stołu...”.
Tego dnia zamordowanych zostało 149 Polaków i 6 Rosjan, choć według innych szacunków zamrdowanych było 173. Rzeź przeżyło 12 ciężko rannych osób. Dalej opowiada Witold Kołodyński, który cudem uratował się ze swoją 9-letnią siostrą Lilą:
Rodzice mieli głowy rozrąbane na pół. Mamy długi warkocz był odcięty. W głowie ojca pozostawiono siekierę, co oznaczałoby, że słyszane przeze mnie jęki wydawał ojciec, którego dobito. W kołysce najmłodsza Bogusia, w wieku 1,5 roku, uderzona była siekierą w czoło. Przez dłuższy czas była w konwulsjach, które miotały kołyską. Lila wzięła ją na ręce i po chwili Bogusia zakończyła życie”.
Dzisiaj w miejscu Parośli jest tylko zbiorowa mogiła, krzyż oraz tablica pamiątkowa. To i tak dużo.
Jak podkreśla ks. prof. Józef Marecki, badacz historii relacji polsko-ukraińskich, na Ukrainie zapomniano o ofiarach ludobójstwa.
[caption id="attachment_9249" align="aligncenter" width="800"] fot. Wikipedia[/caption]
– Większość, ogromna większość nie ma grobów. Wiele miejsc pochówku jest świadomie bezczeszczonych. Na cmentarzach i zbiorowych mogiłach pasą się krowy, urządzono tam boiska sportowe i place zabaw
– mówi ks. Marecki.
[caption id="attachment_9247" align="aligncenter" width="658"] Rodzina Rudnickich zamordowana przez UPA w ramach czystek etnicznych prowadzonych przez Ukraińców na Wołyniu[/caption]
Artykuł Tutaj rozpoczęło się ludobójstwo wołyńskie. Zginęli niemal wszyscy mieszkańcy – zabici siekierami. Upamiętnia ich tablica, zbiorowa mogiła i krzyż. „To i tak dużo” pochodzi z serwisu Niezłomni.com.
]]>Siedemdziesiąt lat temu władze polskie rozpoczęły operację „Wisła”, która do podręczników historii przeszła pod nazwą akcji „Wisła”, choć nazwa ta nie jest właściwa. Użył jej któryś z historyków i tak już zostało.
Operacja „Wisła”, można powiedzieć, była rezultatem układu z 9 września 1944 roku zawartego między Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego a Radą Komisarzy Ludowych Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej o tzw. ewakuacji Ukraińców z Polski do USRR i obywateli polskich z USRR do Polski. Od 15 października 1944 roku do 15 czerwca 1946 roku przesiedlono łącznie 480 305 osób (122 450 rodzin). Władze polskie sądziły, że po zakończeniu przesiedleń na terenie południowo-wschodnich powiatów pozostało około 20 tysięcy Ukraińców, choć w rzeczywistości było ich około 150 tysięcy. Miało to dwie przyczyny. Pierwszą był fakt, że polski rząd nie dysponował realnymi statystykami ludnościowymi tego obszaru. Po drugie Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów i jej zbrojne ramię – Ukraińska Powstańcza Armia robiły wszystko, by nie dopuścić do przesiedlenia Ukraińców na sowiecką Ukrainę. To, że z Ukrainy wyjechało (a raczej musiało wyjechać) 787 674 obywateli polskich, OUN-UPA traktowały, rzecz jasna, jako „rozwiązanie jak najbardziej sprawiedliwe”. Same zresztą zrobiły wszystko, by Polaków zniechęcić do pozostania na Kresach. Azjatycka rzeź Polaków dokonana na Wołyniu przez OUN-UPA spowodowała, że Polacy, którzy przeżyli tę hekatombę, myśleli tylko o jednym: jak uciec przed nożami i siekierami ukraińskich morderców. OUN-UPA wymordowały około 100 tysięcy mieszkańców. Z ogólnej liczby 1150 polskich wiejskich osiedli, liczących w sumie ponad 31 tysięcy zagród, zdewastowanych przez OUN-UPA zostało na Wołyniu 1048 osiedli (z 26 167) zagrodami. Niemcy zniszczyli tylko 37 osiedli w czasie akcji pacyfikacyjnych. Zaledwie 66 osiedli przetrwało wojnę. Sowieci zburzyli je po wyjeździe Polaków. Z 253 kościołów i kaplic OUN-UPA obróciły w perzynę 103, natomiast 94 zrujnowali Sowieci, 25 kościołów po wojnie wykorzystywano do innych celów.
Podobną akcję eksterminacyjną OUN-UPA chciały przeprowadzić także w Małopolsce Wschodniej, lecz tu ze względu na siłę etosu i polskiego podziemia nie przybrała ona tak krwawego charakteru, choć nawet Niemcy odnotowali, że w lutym 1944 roku OUN-UPA za głównego wroga uznały Polaków i przygotowywały się do ich zupełnego usunięcia i wzięcia władzy w swoje ręce.
Następne meldunki mówią, że działalność OUN-UPA wzrasta w „przerażającym tempie”. Sprawozdanie Głównej Polowej Komendantury „365” z dnia 19 czerwca 1944 roku mówi, że: „celem działania oddziałów UPA jest wyzwolenie Ukrainy od Sanu i zniszczenie ludności polskiej na tym obszarze”. Panika i psychoza, jaka opanowała ludność Małopolski Wschodniej, spowodowała masowe wyjazdy za San. Polacy nie wierzyli w możliwość zorganizowania skutecznej obrony przed atakami OUN-UPA. Tylko w jednym tygodniu miejscowy komisarz w Borszczowie wydał 2,5 tysięcy przepustek zezwalających na ewakuację do województw krakowskiego i miechowskiego. Pogróżki i wezwania ukraińskich nacjonalistów budziły wśród Polaków z Małopolski przerażenie, które wzmagały relacje polskich uciekinierów z Wołynia.
Uciekinierzy z Wołynia i Małopolski, szukający schronienia w województwach lubelskim, dzisiejszym podkarpackim i krakowskim, przenosili nastroje zagrożenia na te terytoria. Jeżeli dzisiaj któryś historyk mówi, że akcja „Wisła” nie ma nic wspólnego z ludobójstwem wołyńskim, to znaczy, że na studiach nie miał zajęć z psychologii społecznej. Akcja „Wisła” była konsekwencją działalności OUN-UPA na terenie południowo-wschodniej Polski. Działalności, która stanowiła przedłużenie walki z państwem polskim na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej. Akcja „Wisła” była ostatnim akordem tego ukraińsko-polskiego starcia! Taka jest historyczna prawda.
