Niezłomni.com https://niezlomni.com Portal informacyjno-historyczny Wed, 13 Nov 2019 16:58:12 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=4.9.8 https://niezlomni.com/wp-content/uploads/2017/08/cropped-icon-260x260.png Niezłomni.com https://niezlomni.com 32 32 Ile jest elity w elicie? „Zadziwia ubóstwo intelektualne − bo do moralnego już się przyzwyczailiśmy”. [WIDEO] https://niezlomni.com/ile-jest-elity-w-elicie-zadziwia-ubostwo-intelektualne-%e2%88%92-bo-do-moralnego-juz-sie-przyzwyczailismy-wideo/ https://niezlomni.com/ile-jest-elity-w-elicie-zadziwia-ubostwo-intelektualne-%e2%88%92-bo-do-moralnego-juz-sie-przyzwyczailismy-wideo/#respond Wed, 13 Nov 2019 16:58:12 +0000 https://niezlomni.com/?p=50861

Listopad jest miesiącem, w którym wspominamy tych, którzy odeszli. To dobry czas, żeby przypomnieć postać wybitnej publicystki śp. Krystyny Grzybowskiej, która zmarła 20 września 2018 r. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Replika prezentujemy jeden z jej felietonów.

Śp. Krystyna Grzybowska bez pardonu pisała o współczesności: „Zadziwia ubóstwo intelektualne − bo do moralnego już się przyzwyczailiśmy − tej postkomunistycznej prominencji. Przede wszystkim podstarzałej jej części, z której jedni robili kariery w PRL, a drudzy nawet przyłączyli się do ówczesnej opozycji, żeby spijać miody transformacji”.

 

W dzisiejszym rozpędzonym ku nowoczesności świecie produkuje się wszystko i wszędzie, oferując zdezorientowanemu obywatelowi opakowanie. Im ładniejsze, tym łatwiej sprzedać. A zresztą kogo obchodzi jakość towaru. Już mało kto zadaje pytanie modne w II RP: „Ile jest cukru w cukrze?”. Albo mięsa w mięsie, mleka w mleku, sera w serze… Czy to ważne? Byle było tanio i smakowało lepiej od… Żyjąc w takich warunkach i przy tak zminimalizowanych potrzebach oraz gustach, zatracamy poczucie wartości własnej oraz cudzej. Żyjemy od opakowania do opakowania. Nie tylko towar oceniamy pod kątem tegoż opakowania, lecz również ludzi, małżonkę, potomka, sąsiadkę i ministra. Ładnie opakowana nastolatka wzbudza zawiść koleżanek biednie opakowanych, a dobrze opakowana minister, na ten przykład Elżbieta Bieńkowska, zyskuje sympatię samego premiera Tuska i ląduje w Brukseli w charakterze komisarki.

Nieważne, że jej opakowanie razi złym gustem. Grunt, że się podoba, komu trzeba. Wszak w demokracji fasadowej zły gust pochodzi z góry, czego przykładem jest wystrój premier Ewy Kopacz. Po opakowaniu lud ocenia swoich idoli ze świata rozrywki, i to można zrozumieć, gdy taka diwa, zamiast śpiewać, wrzeszczy i miota się na scenie, jedyną jej zaletą jest błyszcząca jak celofan otulający batonika czekoladopodobnego suknia z plastiku. W ten sam sposób publiczność, czyli obywatele, ocenia polityków. Ten jest przystojny, tamten ma drogi garnitur, a ta polityczka zrobiła sobie botoks i jest jej z nim do twarzy.

A prawda jest taka, jak ją opisał w Ewangelii św. Mateusz: „Oni przychodzą do was w przebraniu owczym, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami. Poznacie ich po ich owocach”. Nie do wszystkich przedstawicieli naszych elit można odnieść to ewangeliczne przesłanie. Są za mali, za śmieszni, i nie wilki, ale kundelki. Można to powiedzieć o ludziach z tzw. branży kulturalno-artystycznej czy celebrytach popisujących się chamstwem oraz głupotą dla zaznaczenia swojej obecności w mediach, ale gorzej, gdy swoją małością popisują się ludzie tradycyjnie zaliczani do elit. Ile jest hrabiego w hrabim?

Nie dość, że Bronisław Komorowski został wybrany na prezydenta III RP, to na dodatek poinformował z dumą naród polski, że jest z pochodzenia hrabią, nawet kresowym. Okazało się też, że jest skoligacony z belgijskim dworem królewskim, niestety dwór nie potwierdził tej koligacji. Proszę bardzo, jak ktoś jest hrabią, to powinien się zachowywać jak hrabia. Opakowanie Komorowskiego jest w porządku, to mężczyzna przystojny i ma pasującą do siebie, okazałą małżonkę. Czy dlatego został prezydentem? Chyba tak, bo wygrał z Jarosławem Kaczyńskim, politykiem wybitnym, ale niskiego wzrostu i nieciekawie opakowanym, jakoś tak zwyczajnie. Na dodatek niemającym prawa jazdy ani konta w banku. Te niedostatki opakowania prezesa PiS poszły w lud i są uparcie wykorzystywane w internecie przez zakompleksionych trolli, wyposażonych w wirtualną siekierę propagandową, którą walą w klawiaturę komputera.

