Niezłomni.com https://niezlomni.com Portal informacyjno-historyczny Sun, 02 May 2021 09:59:08 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=4.9.8 https://niezlomni.com/wp-content/uploads/2017/08/cropped-icon-260x260.png Niezłomni.com https://niezlomni.com 32 32 Historia Edith. Poruszające wspomnienia dziewczyny, która przetrwała II wojnę światową. https://niezlomni.com/historia-edith-poruszajace-wspomnienia-dziewczyny-ktora-przetrwala-ii-wojne-swiatowa/ https://niezlomni.com/historia-edith-poruszajace-wspomnienia-dziewczyny-ktora-przetrwala-ii-wojne-swiatowa/#respond Sun, 02 May 2021 09:59:08 +0000 https://niezlomni.com/?p=51304

Kiedy w 1940 roku Niemcy zaatakowały Holandię, Edith van Hessen była uczennicą znanego holenderskiego gimnazjum.

Była także Żydówką. W tym samym miesiącu, w którym zaczęła ukrywać się Anne Frank, Edith wysłano do odważnej protestanckiej rodziny, gdzie zamieszkała pod przybranym nazwiskiem i przeżyła, udając nie-Żydówkę. Jedną trzecią ukrywających się holenderskich Żydów Niemcy odkryli i zamordowali; w ten sposób zginęła większość członków rodziny Edith. Jej pamiętnik powstał w oparciu o zapiski z dzienników, które prowadziła jako nastolatka w okupowanej Holandii, listów z okresu wojny i wspomnień dorosłej ocalałej.

Historia Edith, w której autorka relacjonuje wydarzenia z czasów wojny i opowiada o tym, co wtedy czuła, jest afirmacją życia, miłości i wyjątkowej odwagi. Trzyma w napięciu jak Dziennik Anne Frank, wstrząsający, pouczający, zdumiewa potęgą odwagi.
„The Guardian”

Historia Edith, wspomnienia dziewczynki podobnej do Anne Frank, której – w odróżnieniu od Anne – udało się przeżyć, jeszcze dobitniej przedstawia minione czasy grozy, choć nie jest opowieścią grozy. Zła i smutku w niej nie brak, lecz przyćmiewa je dobroć, śmiałość i hart ducha. Roy Blount Jr.

Edith Velmans, Historia Edith, Poruszające wspomnienia dziewczyny, która przetrwała II wojnę światową, Wyd. Replika, Poznań 2021. Książkę można nabyć na stronie wydawnictwa Replika. 

Fragment książki

Jest lipiec 1950 roku. Leżę na szpitalnym łóżku w Amsterdamie, z dwojgiem moich dzieci w ramionach. Lekarz informuje mnie, że szansa na urodzenie bliźniaków jest jedna na siedemdziesiąt osiem. Mówi to tak, jakby było to spore osiągnięcie. Błyskawiczna rodzina! „Jasne”, myślę sobie. Jeżeli będę rodzić po dwoje naraz, ani się obejrzymy i zaludnimy świat na nowo. Gdy słyszę takie liczby, na myśl przychodzą mi ponure statystyki. Spośród 140 000 Żydów mieszkających w Holandii zanim dziesięć lat temu wybuchła wojna, przeżyło niecałe 30 000 – mniej więcej jeden z pięciu. Z sześciorga osób w mojej najbliższej rodzinie pozostały dwie. Kilka chwil po tym, jak na świat przyszło pierwsze dziecko, a ja leżałam wyczerpana, doktor Herzberger pochylił się nade mną i oznajmił z nadzieją:

– W środku jest jeszcze co najmniej jedno.
Po długim, trudnym porodzie, nie byłam w nastroju, żeby znosić dowcipy lekarza.
– Ach, laat maar zitten – jęknęłam. Co znaczy: „Och, więc proszę je tam zostawić”.
Ale to nie był żart. Dwadzieścia minut później na świecie pojawiło się kolejne donoszone, ważące trzy kilogramy niemowlę.
Kiedy Loet, szczęśliwy ojciec, pojechał do domu przespać się kilka godzin, przy moim łóżku nagle pojawiła się ciocia Tine. Była pierwszą osobą, której pozwolono wejść – na długo przed porą odwiedzin. Powiedziała pielęgniarkom, że jest babcią. Uściskała mnie ze łzami w oczach. Sama też byłam bardzo wzruszona.

Jest już następny dzień, a ja prowadzę miłą pogawędkę ze świeżo upieczoną matką leżącą naprzeciw mnie. Nazywa się Miep Gies i promienieje. Tuli synka – Paula. Opowiada mi, jak razem z mężem marzyli o tej chwili. Jest ode mnie o piętnaście lat starsza i długo czekała na dziecko.
– Pobraliśmy się, a później przeszkodziła nam wojna, wie pani – mówi.
– Wiem – przytakuję.
Do naszego pokoju wchodzą pielęgniarki i zaczynają pokazywać nam, jak przystawiać dzieci do piersi. Rozglądam się i pytam:
– Ale co ja mam robić?
– To samo, co pozostałe! – odpowiada spokojnie pielęgniarka.
– Ja? Ale… przecież ja mam dwójkę!
– Chyba ma pani dwie piersi, prawda? – zauważa rozsądnie. – Więc w czym problem?

Ku mojemu zaskoczeniu, udaje się. Karmię dwoje moich dzieci, po kolei. Kiedy inne matki kończą i mogą się położyć, by odpocząć, ja muszę zaczynać od nowa z drugim noworodkiem. Ale robimy to uczciwie, sprawiedliwie, zmieniając piersi tak, żeby jedno nie dostawało więcej niż drugie.

Dni na oddziale położniczym upływają szybko. Wraz z Miep Gies porównujemy i podziwiamy nawzajem swoje dzieci, wykonujemy wspólnie ćwiczenia mięśni brzucha, śmiejemy się jak uczennice za plecami surowych pielęgniarek i zwierzamy się sobie. Po tym jak moja nowa przyjaciółka Miep zostaje przedstawiona cioci Tine i słyszy ode mnie, jaka właściwie więź mnie z nią łączy (Tine zur Kleinsmiede ukrywała mnie przed nazistami w czasie wojny), opowiada mi, że ona również pomagała ukrywać żydowską rodzinę, tutaj, w Amsterdamie. Milknie i zagryza wargę, wyglądając przez okno.
– Co się stało? – pytam cicho. Choć się domyślam.
– W końcu zostali wydani. W 1944 roku. Nie wiemy, przez kogo. Z obozu powrócił tylko pan Frank. Mieli dwie córki: Margot i Anne. – Wyciera oczy.

Wzdycham. To częsta historia. Każdy znany mi człowiek stracił kogoś w trakcie wojny.
Następnego dnia Miep widzi, jak robię notatki w pamiętniku niemowlaka, który z takim entuzjazmem zaczęłam prowadzić dla bliźniaków.
– Och, Anne też ciągle pisała – komentuje. – No wiesz, córka pana Franka. Zawsze powtarzała, że jak dorośnie, chce zostać pisarką. Prowadziła dziennik. Kiedy przyszli po nich naziści, wzięłam go na przechowanie. Pan Frank niedawno go opublikował.
– Naprawdę? – pytam z uprzejmości. – Chciałabym go kiedyś przeczytać.
Nie mówię tego Miep, ale nie sądzę, żeby wielu ludzi miało ochotę zapoznać się z zapiskami tej biednej dziewczynki. Z pewnością dużo osób prowadziło w czasie wojny dziennik – wiem, bo nawet ja go pisałam. Mam całą walizkę dzienników z lat wojny. Historia Anne Frank jest, na pewno, smutniejsza od mojej, bo ona zginęła. A była tylko jedną z tysięcy – nie, milionów, ofiar.
Wzdycham. W powojennej Holandii nikt już zbytnio nie lubi rozmawiać o wojnie. My, którzy ocaleliśmy, jesteśmy zbyt zajęci odbudowywaniem naszego świata, żeby roztrząsać przeszłość. Po prostu staramy się żyć dalej, najlepiej jak umiemy.

Synek Miep Gies, Paul, jest ciągle głodny. Miep ma problemy z karmieniem piersią, bo brakuje jej mleka. Ze mnie natomiast mleko cieknie jak z zepsutego kranu. Ponieważ na karmieniu spędzam dwa razy tyle czasu, co inne świeżo upieczone matki, moje gruczoły mleczne są nadmiernie pobudzone i wytwarzają tyle pokarmu, że muszę wkładać do stanika małe szklane pojemniki, do których ścieka nadmiar.
Pielęgniarki wpadły na praktyczniejsze rozwiązanie. Kiedy synek Miep płacze z głodu, zabierają ode mnie nadmiar mleka i karmią go nim z butelki. Miep może opuścić szpital po dziesięciu dniach, a ja, jako matka bliźniąt, muszę zostać jeszcze tydzień. Rozstajemy się z Miep jako przyjaciółki na całe życie. Jan Gies, jej mąż, przychodzi do szpitala codziennie po moje mleko dla syna. Kiedy w końcu mogę wrócić do domu, utrzymujemy tę rutynę jeszcze przez dwa tygodnie. W końcu apetyt małego Paula się stabilizuje, a wizyty Jana uzbrojonego w butelkę na mleko ustają.

Dziennik Anne Frank udaje mi się przeczytać dopiero wiele lat później, kiedy Anne stała się legendą na świecie.
W moim życiu jest jeszcze jedna Miep – Miep Fernandes, przyjaciółka ze szkoły. To tej Miep dałam swoje dzienniki na przechowanie dzień przed przejściem do ukrycia. Były starannie spakowane w małej czarnej walizce z lakierowanej skóry. Ta walizka nie była właściwie moja, ale Omi. Mieściła kiedyś poskładaną, białą, obszytą koronką bieliznę (koszulę, szlafrok, skarpety i czepek), w których moja babcia zamierzała zostać pochowana. Kiedy Niemcy zaatakowali Holandię i ojciec przykazał nam spakować najcenniejsze rzeczy na wypadek, gdybyśmy musieli uciekać do schronu, tylko walizka Omi miała odpowiedni rozmiar do tego przedsięwzięcia. Przywłaszczyłam ją sobie na moje pamiętniki, a pogrzebowy strój Omi bezceremonialnie wrzuciłam do szuflady.

Po wojnie Miep Fernandes oddała mi małą czarną walizkę z nienaruszoną cenną zawartością: moimi dziennikami w radosnych okładkach w paski i w kratkę. Zachowałam je przez te wszystkie lata, wśród niezliczonych przeprowadzek i życiowych zmian. Najpoważniej ze wszystkich wygląda mój pierwszy pamiętnik, z brązowej skóry wykończonej złotem.
Oto, co widnieje na pierwszej stronie:

19 września 1938
Ten zeszyt dostałam od babci, Omi, kiedy przeprowadziła się do nas z Niemiec ze wszystkimi kuframi i kartonami. Więc można powiedzieć, że w pewnym sensie to mój spadek! Zrobię z niego album z wycinkami, żebym później, jak dorosnę i będę żyć w innej epoce, mogła sobie przypomnieć te „współczesne czasy”, w których teraz żyjemy, i śmiać się z zabawnych, staroświeckich rzeczy, które w 1938 roku wydawały nam się nowinkami.
Czasami wyciągam te pierwsze pamiętniki i je przeglądam. Daje mi to taką pociechę, jaką musi czuć biedak, przeliczając swoje monety. Pamiętam nagłą potrzebę, jaka czasami mnie ogarniała, żeby coś zapisać, potrzebę, którą kiedyś opisałam w ten sposób:
Czasami jestem taka szczęśliwa, że mam wrażenie, że mnie rozsadzi. Chcę zatrzymać te chwile – chcę uchwycić, zatrzymać i zamrozić je na zawsze. Jak promienie słońca w małym pudełeczku, które mogę otworzyć, kiedy na zewnątrz jest ciemno.
To są moje promienie i moje pudełeczko. Jak udało mi się przewidzieć, że kiedyś tak bardzo będę ich potrzebowała?