OUN-UPA nie pogodziły się z wyrokiem historii i z faktem, że mocarstwa zachodnie i Stalin już w Jałcie uznali, że wschodnia granica Polski będzie przebiegać wzdłuż linii Curzona, wyznaczonej w czasie wojny polsko-bolszewickiej. Uznała, że kilkanaście powiatów leżących za tą linią to etniczne ziemie ukraińskie, które powinny zostać przyłączone do Ukrainy. OUN-UPA zakwestionowały przynależność tych ziem do Polski, nie uznały jej jurysdykcji nad nimi, zwalczały wszelkie tworzone przez nią struktury. Wzywały Ukraińców do bojkotu rozporządzeń polskich władz. Bez akceptacji OUN-UPA nikt na tym obszarze nie mógł zostać nawet sołtysem. Jeżeli się zgodził i był akceptowany przez władze polskie, wędrował na gałąź. UPA niszczyła posterunki milicji, w konsekwencji czego pospolity bandytyzm rozrósł się do niewyobrażalnych rozmiarów. Nie działały szkoły, nie ściągano podatków, nie prowadzono gospodarki leśnej itp. Państwo polskie w kilkunastu powiatach południowo-wschodniej Polski de facto nie funkcjonowało. W miejsce struktur polskich OUN utworzyła własne, obejmujące swoją siatką wsie i osady. Polacy z tych terenów uciekali, nie chcąc paść ofiarą mordów. Na niektórych obszarach OUN utworzyła partyzanckie republiki, do których nikt obcy nie miał wstępu.
Ludność polska, która nie chciała porzucać rodzinnej ziemi, tworzyła oddziały samoobrony i umacniała swoje wsie, żeby odeprzeć atak UPA. OUN-UPA traktowały je jako gniazda „polskich bandytów” i starały się je bezwzględnie likwidować, mordując bestialsko jej obrońców i cywilnych mieszkańców.
Demonstrując swą siłę i koncentrując oddziały, UPA trzykrotnie usiłowała zniszczyć garnizon w Birczy, w której chronili się Polacy z mordowanych polskich wsi. W marcu 1946 roku oddziały UPA zlikwidowały w Bieszczadach strażnice WOP, otwierając granicę państwa w całym pasie działania UPA. Z 96 wziętych do niewoli żołnierzy WOP i milicjantów, upowcy zamordowali „metodą katyńską” 36 żołnierzy w okolicy Jasiela. Pozostałych zlikwidowali w innym miejscu (jeden z żołnierzy uciekł oprawcom) – nie chcieli pozostawiać po sobie zbyt wielu śladów. Zamordowali ich w innym miejscu!
OUN-UPA od początku starały się zdecydowanie przeciwstawiać przesiedleniom Ukraińców do ZSRR. Zmuszały ich do pozostania na miejscu. Dobrowolne zgłoszenie się do wyjazd na sowiecką Ukrainę było przez OUN-UPA traktowane jako zdrada i karane śmiercią. Zmuszało to oddziały Wojska Polskiego, osłaniającego komisje przesiedleńcze, do stosowania siły i przymusu. Ukraińcy twierdzą dzisiaj, że było to ze strony polskiej nadużycie, bo wymiana ludności miała być dobrowolna. Unikają jednak pytania: czy wyjazd Polaków był dobrowolny? Część z nich Ukraińcy najzwyczajniej wymordowali. Przesiedlenia ludności po obu stronach granicy były konsekwencją wojny rozpoczętej na Wołyniu przez Ukraińców przeciwko polskiej społeczności. Była ona okrutna i bezwzględna, wyzwalała zbrodnie i żądzę odwetu. To jednak nie strona polska ją zaczęła.
Kierownictwo OUN-UPA wiedziało, że III wojna światowa, czym tłumaczyli kontynuowanie walki, nie wybuchnie! Ukrywało to starannie przed szeregowymi członkami, karmiąc je opowieściami oficerów polityczno-wychowawczych, że Amerykanie lada dzień ruszą, żeby wyzwolić Ukrainę z rąk Sowietów.
Swoją walkę z państwem polskim OUN-UPA prowadziły bardzo zaciekle. Wynikało to z koncepcji polityki kierownictwa OUN-UPA, w myśl której polskie powiaty, czyli tzw. Zakerzonie, miało odegrać rolę „terytorium propagandowego”. Kierownictwo OUN-UPA zdawały sobie sprawę, że Sowieci odgrodzą Ukrainę od świata „żelazną kurtyną” i żadna wiadomość o walce toczonej przez OUN-UPA z Sowietami nie dotrze do światowej opinii publicznej. Polska nie była tak szczelnie odgrodzona od świata, i kierownictwo OUN-UPA sądziło, że uda się poinformować świat o prowadzonej przez nich walce chociażby z pomocą akredytowanych w niej zachodnich korespondentów.
Przy pomocy „Zakerzonia” OUN-UPA chciały wykreować swój nowy wizerunek jako organizacji narodowowyzwoleńczej, walczącej z komunizmem i Sowietami, która może być sojusznikiem Zachodu. OUN-UPA liczyły na to, że uda się jej nawiązać współpracę z aliantami. Swoimi działaniami na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej OUN-UPA skompromitowały się przed światem – uznano je za organizacje faszystowskie, współpracujące z Niemcami, która dokonały ludobójstwa ludności polskiej na Wołyniu. Kierownictwo OUN-UPA miało także nadzieję, że na Zakerzoniu uda się nawiązać współpracę z polskim podziemiem antykomunistycznym, która uwiarygodni obie organizacje w oczach aliantów. Naiwnie zakładała, że uzyska poparcie rządu londyńskiego, który poprze ich walkę z Sowietami, wydając swoiste świadectwo moralności.
OUN-UPA liczyły także, że poprzez pracę propagandowo-oświatową uda się jej zmienić nastawienie ludności polskiej do Ukraińców.
Działania OUN-UPA sprowadziły się do prowadzenia zażartej walki z państwem polskim, prowadzonej przy pomocy terroryzowanej przez nią ludności ukraińskiej. Ta stała się jej zapleczem, dostarczając oddziałom UPA żywność i wszelkiego innego zaopatrzenia, danych wywiadowczych i kontrwywiadowczych, melin, a także świeżego rekruta, dzięki czemu rozbite oddziały szybko odzyskiwały siłę. W oparciu o ludność zamieszkującą wsie ukraińskie działały szkoły podoficerskie UPA, sieci łączności sztafetowej itp.
OUN-UPA nie udało się osiągnąć swoich celów politycznych. Polskie podziemie antykomunistyczne podjęło wprawdzie rozmowy z UPA, przeprowadziło z nią nawet jedną akcję na Hrubieszów, ale na tym się skończyło. Rząd londyński odmówił zawarcia z OUN-UPA porozumienia. Takie oddziały podziemia antykomunistycznego jak: „Wołyniak”, „Żubryd” czy „Ogień”, a także „Jastrząb” czy „Żelazny”, odrzucały możliwość kontaktów z UPA, a co dopiero możliwość wspólnej walki z nimi. „Wołyniak” zwalczał UPA, stając w obronie mieszkańców polskich wsi.
Swoimi działaniami OUN-UPA nie zdobyły też sympatii na Zachodzie. Powiększyły znacząco przepaść dzielącą Polaków i Ukraińców. Wystarczy wspomnieć, że tylko jeden kureń pod dowództwem Iwana Szpontaka „Zalizniaka”, w czasie wojny zastępca komendanta powiatowego ukraińskiej policji pomocniczej w Rawie Ruskiej, przeprowadził ponad dwieście akcji bojowych przeciwko państwu polskiemu. Zniszczył pięć stacji kolejowych razem z garnizonami wojskowymi, zaminował i wysadził w powietrze 14 mostów kolejowych i 16 drogowych. Wysadził w powietrze cztery pociągi, zlikwidował wraz z załogą 14 posterunków milicji, mordując ich funkcjonariuszy. Zajął trzy miasta z garnizonami wojskowymi.