Odreagowują w ten sposób swoje niepowodzenia życiowe, marne zarobki i niewierną żonę. Hrabiego mamy już z głowy. Tym tytułem może sobie załatwić najwyżej reklamę portalu Cinkciarz.pl, bo choć wzrostem jest wysoki, to klasą mały. Jest też pazerny, a pazerność przypisuje się zazwyczaj ludziom kojarzonym z tzw. wiochą. Nic bardziej mylnego. W Polsce pazerność dopadła rządzącą partię bez względu na pochodzenie jej aktywistów, czego dowodem są nepotyzm i korupcja na wszystkich szczeblach władzy. Ale gorzej, że dopadła głowę państwa, co uwidoczniło się w zachachmęceniu przez byłego prezydenta setki przedmiotów należących do wyposażenia Pałacu Prezydenckiego. Nawet jeśli przyjmiemy za dobrą monetę rozporządzenie pozwalające odchodzącej głowie państwa „wypożyczyć” jakieś przedmioty z majątku pałacu, to jednak jest to sprzeczne z przyjętymi w cywilizowanym świecie normami zachowań ludzi elity. Z doświadczenia wiadomo, że takie wypożyczenie jest na wieczne nieoddanie. Tak postąpił podobno szlachetnie urodzony Wojciech Jaruzelski, a za jego przykładem Lech Wałęsa i Aleksander Kwaśniewski. Wypożyczyli sobie te przedmioty, w tym komputery i umeblowanie, w celu wyposażenia swoich nikomu niepotrzebnych fundacji. Dodajmy – prywatnych. W przypadku Bronisława Komorowskiego akt ten miał miejsce pod osłoną nocy, czyli bez porozumienia z administracją nowego prezydenta Andrzeja Dudy. Ludzie byłego wynieśli rzeczy różnej wartości, ale na wszelki wypadek wycenili je poniżej 200 zł od sztuki, co nowego właściciela zwalnia z obowiązku ich zwrotu. W ten sposób pazerny hrabia zwinął żyrandol, pewnie ten, o którym mówił Donald Tusk, krzesła, komputery, gigantyczną niszczarkę i kuchenne noże. Człowiek pazerny wie, że wszystko może się przydać.

I w ten sposób wylądowaliśmy w polskim grajdole. Nie wiem, czy Komorowski czuje się z tym dobrze, ale przynajmniej ma satysfakcję, że wystawił do wiatru Andrzeja Dudę i całą opinię publiczną. Wszystko sobie załatwił – luksusowe mieszkanie za śmiesznie niski czynsz, okazałe dochody z wynajęcia własnego jakiejś kancelarii prawnej i komplet filiżanek do kawy. Tak wyglądają nasze elity rządzące państwem. Szczerze mówiąc, są tandetne z zewnątrz i w środku, przynoszą wstyd narodowi, są pośmiewiskiem za granicą, co potwierdzają nasi Polonusi. Najwyższy czas, żeby ta „wiocha” kulturalna, intelektualna, polityczna oraz moralna zabrała swoje manatki i poszła na swoje podwórko. Można jej jeszcze dorzucić kosz na śmieci.

Krystyna Grzybowska, Ile jest elity w elicie? 12 października 2015 r.

Felieton ukazał się w książce Krystyny Grzybowskiej, Pod prąd, Wyd. Replika, Poznań 2017. Książkę można nabyć TUTAJ.

Z okładki książki:

Autorka swą publicystyką prowadzi czytelnika meandrami polityki i postpolityki, jak sama określa władzę mediów nad rozumem we współczesnym świecie. Bez pardonu pisze o współczesności: „Zadziwia ubóstwo intelektualne − bo do moralnego już się przyzwyczailiśmy − tej postkomunistycznej prominencji. Przede wszystkim podstarzałej jej części, z której jedni robili kariery w PRL, a drudzy nawet przyłączyli się do ówczesnej opozycji, żeby spijać miody transformacji”. Pisze współczesną historię felietonem, wyjaśniając mechanizmy, które doprowadziły Polskę w obecne miejsce gospodarczo-polityczne.

Pod prąd, jak zdrowa ryba − nie uznaje kompromisów, mówi wprost, służąc jedynej Prawdzie.

Wileński styl, dowcip, ciętość ripost, prawdziwie inteligencka klasa, ale także niezwykły urok osobisty i kobiecy czar czynią z Krystyny Grzybowskiej jedną z najwspanialszych postaci polskiego środowiska dziennikarskiego.
Michał Karnowski

Pani Krystyna Grzybowska sprawiła, że zacząłem baczniej przyglądać się Europie. W duchu nazywam ją nawet „Panią Europą”. Wnikliwe obserwacje, cięte riposty i błyskotliwe skojarzenia − to naturalny talent pani Krystyny. Takiego warsztatu może jej pozazdrościć niejeden przemądrzały publicysta. Czytam teksty pani Krystyny z przyjemnością – tym większą, że jesteśmy sąsiadami. Nasze teksty sąsiadują ze sobą na łamach jednego tygodnika. Dla mnie to nobilitujące.
Witold Gadowski

Artykuł Ile jest elity w elicie? „Zadziwia ubóstwo intelektualne − bo do moralnego już się przyzwyczailiśmy”. [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/ile-jest-elity-w-elicie-zadziwia-ubostwo-intelektualne-%e2%88%92-bo-do-moralnego-juz-sie-przyzwyczailismy-wideo/feed/ 0
Jak ukradziono nam chrześcijańską tożsamość Europy? [WIDEO] https://niezlomni.com/jak-ukradziono-nam-chrzescijanska-tozsamosc-europy-wideo/ https://niezlomni.com/jak-ukradziono-nam-chrzescijanska-tozsamosc-europy-wideo/#respond Tue, 12 Nov 2019 22:14:43 +0000 https://niezlomni.com/?p=50859

Jak ukradziono nam chrześcijańską tożsamość Europy? Dlaczego Stary Kontynent tak szybko się zlaicyzował?  Co czeka Europę? Jaki będzie los katolików w Europie? Na te i inne pytania odpowiadają prof. Jacek Bartyzel i redaktor Grzegorz Górny.

Artykuł Jak ukradziono nam chrześcijańską tożsamość Europy? [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/jak-ukradziono-nam-chrzescijanska-tozsamosc-europy-wideo/feed/ 0
Nawiedzenia i opętania. Poruszająca opowieść jedynego świeckiego demonologa uznanego przez Watykan. [WIDEO] https://niezlomni.com/nawiedzenia-poruszajaca-opowiesc-jedynego-swieckiego-demonologa-uznanego-przez-watykan-wideo/ https://niezlomni.com/nawiedzenia-poruszajaca-opowiesc-jedynego-swieckiego-demonologa-uznanego-przez-watykan-wideo/#respond Tue, 12 Nov 2019 22:01:51 +0000 https://niezlomni.com/?p=50855

Wyobraź sobie taką sytuację. Prowadzisz samochód po ciemnej, opustoszałej szosie. Pomimo że jest ciepła, letnia noc, a księżyc jasny, coś sprawia, że jesteś podenerwowany.