Artykuł Historia Edith. Poruszające wspomnienia dziewczyny, która przetrwała II wojnę światową. pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/historia-edith-poruszajace-wspomnienia-dziewczyny-ktora-przetrwala-ii-wojne-swiatowa/feed/ 0
Jak pułkownik Lesiak z UOP szukał „złotego pociągu”. Minister z PSL zawarł tajną umowę na wskazanie miejsca ukrycia skarbu https://niezlomni.com/jak-pulkownik-lesiak-z-uop-szukal-zlotego-pociagu-minister-z-psl-zawarl-tajna-umowe-na-wskazanie-miejsca-ukrycia-skarbu/ https://niezlomni.com/jak-pulkownik-lesiak-z-uop-szukal-zlotego-pociagu-minister-z-psl-zawarl-tajna-umowe-na-wskazanie-miejsca-ukrycia-skarbu/#respond Tue, 27 Apr 2021 17:41:57 +0000 https://niezlomni.com/?p=51298

Dolny Śląsk, jak długi i szeroki, od 1945 roku penetrują eksploratorzy. Historycy zaś namiętnie przeglądają archiwalne dokumenty i studiują wiekowe gazety. Wszyscy liczą, że to właśnie im uda się wyjaśnić tajemnicę „złota Wrocławia” czy innych skarbów, które Niemcy mieli ukryć w tej prowincji Trzeciej Rzeszy.

Poszukiwacze zapuszczają się w mroki poniemieckich sztolni, do rozpadających się ze starości fabryk, zawalonych kopalń, w ruiny dolnośląskich pałaców i do zamków, chcąc zgłębić zagadki ich konstrukcji i przeznaczenia.

Leszek Adamczewski podąża w ślad za nimi. Opisuje niezwykłe miejsca i tajemnicze zdarzenia, jakie miały miejsce na Dolnym Śląsku podczas wojny i po jej zakończeniu.

Leszek Adamczewski – poznański pisarz i dziennikarz, urodzony w 1948 roku w Szczecinie. Od 2009 roku współpracuje z Wydawnictwem Replika.

W Blasku ukrytego złota sięga ponownie do tematów opisywanych przez siebie na przełomie XX i XXI wieku w licznych publikacjach prasowych.

Leszek Adamczewski, Blask ukrytego złota, Dolnośląskie tajemnice wojenne, Wyd. Replika, Poznań 2021. Książkę można nabyć na stronie wydawnictwa Replika.

Fragment rozdziału pt. Skarby „złotego pociągu”

Rzekomo ukryty przez Niemców „złoty pociąg” od lat, a zwłaszcza od 2015 roku, kojarzy się z Wałbrzychem. Ale na Dolnym Śląsku od dawna szuka się też drugiego takiego pociągu. Od jesieni 1944 roku ma on stać w zamaskowanym tunelu koło podjeleniogórskich Piechowic. W roku 1944 siódmy dzień listopada przypadł we wtorek.

Właśnie w tamten wtorek z Hirschberga wyjechał pociąg specjalny. Okrążył starą część miasta i gdy przejechał przez zabytkowy wiadukt nad doliną Bobru, został skierowany na trasę kolei górskiej w kierunku Schreiberhau. Wkrótce minął zabudowania dworców w Bad Warmbrunn i Hermsdorf, by wkrótce zatrzymać się na bocznicy niewielkiej stacji w Petersdorfie. To dzisiejsze Piechowice Dolne, a wymienione wyżej miejscowości to odpowiednio Jelenia Góra, Szklarska Poręba oraz Cieplice i Sobieszów, które od lat są dzielnicami Jeleniej Góry. Na bocznicy w Piechowicach Dolnych pociąg ów stał do późnego wieczora, gdy wreszcie otrzymał zgodę na wjazd na teren znajdujących się tuż obok zakładów zbrojeniowych koncernu Dynamit AG. Według wojskowego Wykazu obiektów opuszczonych i niewłaściwie zagospodarowanych z 1953 roku był to „Untersuchstation-Petersdorf”, czyli zakład doświadczalny w Piechowicach. Według autorów powojennych opracowań na temat dziejów tych zakładów, Niemcy mieli w nich napełniać materiałami wybuchowymi pociski artyleryjskie, ale niektórzy badacze twierdzą, że tymi materiałami napełniano też głowice torped morskich, jak również prowadzono prace doświadczalno-badawcze w zakresie mechanizmów sterujących do tychże torped. I stąd określenie „zakład doświadczalny”. Wróćmy jednak do wydarzeń tamtego jesiennego wtorku. Przy lokomotywie, zamykającej skład dwunastu wagonów pociągu, natychmiast pojawili się robotnicy. W ruch poszły spawarki. Szybko uporano się z przymocowaniem do tyłu lokomotywy grubej stalowej płyty. Około godziny 2 w nocy (a więc już 8 listopada) pociąg opuścił teren zakładów i bardzo wolno, po prowizorycznie ułożonym torze, skierował się w stronę pobliskiej góry.

Do przejechania miał bardzo krótką trasę. Raptem może pięćset metrów. Tor lekko się wznosił i dwie lokomotywy, na początku i końcu składu, nie bez wysiłku wciągnęły dwanaście wagonów do podziemnego tunelu. Stalowa płyta, zamocowana na końcu składu i wyprofilowana do rozmiarów otworu tunelu, zasłoniła pociąg. Po kilku minutach odpalono ładunki wybuchowe, w zawalonym tunelu grzebiąc pociąg i jego obsługę. Natychmiast rozebrano tor, a miejsce, gdzie znajdował się wjazd do tunelu, zamaskowano… Wyjaśnijmy od razu, że przedstawiona wyżej wersja tajemniczego zdarzenia w Piechowicach jest tworem fantazji niejakiego Władysława Podsibirskiego. Ten człowiek posiadł od kogoś jakieś okruchy informacji, a resztę zmyślił, że masyw góry Sobiesz (za niemieckich czasów Säbrich) kryje bajońskie skarby, w tym złoto z banków wrocławskich i sklepów jubilerskich, skarby Prus i słynną Bursztynową Komnatę. Te i inne skarby miały się znajdować w dwunastu wagonach „złotego pociągu”, który jesienią 1944 roku ukryto w przedstawionych wyżej okolicznościach. Gdy Podsibirskiego zapytano o konkretną wartość ukrytych skarbów, bez zastanowienia palnął: co najmniej 40 miliardów dolarów.

Władysławowi Podsibirskiemu z informacją o „złotym pociągu” udało się dotrzeć do ministrów rządu Waldemara Pawlaka. Niektórzy z nich w to uwierzyli. Stanisław Żelichowski z Polskiego Stronnictwa Ludowego, szef resortu ochrony środowiska, zasobów naturalnych i leśnictwa, 12 października 1994 roku zawarł z Podsibirskim tajną umowę, że za wskazanie miejsca ukrycia pociągu otrzyma on 10 procent wartości znalezionych skarbów.

I wtedy do akcji wkroczył pułkownik Jan Lesiak. Ten były oficer Służby Bezpieczeństwa PRL, w III RP kierował (w latach 1992–1997) Zespołem Inspekcyjno-Operacyjnym Gabinetu Szefa Urzędu Ochrony Państwa. Gdy w 1997 roku pożegnał się on ze służbą w UOP, zainteresowano się stojącą w jego gabinecie szafą pancerną. Po odtajnieniu znajdujących się w niej dokumentów dziennikarze na ogół opisywali sprawy związane z inwigilacją środowisk prawicowych. Ale niejako przy okazji opinia publiczna dowiedziała się również o specyficznych zainteresowaniach służb specjalnych z połowy lat 90. W tamtych czasach UOP czynnie włączył się bowiem w… szukanie skarbów ze „złotego pociągu”. I właśnie pułkownik Lesiak miał na ten temat opracować raport dla ministra finansów Grzegorza Kołodki. Rychło jednak dla UOP Podsibirski stał się mało wiarygodny. Oryginalne dokumenty niemieckie, którymi miał dysponować, okazały się własnoręcznie sporządzonymi rysunkami, a wskazanie masywu Sobiesza jako miejsca ukrycia pociągu nie było żadnym wskazaniem. O rokowaniach toczonych w zaciszu gabinetów rządowych i podejmowanych tam decyzjach opinia publiczna nie była informowana.

Można domniemywać, że również Podsibirski nie wiedział, czy strona rządowa ma zamiar dotrzymać umowy. Z biegiem czasu zaczął więc tracić cierpliwość. On oferuje rządowi gigantyczny majątek, a władza milczy. W latach 1995– 1996 w sprawie „złotego pociągu” wysłał kilkadziesiąt listów do przywódców wielu państw świata, w tym do papieża Jana Pawła II, skarżąc się na władze polskie. (….)Po latach pułkownik Jan Lesiak twierdził, że na biurko ministra Grzegorza Kołodki trafił raport o „złotym pociągu”, w którym – jak powiedział w 2006 roku miesięcznikowi „Odkrywca” – „napisaliśmy, że informacje dotyczące skarbu są mało wiarygodne i na tym etapie zakończyliśmy oficjalną część. Mieliśmy jednak świadomość, że gdybyśmy się pomylili i odpuścili do końca temat, to konsekwencje były znaczne. Obecna afera z inwigilacją prawicy przy tej sprawie byłaby niewinną igraszką. W związku z tym staraliśmy się monitorować sytuację, zbieraliśmy informacje”.

Artykuł Jak pułkownik Lesiak z UOP szukał „złotego pociągu”. Minister z PSL zawarł tajną umowę na wskazanie miejsca ukrycia skarbu pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/jak-pulkownik-lesiak-z-uop-szukal-zlotego-pociagu-minister-z-psl-zawarl-tajna-umowe-na-wskazanie-miejsca-ukrycia-skarbu/feed/ 0
„Oto moje serce na ostrzu mego miecza i pieśń w trzepocie mego sztandaru!”. „Pieśń bezimiennego krzyżowca” https://niezlomni.com/oto-moje-serce-na-ostrzu-mego-miecza-i-piesn-w-trzepocie-mego-sztandaru-piesn-bezimiennego-krzyzowca/ https://niezlomni.com/oto-moje-serce-na-ostrzu-mego-miecza-i-piesn-w-trzepocie-mego-sztandaru-piesn-bezimiennego-krzyzowca/#respond Sun, 25 Apr 2021 15:59:50 +0000 https://niezlomni.com/?p=51293

 

Źródło: Przegląd Powszechny, 1932 r., t. 194.

Artykuł „Oto moje serce na ostrzu mego miecza i pieśń w trzepocie mego sztandaru!”. „Pieśń bezimiennego krzyżowca” pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/oto-moje-serce-na-ostrzu-mego-miecza-i-piesn-w-trzepocie-mego-sztandaru-piesn-bezimiennego-krzyzowca/feed/ 0
Nawet w piekle można pozostać człowiekiem i nie sprzeniewierzyć się wyznawanym wartościom. Poruszające świadectwo. [WIDEO] https://niezlomni.com/nawet-w-piekle-mozna-pozostac-czlowiekiem-i-nie-sprzeniewierzyc-sie-wyznawanym-wartosciom-poruszajace-swiadectwo-wideo/ https://niezlomni.com/nawet-w-piekle-mozna-pozostac-czlowiekiem-i-nie-sprzeniewierzyc-sie-wyznawanym-wartosciom-poruszajace-swiadectwo-wideo/#respond Sat, 10 Apr 2021 11:21:37 +0000 https://niezlomni.com/?p=51290

Dziennik z Gusen. Jedyny w swoim rodzaju, unikatowy dziennik więźnia na bieżąco opisujący i ilustrujący codzienność niemieckiego obozu koncentracyjnego. Aldo Carpi – artysta, profesor malarstwa – spędził w obozach blisko półtora roku. Strażnicy uczynili sobie z niego „malarza na zlecenie”.


Jednocześnie dzięki temu zyskał on możliwość stworzenia wyjątkowego dokumentu czasu zniewolenia. Pisał go i rysował z dnia na dzień, w obliczu nieustającego terroru i groźby śmierci. Każde zawarte na kartach dziennika słowo, każdy obraz wydarte zostały śmierci i obozowej katordze. Całość stanowi rozpaczliwy głos człowieka, któremu chciano odebrać prawo do życia.

Z tych zapisków poznajemy piekło życia w miejscu przeznaczonym do umierania. Niezwykłe rysunki dokumentujące codzienność chwilami przemawiają dobitniej od słów… Jest to również piękne świadectwo tego, że nawet w piekle można pozostać człowiekiem i nie sprzeniewierzyć się wyznawanym wartościom: miłości, przyjaźni i solidarności, choćby nawet oprawcy uznali je za przestępstwo. To zarazem ostrzeżenie i zachęta do obrony ze wszystkich sił przed tymi, którzy chcą zniszczyć prawdę, depcząc prawa i godność człowieka.