Natomiast takich kureni, jak „Zalizniak” było zaś wielu. Polaków i Ukraińców, którzy padli ich ofiarą, było bardzo dużo. Utworzona przez OUN Służba Bezpieky bezlitośnie mordowała wszystkich swoich ziomków, którzy nie zgadzali się z linią organizacji. Ilu ich zamordowała, nie wiadomo. Ich liczbę należy szacować w setkach. W każdym razie każde pojawienie się SB na ukraińskiej wsi budziło wśród jej mieszkańców strach.
OUN-UPA wiedziały, że przesiedlenie całości ludności ukraińskiej będzie dla niej równoznaczne z wyrokiem śmierci. Pozbawiona zaplecza, nie byłaby w stanie funkcjonować. Dlatego też w trakcie przesiedlenia ludności ukraińskiej starały się tak działać, by jak najwięcej Ukraińców pozostało na miejscu. Atakowały konwoje wojskowe, eskortujące komisje jadące dokonać przesiedlenia. Gdy ten docierał wreszcie do wsi, okazywało się, że ta jest pusta. Jej mieszkańcy chronili się w tym czasie wraz z dobytkiem w okolicznych lasach. Bywało także, że konwój zastawał tylko część mieszkańców, dokonywał ich przesiedlenia i wpisywał do sprawozdań, że wieś została przesiedlona. Tymczasem reszta mieszkańców wracała do wioski. W sumie, jak wcześniej nadmieniono, w tych wsiach pozostało około 150 tysięcy osób. Jednocześnie OUN-UPA zaczęły stosować taktykę „spalonej ziemi”. Te wsie, które wojsku udało się wysiedlić, całkowicie palono, by nie osiedlili się tam Polacy ekspatriowani z Wołynia i Małopolski Wschodniej. Puścili z dymem praktycznie wszystkie opuszczone wsie – większość z nich już nigdy się nie odrodziło!
Na przełomie 1946/1947 roku sytuacja w południowo-wschodniej Polsce daleka była od stabilizacji. Wsie ukraińskie w dalszym ciągu stanowiły zaplecze materialne, a także źródło rezerw ludzkich UPA. Najgorzej było w Bieszczadach i na Pogórzu Przemyskim. Ocena Sztabu Generalnego WP była jednoznaczna: „[…] Na terenie powiatów przemyskiego, sanockiego i leskiego większość ludności ukraińskiej i mieszanej współpracuje z bandami UPA”. W ocenie Sztabu Ukraińcy stanowili na tych obszarach 85 proc. mieszkańców.
W dokumencie czytamy:
Pozostałe 15 proc. ludności polskiej sterroryzowanej i zdemoralizowanej nie przedstawia w obecnej chwili wartości moralnej. Znaczna większość tych rozrzuconych rodzin polskich nie chce, zresztą boi się pozostać na miejscu.
Działaniom OUN-UPA w południowo-wschodniej Polsce sprzyjał górzysty, silnie zalesiony teren, słabo rozwinięte sieci dróg, a w zasadzie ich brak, a także mała liczba ośrodków miejskich i garnizonów wojskowych. W trudno dostępnych terenach UPA zbudowała sieć bunkrów, kryjówek, w których rozlokowano składy materiałowe oraz szpitale. Sotnie „Chrina”, „Bira” i „Stacha” czuli się tu jako prawowici gospodarze, nie bardzo przejmując się istnieniem państwa polskiego. W pierwszej dekadzie marca 1947 roku sotnia „Chrina” przeprowadziła m.in. przymusowy pobór młodzieży ukraińskiej do UPA. Dnia 28 marca 1947 roku w zasadzce UPA zginął gen. Karol Świerczewski, co było kroplą, która przelała czarę goryczy. Pojechał on na inspekcję, by osobiście ocenić sytuację i zaproponować wnioski w sprawie dalszych działań, niezbędnych dla przywrócenia pełnej jurysdykcji państwa polskiego nad powiatami południowo-wschodniej Polski. Jako frontowy generał nie do końca wierzył w to, że regularne wojsko nie może sobie dać rady z ukraińskim podziemiem. Jego śmierć wywołała szok, bo pełnił on funkcję wiceministra obrony narodowej. Była dowodem na to, że w południowo-wschodniej Polsce nikt nie może czuć się bezpiecznie. Kule UPA mogą dosięgnąć każdego, nawet ministra obrony narodowej. Sytuacja ta sprawiła, że większość polskiego społeczeństwa, jeżeli nie całe, zaczęła się pytać, kiedy rząd polski zrobi porządek z OUN-UPA? Po śmierci gen. Świerczewskiego niemal w tym samym miejscu sotnia „Bira” zorganizowała zasadzkę na grupę manewrową WOP z Koszalina, która po wykonaniu zadań w Bieszczadach wracała do miejsca stałego zakwaterowania. Zginęło w niej 18 żołnierzy, jeden milicjant, a 10 żołnierzy upowcy wzięli do niewoli i następnie zamordowali. Dwaj żołnierze zostali ciężki ranni, a tylko jednemu udało się wymknąć z zasadzki. Utwierdziło to władze polskie w przekonaniu, że trzeba się spieszyć i skończyć z rozzuchwaleniem OUN-UPA, podejmując zdecydowane kroki. Doraźne działania podjęte przez powołaną ad hoc grupę operacyjną, złożoną z oddziału manewrowego z Okręgu Wojskowego Nr 5 i wojsk KBW, nie przyniosły oczekiwanych skutków. Liczące około 3,5 tysiąca żołnierzy zgrupowanie pobiegało sobie trochę po górach, nie napotykając na przeciwnika. By skończyć z OUN-UPA, postanowiono połączyć zmasowaną operację przeciwko oddziałom UPA z przesiedleniem ludności ukraińskiej na Ziemie Zachodnie i Północne. W tym celu powołano Grupę Operacyjną „Wisła”.
Historycy ukraińscy chcą najczęściej wyizolować akcję „Wisła” z całego procesu dziejowego lat czterdziestych i stosunków polsko-ukraińskich. Nazywają ją „zbrodnią komunistyczną”, „czystką etniczną”, a nawet ludobójstwem. Twierdzą, jak pisze Roman Drozd, że „Ukraińców ukarano dlatego, że byli i chcieli być Ukraińcami”. Tego typu badacze nie chcą z reguły przyznać, że ich pobratymcy wymordowali Polaków na Wołyniu tylko dlatego, że byli Polakami. Twierdząc zaś, że akcja „Wisła” była „zbrodnią komunistyczną”, chcą ułatwić stronie polskiej zadanie. Uważają, że skoro zrobili to komuniści, a wy potępiacie wszystko, co komunistyczne, to potępcie jeszcze i akcję „Wisła”. Powiedzcie, że zrobili to komuniści na rozkaz Moskwy, akcją dowodzili sowieccy generałowie, którzy wtedy rządzili Wojskiem Polskim, i sprawa będzie załatwiona. Tymczasem sprawie trzeba się przyjrzeć z innej perspektywy. Jej autorzy działali zgodnie z polską racją stanu. Polska nie mogła sobie pozwolić na istnienie sił dążących do oderwania części jej terytorium. Mitem jest, że operację „Wisła” przeprowadzili oficerowie radzieccy albo że Polska na zlecenie ZSRR. Była to polska inicjatywa, wykonana polskimi rękami. Nie opracowali jej oficerowie radzieccy, ale polscy, i to „sanacyjnego chowu”. Jej plan opracował gen. Stefan Mossor, wybitny teoretyk sztuki wojennej, prawa ręka Tadeusza Kutrzeby, twórca planów wojny Polski z Niemcami. Optował on twardo za przesiedleniami Ukraińców na Ziemie Odzyskane, uważając, że jest to jedyna droga ostatecznego rozprawienia się z OUN-UPA. Sztab Grupy Operacyjnej „Wisła” w znacznej mierze skompletował sam Mossor. Otaczał się on oficerami przedwrześniowymi. Do oficerów przybyłych ze Wschodu odnosił się niechętnie. Nie krył swojej rezerwy wobec oficerów radzieckich, którym często odmawiał umiejętności dowódczych i beształ za pomocą niecenzuralnych słów.