Może to fakt, że przez ostatnich dziesięć minut nie widziałeś innego samochodu. Może dlatego, że przez samochód przechodzi dziwny powiew i czuć w nim kwaśny, drażniący zapach.
Chciałbyś być w domu. Z żoną i dziećmi. Siedząc w salonie, śmiejąc się z Jayem Leno.
Odrobinę przyspieszasz. No tak, przekraczasz dozwoloną prędkość o dziesięć mil na godzinę, ale kto na to zwróci uwagę?
W sumie mandat za prędkość nie byłby taki zły. Przynajmniej zobaczyłbyś drugiego człowieka.
– Ja też się bałem, gdy jeździłem tą drogą po nocy.
Odwracasz głowę w prawo. Jedziesz sam. Kto to powiedział?
A potem go widzisz. Mężczyzna w znoszonym garniturze. Upiorne, szare oczy.
– Któregoś dnia będziesz taki, jak ja teraz – mówi obszarpaniec mrożącym krew w żyłach głosem. – A wtedy nic nie będzie w stanie cię przestraszyć.
Instynktownie naciskasz hamulec. Wyłączasz silnik. Otwierasz drzwi i wyskakujesz na zewnątrz, zostawiając samochód na środku drogi.
Pomimo blasku wciąż działających reflektorów nadal go widzisz. Mężczyznę, który znienacka pojawił się w twoim aucie. Wychyla się przez okno i woła, żebyś wracał.
Rzucasz się do biegu, już bez tchu, zaczynasz się zbliżać do osi jezdni, gdy z naprzeciwka nadjeżdża samochód. Porusza się szybko, z muzyką rockową dudniącą przez otwarte okna.
Biegniesz w jego stronę. Machasz rękami o pomoc.
Samochód daje po hamulcach.
– Co jest, tatku, co się stało, dziewczyna ci uciekła? – pyta kierowca.
Pozostali trzej chłopcy w środku, równie pijani, zaczynają się śmiać.
Oni ci w żaden sposób nie pomogą.
Machasz, żeby jechali dalej.
Mijają cię, paląc gumę, rock cichnie pośród nocy.
Nie wiesz, co robić, więc po prostu stoisz na środku tej prowadzącej przez las szosy.
Kim jest człowiek w twoim samochodzie? Jak się do niego dostał?
A potem go widzisz. I nie możesz w to uwierzyć.
Twój własny samochód.
Jadący powoli w twoją stronę.
Z tym upiorem za kierownicą.
Zatrzymuje się obok ciebie.
Zjawa uśmiecha się przegniłymi, czarnymi zębami.
– Może w to nie wierzysz, ale kiedyś będziesz taki jak ja.
A potem…
Znika.
Znika.
A ty stoisz na środku pustej drogi, w nocy, gapiąc się na własny wóz. Jego silnik pracuje, a światła przecinają ciemność.
Wsiadasz. Jedziesz do domu.
I nigdy nie zapominasz o tym, co się zdarzyło.

Fragment książki Nawiedzenia. Historie prawdziwe - Ed i Lorraine Warren, Robert David Chase. Książkę można nabyć TUTAJ.

Ktoś kiedyś powiedział, że duchy są zawsze głodne, a nikt nie wie tego lepiej niż Ed i Lorraine Warrenowie, najbardziej znani badacze zjawisk paranormalnych na świecie.
Przez dziesięciolecia Ed i Lorraine poznawali prawdę kryjącą się za najbardziej przerażającymi zjawiskami nadprzyrodzonymi. Badali niezwykłe sprawy nawiedzeń i opętań. Od osławionego domu uwiecznionego w The Amityville Horror po mrożące krew w żyłach wydarzenia, które zainspirowały twórców takich kinowych hitów jak Obecność czy Annabelle.
Nawiedzenia. Historie prawdziwe przedstawiają wiele najbardziej wstrząsających, opartych na faktach przypadków upiornych nawiedzeń, demonicznych prześladowań i przerażających spotkań z duchami.
Ed i Lorraine Warrenowie przebadali wspólnie tysiące spraw związanych ze zjawiskami nadnaturalnymi. Napisali razem wiele artykułów i książek, prowadzili też wykłady na uczelniach. Oboje idealnie się uzupełniali, wykorzystując wiedzę i umiejętności. Domeną Eda – jedynego świeckiego egzorcysty zaakceptowanego przez Watykan – były przypadki nawiedzeń i opętań, Lorraine natomiast była niezwykle wrażliwym medium. Ed zmarł w roku 2016. Jego żona Lorraine odeszła w roku 2019.

Artykuł Nawiedzenia i opętania. Poruszająca opowieść jedynego świeckiego demonologa uznanego przez Watykan. [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/nawiedzenia-poruszajaca-opowiesc-jedynego-swieckiego-demonologa-uznanego-przez-watykan-wideo/feed/ 0
„Warto było żyć chociażby dla tej chwili…”. Październik ’56 na Węgrzech wspomina Lajos Marton, jeden z bohaterów antysowieckiego powstania https://niezlomni.com/warto-bylo-zyc-chociazby-dla-tej-chwili-pazdziernik-56-na-wegrzech-wspomina-lajos-marton-jeden-z-bohaterow-antysowieckiego-powstania/ https://niezlomni.com/warto-bylo-zyc-chociazby-dla-tej-chwili-pazdziernik-56-na-wegrzech-wspomina-lajos-marton-jeden-z-bohaterow-antysowieckiego-powstania/#respond Wed, 23 Oct 2019 11:45:49 +0000 http://niezlomni.com/?p=24940

 

„Następnego dnia po południu poszedłem pod Parlament: ulice były czarne od tłumu, nie dałoby się wetknąć nawet szpilki! - wspomina Lajos Marton w książce "Moje życie dla Ojczyzny!".

Tłum przywoływał Imre Nagya na balkon Parlamentu. Pojawił się, aby przemówić do tłumu:

- Elvtársak (Towarzysze)!