Aldo Carpi (1886-1973) artysta malarz, profesor i dziekan Akademii Sztuk Pięknych Brera. Podczas I wojny światowej służył w armii włoskiej. Aresztowany przez SS na półtora roku trafił do obozów koncentracyjnych – w Mauthausen i Gusen.

Uwolniony powrócił do Mediolanu i został ponownie dziekanem Akademii Brera. Zajmował się m.in. sztuką sakralną, tworząc freski, witraże i mozaiki. W 1956 roku otrzymał złoty medal zasłużonego obywatela Mediolanu i nagrodę państwową za twórczość i zasługi kulturalne. W 1971 roku, opublikował „Dziennik z Gusen”, który w niecały rok doczekał się aż czterech wydań. W 1972 roku zmarła jego żona Maria, z którą przeżył 55 lat i doczekał sześciorga dzieci.

 

 

Fragment książki Dziennik z Gusen, Aldo Carpi, Wyd. Replika, Poznań 2021. Książkę można nabyć na stronie wydawnictwa Replika.

Łaźnia była wielkim pomieszczeniem z prysznicami. W jednym narożniku był lekarz, który badał ludzi, i fryzjerzy, którzy strzygli włosy i brody. Zaraz po wejściu, jeszcze przed rozebraniem się, ustawili nas w szeregu jak żołnierzy i powiedzieli, że wszyscy, którzy mają chleb, muszą go oddać. Tak też zrobiliśmy. Następnie jeden z nich – oficer z czarną przepaską na oku – powiedział, żeby osoby chcące odzyskać chleb, wystąpiły z szeregu. I wielu młodych – ja nie, ja od razu zrozumiałem, co wisiało w powietrzu – wystąpiło przed szereg; wtedy zaczęli ich bić kijami, nie szczędząc razów. To był ich sposób szybkiego uświadamiania, jak się rzeczy mają.


Potem przeprowadzili swego rodzaju badanie lekarskie i ci, których uznali za niezdolnych do pracy, zostali zgromadzeni po drugiej stronie. Ja miałem już powiedzieć, że też jestem niezdolny, ale na szczęście tego nie zrobiłem. Wśród tych niezdolnych znaleźli się generał karabinierów, jeden kaleki Włoch oraz wszyscy, którzy jako tacy się zgłosili. Zabrano ich do tego słynnego zamku koło Linz, zamku Hartheim, gdzie mieściła się szkoła dla obozowych prześladowców, jak gdyby zabierano ich na leczenie, po czym wszystkich ich zamordowano. Tak więc kazali nam się rozebrać, zabrali wszystkie ubrania, które mieliśmy ze sobą i dali każdemu po jednej koszuli (mnie sięgała do pępka), kalesony (kończące się w połowie nóg) i drewniaki, a potem na dwór, na śnieg, natychmiast; ja nie złapałem nawet przeziębienia. Dziwne, prawda? Później wysłali nas na blok 18, blok kwarantanny, gdzie zostałem miesiąc. Miesiąc w San Vittore, część stycznia i część lutego; część lutego i marca na kwarantannie. Tam nie kazali pracować. Spało się na ziemi, wszyscy na materacach z trocin, jeden obok drugiego.

Był tam też z nami adwokat Scotti, miał ślady przypalania na paznokciach. Zrobili mu je na przesłuchaniu; potem również jego zabrali do tego zamku i zamordowali. Był też Lovati; jemu w jakiś sposób udało się rozpuścić wieści, że byłem malarzem i w kwietniu wysłali mnie na blok 17, gdzie znajdowali się inni malarze, Francuzi, Jugosłowianie, Czechosłowacy, Hiszpanie, Rosjanie. I tak pozwolili mi pomalować trochę z nimi, dzięki czemu cieszyłem się odrobinę większym szacunkiem i dostawałem trochę więcej do jedzenia – na przykład parę ziemniaków. Później nie wiem, co się stało. Doszło do jakiegoś buntu czy czegoś, co wyglądało na manewr przeprowadzony przez pozostałych więźniów-malarzy, którzy mieli o ponad dwa lata większy „numer” ode mnie. Gdy dowiedzieli się, że byłem profesorem malarstwa na Akademii Brera, zwrócili się przeciwko mnie. Tak oto w pewnym momencie zabrano mi jedzenie, a potem również farby. Pewnego dnia zobaczyłem na stole naszego bloku właśnie te farby, które przyjechały ze mną z Mediolanu i powiedziałem: „O! Patrzcie, moje farby!”. Był tam z nami też jeden z moich kolegów malarzy – Czechosłowak, i powiedział mi: „Spójrz na swój numer”. Ja miałem numer pięciocyfrowy (53376), a on czterocyfrowy i o wiele niższy. W obozie był zatem trzy czy cztery lata dłużej ode mnie.

Powiedział mi więc: „Tu nie ma mojego czy twojego, jest tylko numer”. Takie było tamtejsze życie. Trzeba tu powiedzieć, że on tę swoją pozycję wywalczył w pocie czoła, a pojawienie się włoskiego malarza sprawiło, że zaczął się bać przydziału do robót poza obozem, a więc skazania na śmierć. Ale po wyzwoleniu właśnie ten malarz napisał do mnie z Pragi – chciał wiedzieć, czy przeżyłem. Odpowiedziałem mu: „Przeżyłem”, miałem się dobrze, ocalałem. Ale tam nikt nie był do końca w pełni rozumu. Właśnie od tego malarza, który wytoczył mi wojnę, czasami dostawałem coś do jedzenia. On czasem otrzymywał paczki – Niemcy, a także Austriacy i Czechosłowacy i zdarzało się, że też Polacy, których traktowano jak Niemców, mogli dostawać jakieś rozpadające się na kawałki paczki z domu – więc gdy dochodziły do niego, dawał mi kawałek ciasta, tortu, lekko zużyty czosnek; jedzenie czosnku tam wywierało wrażenie.

Obozowy wikt był zawsze bez smaku – jedząc czosnek, miałem wrażenie, że jadłem pieczeń. Zatem w Mauthausen w pewnym momencie doszło do dziwnego manewru – zabrali mnie z bloku 17, gdzie się znajdowałem, i wysłali mnie na inny, 14, gdzie byłem traktowany gorzej, dużo gorzej. Przede wszystkim śpiąc na poprzednim bloku, każdy mógł zająć tyle miejsca, ile zajmowało jego ciało. Natomiast tu nie tylko nie było materaców, ale kazali nam też stawać na nogach obok siebie, jeden oparty o drugiego, a potem mówili: „Rzucić się na dół”. I upadając na ziemię, znajdowaliśmy się w pozycji, w której nie można było wytrzymać w żaden sposób.

To było bestialskie – jeśli twoje nogi znajdowały się pod innymi, nie mogłeś ich wyciągnąć na wierzch, a jeśli były na górze, nie mogłeś ich więcej włożyć pod spód. Moje zdrowie zaczęło szwankować na tamtym bloku, ponieważ spanie na ziemi, na gołej ziemi i w ten sposób… Krótko mówiąc, wszystkie te moje późniejsze dolegliwości zaczęły się właśnie tam. Potem zabrali mnie stamtąd i przenieśli w inne miejsce, niedaleko, razem z dwójką innych, z których jeden był skazany na śmierć; dowiedziałem się o tym później. Zawsze zadawałem sobie pytanie: kto wie, dlaczego mnie tu wsadzili, obok tego człowieka, który, nawiasem mówiąc, był sympatyczny; miał już swoje lata. Następnie powiedzieli mi, że próbował uciec, a oni go złapali. Jakiś czas potem oczywiście go zabili; powiesili go i do widzenia, żegnaj. A ja myślałem: „Kto wie, dlaczego mnie tu wsadzili?”.

Miejsce wydawało się dobre, a jednak było na odwrót. Pewnej nocy, gdy spaliśmy, wszedł młody esesman z psem. Myślę, że chciał dokonać przeszukania czy rewizji, jak to się tam mówiło. To przeszukanie wyglądało tak: najpierw esesman poszedł w miejsce, w którym leżał stos kołder. Zrzucił je na ziemię, potem zabrał się za to, co nazywaliśmy miskami – głębokie talerze do zupy, zrobione z metalu i majoliki; zaczął rozrzucać je tu i tam, podczas gdy my leżeliśmy na ziemi i udawaliśmy, że śpimy. Pies podchodził do nas i dotykał nas pyskiem. To był jeden z tych ich psów, owczarek niemiecki. A my leżeliśmy zastygli w bezruchu, bo gdybyśmy się poruszyli, wówczas pies…

Artykuł Nawet w piekle można pozostać człowiekiem i nie sprzeniewierzyć się wyznawanym wartościom. Poruszające świadectwo. [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/nawet-w-piekle-mozna-pozostac-czlowiekiem-i-nie-sprzeniewierzyc-sie-wyznawanym-wartosciom-poruszajace-swiadectwo-wideo/feed/ 0
Żeby skutecznie bronić Kościoła katolickiego, trzeba poznać jego historię. Prof. Roszkowski obala błędne stereotypy na temat Chrystusa. [WIDEO] https://niezlomni.com/zeby-skutecznie-bronic-kosciola-katolickiego-trzeba-poznac-jego-historie-prof-roszkowski-obala-bledne-stereotypy-na-temat-chrystusa-wideo/ https://niezlomni.com/zeby-skutecznie-bronic-kosciola-katolickiego-trzeba-poznac-jego-historie-prof-roszkowski-obala-bledne-stereotypy-na-temat-chrystusa-wideo/#comments Fri, 09 Apr 2021 20:55:56 +0000 https://niezlomni.com/?p=51288

Żeby mieć argumenty, trzeba posiąść wiedzę. Żeby skutecznie bronić Kościoła, trzeba poznać jego historię. Najlepiej taką, która wyszła spod pióra wybitnego pisarza i przekonanego wyznawcy, a nie zdeklarowanego lub zamaskowanego wroga.

Ten ostatni bowiem zawsze będzie posługiwał się manipulacją, udając „obiektywnego” badacza w celu siania wątpliwości.

W ten sposób powstało wiele błędnych stereotypów na temat życia Jezusa i funkcjonowania Kościoła na przestrzeni dwudziestu wieków.

Z takimi stereotypami rozprawia się Autor tej książki.

Drugim z powodów powstania dwutomowej, bogato ilustrowanej historii chrześcijaństwa, zatytułowanej znamiennie „Świętości, upadki i nawrócenia”, był kryzys, jaki obecnie dotyka Kościół w świecie.

Wybitny historyk i pisarz prof. Wojciech Roszkowski, twórca takich bestsellerów jak „Świat Chrystusa”, „Roztrzaskane lustro” i „Bunt barbarzyńców”, w żadnym wypadku nie zgadza się z opiniami, że kryzys ten jest zwiastunem ostatecznego upadku Kościoła.

Autor dowodzi, że Kościół od swego zarania zmagał się z rozmaitymi wyzwaniami i konfrontowany był z przeróżnymi zagrożeniami, inicjowanymi od środka i z zewnątrz. A przecież jednak zawsze znajdował siły oraz sposoby, by kryzys pokonać i kontynuować swoją misję.

Zwyciężał mocą i aktywnością swoich wyznawców; przez karty tej książki przewijają się najwięksi z nich.

Prof. Roszkowski uważa, że z Kościołem jest trochę tak, jak z rodziną – i w jednej, i w drugiej wspólnocie są tacy, którzy troszczą się o jej dobrostan, oraz tacy, którzy działają na jej szkodę.

Opisuje z wielkim znawstwem i erudycją zarówno budowniczych, jak i niszczycieli, rozprawiając się przy tej okazji z wieloma utartymi przez kręgi wrogie katolicyzmowi dyskredytującymi opiniami. Ilustracje do tych niezwykle interesujących szkiców z dziejów chrześcijaństwa stanowią wspaniałe dzieła sztuki największych mistrzów; widać, jaką potężną inspiracją dla wielkich artystów była Biblia. Pierwszy tom kończy się upadkiem Konstantynopola. Drugi będzie doprowadzony do czasów najnowszych; ukaże się na przełomie czerwca i lipca 2021 r.

Prof. Wojciech Roszkowski, Historia chrześcijaństwa. Świętości, upadki i nawrócenia, Tom 1 Od narodzin Jezusa do upadku Konstantynopola, Wyd. Biały Kruk, Kraków 2021. Książkę można nabyć na stronie Wydawnictwa Biały Kruk.