Opracowując koncepcję operacji „Wisła”, brał pod uwagę doświadczenia II Rzeczypospolitej i praktykę Korpusu Obrony Pogranicza. Obowiązujące w niej prawo zezwalało na wysiedlenie ze strefy przygranicznej każdego obywatela, którego władze uznały za „niepożądanego ze względu na bezpieczeństwo granic państwa”. Pas ten był szeroki na 30 kilometrów. Strefa ta obejmowała więc zdecydowaną większość terenów, z których dokonano wysiedleń. Akcja „Wisła” miała zatem przedwojenną podstawę prawną. Z komunizmem nie miała ona nic wspólnego.
Nie jest też prawdą, że Polska, dokonując przesiedlenia Ukraińców, a złamała prawo międzynarodowe. Profesor Krzysztof Skubiszewski w artykule Akcja „Wisła” i prawo międzynarodowe, opublikowanym w „Tygodniku Powszechnym” nr 10 z 11 marca 1990 roku odrzucił tezę, że przesiedlając Ukraińców, strona polska złamała dwie konwencje międzynarodowe o ochronie ludności cywilnej podczas konfliktów wojskowych, a mianowicie konwencję haską z 1907 roku i genewską z 1947 roku. Konwencja haska bierze w obronę ludność cywilną w konfliktach między państwami lub między państwami i organizacjami powstańczymi, a UPA nie była w tym czasie przez nikogo uznawana za stronę wojującą ani za organizację powstańczą. Konwencję genewską natomiast Polska podpisała po 1949 roku i ratyfikowała w 1955 roku, a więc już po akcji „Wisła”. Zdanie profesora w tej kwestii jest ważne nie tylko dlatego, że był on ministrem spraw zagranicznych. Był on wówczas uznanym autorytetem w zakresie prawa międzynarodowego, sędzią Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze, przewodniczącym Trybunału Rozjemczego Iran-USA, wykładał również na uczelniach we Francji, w Wielkiej Brytanii i Szwajcarii. Jest autorem wielu publikacji, w których zajmował się m.in. problematyką wysiedleń ludności, a także pracy Wysiedlenia Niemców po II wojnie światowej. Oczywiście oceniając całą sprawę, trzeba się zgodzić, że przesiedlenie ludności ukraińskiej było rozwiązaniem bolesnym, ale wymuszonym przez zbrodniczą działalność OUN-UPA, koniecznym dla zlikwidowania na południowo-wschodnich terenach Polski stanu niepokoju i wrzenia oraz przywrócenia normalizacji życia kraju po zniszczeniach wojennych. Oczywiście można się zastanawiać, czy można było zgnieść ukraińskie podziemie bez wysiedlenia resztek ludności ukraińskiej. Moim zdaniem żadne inne rozwiązanie nie istniało. Dopóki ludność ukraińska mieszkałaby w południowo-wschodniej Polsce, dopóty OUN-UPA prowadziłyby w dalszym ciągu terrorystyczną działalność wymierzoną w struktury państwa polskiego i jego obywateli. Jednoznacznie można to wnioskować z lektur wspomnień dowódców upowskich sotni, których ostatnio ukazało się bardzo dużo. Weźmy chociażby pod uwagę wspomnienia Stepana Stebelskiego „Chrina”, które są tym cenniejsze, że pisał on je w bunkrze na Ukrainie, a nie gdzieś na Zachodzie, gdzie służyłyby głównie propagandzie działalności ukraińskich nacjonalistów. Stebelski pisze w nich, że dzięki działalności OUN-UPA w południowo-wschodniej Polsce:
Świat dowiedział się, że naród ukraiński broni swoich zachodnich ziem, dążąc do niepodległego państwa, stawia czoło wszystkim okupantom jednocześnie. Przez dłuższy czas na terenach Zakerzonia autorytet polsko-bolszewickiej władzy był nadszarpnięty. I dopiero po porozumieniu trzech państw: ZSRR, czerwonej Polski i Czech – przy bezwarunkowym wysiedleniu ukraińskiej ludności Zakerzonia – nasze dalsze działania na jego terenach stały się politycznie niepotrzebne. W momencie wysiedlenia resztek ludności ukraińskiej, nasze zadanie było zakończone1.
Zasadność przeprowadzenia operacji „Wisła” potwierdza też niechcący ukraiński działacz nacjonalistyczny, uczestnik walk OUN-UPA i historyk, Łew Szankowśkyj. W pracy wydanej w 1961 roku w Nowym Jorku napisał:
Walka zbrojna UPA oraz podziemia OUN w przemyskim, jak również na całej zakerzońskiej Ukrainie, została powstrzymywana dlatego, że była taka lub inna przewaga sił zbrojnych wroga. Została ona wstrzymana dlatego, że zabrakło szerokich mas ludowych, które tę walkę popierały i w ten sposób w niej uczestniczyły. […] Kiedy wysiedlono z Zakerzonia prawie wszystkich Ukraińców […] oddziały UPA oraz podziemie OUN nie mogło istnieć2.
Z wypowiedzi tej jednoznacznie wynika, że gdyby ludność ukraińska nie została przesiedlona, to OUN i UPA działałaby w Polsce południowo-wschodniej jeszcze długo.
Mitem jest także, że podczas akcji „Wisła” Wojsko Polskie zabiło kilka tysięcy osób. Dane takie podał jeszcze w 1993 roku ukraiński historyk Eugeniusz Misiło. Grupa Operacyjna „Wisła” przeprowadziła w sumie 357 akcji przeciwko OUN-UPA, w wyniku których zlikwidowano 655 członków UPA. Ujęto 1466 członków OUN i tych, którzy współpracowali z UPA. Według danych Ministerstwa Publicznego od momentu rozpoczęcia operacji „Wisła” do 31 września 1947 roku aresztowano 2274 Ukraińców oskarżonych o przynależność do podziemia zbrojnego. Z tej liczby skierowano do sądu sprawy przeciwko 851 osobom, 1648 osób zwolniono, śledztwo trwało wobec 115 aresztowanych. W obozie filtracyjnym w Jaworznie osadzono w sumie 3873 osoby. Łącznie w 1947 roku skazano na karę śmierci 372 osoby! Gdzie są więc te tysiące, o których pisze Misiło? W ramach Wojskowego Sądu GO „Wisła” na śmierć skazano 173 osoby! Wszystkim postawiono zarzuty z przepisów art. 85 Kodeksu Karnego Wojska Polskiego z września 1944 roku, który stanowił: „Kto usiłuje pozbawić Państwo Polskie niepodległego bytu lub oderwać część jego obszaru, podlega karze więzienia od 10 do 15 lat, albo karze śmierci”.