- Nie ma już towarzyszy! – zawył poczciwy tłum i Imre Nagy natychmiast zmienił zawołanie:

- Drodzy rodacy!

Nagle usłyszałem obok siebie frenetyczny aplauz: porucznik artylerii zdjął czerwoną gwiazdę ze swojej czapki! Że też nie pomyślałem o tym wcześniej!

Oczywiście poszedłem za jego przykładem: nigdy w życiu już nie będę nosił tego znamienia zdrajcy! Studenci objęli nas, staliśmy się bohaterami dnia!

Sytuacja pogorszyła się przed budynkiem radia: straż, złożona z funkcjonariuszy ÁVH, otworzyła ogień do tłumu.

Wybiła północ. Cały Budapeszt był na ulicy: strach przeniósł się do przeciwnego obozu! Postanowiłem zadzwonić do Pála, mojego przyjaciela studenta, aby wymienić informacje. Zauważyłem żółtą kabinę po drugiej stronie bulwaru, który przebiegałem. Wykręciłem dwa lub trzy razy jego numer, ale linia była cały czas zajęta. Nagle drzwi otworzyły się i byłem otoczony przez tuzin podnieconych i pałających nienawiścią osób, wśród których wyróżniał się jeden olbrzym i jeden karzeł.

- Do kogo dzwonisz, gnido? - krzyknął jeden z mężczyzn.

- Do kogo chcę!

Popatrzyli na siebie, zapadła głucha cisza, następnie jeden ze studentów zareagował głośno:

- Nie zabijajcie go, on nie jest z ÁVH! Popatrzcie, otok na czapce nie jest granatowy, tylko błękitny!

- On jest nasz! Popatrzcie, wyrzucił już czerwoną gwiazdę! - krzyknął inny.

Dopiero teraz zrozumiałem sytuację. Studenci wydrukowali już odezwy do żołnierzy sowieckich: „Nie strzelajcie, jesteśmy ludem węgierskim!”.

Wziąłem trochę tych odezw dla moich kolegów.

Wracałem pieszo, kierowałem się ku mostowi na Dunaju, gdzie minąłem się z dystyngowaną damą, która zatrzymała się na mój widok i powiedziała spokojnie:

- Wy, oficerowie, też potrafiliście tylko przyklaskiwać.

Zamiast odpowiedzieć, uśmiechnąłem się tylko szczerze myśląc, że dama powinna raczej pogratulować Bjarni 1050 za jego działalność antysowiecką, ale mój uśmiech ją ewidentnie rozgniewał.

- Powinien się pan wstydzić! Wszyscy powinniście się wstydzić! - powiedziała z głębokim niesmakiem. Po powrocie do domu pewnie opowiedziała rodzinie tę scenę. Czy po pięćdziesięciu latach żyją jeszcze ludzie, którzy ją pamiętają?

***

„Siły porządku” szybko uległy rozproszeniu. Przywołana na pomoc armia węgierska szybko dołączyła do manifestantów. Nadejście wezwanych przez „moskwianina” Gerő tylko zaogniło wybuchową już sytuację. Rewolucja szybko stała się wojną o niepodległość!

Nazajutrz poszedłem do OLLEP-u bez czerwonej gwiazdy na czapce.

- Lajos, ty też? Bez czerwonej gwiazdy? - zaczepił mnie kapitan Szücs, odpowiedzialny za broń lotniczą, ale przede wszystkim sekretarz partii w naszym Departamencie – W sowieckiej Akademii Wojskowej przysięgałem towarzyszom sowieckim, że będę z nimi walczył ramię w ramię, aby zniszczyć amerykański imperializm!

- Nie jesteśmy lokajami Sowietόw! Czerwona gwiazda nigdy nie była węgierskim godłem. Są nim barwy narodowe!

W ciągu kilku dni powstanie odniosło zwycięstwo; wojska sowieckie wycofały się z Budapesztu, podpisano zawieszenie broni, Imre Nagy został mianowany premierem.

Języki się rozwiązały: wszyscy zaczęli mówić, zaś słowa płynęły z głębi serca. Byłem na parolu z kapitanem Szombathelyim, inspektorem szkoły pilotażu Kiliána z Szolnoka.

- Kapitanie, pewnie znasz prawdziwe przyczyny mojego przeniesienia do Ministerstwa. To ja wysuwałem propozycję: zaproponowałem Sándora Mártona a nie Lajosa Martona. Ktoś gdzieś pomylił dwa nazwiska.

- Ale kiedy zobaczyłeś, że ktoś inny przyszedł na to stanowisko zamiast Mártona?

- Trzymałem gębę na kłódkę! – zaśmiał się.

Przynajmniej ta tajemnica się wyjaśniła! Sándor Márton pochodził z Szolnoka, tam mieszkała jego ciotka, jedyna krewna ocalała z obozu. On, podobnie jak wszyscy, był w partii, czyli „zdatny” do służby w Ministerstwie.

Przypadek działa czasami dobroczynnie (?)! Podporucznik z Departamentu Kadr poinformował mnie, że jestem jednym z czterech oficerów (na 350), nie należących do partii komunistycznej.

„Ungarn wird frei, Russen ziehen ab!” Węgry będą wolne, Rosjanie wycofują się! – takie były nagłówki austriackich dzienników!

Odpowiedzialny za szkolenie pilotów samolotów transportowych i helikopterów, kapitan Jakab, był szczęśliwy. Zdarzył się cud: węgierska młodzież powstała jak jeden mąż, aby zerwać kajdany.

- Wujku Pista, jak można wejść na płaski dach naszego budynku?

Też musiał o tym myśleć, gdyż zareagował błyskawicznie.

- Lajos, nie myśl o tym, nie bądź idiotą!

- Chcesz, żeby tam triumfalnie pozostała jedyna czerwona gwiazda?

- Masz rację... – powiedział i wyjaśnił mi drogę „po gwiazdę”.

Spóźniłem się. Trzech lub czterech podoficerów technicznych już się do niej dobrało z narzędziami. Gwiazda wydawała się o wiele większa niż widziana z dołu. Podoficerowie nie wiedzieli, po co przyszedłem. Mogłem być przecież nasłany przez ancien régime.