 

Artykuł Żeby skutecznie bronić Kościoła katolickiego, trzeba poznać jego historię. Prof. Roszkowski obala błędne stereotypy na temat Chrystusa. [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/zeby-skutecznie-bronic-kosciola-katolickiego-trzeba-poznac-jego-historie-prof-roszkowski-obala-bledne-stereotypy-na-temat-chrystusa-wideo/feed/ 1
365 lata temu Polacy rozbili Szwedów pod Warką. Była to pierwsza zwycięska bitwa wojsk koronnych podczas potopu szwedzkiego. [WIDEO] https://niezlomni.com/365-lata-temu-polacy-rozbili-szwedow-pod-warka-byla-to-pierwsza-zwycieska-bitwa-wojsk-koronnych-podczas-potopu-szwedzkiego-wideo/ https://niezlomni.com/365-lata-temu-polacy-rozbili-szwedow-pod-warka-byla-to-pierwsza-zwycieska-bitwa-wojsk-koronnych-podczas-potopu-szwedzkiego-wideo/#comments Wed, 07 Apr 2021 05:08:35 +0000 http://niezlomni.com/?p=27356

7 kwietnia 1656 roku, Polacy pod wodzą Stefana Czarnieckiego rozbili wojska szwedzkie w bitwie pod Warką. Było to pierwsze zwycięstwo odniesione w polu w czasie potopu szwedzkiego. Podniosło Polaków na duchu i dało wiarę we własne możliwości.

Bitwa rozegrała się na terenie ograniczonym od wschodu i północy lasem, od zachodu strumykiem w niewielkim jarze, od południa wsią Piaseczno (miejscowość oddalona o około 4 km na północ od Warki).

List Stefana Czarneckiego do arcybiskupa gnieźnieńskiego Jędrzeja Leszczyńskiego traktujący o bitwie (pisownia oryginalna):

Po codziennych, odprowadzając od Sanu aż do samej Wisły nieprzyjaciela, okazyach, z których przyszedł o szkodę kilku tysięcy ludzi swoich, gdy za naszem pierwszem przejściem Wisły i ubieżeniem Sandomierza, gdzie sedem belli[9] umyślił był założyć, przeprawy mieć nie mógł, na San znowu obrócić się musiał. Gdzie trafiwszy na JM. p. wojewodę wileńskiego i tam nie małą odniósł klęskę. Widząc, że tu wolna nieco strona Wisły, pośpieszyłem przeciwko książęciu Falcgrafowi[10], w posiłku idącemu królowi w półczwarta tysięcy, którego podjazd w Kozienicach nagoniwszy, za łaską Bożą żadnegom nieupuścił. Ażebym i samego dojść mógł książęcia, niebawem puściłem się ku Warce, gdzie snać dla długiej nad przeprawą przez Pilicę zabawy, do Warszawy umknąłby się był, gdybym wojska, w pław się sam puściwszy, do przepławienia nie przywiódł. A tak nie długo się zabawiwszy, puściłem ochoczych ludzi na odwód w most zrzucony dufających, któremi od Warki ku Czerskowi nasz gościniec gęsto usławszy, samego na sobie zatrzymali książęcia. Przybyłem i ja za nim prędko, ze wszystkiem wojskiem i tam zaraz nastąpiwszy na nieprzyjaciela gotowcem (sic) przy lesie stojącego, który przy zasadzonej dragonii kilka razy się pocierał, aż na koniec tył podawszy na ślaku i po lasach przez siedm mil aż do samej Warszawy gęstym trupem drogi napełnił. W tej prima Aprilis odprawowanej potrzebie wiele oberszterów i inszych znacznych oficerów dostało się w ręce nasze przy wziętych dwudziestu signa[11], które oddałem królowi JM. Zginął podobno i sam książę Falcgraf, pewnie i jego brat młodszy poległ. Nie będę i dalej próżnował i drugie posiłki z Wranglem i Steinbokiem już w Warszawie będące, da Pan Bóg, uskromię. A teraz nie bawiąc dłuższem pisaniem usługi moje oddaję łasce W. Ks. Mości etc.
Stephan Czarniecki. W. K.
W Warce die 9. Aprilis 1656.” (źródło: Wikipedia.pl).

Artykuł 365 lata temu Polacy rozbili Szwedów pod Warką. Była to pierwsza zwycięska bitwa wojsk koronnych podczas potopu szwedzkiego. [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/365-lata-temu-polacy-rozbili-szwedow-pod-warka-byla-to-pierwsza-zwycieska-bitwa-wojsk-koronnych-podczas-potopu-szwedzkiego-wideo/feed/ 2
Szokujący, dogłębnie przebadany przypadek opętania przez demony! Historia chłopaka, który błagał o pomoc szatana. [WIDEO] https://niezlomni.com/szokujacy-doglebnie-przebadany-przypadek-opetania-przez-demony-historia-chlopaka-ktory-blagal-o-pomoc-szatana-wideo/ https://niezlomni.com/szokujacy-doglebnie-przebadany-przypadek-opetania-przez-demony-historia-chlopaka-ktory-blagal-o-pomoc-szatana-wideo/#respond Wed, 07 Apr 2021 04:15:17 +0000 https://niezlomni.com/?p=51285

Maurice Theriault miał trudne dzieciństwo. Ciężko pracował na farmie agresywnego i niechętnego mu ojca. Zdarzało się, że umęczony chłopak błagał w duchu o pomoc samego szatana…


Z czasem Theriault zaczął dostrzegać zachodzące w nim zmiany. Stał się niebywale silny i posiadł nagle wiedzę, której nigdy nie przyswajał. Kiedy przejął farmę ojca w Nowej Anglii, nastąpiły zjawiska o wiele bardziej przerażające. Między innymi samoistnie krwawił, potrafił pojawić się w kilku miejscach naraz, a w domu z niewytłumaczalnych przyczyn zaczęły wybuchać pożary. Mając świadomość, że dzieje się coś złego, Maurice zwrócił się o pomoc do Eda i Lorraine Warrenów – autorytetów w dziedzinie demonologii, którzy bardzo szybko zorientowali się, że został opętany przez siły nieczyste. Do pomocy w nierównej walce ze złem sprowadzili uznanego egzorcystę Roberta McKennę. Znękany. Przypadek Maurice’a Theriaulta to książka przerażająco prawdziwa, ukazująca w szczegółach ingerencję demonów w ludzki umysł i ciało. Postać Thieraulta pojawiła się w kasowych produkcjach kinowych: Obecność oraz Zakonnica.

Fragment książki Znękany Przypadek Maurice’a Theriaulta, Ed i Lorraine Warren, Michael Lasalandra, Mark Merenda, Maurice i Nancy Theriault, Wyd. Replika, Poznań. Książkę można nabyć na stronie wydawnictw Replika.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Szef policji, Jerry Siebert, zastanawiał się, dlaczego w ten upiornie zimny poranek odmraża sobie tyłek, zamiast wrócić na komendę i wypić gorącą kawę.

Siedział za kierownicą radiowozu i było mu niewygodnie, bo miał na sobie dwie warstwy odzieży, przez co nie mógł się swobodnie poruszać. Wyciągnął długie nogi i wygiął plecy. Fotel zaskrzypiał, gdy się przeciągnął. Zastanawiał się, jak teraz jest na Florydzie.
Nie czuł palców u stóp. Utytłane solą buty nadal miał mokre od brei, która od ubiegłego wtorku zalegała na ulicach Warren. Oprócz raportowania wypadków, które zdarzały się za każdym razem, gdy ktoś zjechał ze stromego zbocza Coy Hill i nie zatrzymał się na znaku stop, ostatnio niewielkie siły policyjne Warren nie miały zbyt wiele do roboty.

Seibert był prawie pewien, że wieczorem jeden z jego ludzi zostanie wezwany do Depot, obskurnego baru na Main Street, żeby przerwać bójkę. Grali Bruins, a na stałych bywalców baru, głównie bezrobotnych pracowników fizycznych i motocyklistów, można było liczyć, że wezmą przykład z graczy w hokeja i spróbują sobie przemodelować facjaty.


Utrzymanie spokoju w Warren nie było trudne. Zazwyczaj najtrudniejsze chwile zdarzały się podczas dorocznego festynu, pomyślał Seibert. Wyciągnięcie dodatkowego tysiąca dolarów od skąpych urzędników bywało dobrą okazją do zrobienia prawdziwej zadymy.
Warren, z populacją trzy tysiące osiemset mieszkańców, nie dawało policjantom wielu okazji, żeby się wykazać. Obfitowało za to w masę małomiasteczkowej polityki. W Radzie Miejskiej, która rządziła miastem, zwykle zasiadało trzech miejscowych przedsiębiorców, z których każdy miał własne interesy, osobiste sympatie i wrogów. Seibert określał ich w myślach jako Moe, Larry i Curly. To, że jeden z jego czterech patrolowych był siostrzeńcem Curly’ego, nie pomagało.

Dać bandzie niedoświadczonych ludzi milion dolarów budżetu i kazać im rządzić małym miastem, a spieprzą to za każdym razem, myślał z goryczą Seibert.
Ten były żołnierz marines był szefem policji od prawie pięciu lat; i za każdym razem, gdy wybierano go na kolejną kadencję, rozpoczynała się wojna. Seibert nie mógł doczekać się dnia, gdy będzie mógł rzucić tę robotę i pracować na własny rachunek jako prywatny detektyw. Przeganianie znudzonych nastolatków z miejskiego placu po skardze właściciela sklepu obuwniczego nie należało do wybitnych zasług.
Tak czy inaczej, Seibert tego poranka nie miał ochoty spędzać u Frenchiego Thieraulta, którego podejrzewał o bycie podpalaczem i który ostatnio zaczął ludziom wciskać opowieści dziwnej treści.
Theriault był miejscowym rolnikiem i uprawiał pomidory. Znany był głównie dzięki małemu, drewnianemu stoisku, na którym jesienią sprzedawał swój produkt turystom przejeżdżającym tamtędy co roku, aby podziwiać eksplozję listowia w Berkshire Mountains w zachodnim Massachusetts.

Niestety aktualnie facet handlował również bredniami, pomyślał szef policji. Ostatnio Frenchy opowiadał w mieście, że jego dom jest opętany, a jego rodzina nawiedzana przez ducha matki Nancy, jego żony.
Seibert, który miał własną teściową, bardzo chętnie uwierzyłby w tę historię – gdyby matka Nancy Theriault żyła. Tyle że zmarła ponad piętnaście lat temu.


Seibert, pomimo irytacji, uśmiechnął się wbrew sobie na myśl o własnym raporcie sprzed tygodnia.
„24 lutego 1985 roku”, napisał, „na posterunek policji w Warren przyjechał Maurice «Frenchy» Theriault z prośbą, by przechowano mu kilka strzelb, których jest właścicielem. Na pytanie, czy jest jakiś problem, pan Theriault odpowiedział, że był u medium, a medium mu zakomunikowało, że jest opętany i powinien całą swoją broń zostawić na posterunku. Towarzyszyła mu żona, Nancy Theriault, która poinformowała funkcjonariuszy, że broń może odebrać wyłącznie ona, nie jej mąż. Pan Theriault powtórzył nam, że pod żadnych pozorem nie może dostać strzelb, ponieważ może nie być sobą. Może wyglądać jak on, ale to może nie być on”.
Seibert stłumił śmiech, całkiem w sumie zadowolony z tego, że Frenchy zdeponował broń. Skrupulatnie odnotował zdanie dwóch karabinów Winchester i strzelby.

Seibert nic nie miał do Frenchiego. W sumie całkiem lubił tego kurdupla. Theriault miał zaledwie pięć i pół stopy wzrostu i nosił cienki wąsik. Twarz i dłonie miał pobrużdżone przez ciężką pracę, a oczy głęboko osadzone, przez co wyglądał na zmęczonego i ponurego, co wiele osób zniechęcało. Ale gdy się go już poznało, myślał Seibert, był całkiem miły. W poprzednie Święto Dziękczynienia Frenchy przyjechał na posterunek z indykiem dla każdego policjanta.

Ale od tego czasu Seibert wlepił Frenchiemu dwa mandaty, bo zdezelowana ciężarówka, którą woził pomidory, nawet z grubsza nie nadawała się do jazdy. A potem te pożary w ich gospodarstwie. Dan Prescott z biura komendanta stanowej straży pożarnej podejrzewał, że Frenchy sam rozniecał niewielki ogień, żeby dostać pieniądze z ubezpieczenia. Seibert był skłonny się z nim zgodzić.
Tak czy inaczej, dumał, to na pewno było bardziej wiarygodne niż tłumaczenie Frenchiego. Zgłaszając pożary, Theriault oświadczał, że wywołały je tajemnicze moce, które zaatakowały jego dom i powodowały, że przedmioty same latały z powietrzu. Ale gliniarze jakoś nie kupowali tej historii.