Mitologizacji uległ też obóz filtracyjny w Jaworznie, do którego kierowano Ukraińców i Łemków podejrzewanych o przynależność do OUN-UPA. Został on utworzony na mocy decyzji Biura Politycznego KC PPR z dnia 23 kwietnia 1947 roku. Jego powstanie było rezultatem nieudolności Urzędu Bezpieczeństwa, który nie posiadał, co udowodniła akcja „Wisła”, żadnych realnych informacji o ukraińskim podziemiu, i Wojsko Polskie w czasie całej operacji działało po omacku. Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów nie została przez UB rozpoznana. Nie miał osobowych źródeł informacji. Zaczął ją zdobywać dopiero w czasie operacji „Wisła”. Najprawdopodobniej na jego życzenie władze partyjne zgodziły się na powołanie obozu dla ludności ukraińskiej, w którym UB osadzał podejrzanych o przynależność do OUN-UPA. Władze najzwyczajniej obawiały się, że siatka OUN wraz z wysiedlonymi Ukraińcami rozleje się po całych Ziemiach Odzyskanych i będzie stanowić zagrożenie dla państwa. W sumie przez Jaworzno przeszło 3761 Ukraińców i Łemków podejrzewanych o związki z nacjonalistami. W sumie zmarło w obozie 161 osób. Głównie z powodu wycieńczenia organizmu, chłodu, chorób zakaźnych, braku ciepłej odzieży, fatalnych warunków sanitarnych. Śledztwo prowadzone przez Prokuraturę Wojewódzką w Katowicach nie potwierdziły faktów bezpośrednich zabójstw na terenie obozu. 547 osadzonych w obozie uznano za osoby prowadzące działalność przeciwko państwu polskiemu. Odesłano ich do więzienia Montelupich w Krakowie. Czterech więźniów przekazano (do dalszych śledztw) władzom bezpieczeństwa do Rzeszowa, a sześciu do Szczecina. Końcem 1947 roku rozpoczęto likwidację obozu, co trwało przez kilka miesięcy. W połowie 1948 roku liczba osadzonych była już niewielka. Pozostali jako wolni ludzie wyjeżdżali transportami, i to bynajmniej nie tylko na Ziemie Odzyskane. 443 osoby odjechały do Rzeszowa, 200 do Lublina, 727 osób pojechało do Olsztyna, 554 do Szczecina, 389 do Wrocławia.
Oceniając operację „Wisła”, zgodzić się trzeba, że w jednym przypadku jej organizatorzy i przeprowadzający popełnili błąd. Łemków Rusinów ze środkowej i zachodniej Łemkowszczyzny nie należało przesiedlać, ale otoczyć opieką. W odróżnieniu od Łemków z woj. sanockiego byli oni lojalnymi obywatelami państwa polskiego, wśród których OUN miał wpływy minimalne. Uważali się oni za Rusinów, a nie Ukraińców. Nie zasilali oni UPA, ani pod względem materialnym, ani ludzkim. Jeżeli w społeczeństwie polskim były żądania, by Łemków także wysiedlić, to należało się im przeciwstawić. Szkoda, że tego nie uczyniono i potraktowano Łemków na równi z ukraińskimi nacjonalistami.
Przypisy
1. S. Stebelski „Chrin”, W bunkrze sotni UPA, w zasadzce której zginął Karol Świerczewski, Przez śmiech żelaza, Zimą w bunkrze, przeł. K. Byzdra; W łemkowskim „Trójkącie” przeciwko trzem armiom, przeł. P. Tomanek, Kraków–Warszawa 2014, s. 329.
2. Cyt. za W. Filar, Wołyń–Lublin–Warszawa 1939-1989. Wspomnienia żołnierza 27 Dywizji Piechoty Armii Krajowej, Warszawa 2013, s. 140.
Fragment książki Marka A. Koprowskiego, Akcja „Wisła”. Ostateczna rozprawa z OUN-UPA, Replika, Zakrzewo 2017. Książkę można nabyć TUTAJ.
Operacja „Wisła” w ogniu polemik i kontrowersji
Na przełomie lat 1946-47 sytuacja w południowo-wschodniej Polsce daleka była od stabilizacji. Wsie ukraińskie w dalszym ciągu stanowiły zaplecze UPA. Najgorzej było w Bieszczadach i na Pogórzu Przemyskim. Ocena Sztabu Generalnego WP była jednoznaczna: „[…] Na terenie powiatów przemyskiego, sanockiego i leskiego większość ludności ukraińskiej i mieszanej współpracuje z bandami UPA”. Ukraińcy stanowili na tych obszarach 85 proc. mieszkańców.
Działaniom OUN-UPA sprzyjał górzysty, silnie zalesiony teren, słabo rozwinięte sieci dróg, a w zasadzie ich brak, a także mała liczba ośrodków miejskich i garnizonów wojskowych. UPA zbudowała tam sieć bunkrów, kryjówek, w których rozlokowano składy materiałowe oraz szpitale. Sotnie „Chrina”, „Bira” i „Stacha” czuły się tu jak prawowici gospodarze, nie bardzo przejmując się istnieniem państwa polskiego.
Doraźne działania, podjęte przez grupę operacyjną wojsk WP i KBW, nie przyniosły oczekiwanych skutków. By skończyć z OUN-UPA, postanowiono połączyć zmasowaną operację przeciwko oddziałom UPA z przesiedleniem ludności ukraińskiej na Ziemie Zachodnie i Północne. W tym celu powołano Grupę Operacyjną „Wisła”.
Historycy ukraińscy chcą wyizolować akcję „Wisła” z całego procesu dziejowego lat czterdziestych i stosunków polsko-ukraińskich. Nazywają ją „zbrodnią komunistyczną”, „czystką etniczną”, a nawet ludobójstwem. Twierdzą, jak pisze Roman Drozd, że „Ukraińców ukarano dlatego, że byli i chcieli być Ukraińcami”. Nie chcą za to przyznać, że ich pobratymcy wymordowali Polaków na Wołyniu tylko dlatego, że byli Polakami.
Gen. Stefan Mossor, wybitny teoretyk sztuki wojennej, opracowując koncepcję operacji „Wisła”, brał pod uwagę doświadczenia II Rzeczypospolitej i praktykę Korpusu Obrony Pogranicza. Obowiązujące w niej prawo zezwalało na wysiedlenie ze strefy przygranicznej każdego obywatela, którego władze uznały za „niepożądanego ze względu na bezpieczeństwo granic państwa”. Akcja „Wisła” miała zatem przedwojenną podstawę prawną. Z komunizmem nie miała ona nic wspólnego.
Nie jest prawdą, że Polska, dokonując przesiedlenia Ukraińców, złamała prawo międzynarodowe. Mitem jest, że podczas akcji „Wisła” Wojsko Polskie zabiło kilka tysięcy osób. Mitologizacji uległ również obóz filtracyjny w Jaworznie, do którego kierowano Ukraińców i Łemków podejrzewanych o przynależność do OUN-UPA.