- Czy macie też narzędzia dla mnie? – powiedziałem. Wszyscy wyciągnęli do mnie ręce ze śrubokrętami i uśmiechnęli się szeroko.

Popatrzyłem w dół: na ulicy stało kilku gapiów i podpułkownik Szekeres, komisarz polityczny OLLEP-u. Zdesperowany, widząc, że gwiazda zaraz spadnie, szukał „honorowego” rozwiązania:

- Wnieście gwiazdę do środka! Połóżcie ją na dachu!

Nikt nie odpowiedział. Kilka sekund później ogromne nakrętki zostały odkręcone.

- Odsuńcie się! – krzyknąłem powodując ucieczkę Szekeresa i pozostałych.

Pociągnęliśmy upadłego potwora aż do krawędzi dachu, aby zrzucić go następnie w dół: spadła niczym liść z drzewa – co za symbol! – i rozbiła się o beton.

Całe wydarzenie obserwowały setki osób zgromadzonych przy niezliczonych oknach w całej okolicy. Czekali na tę chwilę. Burza oklasków powitała nasze działania: dziewczyny krzyczały z radości, posyłały całusy, mężczyźni salutowali.

Warto było żyć chociażby dla tej chwili...

- Jesteś jednym z bohaterów dnia! – powiedział mi kapitan Jakab, który ze swojego okna obserwował spadającą gwiazdę...

Młode dziewczyny rozdawały i wpinały trzykolorowe, czerwono-biało-zielone kokardy, wszędzie powiewały ogromne chorągwie z okrągłą dziurą w środku: znienawidzony komunistyczny emblemat został odcięty! Wszyscy pozdrawiają się jak starzy znajomi, wojskowi opowiedzieli się. „Armia jest z nami” - Lajos Marton.

 

PRZEDMOWA do książki Lajosa Martona, Moje życie dla Ojczyzny!

 

mojeDrogi Czytelniku, trzymasz w rękach książkę, której nie będziesz mógł odłożyć, zanim nie przeczytasz jej do końca, od pierwszej do ostatniej linijki.

Trudno byłoby zakwalifikować tę publikację do konkretnego gatunku literackiego: biografia, fresk epoki, zbiór dokumentów czy coś innego? Według mnie, jest to straszliwe oskarżenie wszystkich reżimów komunistycznych – najbardziej odrażającej, nieludzkiej i ohydnej formy rządów w historii świata.

Ta opresyjna maszyneria zbudowana na krwawej dyktaturze zabijała z bestialskim okrucieństwem patriotów i wszystkich, którzy tylko odważyli się myśleć inaczej. Jej twórcą był syfilityczny psychopata, zaś kontynuatorem łobuz z gatunku przydrożnych bandytów.

[quote]Bezsensowna orgia tego systemu, stawiającego sobie za cel opanowanie całego świata, musiała trwać 70 lat, aby zakończyć swe istnienie w oceanie krwi 100 milionów ludzkich istnień. Nie wnikajmy teraz w to, kto i dlaczego pomógł w jego ustanowieniu na jednej szóstej powierzchni globu, poddając jego niewoli całą grupę narodów. Dziś reżim ten jest – dzięki Bogu – tylko zamkniętą kartą naszej historii i smutnym rozdziałem naszej przeszłości.[/quote]

Był to niestety wielki błąd historyczny!

Błędna i kłamliwa doktryna marksistowska zawiera jednak pewną prawdę: każdy reżim nosi w sobie ziarno przyszłego upadku. Tak się też stało: kiedy twórcy komunizmu osiągnęli wiek emerytalny, ten najbrutalniejszy ustrój świata został zmieciony przez Życie w kilka chwil. Nadszedł odpowiedni moment, gdy odpychająca czerwona plama – występująca nawet w sowieckim hymnie, który głosił, że to państwo jest najbardziej wolnym na świecie – zniknęła w sidłach Historii. Nie chodzi tutaj o składanie sobie samemu hołdów, lecz o potwierdzony fakt historyczny: pierwszy śmiertelny cios został zadany sowieckiemu potworowi przez nas, Węgrów. To właśnie 23 października 1956 r. uruchomiono proces, w trakcie którego „Imperium Zła”, władza kłamstwa starała się jeszcze podnieść głowę, wyjść z dołu, który sobie wykopała, lecz okazała się do tego niezdolna.

Naród węgierski zapisał kartę w historii ludzkości dzięki budapesztańskim chłopcom na czele Powstania. Pokazaliśmy całemu światu, do czego byliśmy zdolni, oraz to, że w głębi naszych serc wciąż żyła miłość Ojczyzny i niewygasłe pragnienie wolności.

Czerwona Horda zaatakowała naszą Ojczyznę siłami większymi nawet od tych, które Wehrmacht skierował przeciwko Francji w czasie Drugiej Wojny Światowej. Węgry dały nauczkę zniewalającej nasz kraj i eksterminującej systematycznie nasz naród machinie bolszewickiej.

Jednym z „prowadzących” tę lekcję był autor tej książki i jednocześnie jej główny bohater: oficer Honwedu Lajos Marton. Ten pochodzący ze skromnej wiejskiej rodziny niewysoki chłopak, w typie zupełnie węgierskim, stał się mężnym rycerzem rzucającym z pogardą wyzwanie śmierci i prowadzącym walkę w imię Wolności. Jego wychowanie i determinacja dały mu wiarę w ostateczne zwycięstwo nad wrogiem i to zwycięstwo zostało osiągnięte.

Po ojcu odziedziczył miłość do Ojczyzny, zaś po matce wiarę w Boga: ten, kto posiada te dwie cechy, musi prędzej czy później zwyciężyć.

Nasz towarzysz Lajos Marton wygrał, a wraz z nim naród węgierski.

Jego życie jest przykładem dla współczesnej młodzieży: walkę trzeba kontynuować nawet w sytuacji, która pozornie wydaje się bez wyjścia.