Też coś, pomyślał Seibert. Frenchy na bank wymyślił ten nonsens, żeby skierować śledztwo w sprawie podpalenia na zły trop. Jakkolwiek całkiem to oryginalne.
Theriault przynajmniej nadawał Warren lokalnego kolorytu.
Jednak dziś Seibert nie miał na to nastroju i nie był szczególnie zadowolony, musząc jechać do domu Theriaultów. Nancy, spanikowana, zadzwoniła na posterunek, wrzeszcząc, że potrzebuje pomocy. Powiedziała, że boi się nie tylko o siebie, lecz także o trójkę swoich wnucząt, które były u niej z wizytą. Seibert mógł sobie tylko wyobrażać, co się tam wyprawiało. Po miasteczku krążyły plotki dotyczące dziwnych zdarzeń w tym domu i z każdym powtórzeniem robiły się coraz bardziej pokręcone. Seibert uznał, że zabierze ze sobą aparat fotograficzny. Może dowód na zdjęciu uciszy te niedorzeczne historie, pomyślał.


Doszło do tego, że ludzie zaczęli unikać Frenchiego. Seibert dwa tygodnie wcześniej był w małej knajpce, gdy Frenchy przyszedł na swoją zwyczajową, przedpołudniową kawę. Pozostałych pięciu klientów wymieniło spojrzenia i podniosło się pospiesznie, żeby uregulować swoje rachunki. W ciągu dwóch minut drzwi zamknęły się z trzaskiem, uderzając w zawieszony nad nimi mały, mosiężny dzwoneczek. W knajpie został tylko gliniarz, hodowca pomidorów i Sam Davis, właściciel.

Nie było to pierwszy raz, gdy Theriault wywołał masową ucieczkę z restauracji.
Davis zmarszczył brwi i ruszył do Frenchiego, żeby mu coś powiedzieć, ale Seibert zatrzymał go gestem.
– Frenchy, słuchaj, psujesz Samowi interesy – powiedział. – Musisz przestać opowiadać te brednie, że twój dom jest nawiedzony, albo będziesz musiał zrezygnować z przychodzenia tutaj. Rozumiemy się?
Farmer nie odpowiedział. Skinął tylko głową i z uporem wpatrywał się w kubek ze swoją kawą.
Seiberta z zadumy wyrwało trzeszczenie radia.
– Jerry, potrzebujesz pomocy przy tej awanturze domowej?
Seibert rozpoznał głos Colina Kernsa, policjanta stanowego służącego w pobliskim Brookfield. Miał tam dwóch rzetelnie pracujących ludzi. Często razem odpowiadali na pilne wezwania. Mieszkańcy, który widzieli ich w akcji, często zauważali uderzający fizyczny kontrast: Seibert, wysoki francuski Kanadyjczyk, i Kerns, wysoki, smukły Afroamerykanin.
Seibert podejrzewał, że to poranne wezwanie było raczej wynikiem wysiłków Theriaulta, żeby ukryć swoją rolę w pożarach w jego własnym domu, ale gdzieś z tyłu głowy był zaniepokojony tymi pogłoskami i rozmowami o wydarzeniach nadprzyrodzonych. Jakkolwiek był policjantem sceptycznym i zaprawionym w bojach, był również praktykującym katolikiem. Nie zaszkodzi mieć jakiegoś świadka oprócz aparatu, uznał.
Szef policji podniósł mikrofon radia.
– Taa, Colin, wpadnij – powiedział.


Nie minęła minuta, gdy zobaczył za sobą niebieskoszary radiowóz policji stanowej.
Gdy zbliżali się do ziemi Theriaultów, Seibert nie mógł przestać myśleć, że jeśli farma była nawiedzona, to mieściła się w idealnym punkcie na coś takiego. Dom, przycupnięty na wzgórzu przy cichej Brimfield Road, stał samotnie, bez innych zabudowań w zasięgu wzroku. Bezlistne dęby i szare chmury potęgowały wrażenie opuszczenia. Seibert aż się wzdrygnął.
Prosty, nowoangielski dom szkieletowy był zdewastowany i bardzo potrzebował remontu. Zwłaszcza po tych pożarach, pomyślał Seibert, które „tajemniczo” zaczęły wybuchać w ostatnich miesiącach.
Jakieś dwieście jardów od głównego budynku znajdowała się szklarnia pokryta blaszanym dachem. Pięćdziesiąt jardów dalej stał magazyn w kształcie wielkiej, aluminiowej beczki posadzonej na ziemi. Pola wokół poznaczone były krótkimi palikami, które za kilka miesięcy posłużą jako podpórki dla soczystych, czerwonych pomidorów Frenchiego Theriaulta. Pola otoczone były gęstym lasem sosnowym, odcinającym farmę od świata zewnętrznego.
Seibert ze smutkiem patrzył na to niegdyś wspaniałe gospodarstwo, które teraz chyliło się ku upadkowi. Jednak w obecnych czasach w Warren nie było to nic niezwykłego. Rolnictwo nie dawało takich środków do życia jak niegdyś, a to miasteczko w centralnym Massachusetts dobre dni miało już za sobą. Rewolucja technologiczna, która zainspirowała ekonomiczne odrodzenie Massachusetts, ominęła małe, rolnicze miejscowości jak Warren.

Seibert był w tym domu już kilkakrotnie. Frenchy Theriault dwa razy dzwonił w środku nocy na posterunek, żeby się poskarżyć na dziwne hałasy na zewnątrz.

Interwencja szefa policji nie dowiodła występowanie jakichkolwiek hałasów – ani też niczego, co mogłoby je powodować – i Seibert skłaniał się ku opinii, że ten problem też jest głównie w głowie Frenchiego.
Zapewnienia Seiberta nie uspokoiły farmera. Wciąż się upierał, że słyszy hałasy i ponuro opowiadał o innych rzeczach, które go miały „dręczyć”. Żona Theriaulta, Nancy, wyraźnie przestraszona, potwierdziła opowieść męża. Policjant pomyślał sobie, że bardziej bała się tego, co Frenchy mógłby jej zrobić, gdyby się z nim nie zgodziła.
Theriault faktycznie miał jakieś problemy. A jak miał się przekonać szef policji, nie były one tylko w jego głowie.

Artykuł Szokujący, dogłębnie przebadany przypadek opętania przez demony! Historia chłopaka, który błagał o pomoc szatana. [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/szokujacy-doglebnie-przebadany-przypadek-opetania-przez-demony-historia-chlopaka-ktory-blagal-o-pomoc-szatana-wideo/feed/ 0
Podczas tego śledztwa będzie trzeba nagiąć wiele przepisów… Świetnie skonstruowana intryga i doskonale nakreśleni bohaterowie to znaki szczególne thrillera https://niezlomni.com/podczas-tego-sledztwa-bedzie-trzeba-nagiac-wiele-przepisow-swietnie-skonstruowana-intryga-i-doskonale-nakresleni-bohaterowie-to-znaki-szczegolne-thrillera/ https://niezlomni.com/podczas-tego-sledztwa-bedzie-trzeba-nagiac-wiele-przepisow-swietnie-skonstruowana-intryga-i-doskonale-nakresleni-bohaterowie-to-znaki-szczegolne-thrillera/#respond Tue, 06 Apr 2021 08:36:13 +0000 https://niezlomni.com/?p=51283

Śląska prowincja. Na wiejskiej polanie zostają odnalezione zwłoki poczytnego autora kryminałów. Wcześniej został uprowadzony z własnego domu, a jedynym świadkiem zajścia jest żona pisarza, znaleziona w sypialni – poturbowana i skuta kajdankami. Sprawa zostaje przydzielona utalentowanej i niezwykle ambitnej podkomisarz Laurze Szumskiej, która nie może pogodzić się z faktem, że wbrew własnej woli oddelegowano ją z Warszawy do komendy powiatowej w Myszkowie.

Do współpracy zostaje jej przydzielony komisarz Olgierd Kot, cieszący się uznaniem śledczy, który coraz częściej miewa myśli samobójcze.Oboje funkcjonariuszy różni wszystko, ale żeby znaleźć zabójcę będą musieli stanąć ramię w ramię. Niebawem spokojny, urzekający pięknem krajobraz stanie się dla nich miejscem, w którym przyjdzie im się zmierzyć ze złem w ludzkiej skórze… Świetnie skonstruowana intryga i doskonale nakreśleni bohaterowie to znaki szczególne thrillera Napisz mi jak zabić. Dorian Zawadzki po raz kolejny udowadnia, że jest prawdziwym mistrzem w budowaniu napięcia!

Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Replika prezentujemy Państwu fragment najnowszej książki Doriana Zawadzkiego pt. Napisz mi jak zabić, Poznań 2021. Książkę można nabyć na stronie Wydawnictwa Replika.

ROZDZIAŁ 1

Mysłowice (woj. śląskie) – 1 lipca 2019, poniedziałek

Kot nie umiał płakać. Choć przez całe swoje pięćdziesiąt osiem lat miał ku temu wiele okazji, to z jego oczu nigdy nie popłynęły łzy. Potwierdzali to wszyscy, którzy go znali. Zupełnie, jakby jego oczy nie były do tego zdolne; nie posiadały gruczołów łzowych. Własna matka – świeć Panie nad jej duszą – powiedziała mu kiedyś, że nie płakał nawet w chwili narodzin. Przyszedł na świat spokojny i skupiony; jakby od samego początku wiedział, że życie to nie spacerek po zielonym parku, tylko szara rzeczywistość pozbawiona złudzeń.

Olgierd Kot zamrugał, patrząc w gwiaździste lipcowe niebo. Ostatnio nie spędzał wieczorów w łóżku, tylko na werandzie swojego starego drewnianego domu z trzydziestoletnią gwarancją na konstrukcję, która – podobnie jak jego własna konstrukcja psychiczna – wygasła cztery lata temu. Mieszkał na uboczu, w pobliżu lasu nad rzeką Przemsza i miał widok na oczyszczalnię ścieków.
Odepchnął się stopami od drewnianej posadzki, wprawiając bujany fotel w ruch, jak metronom odmierzający pozostały mu czas. W jednej ręce trzymał kieliszek irlandzkiej whiskey, a w drugiej służbowego glocka kaliber .40. Zarówno grube wyprofilowane szkło, jak i magazynek mogący pomieścić siedemnaście naboi były pełne. W pokoju za plecami Olgierda, w którym zostawił zapalone światło, Hank Williams śpiewał I’ll Never Get Out Of This World Alive.


Na niskim drewnianym stoliku nakrytym wyblakłą ceratą w czerwono-białą szachownicę stało zdjęcie w staroświeckiej ramce na nóżce. Było czarno-białe, starsze niż dom i również straciło gwarancję. Uśmiechała się z niego para młodych ludzi obejmująca się w parku. To był jeden z tych nielicznych dni, kiedy zielone złudzenia potrafiły przyćmić szarą rzeczywistość.

Obok ramki stała charakterystyczna zielona butelka, której zadaniem było podtrzymać te złudzenia, a na żółtej etykiecie widniało motto rodziny Jamesonów: Sine Metu . Była już do połowy pusta. PBP – tak piloci określają punkt bezpiecznego powrotu, kiedy śmigłowiec unoszący się nad oceanem ma jeszcze dość paliwa, żeby zawrócić i bezpiecznie wylądować.

Austriacki pistolet z tworzywa sztucznego o wysokiej wytrzymałości, który na początku lat osiemdziesiątych stał się międzynarodowym przebojem w szeregach policji, zaciążył w dłoni Kota, kiedy uniósł go do światła. Glock posiadał potrójny system zabezpieczeń, mający uchronić przed przypadkowym postrzałem. Każdy był kolejno zwalniany w trakcie naciskania na język spustowy.
Kot wychylił kieliszek i westchnął. A kiedy sobie dolał, dostrzegł, że osiągnął PBP. W butelce znajdowało się tyle samo szarej pustki, co zielonych wspomnień utrwalonych na czarno-białych zdjęciach.