Oceniając operację „Wisła”, zgodzić się trzeba natomiast, że w jednym przypadku popełniono błąd. Łemków Rusinów ze środkowej i zachodniej Łemkowszczyzny nie należało przesiedlać, ale otoczyć opieką.
O tych wszystkich, ważnych, a często pomijanych i kontrowersyjnych sprawach pisze w swej najnowszej książce Marek Koprowski. Szeroko ujęte konteksty i polemiki wzbogaca omówieniem praktycznie zapomnianej akcji „H-T” oraz biogramami największych ukraińskich zbrodniarzy.
Artykuł Operacja „Wisła” w ogniu polemik i kontrowersji. Marek A. Koprowski pisze dlaczego akcja „Wisła” musiała zostać przeprowadzona. [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.
]]>„Losy ludzkie są kręte jak drogi i ścieżki w Bieszczadach, zawsze jednak los człowieka zależy od drugiego człowieka”- pisał Jan Gerhard. Cytat ten doskonale ilustruje tragiczne wydarzenia, jakich przyszło doświadczyć mieszkańcom małej bieszczadzkiej wioski...
Cisna to przepięknie położona miejscowość w Bieszczadach. Malowniczo położona w dolinie Solinki, ze wszystkich stron otoczona wysokimi szczytami zwanymi „ciśniańskimi”: od południa wnoszą się nad nią Rożki i masyw Jasła, od wschodu grzbiet Ryczego Wołu, od północy Horb, Łopiennik i Łopieninka, na północnym zachodzie rozciąga się Hon i masyw Wysokiego Działu, stanowiący dawną granicę etniczną między Łemkami i Bojkami. Miejscowość należała niegdyś do Lubomirskich, a następnie do Fredrów. Aleksander Fredro (1793-1876) tak opisał Cisnę w pamiętniku:
„[…] leży w nieco obszernej kotlinie, folwark, cerkiew, karczma, dalej młynek i tartak ożywiają tę górską wioskę więcej niż wiele innych.”
[caption id="attachment_864" align="aligncenter" width="550"] Oddział UPA, 1946 r.[/caption]
Obecnie Cisna posiada status uzdrowiska i miejscowości wypoczynkowej, a przebywając tu trudno się zorientować, jak tragiczną i bolesną historię skrywa ta przepiękna miejscowość.
W okresie międzywojnia Cisna była ludną i zasobną wsią, przyciągającą letników. Niestety wojna i wydarzenia, jakie po niej nastąpiły, wyniszczyły ją i wykrwawiły. Mowa o walkach z nacjonalistami ukraińskimi z OUN-UPA, które przetoczyły się przez Bieszczady w ramach bezwzględnej i zaplanowanej depolonizacji Wołynia i Małopolski Wschodniej i zbrodniach z nimi powiązanych, które zostały zakwalifikowane przez prokuratorów z Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN jako ludobójstwo.
Pierwsza sotnia UPA pojawiła się w Cisnej latem 1944 roku i szybko dała odczuć mieszkańcom, z czym będą mieli do czynienia. Dwóch gospodarzy wyprowadzono do lasu jako podejrzanych o niechętny stosunek do Ukraińców i od tamtej pory nikt ich żywych nie zobaczył, po dłuższym czasie w lesie odnaleziono ich zmasakrowane zwłoki. W październiku 1944 ustanowiono w Cisnej posterunek MO. Służyli w nim doświadczeni ludzie, partyzanci, znający metody banderowców. W jednej z ich relacji czytamy:
„Po wycofaniu się wojsk niemieckich i wkroczeniu Armii Radzieckiej, w rejonie Cisnej zaczęły się organizować oddziały UPA, znajdując oparcie w miejscowej ludności ukraińskiej. Informowano nas o prowadzonej rekrutacji do UPA, o gromadzeniu broni, o przygotowywaniu napadu na nasz posterunek. [...] na jednym ze słupów telefonicznych, około 3 km od Cisnej, bandyci umieścili tablicę ostrzegającą, że Polakom wolno dochodzić tylko do tej granicy. Za jej przekroczenie grozi śmierć.”
11 stycznia 1946 roku miało tu miejsce wydarzenie, które obecnie upamiętnia pomnik znajdujący się na wzgórzu Betlejemka (zwanym również Kamionką). Pomnik wystawiono „Poległym w walce o utrwalanie władzy ludowej”, którzy w tym dniu odpierali ataki bandytów z UPA. Wokół pomnika zrekonstruowano drewniano – ziemne umocnienia, w których polska załoga Cisnej odpierała ataki Ukraińców.
[caption id="attachment_862" align="aligncenter" width="1024"] Pomnik "Poległym w walce o utrwalanie władzy ludowej" / fot. Wikipedia[/caption]
Upowcy najpierw podpalili szkołę i urząd gminy, następnie dwór oraz 8 polskich gospodarstw. Żywcem spłonęła 4-osobowa rodzina. Od wybuchu wrzuconego do domu granatu zginęła rodzina - matka i troje dzieci, najstarsze w wieku 12 lat. Zginęli trzej przedwojenni policjanci, upowcy bestialsko zamordowali ich masakrując ciała (obdzierając ze skóry, obcinając języki, uszy, genitalia), następnie wrzucili w ogień. Zginęło także kilku członków straży wiejskiej, zamienionej potem na ORMO. Posterunku broniło 9 milicjantów oraz 15 członków straży wiejskiej. W obronie dużą rolę odegrały miny, które obrońcy detonowali za pomocą rozciągniętych drutów. Po 10 godzinach walki upowcy odstąpili od oblężenia i uciekli w lasy, zabierając 27 zabitych. Bandyci nie wiedzieli, że obrońcom skończyła się amunicja i mogli utrzymać posterunek jeszcze najwyżej godzinę lub dwie.
Od wiosny 1946 r. w Cisnej stacjonowała konna grupa manewrowa Wojsk Ochrony Pogranicza. Po wysiedleniach ludności ukraińskiej w ramach akcji „Wisła” we wsi zostało 30 polskich rodzin.
źródło: Muzeum Wojska w Białymstoku / własne / fot. Wikipedia
Artykuł 11 stycznia 1946 UPA zaatakowała polską wioskę Cisna. Okrucieństwo mordów przywołało najgorsze wspomnienia… pochodzi z serwisu Niezłomni.com.
]]>Dr Renata Pomarańska, wykładowca akademicki, autorka książki „Golgota Polaków na Kresach. Realia i literatura piękna”, w rozmowie z Tomaszem Plaskotą (wPolityce.pl) wskazała na przyczyny ludobójstwa Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej i jego skalę.
„Nie wykluczam, że część oddziałów UPA jest winna zabicia cywilów”
- takie słowa wypowiedział ambasador Ukrainy w Polsce Andrij Deszczyca w Radiu ZET.
Jak przypomina dr Pomarańska, ,,ukraińscy nacjonaliści zamordowali w latach 1943-1945 na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej ok. 100 tys. Polaków. 40-60 tys. zginęło na Wołyniu, 20-40 tys. w Małopolsce Wschodniej".