Sowiecki niedźwiedź leży martwy na ziemi, a przyszłość amerykańskiego padlinożercy nie rokuje niczego dobrego. Ale to jego sprawa.

Lajoszu, mój Towarzyszu!

W imieniu rewolucjonistów węgierskich gratuluję Ci słowami poety:

„To była przyjemność i praca godna człowieka!”.

Jestem z Ciebie dumny. Z Ciebie, który byłeś moim kolegą-oficerem, moim towarzyszem broni, i z którym razem jestem kawalerem Orderu Vitéza. Tak jak byłeś nim w przyszłości, tak pozostajesz do dzisiaj.

Pozostałeś wierny przykazaniu Twojego ojca: „Nie odwracaj się, mój synu!”. I rzeczywiście: szedłeś prosto, niczym strzała, do swego celu. I osiągnąłeś go.

Drogi Czytelniku, dziękuję Ci za przeczytanie do końca książki mojego przyjaciela. Jeżeli Ci się podobała, zrób to ponownie.

Z wyrazami szacunku dla Czytelnika,

 

Kawaler Orderu Vitéza Zoltán Dömötör

Generał pułkownik Gwardii

Prezes i Komendant Narodowej Gwardii Węgierskiej w 1956 r.

Budapeszt, 21 września 2011 r.

Źródło: Lajos Marton, Moje życie dla Ojczyzny!, Arte, Biała Podlaska 2015.

Książkę można zamówić przez email: rekonkwista72@poczta.onet.pl.


Artykuł „Warto było żyć chociażby dla tej chwili…”. Październik ’56 na Węgrzech wspomina Lajos Marton, jeden z bohaterów antysowieckiego powstania pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/warto-bylo-zyc-chociazby-dla-tej-chwili-pazdziernik-56-na-wegrzech-wspomina-lajos-marton-jeden-z-bohaterow-antysowieckiego-powstania/feed/ 0
To był jedyny przywódca na świecie, który chciał uratować Węgry. Ale jego pomoc została zablokowana https://niezlomni.com/to-byl-jedyny-przywodca-na-swiecie-ktory-chcial-pomoc-wegrom-ale-jego-pomoc-zostala-zablokowana/ Wed, 23 Oct 2019 03:00:35 +0000 http://niezlomni.com/?p=621

Jesienią 1956 roku Stany Zjednoczone i inne zachodnie mocarstwa nie chciały słyszeć wołania o pomoc dochodzącego z Węgier, kraju zagrożonego przez radzieckiego olbrzyma. Nie kiwnęły nawet palcem i wielu Węgrów do dziś nie może im tego wybaczyć.

27 października amerykański sekretarz stanu John Foster Dulles postawił sprawę jasno:

[quote]Nie traktujemy tego kraju [Węgier] jako naszego potencjalnego sojusznika wojskowego.[/quote]

Zachód wiedział, że jakikolwiek nieostrożny ruch grozi załamaniem równowagi jądrowej między dwoma wrogimi blokami.

Jedynym krajem, który zaoferował Węgrom militarną pomoc, była Hiszpania pod rządami generała Franco. Przypomnieli o tym ostatnio węgierscy historycy i weterani rewolucji podczas debaty na temat wydarzeń 1956 roku. (...) Choć plan pomocy nie został zrealizowany, to jednak jeden z prelegentów określił to jako „romantyczną historię”, owianą wciąż, po pięćdziesięciu latach, aurą tajemnicy.

Żyjący na emigracji Ferenc Marosy, w tamtym czasie ambasador Węgier w Madrycie, zawarł w swych wspomnieniach dokładny opis całej sytuacji.

4 listopada 1956 roku, kiedy Armia Czerwona wkroczyła do Budapesztu, aby zdławić rewolucję, Otto von Habsburg, syn ostatniego władcy Austro-Węgier zadzwonił do Marosy’ego i poinformował go, że wojska radzieckie przekroczyły granicę.

- Powiedział, żebym natychmiast jechał do generała Franco i w jego imieniu poprosił go o udzielenie pomocy węgierskim powstańcom – pisze ambasador. Te słowa przytoczył w swojej książce z 1999 roku „Radziecka interwencja wojskowa na Węgrzech” („A szovjet katonai intervenció 1956”) historyk Miklós Horváth, jeden z uczestników wspomnianej debaty. Dziennikarz Paul Lendvai w swoim wydanym niedawno opracowaniu „Powstanie węgierskie 1956 roku” również nawiązuje do tego epizodu.

Jak wspomina dalej ambasador Marosy, dyktator Francisco Franco zwołał posiedzenie rady ministrów i rozkazał przygotować dywizję do wyjazdu na Węgry. Misją miał dowodzić minister obrony Agustín Munoz Grandes, który podczas II wojny światowej stał na czele Błękitnej Dywizji (hiszpańskiego oddziału walczącego u boku nazistowskich wojsk niemieckich na froncie wschodnim). Na tej podstawie niektórzy historycy wyciągnęli wniosek, że Franco miał zamiar wysłać na Węgry właśnie Błękitną Dywizję.

Ale Hiszpania, jak twierdzi Horváth, nie dysponowała samolotami, które byłyby w stanie dolecieć na Węgry bez międzylądowania. Aby hiszpańskie oddziały mogły dotrzeć do Budapesztu, trzeba było wypożyczyć inne samoloty lub zatrzymać się na terenie Niemiec dla zatankowania paliwa. Stany Zjednoczone nie chciały jednak pożyczyć Hiszpanom samolotów i odmówiły udostępnienia im swoich baz wojskowych.

Ponadto, jak twierdzi Miklós Horváth, Waszyngton wysłał instrukcje swemu ambasadorowi w Madrycie. Miał on przekonać Hiszpanów, by nie angażowali się w kryzys na Węgrzech. „Niestety – pisze ambasador Marosy – plan Franco nie został wprowadzony w życie. Na przeszkodzie stanęła haniebna postawa Amerykanów, a poza tym wypadki potoczyły się zbyt szybko”.