Równocześnie podniósł whiskey i pistolet, na którym zamajaczyła kontrastowa plamka na muszce.
Poczekał, aż Hank dokończy refren ostatniej piosenki, którą wydał przed śmiercią.
Kot opróżnił kieliszek długim haustem, zamykając oczy. Lufa pistoletu gładko przylgnęła do ciepłej skroni, jakby tylko na to czekała od kilku dni. Otworzył oczy, jeszcze raz spojrzał na zdjęcie, swoje i Marysi.
A potem Kot odchylił głowę, uśmiechając się do gwiazd.
– Sine Metu – wyszeptał.
Słyszał znajomy chlupot w kanale ściekowym, parskanie żerujących dzików w pobliskim lesie i cichy trzask zwalnianego systemu zabezpieczeń, kiedy naciskał spust. Trzy… dwa… jed…
Co to było?
Pianie koguta?
Rozpoznał dźwięk, choć nie wierzył własnym uszom.
Słyszał, że takie rzeczy czasami przytrafiają się niedoszłym samobójcom. Musiało tak być. Inaczej nie byliby niedoszłymi samobójcami i nie mogliby nikomu o tym opowiedzieć.
Położył pistolet na stoliku przed zdjęciem i niechętnie dźwignął się z fotela. Wszedł do pokoju. Na blacie biurka wibrowała komórka, a na pękniętym wyświetlaczu zobaczył, że to numer prywatny.
Kogut znowu zapiał.
Kot odebrał połączenie i przyłożył komórkę do ucha, ale nie odezwał się ani słowem.
– Olgierd? – rozbrzmiał głos z zaświatów. Był tak absurdalnie głęboki, że mógł należeć tylko do ducha. Cholera, pomyślał Kot, może rzeczywiście palnąłem sobie w łeb? Wrócił na werandę, ale nie znalazł w fotelu swojego ciała. Poza tym, gdyby był już martwy, to raczej nie mógłby odebrać telefonu. Ale ta myśl dotarła do jego odurzonego alkoholem umysłu dopiero po chwili. – Czuję odór whiskey z twojej mordy. Odezwij się wreszcie.
– Lucjan? – zaryzykował pytanie.
– Myślałeś, że nie żyję? – Głos nie był już tak głęboki, zastąpił go chrypliwy rubaszny rechot. Widocznie komendant wojewódzki wyszedł na balkon swojego mieszkania na katowickich Bogucicach, gdzie był lepszy zasięg. – Mówiłem ci już kiedyś, że zamierzam odejść z tego świata jako najstarszy Polak?
– Setki razy. – Kot uśmiechnął się do swoich wspomnień. Zobaczył w nich dwóch chłopaków wysiadających z nyski w szarych mundurach i białych kaskach Milicji Obywatelskiej. Dostali właśnie rozkaz stłumienia demonstracji, zamiast tego wymknęli się z kordonu i poszli upić. – Jestem pewien, że tak właśnie będzie. – Oparł się ręką, w której wciąż trzymał pusty kieliszek, o balustradę. – Z czym dzwonisz?
W słuchawce rozległo się kliknięcie zapalniczki.
– A co, przeszkadzam ci?
– Dlaczego tak uważasz?
– Już prawie północ. A ty masz taki głos, jakbym oderwał cię od jakiejś pilnej roboty.
Kot odstawił kieliszek na stolik i usiadł z powrotem w fotelu.
– To nic pilnego. Mogę do tego wrócić za chwilę.
– Szukałem cię na uczelni… – Komendant Lucjan Janicki zaciągnął się papierosem. – Podobno wziąłeś sobie urlop.
– Ano tak, dla podratowania zdrowia. – Kot ominął dłonią pistolet i sięgnął po butelkę. – Lucyna wyszła z domu?
– Skąd wiesz? – padło pytanie po krótkim namyśle.
– Nie odważyłbyś się zapalić przy żonie.
Janicki wydmuchał dym do słuchawki.
– Śmiej się z mojego nieszczęścia, Sierściuchu. A ona tymczasem wykończy mnie tą swoją zdrową kuchnią i spacerami z tymi przeklętymi kijkami… – czknął – szybciej niż wóda i fajki.
– A wracając do tematu. – Kot ponownie napełnił sobie kieliszek resztką brązowego płynu. – Z czym dzwonisz?
– Sąsiad mi umarł…
– Moje kondolencje.
– …Lucyna siedzi za ścianą na stypie, a do mnie dotarło, że nie mam już z kim zagrać w szachy.
– Takie myśli nie świadczą o tym, że jesteś złym człowiekiem.
– Wiedziałem, że zrozumiesz – westchnął Janicki. – Wpadłbyś w sobotę zagrać?
Kot przyłożył sobie kieliszek do czoła.
– Naprawdę tylko po to do mnie dzwonisz?
– Ty sukinkocie… – Janicki złapał płytki oddech. – Tak trudno ci uwierzyć, że twoja wyliniała dupa może wciąż jeszcze kogoś obchodzić?!
Kot nie musiał się długo zastanawiać. Nie miał dzieci, z najbliższymi krewnymi utrzymywał zdawkowy kontakt, a większość jego nielicznych przyjaciół już nie żyła.
– Tak, Luc…
Janicki się rozłączył. Kot popatrzył na ciemniejący wyświetlacz, a potem zajął się swoją whiskey. Zanim zdążył odłożyć komórkę, ta rozdzwoniła się ponownie.
– Zadzwoniłem jako przyjaciel… poważnie – wysapał Janicki. – A teraz dzwonię służbowo.
– Masz dwie minuty. – Kot zatrzymał kieliszek w połowie drogi do ust. – Potem wyłączę telefon.
Janicki streścił się w dziewięćdziesiąt sekund.
A ostatnie trzydzieści Olgierd poświęcił na przemyślenia nad tym, co właśnie usłyszał.
– Dlaczego mi to wszystko mówisz? – spytał Kot, dostrzegając na horyzoncie rozbłyski burzy.
– Nie rozumiem cię, Olgierd. – W głosie Janickiego zabrzmiała dezaprobata. – Przecież to sprawa w sam raz dla ciebie.
Kot patrzył na falujące wierzchołki drzew. W spadzisty dach werandy zabębniły pierwsze krople deszczu.
– Wiesz, że nie zajmuję się już sprawami kryminalnymi.
– Jesteś najlepszym śledczym na Śląsku – odezwał się znowu Janicki.
– Byłem. Dawno temu.
– Tak, całe cztery lata.
Kot podrapał się za uchem.
– Przecież policjanci z komendy powiatowej zatrzymają zabójców w ciągu dziesięciu dni…
W słuchawce rozległo się mokre plaśnięcie, a potem dźwięk trzęsącej się metalowej barierki na balkonie.
– Olgierd, przestań pierdolić! Doskonale wiesz, że takie sprawy nigdy nie są proste. Zabójcy dostali się do domu niezauważeni, nie zostawili żadnych śladów. To wygląda na robotę zawodowców. Rozmawiałem z prokuratorem. Chce kogoś doświadczonego.
Kot wyciągnął się w fotelu, opierając nogi o balustradę.
– Przecież dowodzisz komendą wojewódzką, możesz dać tę sprawę komukolwiek.
Janicki zarechotał bez cienia radości.
– Tak, mogę, ale nikt nie ma twojego doświadczenia.
– No dobrze, a czego mi nie mówisz?
Zapadła cisza.
W końcu komendant wypuścił ze świstem powietrze z płuc.
– Ofiara była znana. Lubisz kryminały?
Kot poczuł, jak serce zabiło mu mocniej w piersi.
– Nie za bardzo.
– To był Euzebiusz Kubiak.
Nad domem rozległ się grzmot. W pokoju Olgierda zgasło światło. Mężczyzna nawet nie drgnął.
– Ten pisarz? – spytał po chwili.
– Ten sam. – Trzasnęły drzwi balkonowe, Janicki najwyraźniej wrócił do mieszkania. – Prokurator chce zamknąć sprawę jak najszybciej, zanim przejmą ją ci z centrali i zacznie się ta cała medialna szopka. – Jego głos znów zrobił się stłumiony, jakby wydobywał się spod wody. – Nawet bez tego mamy dosyć kłopotów.
Kot zdjął nogi z balustrady, uśmiechając się, zupełnie jakby stary przyjaciel go widział.
– Nie przypominam sobie, żebyśmy kiedyś nie mieli ich dosyć.
– Jeśli się zgodzisz – podjął Janicki – to skontaktuję cię z komisarzem Wilczkiem. Wyświadczę komuś przysługę, a ty pojedziesz na wycieczkę i trochę się rozerwiesz.
Kot zastanawiał się, przechadzając po ciemnej werandzie.
– Myślisz, że tego właśnie mi potrzeba?
Usłyszał szum wentylatora w lodówce, brzdęk szkła, a potem głębokie westchnienie.
– Bierzesz czy nie? – spytał Janicki z przesadną dykcją.
Kot zapatrzył się w ciemność, słuchając odgłosów burzy. Wiedział, gdzie miał swoje źródło jego opór przed obcowaniem ze śmiercią.
Ale zaraz potem uświadomił sobie, że przecież już podjął decyzję, jeszcze zanim odebrał telefon od komendanta wojewódzkiego.
– Umówmy się, że oddzwonię do ciebie rano… powiedzmy o siódmej.
– Potrzebujesz jeszcze czasu do namysłu, Sierściuchu?
– Jeśli nie zadzwonię, to znaczy, że będziesz musiał poszukać kogoś innego.

O siódmej dziesięć następnego dnia Kot wziął długi i gorący prysznic w wannie, po którym większość ludzi miałaby oparzenia pierwszego stopnia. Przejechał dłonią po zaparowanym lustrze, uczesał czarno-siwe włosy i ogolił się brzytwą.
Poszedł do pokoju, w którym czytał i słuchał muzyki. Z górnej szuflady biurka wyjął etui z okularami do czytania, notes w skórzanej oprawie i ulubione pióro z grawerką. A z dolnej legitymację policyjną.
Po namyśle wsunął broń do kabury i zamknął na kluczyk w dolnej szufladzie.
Przed wyjściem zajrzał jeszcze do sypialni, żeby odstawić zdjęcie na szafkę nocną.
Kiedy Kot opuszczał dom, niebo było już jasne. Wciągnął głęboko rześkie powietrze i ruszył przez podwórze, zatapiając się w porannej mgle.
*********************************

Artykuł Podczas tego śledztwa będzie trzeba nagiąć wiele przepisów… Świetnie skonstruowana intryga i doskonale nakreśleni bohaterowie to znaki szczególne thrillera pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/podczas-tego-sledztwa-bedzie-trzeba-nagiac-wiele-przepisow-swietnie-skonstruowana-intryga-i-doskonale-nakresleni-bohaterowie-to-znaki-szczegolne-thrillera/feed/ 0
Europa przeżywa obecnie najcięższy kryzys, jaki może spotkać społeczeństwo, naród i kulturę. Kulisy problemu https://niezlomni.com/europa-przezywa-obecnie-najciezszy-kryzys-jaki-moze-spotkac-spoleczenstwo-narod-i-kulture-kulisy-problemu/ https://niezlomni.com/europa-przezywa-obecnie-najciezszy-kryzys-jaki-moze-spotkac-spoleczenstwo-narod-i-kulture-kulisy-problemu/#comments Thu, 01 Apr 2021 12:32:29 +0000 http://niezlomni.com/?p=31147

Jesteśmy obecnie świadkami pewnego zjawiska, które, czy tego chcemy czy nie, stało się najważniejszym faktem współczesnego życia publicznego w Europie.

Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Replika z Poznania prezentujemy Państwu fragment książki "Bunt mas", którą napisał José Ortega y Gasset:

Zjawiskiem tym jest osiągnięcie przez masy pełni władzy społecznej. Skoro masy już na mocy samej definicji nie mogą ani nie powinny kierować własną egzystencją, a tym mniej panować nad społeczeństwem, zjawisko to oznacza, że Europa przeżywa obecnie najcięższy kryzys, jaki może spotkać społeczeństwo, naród i kulturę. Historia zna już takie wypadki. Znane są także charakterystyczne rysy i konsekwencja takich kryzysów. Mają one też w historii swoją nazwę. Zwą się: buntem mas.

Aby zrozumieć w całej rozciągłości owo przerażające zjawisko, należy przede wszystkim unikać przypisywania takim słowom jak „bunt”, „masy”, „władza społeczna” znaczenia wyłącznie czy głównie politycznego. Życie publiczne nie ogranicza się jedynie do sfery polityki, należy do niego również działalność intelektualna, moralna, gospodarcza, religijna; obejmuje ono wszelkie sfery życia zbiorowego, włącznie ze sposobem ubierania się czy zabawy.