Nie było to więc, jak sugeruje pan ambasador, działanie incydentalne
- podkreśla i przytacza słowa Stefana Bandery, który przed sądem w 1936 r. (zaplanował zamach na ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego):
OUN ceni wartość, ludzkiego życia, bardzo ją ceni, ale nasza idea jest tak wielka, że jeżeli mowa o jej realizacji, to nie jednostki, nie setki, a miliony ofiar należy poświęcić, aby ją zrealizować
Dodaje, że nie przekonuje ją tłumaczenie strony ukraińskiej o braku odpowiedzialności Bandery za zbrodnie.
Bezsprzecznie to on ponosi wielką moralną odpowiedzialność za te wydarzenia [...] Hitlera także nie było w wielu miejscach dokonywania zbrodni hitlerowskich, ale czy komuś przyjdzie do głowy twierdzić, że nie ponosi on za nie odpowiedzialności?
Jednocześnie zwraca uwagę na szczególne okrucieńśtwo zbrodni nazywanej ,,genocidum atrox", czyli ludobójstwo ze szczególnym okrucieństwem.
Proszę mi wierzyć, że chociaż wiele razy czytałam opisy najokrutniejszych tortur, to za każdym razem przeszywa mnie dreszcz, gdy się z nimi stykam. Bo jak można się oswoić z cięciem i ściąganiem wąskich pasów skóry z pleców, z obcinaniem kobietom piersi i posypywaniem ran solą, z przybijaniem nożem do stołu języczka małego dziecka, które później wisiało na nim…
Skala zbrodni wynikała także wprost ze swoistego katechizmu upowców - „Dekalogu”, którego autorem był Stepan Łenkawskyj.
„7. Nie zawahasz się wykonać największej zbrodni, jeśli tego wymagać będzie dobro Sprawy” i „8. Nienawiścią i podstępem będziesz przyjmować wroga Twojej Nacji”.
- oto dwa wyimki. Jak podkreśla dr. Pomarańska, nie bez znaczenia było odwołania do tradycji kozackich i hajdamackich.
Najokrutniejsi kozaccy i hajdamaccy wodzowie byli bohaterami pieśni, które śpiewali banderowcy, gdy szli mordować Polaków
- mówi. Swoją cegiełkę dołożyło również duchowieństwo greckokatolickie i prawosławne:
Znane są przypadki, że w cerkwiach greckokatolickich i prawosławnych (Wołyń) sprawowano nabożeństwa, podczas których święcono narzędzia zbrodni: widły, kosy, siekiery itd., mające służyć do okrutnego mordowania ludności polskiej, nie wyłączając dzieci, kobiet i osób starszych. Duchowni zaś, powołując się na ewangeliczne przypowieści, wzywali do wyrwania kąkolu (Polaków) z pszenicy (naród ukraiński).
- mówi, jednocześnie zaznaczając, że byli również tacy, którzy sprzeciwiali się zbrodniom i pomagali w przetrwaniu eksterminacji. Spotykały ich okrutne szykany, ze śmiercią włącznie. Podobny los spotykał zwykłych Ukraińców, którzy nieśli pomoc Polakom.
Według banderowców byli zdrajcami. Dlatego w sumie niewielki odsetek Ukraińców był gotów pomagać Polakom. Bali się o własne życie i swoich rodzin
- przypomina.
książka „Golgota Polaków na Kresach. Realia i literatura piękna”
Artykuł Badaczka odpowiada na słowa ambasadora Ukrainy. ,,Proszę mi wierzyć, że chociaż wiele razy czytałam opisy najokrutniejszych tortur, to za każdym razem przeszywa mnie dreszcz…” pochodzi z serwisu Niezłomni.com.
]]>W środę. 25 X 2017, o godz, 20.45 Centrum Duchowości Świeckich w Sanktuarium Matki Bożej Łaskawej w Warszawie (ul. Świętojańska 10) zaprasza na wykład pt. „BŁOGOSŁAWIONY BISKUP GRZEGORZ CHOMYSZYM JAKO CZŁOWIEK POJEDNANIA". Wykład zostanie połączony z promocją książki „Dwa Królestwa” – opowieść arcykatolicka.
[caption id="attachment_44191" align="alignleft" width="361"] Wyd. AA[/caption]
Gościem będzie Dr hab. prof. nadzw. Włodzimierz Osadczy, badacz historii Kościoła na pograniczu polsko-ukraińskim, relacji międzynarodowościowych i międzykulturowych. Zajmuje się naukami politycznymi i jest zapraszany jako ekspert od spraw bieżącej sytuacji politycznej. Jest profesorem w Instytucie Historii Kościoła i Patrologii na Wydziale Teologii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II i kierownikiem Katedry Stosunków Międzynarodowych w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Chełmie. Wykład zostanie połączony z promocją książki „Dwa Królestwa” – opowieść arcykatolicka.
Ksiądz biskup Chomyszyn miał bardzo konkretną wizję perspektywy rozwoju państwa i narodu ukraińskiego, a przede wszystkim fundamentów moralnych i etycznych, na których to państwo miałoby się opierać. Ten wielki kapłan był niepodważalnie związany z nauką Kościoła Katolickiego oraz jego etyką i dlatego zalicza się go do najważniejszych pasterzy prowadzących Kościół Jezusa Chrystusa w pierwszej połowie XX wieku. Jego wizja była pozbawiona wszelkiego relatywizmu, który coraz bardziej wchodził w życie świeckie i kościelne – mówi prof. Włodzimierz Osadczy z Instytutu Historii Kościoła i Patrologii Wydziału Teologicznego KUL w rozmowie z portalem PCh24.pl.
Niejednokrotnie podkreślał Pan, że Ukraińcy potrzebują prawdziwego autorytetu, do którego mogliby się odwołać, a kimś takim z pewnością nie jest Stepan Bandera. Dlaczego wzorem dla nich nie jest błogosławiony męczennik, biskup Grzegorz Chomyszyn?
Obecna Ukraina cały czas kształtuje się na ruinach państwa sowieckiego. Na mapach świata pojawiła się ponownie ponad ćwierć wieku temu, ale widać wyraźnie, że państwo to nie jest jakąś ustabilizowaną konstrukcją, tylko reprezentuje spuściznę społeczeństwa post-totalitarnego. Brak elit narodowych, brak tradycji, brak jakiegokolwiek pozytywnego punktu odniesienia to skutek, a nie przyczyna takiego stanu rzeczy.
Ksiądz biskup Chomyszyn miał bardzo konkretną wizję perspektywy rozwoju państwa i narodu ukraińskiego, a przede wszystkim fundamentów moralnych i etycznych, na których to państwo miałoby się opierać. Ten wielki kapłan był niepodważalnie związany z nauką Kościoła Katolickiego i jego etyką. Dlatego zalicza się go do najważniejszych pasterzy prowadzących Kościół Jezusa Chrystusa w pierwszej połowie XX wieku. Jego wizja była pozbawiona wszelkiego relatywizmu, który coraz bardziej wchodził w życie świeckie i kościelne.
Propozycja złożona przez księdza biskupa Grzegorza Chomyszyna niestety, nie znalazła większego odzewu wśród ludności ukraińskiej, gdyż katolicyzm nigdy nie zapuścił w jej świadomości i myśli społecznej głębszych korzeni. Mało kto brał na poważnie katolickie dogmaty wiary. Jedyne, na co zwracano uwagę, to zewnętrzne cechy katolicyzmu, czyli np. sprawowanie liturgii wschodniej. Robiono to tylko po to, aby podkreślać jej inność względem tradycji łacińskiej.