Marc Bassets, artykuł w "La Vanguardia"

Artykuł To był jedyny przywódca na świecie, który chciał uratować Węgry. Ale jego pomoc została zablokowana pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
Mroczny, pełen zaskakujących zwrotów akcji thriller, który pochłania bez reszty! „Selekcjoner” Doriana Zawadzkiego. [WIDEO] https://niezlomni.com/mroczny-pelen-zaskakujacych-zwrotow-akcji-thriller-ktory-pochlania-bez-reszty-selekcjoner-doriana-zawadzkiego-wideo/ https://niezlomni.com/mroczny-pelen-zaskakujacych-zwrotow-akcji-thriller-ktory-pochlania-bez-reszty-selekcjoner-doriana-zawadzkiego-wideo/#respond Fri, 11 Oct 2019 05:03:07 +0000 https://niezlomni.com/?p=50852

Londyn, rok 1985. W lipcowy wieczór ma miejsce gigantyczna awaria prądu, a na peryferiach miasta pojawia się młoda naga kobieta. Nie pamięta kim jest i skąd pochodzi. Wie tylko, że ma na imię Faith i 48 godzin na realizację zabójczego planu.

Kilka godzin później w zamachu ginie jeden z bossów mafijnego świata, co daje początek serii spektakularnych zbrodni, które wstrząsają miastem. Do sprawy zostaje przydzielona Nell Palicki – znana z niekonwencjonalnych metod śledczych, charyzmatyczna inspektor, owiana sławą po schwytaniu seryjnego mordercy nazwanego przez media Rzeźnikiem z Greenwich. W toku śledztwa wychodzą na jaw coraz bardziej niepokojące fakty, łącznie z takim, że zabójca może posiadać nadnaturalne zdolności. Ta historia została zapamiętana przez jej świadków jako ZABÓJCZE LATO – Londyn’85.

Selekcjoner to mroczny, pełen zaskakujących zwrotów akcji thriller, który pochłania bez reszty!

Fragment thrillera "Selekcjoner" Doriana Zawadzkiego, wyd. Replika, Poznań 2019. Książkę można nabyć TUTAJ. 

Nowy Jork – czerwiec 1876 roku

To był jeden z tych wieczorów, kiedy ludzka wyobraźnia już spała, otulona ciepłą wiosenną pościelą, i nikt nie przeczuwał zbliżającej się tragedii. Mężczyzna w koszuli z żabotem powiedział do żony zmywającej w kuchni naczynia, że pójdzie się przejść. Przed wyjściem na wieczorny spacer zajrzał jeszcze do pokoju syna, aby upewnić się, że malec smacznie śpi. Następnie włożył modny kapelusz z szerokim rondem, zabrał zapałki oraz ulubione cygaro, po czym opuścił swoje mieszkanie przy Piątej Alei.
Nazywał się Rudolf Fentz, a w chwili zaginięcia miał 29 lat.
Nowy Jork – 15 czerwca 1950 roku

Godz. 23:10

Przedstawienie dobiegło końca. Ze względu na późną porę widzowie w pośpiechu opuszczali teatr na Broadwayu. Na środku Times Square zobaczyli mężczyznę w wieku około 30 lat. Nikt nie zauważył jak się tam znalazł. Zupełnie, jakby wyrósł spod ziemi. Naraz rzucały się w oczy dwie rzeczy: jego staroświecki ubiór oraz zachowanie. Sprawiał wrażenie zupełnie zdezorientowanego.
Zanim ktokolwiek zdążył krzyknąć, rozległ się pisk hamulców nadjeżdżającej taksówki, a potem odgłos głuchego uderzenia.
Jeszcze tej samej nocy próg kostnicy przekroczył inspektor Hubert V. Rihm z Departamentu Osób Zaginionych. Sprawa nie była tyleż nagląca, co zadziwiająca. Inspektor Rihm uważnie obejrzał ciało ofiary wypadku i możemy się domyślać, że do towarzyszących mu urzędników oraz policjantów, którzy jako pierwsi znaleźli się na miejscu zdarzenia, rzucił uwagę w stylu: Czy gdzieś w okolicy odbywał się bal przebierańców?

Następnie przystąpił do oględzin przedmiotów znalezionych przy zwłokach:

– żeton z miedzi, pozwalający na zakup piwa o wartości 5 centów,

– jakieś 70 dolarów w banknotach, które już wyszły z obiegu,

– rachunek za pieczę nad koniem oraz mycie powozu wystawiony przez stajnię, która jakoby miała się mieścić przy Lexington Avenue,

– stosik wizytówek na nazwisko Rudolf Fentz i adresem na Piątej Alei,

– list wysłany na ten sam adres ze znaczkiem pocztowym i stemplem z czerwca 1876 roku.

Żadna z tych rzeczy nie wyglądała na pochodzącą z drugiej połowy XIX wieku. Sprawa była o tyleż zagadkowa, że nikt nie zgłosił zaginięcia Rudolfa Fentza, jego nazwisko nie widniało w książce adresowej, a odciski palców nigdy nie zostały zapisane.


Kolejnym krokiem dochodzenia było standardowe poszukiwanie rodziny zmarłego. Inspektor Rihm udał się pod wskazany adres, ale obecny właściciel mieszkania przy Piątej Alei nie znał nikogo o nazwisku Rudolf Fentz. Szczęście jednak mu dopisało, co prawda połowicznie, kiedy przepytywał sąsiadów. Okazało się, że starsi mieszkańcy pamiętali Rudolfa Fentza Jr., mężczyznę około sześćdziesięcioletniego, który po przejściu na emeryturę wyprowadził się w nieznane miejsce, gdzieś w okolicy 1940 roku.

W trakcie dalszego żmudnego śledztwa inspektor Rihm odnalazł Rudolfa Fentza Jr., w książce telefonicznej z 1939 roku, niestety w pięć lat po jego śmierci. Taką informację otrzymał w banku, gdzie zmarły miał założone konto, ale dowiedział się również, że wdowa po nim wciąż żyła i obecnie mieszkała na Florydzie. Doskonałe miejsce na emeryturę.