Tak więc najlepszym sposobem przybliżenia czytelnikowi tego historycznego zjawiska jest ukazanie jego wizualnego aspektu, a przy tym uwypuklenie tych rysów nowej epoki, których istnienie możemy naocznie stwierdzić.
Owym faktem nadzwyczaj prostym do określenia, choć nie do analizowania, jest coś, co nazywam zjawiskiem aglomeracji, zjawiskiem „pełności”. Miasta pełne są ludzi. Domy pełne są mieszkańców. Hotele pełne są gości. Pociągi pełne są podróżnych. Kawiarnie pełne są konsumentów. Promenady pełne są spacerowiczów. Gabinety przyjęć znanych lekarzy pełne są pacjentów. Sale widowiskowe, o ile przedstawienie nie jest zrobione „na poczekaniu”, nie jest improwizacją, pełne są widzów. Plaże pełne są zażywających kąpieli. To, co kiedyś nie stanowiło żadnego problemu, a mianowicie: znalezienie miejsca, obecnie zaczyna być powodem niekończących się kłopotów.

Ot, i wszystko. Czy trzeba szukać zjawiska bardziej zwykłego, bardziej znanego i bardziej stałego w naszym współczesnym życiu? Spróbujmy przekłuć powierzchnię tej obserwacji, a staniemy zdumieni przed niespodziewanym źródłem, w którym odbijające się światło dnia, naszego obecnego dnia, objawi cały jego bogaty, wewnętrzny koloryt.
Cóż takiego zobaczymy i czegóż to widok tak nas zadziwi? Ujrzymy tłum jako taki, korzystający ze stworzonych przez cywilizację pomieszczeń i urządzeń. Po krótkim namyśle zadziwi nas własne zdumienie. Bo czyż nie jest to sytuacja idealna? Miejsca w teatrze są przecież stworzone po to, by je zajmować, a zatem chodzi o to, by sala była pełna. To samo można powiedzieć o miejscach siedzących w pociągu i pokojach w hotelu. Tak, fakt ten nie ulega wątpliwości. Rzecz jednak w tym, że przedtem pomieszczenia te nigdy nie bywały pełne, natomiast teraz często są przepełnione, a co więcej, nie wszyscy, którzy chcieliby z nich skorzystać, mogą dostać się do środka. Tak więc, chociaż jest to zjawisko naturalne i logicznie uzasadnione, to jednak trzeba sobie zdać sprawę z tego, że kiedyś ono nie istniało, a obecnie jak najbardziej istnieje; a zatem mamy do czynienia ze zmianą, z nowością, która usprawiedliwia, przynajmniej początkowo, nasze zdziwienie.

Zdziwienie, zaskoczenie to początek zrozumienia. To specyficzny i ekskluzywny sport i luksus intelektualistów. Dlatego też charakterystycznym dla nich gestem jest patrzenie na świat rozszerzonymi ze zdziwienia źrenicami. Cały otaczający nas świat jest dziwny i cudowny, jeśli nań spojrzeć szeroko otwartymi oczami. To właśnie, uleganie radosnemu zdziwieniu, jest rozkoszą dla futbolisty niedostępną, natomiast dzięki niej intelektualista idzie przez życie pogrążony w niekończącym się, wizjonerskim upojeniu, którego oznaką zewnętrzną jest zdziwienie widoczne w oczach. Dlatego też dla starożytnych symbolem Minerwy była sowa, ptak, którego oczy są zawsze szeroko otwarte, jak gdyby w niemym zdziwieniu.

Aglomeracja, przepełnienie – były to zjawiska, które niegdyś należały do rzadkości. Dlaczego obecnie stały się tak częste?

Obecne tłumy nie wyłoniły się z nicości. W okresie ostatnich około piętnastu lat liczba ludności nie uległa jakimś większym zmianom. Wydaje się rzeczą naturalną, że po zakończeniu wojny liczba ta nawet nieco zmalała. I tak dochodzimy tu do pierwszego ważnego stwierdzenia. Osoby składające się obecnie na owe tłumy istniały również wcześniej, ale nie jako tłum. Rozproszone po świecie, samotne bądź w małych grupkach, wiodły żywot oddzielny, niezależny, jak gdyby w pewnej odległości od innych. Każda taka osoba czy grupka zajmowały własne miejsce bądź to na wsi, bądź w miasteczku, bądź w dzielnicy dużego miasta.

Teraz nagle przybrały kształt aglomeracji i gdziekolwiek spojrzymy, mamy przed oczami tłumy. Gdziekolwiek? Ależ nie; dokładniej rzecz biorąc w miejscach najlepszych, będących stosunkowo wyrafinowanym tworem kultury ludzkiej, które uprzednio zarezerwowane były dla mniejszej liczby łudzi, dla mniejszości.

Tłum stał się nagle widoczny, zajął w społeczeństwie miejsce uprzywilejowane. Przedtem, jeżeli nawet istniał, to pozostawał nie zauważony, był gdzieś w tle społecznej sceny; teraz wysunął się na sam środek, stał się główną postacią sztuki. Nie ma już bohaterów, jest tylko chór.

Pojęcie tłumu ma charakter ilościowy i wizualny. Przetłumaczmy je, nic w nim nie zmieniając, na język socjologii. Okaże się, że mamy do czynienia z ideą mas społecznych. Społeczeństwo jest zawsze dynamicznym połączeniem dwu czynników: mniejszości i mas.

Na mniejszość składają się osoby lub grupy osób charakteryzujące się pewnymi szczególnymi cechami. Natomiast masa to zbiór osób nie wyróżniających się niczym szczególnym. Tak więc pod słowem „masy” nie należy rozumieć wyłącznie czy przede wszystkim „mas robotniczych”. Masy to „ludzie przeciętni”. W ten sposób to, co było jedynie ilością, tłum, nabiera znaczenia jakościowego; staje się wspólną jakością, społeczną nijakością. Masy to zbiór ludzi nie wyróżniających się niczym od innych, będących jedynie powtórzeniem typu biologicznego. Co udało nam się uzyskać dzięki owemu przejściu od ilości do jakości? To bardzo proste: dzięki przejściu do drugiego zrozumieliśmy pochodzenie pierwszego. Jest rzeczą oczywistą, wręcz banalną, że jeśli tłum tworzy się w normalny sposób, to u ludzi stanowiących go pojawiają się zbieżne dążenia, idee czy podobny styl życia. Mówi się często, że to samo dzieje się nieuchronnie z każdą grupą społeczną niezależnie od tego, jak elitarną chciałaby być. I rzeczywiście; ale jest jedna zasadnicza różnica.

W grupach, które nie są tłumem czy masą, rzeczywiste podobieństwo ich członków wynika z jakichś wspólnych dążeń, wyznawania jakiejś wspólnej idei czy poszukiwania podobnego ideału, które to cele same w sobie przyciągają dużą liczbę ludzi. Dla powstania jakiejkolwiek mniejszości konieczne jest, by uprzednio każdy z jej członków wystąpił z tłumu, kierując się jakąś specjalną, stosunkowo indywidualną, racją. A zatem jego podobieństwo do innych członków mniejszości jest wtórne, jest faktem zaistniałym już po wyodrębnieniu się jednostek z tłumu, przez to samo zaś jest w dużej mierze podobieństwem w niepodobieństwie.

Bywa, że cechą wyróżniającą członków danej grupy jest ich konflikt ze społeczeństwem; istnieją w Anglii grupy ludzi, którzy sami siebie nazywają „nonkonformistami”, co znaczy, że łączy ich jedynie to, że nie zgadzają się z tłumem. Owo dążenie do łączenia się w mniejszość po to właśnie, by przeciwstawić się większości, jest charakterystyczne dla procesu powstawania każdej mniejszości. Mallarmé, mówiąc o niewielkiej grupce ludzi, którzy przyszli posłuchać koncertu wybitnego, ale trudnego muzyka, powiada, że obecność tej małej liczebnie publiczności podkreśla nieobecność nieskończenie liczniejszego motłochu.

Rzeczywiście, masy można zdefiniować jako zjawisko psychologiczne; nie musi to być koniecznie tłum złożony z indywidualnych jednostek. Możemy łatwo stwierdzić, czy dana osoba należy do masy czy nie. Masę stanowią ci wszyscy, którzy nie przypisują sobie jakichś szczególnych wartości – w dobrym tego słowa znaczeniu czy w złym – lecz czują się „tacy sami jak wszyscy” i wcale nad tym nie boleją, przeciwnie, znajdują zadowolenie w tym, że są tacy sami jak inni. Wyobraźmy sobie teraz człowieka skromnego, który próbując dokonać oceny własnej wartości, zadaje sobie pytanie, czy posiada jakieś szczególne zdolności, czy wybija się w jakiejkolwiek dziedzinie życia, po czym ostatecznie dochodzi do wniosku, że niestety żadnych szczególnych zdolności czy zalet nie posiada. Człowiek ten czuje się szary, bezbarwny i skrzywdzony przez los, ale nie czuje się „masą”.

Kiedy się mówi o „wybranych mniejszościach”, często zniekształca się znaczenie tego określenia nie dostrzegając tego, że człowiek wybrany to nie ktoś butny i bezczelny uważający się za lepszego od innych, lecz ten, który wymaga od siebie więcej niż inni, nawet jeśli nie udaje mu się samemu tych wymagań zaspokoić. Nie ulega wątpliwości, że to właśnie jest najbardziej podstawowym kryterium podziału ludzkości na dwa typy osobników: tych, którzy stawiają sobie duże wymagania, przyjmując na siebie obowiązki i narażając się na niebezpieczeństwa i tych, którzy nie stawiają sobie samym żadnych specjalnych wymagań, dla których żyć, to pozostawać takim, jakim się jest, bez podejmowania jakiegokolwiek wysiłku w celu samodoskonalenia, to płynąć przez życie jak boja poddająca się biernie zmiennym prądom morskim.

Przypomniało mi to, że na ortodoksyjny buddyzm składają się dwie zasadniczo różne religie: jedna bardziej wymagająca i trudna oraz druga bardziej swobodna i łatwa: Mahayana – „wielki pojazd” czy „wielki wóz” – i Hinayana – „mały wóz”, „mniejsza ścieżka”. Istotne jest to, z którym „wozem” zwiążemy własne życie, maksymalnych czy też minimalnych wymagań.

Podział społeczeństwa na masę i wybrane mniejszości nie jest zatem podziałem na klasy społeczne, lecz na klasy ludzi i nie można go łączyć z podziałem na klasy wyższe i niższe. Oczywiście, istnieje prawdopodobieństwo, że w klasach wyższych, w okresie kiedy status ten osiągają i kiedy rzeczywiście nań zasługują, napotykamy więcej osób, które związały swoje życie z „wielkim wozem”, podczas gdy klasy niższe składają się zazwyczaj z osobników pozbawionych jakichś szczególnych wartości. Jednakże, dokładnie rzecz biorąc, w łonie każdej klasy społecznej istnieje masa i autentyczna mniejszość.

Jak to wkrótce zobaczymy, cechą charakterystyczną naszych czasów jest panowanie masy, tłumu, nawet w grupach o elitarnych dotychczas tradycjach. Tak więc także w dziedzinie życia intelektualnego, które z samej swej istoty wymaga określonych kwalifikacji, daje się zauważyć stały wzrost znaczenia pseudointelektualistów, niedouczonych, nie będących w stanie osiągnąć należytych kwalifikacji i którzy z natury rzeczy powinni być w tej dziedzinie zdyskwalifikowani. To samo można powiedzieć o wielu potomkach „arystokracji”, zarówno w linii męskiej jak i żeńskiej. Z drugiej strony nie jest obecnie wcale rzadkością natrafienie wśród robotników, którzy niegdyś służyli jako typowy przykład tego, co nazywamy „masą”, na jednostki o umysłach w najwyższym stopniu uporządkowanych i zdyscyplinowanych.