Tylko niewielka liczba kapłanów greko-katolickich i wiernych Kościoła unickiego w Galicji była świadoma swojej wiary, a jeszcze mniejsza grupa na serio traktowała naukę katolicką, z której powinien był wyrosnąć ukraiński patriotyzm. Zdecydowana większość Ukraińców szła za nowościami ideologicznymi w postaci socjalizmu. Związany z tym nurtem radykalny nacjonalizm zaczął zdobywać coraz więcej zwolenników na początku XX wieku. Niestety, stan ten utrzymuje się po dzień dzisiejszy.
Cały wywiad można przeczytać na stronie portalu PCh24.pl.
Artykuł Zaproszenie. Promocja książki „Dwa królestwa”. Błogosławiony biskup Grzegorz Chomyszyn jako symbol pojednania polsko-ukraińskiego pochodzi z serwisu Niezłomni.com.
]]>Mężczyzna z ukraińskiego Czechrynia na swojej posesji dokonał upiornego znaleziska. W trakcie prac w ogrodzie jego oczom ukazały się... ludzkie czaszki. łącznie jest ich 200.
Mężczyzna trafił na masowy grobowiec, kiedy kopał na swojej działce rów. Natychmiast powiadomił służby. Okazało się, że brakowało szkieletów, stąd wniosek, że to ofiary podczas wojny rosyjsko-tureckiej (w Czechryniu toczono walkę z oblegającym miasto wrogiem). W 1678 roku miasto i twierdzę zdobyły wojska tureckie, które całkowicie je zniszczyły. Jednym z obyczajów zwycięskiej tureckiej armii było ucinanie głów pokonanym.
W relacji o finale oblężenia czytamy: „W niedzielę 10 sierpnia załoga cała poszła do obozu obchodzić dzień świąteczny, obiadowali i popili się, a wróciwszy do miasta posnęli. Korzystając z tego Turcy weszli przełomem i przez zasypane rowy. Garnizon, zamiast biec na wały, ratował się ucieczką z miasta, tłoczył się na grobli; i spychając się nawzajem kilka tysięcy kozaków poszło na dno Taśminy. Tylko piechota kozacka pod górą za cerkwią, i rossyjski oddział na górze w zamku bronili się do nocy. Kara Mustafa zniszczył Czehryn ze szczętem, tak, „iż ledwie pamiątka miejsca pozostała“, a Czehryń pozostał pod okupacją turecką.
Naukowcy mają nadzieję, że dzięki znalezisku lepiej poznają historię tych ziem w XVII wieku. Czechryń wówczas należał do największych miast na tych terenach.
https://youtu.be/uQWYx_fjtVc
Na mocy Unii Lubelskiej (1569) Czehryń przyłączono do Korony i uczyniono siedzibą starostwa. W 1637 roku miasto zajęli zbuntowani Kozacy Pawluka. Ze względu na swoje strategiczne położenie były (po Kudaku) najbardziej na wschód wysuniętą twierdzą Rzeczypospolitej. Czehryń był jedną z głównych siedzib Chmielnickiego podczas wznieconego przez niego powstania, tutaj też przyjmował posłów i zmarł. W 1664 roku kozacki Iwan Brzuchowiecki obległ w zamku Teterę. W 1667 roku po długim oblężeniu polska załoga twierdzy zmuszona była skapitulować przed kozackimi oddziałami Doroszenki. W 1678 roku miasto i twierdzę zdobyły wojska tureckie i całkowicie je zniszczyły. Po długich wojnach prowadzonych od 1654 roku z Rosją i Turcją, miasto powróciło do Polski w roku 1699. W 1792 roku król Stanisław August Poniatowski potwierdził miastu dawne przywileje. Miasto należało do Rzeczypospolitej do roku 1793, kiedy po II rozbiorze znalazło się w zaborze rosyjskim, od roku 1796 w powiecie czehryńskim w guberni kijowskiej. W roku 1865 liczyło 9329 mieszkańców. Parafie łacińskie w Antonówce i Złotopolu, dekanat zwenigrodzki. W latach 1922-1991 część Ukraińskiej SRR, od 1991 należy do Ukrainy.
źródło: RMF FM / Pałac-Wilanów / Wikipedia
Artykuł Makabryczne znalezisko na Ukrainie. Znalazł w ogrodzie górę ludzkich czaszek bez… szkieletów [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.
]]>O zagładzie Żydów w niemieckich obozach wiadomo całkiem sporo. Zupełnie inaczej niż w sprawie Holokaustu na terenach Ukrainy. Odkrywaniem przerażającej prawdy na temat zajmował się ksiądz Patrick Desbois z Francji.
Holokaust na Ukrainie wyglądał inaczej niż na polskich ziemiach okupowanych przez III Rzeszę i na terenie dzisiejszych Niemiec. Tam do zagłady Żydów użyto głównie komór gazowych. Na Ukrainie strzelano im w głowę, więc czasem mówi się o ,,Holokauście pocisku".
[caption id="attachment_43290" align="aligncenter" width="800"] Egzekucja kijowskich Żydów przez Einsatzgruppe niedaleko Iwanhorodu na Ukrainie[/caption]
Wiele lat po wojnie sprawą Holokaustu na Ukrainie zajął się francuski ksiądz Patrick Desbois. To po zainicjowanych przez niego badaniach odkryto około 2 tysięcy masowych grobów, w którym znaleziono szczątki mężczyzn, kobiet i dzieci. To tylko część możliwych miejsc, gdzie wrzucano zwłoki zamordowanych Żydów. Szacuje się, że zbiorowych mogił może być nawet 6 tysięcy. To oznacza, że na Ukrainie zamordowano nawet 1,6 mln Żydów.
Zanim na Ukrainie mordowano wyznawców judaizmu, to upokarzano ich wielokrotnie na ulicach. Mężczyzn brutalnie bito, a kobietom kazano się rozbierać publicznie i często je gwałcono. Wiele dowodów z tamtych czasów sugeruje, że Żydzi byli tak traktowani dla zabawy, z gniewu lub z nudy.
[caption id="attachment_43291" align="aligncenter" width="640"] Egzekucja Żydów w okolicach Zdołbunowa[/caption]
Ksiądz Patrick Desbois podczas swojej wyprawy na Ukrainę odkrył wiele wstrząsających historii. Jak chociażby ta o dwuletnim dziecku zamordowanym na oczach rodziców przez niemieckiego żołnierza, który uderzał dziewczynką o mur.
[caption id="attachment_43293" align="aligncenter" width="283"] Egzekucja Żyda dokonana przez Einsatzgruppe D w Winnicy[/caption]
Największy masowy grób został odkryty w Rawie Ruskiej. We wsi położonej niedaleko polskiej granicy zamordowano aż 18 tysięcy Żydów. Niemcy najmowali Ukraińców do kopania wielkich dołów w ziemi, gdzie potem wrzucono zwłoki zabitych. Z pełną brutalnością wykonywano wyroki, a ciała upychano w grobach, by zmieściło się jak najwięcej.
https://www.youtube.com/watch?v=YuXGNE9GkR8
Artykuł Upiorna specyfika Holokaustu na Ukrainie. Przerażającą prawdę ujawnił katolicki ksiądz [FOTO i WIDEO +18] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.
]]>