Otóż, istnieje w społeczeństwie olbrzymia różnorodność czynności, zajęć i funkcji, które z natury rzeczy mają szczególny charakter i, co za tym idzie, nie mogą być należycie wykonywane przez łudzi pozbawionych pewnych specjalnych uzdolnień. Przykładem mogą tu być pewnego typu przyjemności artystyczne o elitarnym charakterze albo też sprawowanie funkcji w rządzie i wygłaszanie politycznych ocen na temat spraw życia publicznego. Niegdyś te szczególnego rodzaju czynności wykonywane były przez mniejszość o odpowiednich kwalifikacjach lub przynajmniej przez mniejszości, które przypisywały sobie posiadanie tych kwalifikacji. Masy nie starały się ingerować w te zagadnienia; były bowiem świadome tego, że chcąc wziąć w nich udział, musiałyby, zgodnie z naturą rzeczy, zdobyć owe szczególne zdolności, a tym samym przestałyby być masą. Znały swą rolę i miejsce w zdrowej dynamice społecznej.

Wracając teraz do zjawisk i faktów, o których mowa była na początku, możemy stwierdzić, iż są one niewątpliwie zwiastunami zmian zachodzących w postawach mas. Wskazują na to, że masy zdecydowały się wysunąć w społeczeństwie na pierwszy plan, zakupując lokale, korzystając z urządzeń i zaznając przyjemności, które dotąd zarezerwowane były dla bardzo nielicznych. Jest rzeczą oczywistą, że, na przykład, wspomniane wyżej pomieszczenia, ze względu na ograniczoną przestrzeń, nie były planowane z myślą o tłumie, który obecnie się przez nie przelewa, unaoczniając nam dobitnie i namacalnie powstanie nowego zjawiska: masy, która nie przestając być masą, zajmuje miejsce mniejszości.

Nikt chyba nie będzie ubolewał nad tym, że większa liczba ludzi czerpie obecnie więcej przyjemności z życia niż kiedyś, tym bardziej, jeśli mają po temu chęci i środki. Zło tkwi w tym, że owa podjęta przez masy decyzja o przyswojeniu sobie właściwego mniejszościom sposobu życia nie ogranicza się i nie może się ograniczać jedynie do dziedziny przyjemności, lecz staje się ogólną cechą naszych czasów. Dlatego też – uprzedzając to, o czym będzie mowa dalej – uważam, iż zmiany polityczne ostatnich lat zwiastują nie co innego, jak polityczną dyktaturę mas. Stara demokracja utrzymywała się przy życiu dzięki liberalizmowi i entuzjastycznej wierze w moc prawa.

Jednostka, posłuszna tym zasadom, musiała narzucić samej sobie, a następnie utrzymać, pewną dyscyplinę. Mniejszości mogły żyć i działać pod osłoną zasad liberalizmu i przy przestrzeganiu zasad praworządności. Demokracja i prawo – współżycie zgodne z normami praworządności, to były synonimy. Obecnie jesteśmy świadkami triumfu hiperdemokracji, w ramach której masy działają bezpośrednio, nie zważając na normy prawne, za pomocą nacisku fizycznego i materialnego, narzucając wszystkim swoje aspiracje i upodobania. Fałszem jest interpretowanie nowej sytuacji jako takiej, w której masy, zmęczone polityką, składają jej prowadzenie w ręce ludzi o szczególnych w tym kierunku uzdolnieniach. Wręcz odwrotnie.

Tak było przedtem, była to demokracja liberalna. Masy zakładały mniej lub bardziej chętnie, że mniejszość dzierżąca władzę polityczną, mimo wszystkich swych wad i słabości, zna się jednak nieco lepiej na sprawach publicznych. Dzisiaj natomiast masy są przekonane o tym, że mają prawo nadawać moc prawną i narzucać innym swoje, zrodzone w kawiarniach, racje. Wątpię, czy udałoby się znaleźć w dziejach jakiś inny okres, w którym tłum sprawowałby władzę w sposób tak bezpośredni jak w naszych czasach. Dlatego też występujące obecnie zjawisko nazywam hiperdemokracją.

To samo ma miejsce w innych dziedzinach życia, a szczególnie w sferze intelektualnej. Być może mylę się, ale wydaje mi się, że obecnie pisarz, kiedy bierze do ręki pióro, by napisać coś na znany mu gruntownie temat, powinien pamiętać o tym, że przeciętny czytelnik, dotąd tym problemem nie zainteresowany, nie będzie czytał dla poszerzenia własnej wiedzy, lecz odwrotnie – po to, by wydać na autora wyrok skazujący, jeśli treść jego dzieła nie będzie zbieżna z banalną przeciętnością umysłu owego czytelnika. Jeśli składające się na masę jednostki uważają się za szczególnie uzdolnione, to mamy wówczas do czynienia tylko z błędem jednostkowym, nie z socjologicznym przewrotem.

Dla chwili obecnej charakterystyczne jest to, że umysły przeciętne i banalne, wiedząc o swej przeciętności i banalności, mają czelność domagać się prawa do bycia przeciętnymi i banalnymi i do narzucania tych cech wszystkim innym. W Ameryce Północnej powiada się: być innym to być nieprzyzwoitym. Masa miażdży na swojej drodze wszystko to, co jest inne, indywidualne, szczególne i wybrane. Kto nie jest taki sam jak wszyscy, kto nie myśli tak samo jak wszyscy, naraża się na ryzyko eliminacji. Oczywiście, „wszyscy” to wcale nie „wszyscy”. Normalnie rzecz biorąc „wszyscy” to całość, na którą składają się masy i wyróżniające się pewnymi szczególnymi cechami mniejszości. Obecnie wszyscy to tylko masa.
Taka właśnie jest straszliwa prawda o naszych czasach, przedstawiona brutalnie i bez osłonek.

José Ortega y Gasset, Bunt mas, Replika, Poznań 2021. Książkę można nabyć TUTAJ.

Bunt_mas_72Jedno z najważniejszych dzieł myśli społecznej XX wieku

„Bunt mas” to książka ceniona przez psychologów i socjologów na całym świecie. Stanowi swoistą biblię na temat zachowań różnych ludzkich zbiorowości, a w szczególności ukazuje wizję autora na temat buntu, który ma oddzielić naszą epokę od całej wcześniejszej historii. Pozycja ta, której twórcą jest wybitny hiszpański filozof i pisarz, José Ortega y Gasset, nieustannie pozostaje jednym z najbardziej wpływowych dzieł XX wieku.

„Masy możemy zdefiniować jako zjawisko psychologiczne, nie musi to być koniecznie tłum złożony z indywidualnych jednostek.”

„Masy to ludzie przeciętni. W ten sposób to, co było jedynie ilością, tłumem, nabiera znaczenia jakościowego; staje się wspólną społeczną nijakością. Masy to zbiór ludzi nie wyróżniających się niczym od innych, będących jedynie powtórzeniem typu biologicznego”.

José Ortega y Gasset (1883-1955) − hiszpański filozof i autor książek. Absolwent Uniwersytetu Deusto (Deustuko Unibertsitatea) w Bilbao oraz Uniwersytetu Centralnego (La Universidad Central) w Madrycie. Studiował także w Niemczech, co wywarło duży wpływ na obrany przez niego później kierunek filozoficzny, który nazywano racjowitalizmem. Opiera się on przede wszystkim na racjonalnym sposobie poznania rzeczy, przy założeniu, że życie jednostkowe jest tylko fragmentem życia jako takiego. Dziś jako najważniejsze jego dzieło podaje się „Bunt mas”, które pomimo znacznego upływu czasu, odkąd zostało napisane, nie zestarzało się ani trochę.

Artykuł Europa przeżywa obecnie najcięższy kryzys, jaki może spotkać społeczeństwo, naród i kulturę. Kulisy problemu pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/europa-przezywa-obecnie-najciezszy-kryzys-jaki-moze-spotkac-spoleczenstwo-narod-i-kulture-kulisy-problemu/feed/ 1
Pasjonujące starcie czołgistów i stalowych tytanów. Trzymająca w napięciu i niesamowicie opisana historia [NASZA RECENZJA] https://niezlomni.com/pasjonujace-starcie-czolgistow-i-stalowych-tytanow-trzymajaca-w-napieciu-i-niesamowicie-opisana-historia-nasza-recenzja/ https://niezlomni.com/pasjonujace-starcie-czolgistow-i-stalowych-tytanow-trzymajaca-w-napieciu-i-niesamowicie-opisana-historia-nasza-recenzja/#respond Sun, 28 Mar 2021 16:41:28 +0000 https://niezlomni.com/?p=51276

To nie przypadek, że książka Adama Makosa stała się bestsellerem Amazona, „New York Times”, „Wall Street Journal”, „Los Angeles Times” czy „USA Today”. Pasjonujący współczesny reportaż historyczny, który wciąga od pierwszego zdania.

Sprawiła to umiejętność budowania fascynującej narracji. Dużą rolę odegrała też barwna historia opowiedziana przez weterana amerykańskiej 3. Dywizji Pancernej czołgistę Clarence’a Smoyera i trzech innych weteranów, którzy po 70 latach wracają na bitewne pola Europy. Wracają, żeby przeżyć jeszcze raz swoją II wojnę światową, wspomnieć bitewne starcia z Niemcami, uczcić poległych kolegów i opowiedzieć swoje historie autorowi książki Adamowi Makosowi. Smoyer wraca też, żeby spotkać się po raz drugi ze swoim wrogiem niemieckim celowniczym czołgu Schaeferem.

Makos to autor bestsellerowych Rycerzy wojennego nieba, gdzie przedstawia autentyczną historię dwóch żołnierzy, pojedynku pancernego, który stoczyli, i niezwykłej więzi, która połączyła dawnych wrogów.

Clarence Smoyer to spokojny chłopak z Pensylwanii. Od przybycia do Europy w 1944 r. załoga jego shermana toczy ciężkie walki na Wale Zachodnim i w Ardenach, obserwując, jak Amerykanie giną w nierównym starciu z niemieckimi czołgami.

Clarence, świetny celowniczy, trafia do pershinga, jednego z 20 nowych wozów dostarczonych na Stary Kontynent. To potężna broń, ale i wielka odpowiedzialność.

W czasie wyzwalania Kolonii pojedynek Smoyera z niemieckimi czołgistami zostaje uwieczniony na taśmie filmowej i tam też po raz pierwszy spotyka on Gustava Schaefera, młodego celowniczego wysłanej z samobójczą misją pantery. Ich drugie spotkanie, niemal 70 lat po tych wydarzeniach, to pojednanie dawnych wrogów i wzruszający finał dramatycznej wojennej historii, która w niezwykły sposób sprzęgła ich losy.

"Kompania braci w amerykańskim czołgu… Makos zabiera czytelników do wieży pershinga i pokazuje starcia dorównujące najlepszym momentom Furii. Wspaniała opowieść bitewna i hołd złożony zwykłym wojownikom" - Jonathan W. Jordan, „Wall Street Journal”

Adam Makos (ur. 1981) to dziennikarz, historyk i redaktor. Jego dziadkowie brali udział w II wojnie światowej – jeden służył w Marines, drugi latał B-17. Wydawana z kolegami gazetka przerodziła się w magazyn historyczny „Valor”, którego wydawcą został Makos w wieku 18 lat. Od tego czasu przeprowadził mnóstwo wywiadów z weteranami, a w 2008 roku towarzyszył 101. Dywizji Powietrznodesantowej w Iraku i siłom specjalnym tropiącym terrorystów z Al-Kaidy. Jedna z opowieści zafascynowała go bez reszty – owocem tej fascynacji jest znana polskim czytelnikom książka Rycerze wojennego nieba (REBIS 2014). Ten rewelacyjny debiut 23 tygodnie utrzymywał się na liście bestsellerów „New York Timesa”.

Kolejne jego książki to Voices of the Pacific, wspomnienia 15 weteranów (zebrane z Marcusem Brothertonem), oraz Devotion, poruszająca historia z czasów wojny koreańskiej. Charakterystyczną cechą stylu pisarskiego Makosa jest łączenie intensywności ludzkich przeżyć z dynamicznymi opisami akcji bojowych. „Najwspanialsze pokolenie” szybko odchodzi, więc autor ściga się z czasem, by ocalić jak najwięcej wspomnień weteranów, uczcić ich pamięć i dokonania i podzielić się nimi z czytelnikami.

Adam Makos, Szpica, Wyd. Rebis, Poznań 2021. Książkę można nabyć na stronie wydawnictwa Rebis.

Artykuł Pasjonujące starcie czołgistów i stalowych tytanów. Trzymająca w napięciu i niesamowicie opisana historia [NASZA RECENZJA] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/pasjonujace-starcie-czolgistow-i-stalowych-tytanow-trzymajaca-w-napieciu-i-niesamowicie-opisana-historia-nasza-recenzja/feed/ 0