Po dotarciu do pani Fentz inspektor Rihm potwierdził wszystkie zebrane przez siebie fakty, którym aż do ostatniej chwili nie dawał wiary. Rudolf Fentz rzeczywiście zaginął… w 1876 roku. Wyszedł z mieszkania w czerwcowy wieczór, zostawiając żonę oraz małego synka, i nigdy nie wrócił. Rodzina wówczas złożyła zawiadomienie na policji, ale poszukiwania nie przyniosły rezultatu.

*

Dochodzenie inspektora Rihma znalazło kres w piwnicy budynku NYPD, gdzie znajdowało się archiwum. Wygrzebał dokumenty osób zaginionych w 1876 roku. Było wśród nich nazwisko Rudolf Fentz. Opis jego wyglądu, wiek i ubiór pasował do mężczyzny potrąconego przez taksówkę na Times Square. Sprawa wciąż była oznaczona jako nierozwiązana. I taka miała już pozostać.
Inspektor Rihm nie zanotował wyników swojego dochodzenia w oficjalnych aktach.
Nie zrobił tego w obawie, że mógłby zostać uznany za szaleńca.

Dorian Zawadzki – urodził się w 1983 roku na Mazowszu, z wyboru mieszkaniec Śląska. Absolwent Wyższej Szkoły Ekonomiczno-Informatycznej w Warszawie (obecnie Akademia Finansów i Biznesu Vistula). Zagorzały kinoman i meloman. Kiedy nie pracuje nad powieścią, dokłada wszelkich starań żeby przeczytać wszystkie interesujące go książki... choć dobrze wie, że mu się nie uda. Selekcjoner to jego debiutancka powieść.

 

Artykuł Mroczny, pełen zaskakujących zwrotów akcji thriller, który pochłania bez reszty! „Selekcjoner” Doriana Zawadzkiego. [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/mroczny-pelen-zaskakujacych-zwrotow-akcji-thriller-ktory-pochlania-bez-reszty-selekcjoner-doriana-zawadzkiego-wideo/feed/ 0
Takiej historii nie da się wymyśleć, mogło napisać ją tylko życie. Niezwykłe dzieje polskiego sportowca. [WIDEO] https://niezlomni.com/takiej-historii-nie-da-sie-wymyslec-moglo-napisac-ja-tylko-zycie-niezwykle-dzieje-polskiego-sportowca-wideo/ https://niezlomni.com/takiej-historii-nie-da-sie-wymyslec-moglo-napisac-ja-tylko-zycie-niezwykle-dzieje-polskiego-sportowca-wideo/#respond Thu, 10 Oct 2019 04:52:11 +0000 https://niezlomni.com/?p=50849

Wojenna zawierucha uczyniła życie utalentowanego sportowca Henryka Zgudy pasmem tragicznych i szczęśliwych zdarzeń, które złożyły się na niezwykłą epopeję.

Wojenna zawierucha uczyniła życie utalentowanego sportowca Henryka Zgudy pasmem tragicznych i szczęśliwych zdarzeń, które złożyły się na niezwykłą epopeję. Zguda zaczyna swą opowieść od przedwojennego Krakowa. Mówi o życiu w ubogim domu koło dworca, o beztroskiej młodości i o sportowym współzawodnictwie. Był bowiem zapalonym pływakiem i waterpolistą, osiągając w tych dyscyplinach bardzo dobre wyniki.

A potem wybuchła wojna i Zguda, oskarżony o działalność polityczną, rozpoczął więzienną wędrówkę po obozach Auschwitz, Buchenwald, Flossenbürg i Dachau. Podkreśla, że mógł zginąć wielokrotnie i że przeżył cudem, często dzięki napotkanym przyjaciołom. Jednak nie skupia się tylko na tym. Nawet chętniej wspomina epizody, które pozwalały oderwać się od upiornej, obozowej rzeczywistości.

Życie sportowca we wczesnym PRL-u nie było złe, ale gdy system zaczął zaciskać pętlę, lepiej było uciec. I tak zaczął się ostatni, amerykański etap historii Henryka. Do nowego świata Zguda przypłynął, nie znając zupełnie języka angielskiego, jednak w odnalezieniu swego miejsca pomogło mu znów pływanie. No i przyjaciele – w ich gronie Jerzy Kosiński. Dzieje Henryka spisała Katrina Shawver – dziennikarka, która poznała go przypadkiem. Na podstawie wspomnień i szeregu rozmów z samym Zgudą, a po jego śmierci – z jego żoną, stworzyła portret człowieka nietuzinkowego i opis jego równie barwnych i zagmatwanych losów, jakie stały się w XX wieku udziałem wielu Polaków.

Fragment książki Katriny Shawver „Od Auschwitz do Ameryki. Niezwykła historia polskiego pływaka”, wyd. Replika, Poznań 2019. Książkę można nabyć TUTAJ.

Gdy weszliśmy, zabrali nam nasze nazwiska, nadali numery i poszliśmy do umywalni, gdzie dostaliśmy ubrania więzienne – koszule, spodnie i buty, które natychmiast nam ukradziono. Musieliśmy je ukraść z powrotem. Buty składały się z drewnianej podeszwy ze skórzanym paskiem na górze. Nie było skarpetek. Ogolili nam głowy. Potem poszliśmy do fotografa. Głowa oparta o pręt wystający ze ściany. Z lewej. Z prawej. Z przodu. Bach, bach, bach, załatwione w trzydzieści sekund.

Wiesz, wtedy jeszcze nie robili tatuaży. Dlatego robili zdjęcia. Kiedyś myślałem o tym, by wydać dziesięć dolarów, by mieć wytatuowany numer – ładny i schludny. Wiesz, ludzie chcą je zobaczyć. Zawsze są zawiedzeni, kiedy pokazuję pusty nadgarstek, tak jakbym faktycznie tam nie był. Ale zmieniłem zdanie. Zapomnijmy o tym. Nie potrzebuję tatuażu, by wiedzieć, gdzie byłem. Powiem ci zabawną historyjkę o esesmanach i ich tatuażach.

Niemcy myśleli, że są bardzo sprytni. Wielu esesmanów i innych Niemców miało wytatuowaną pod lewą pachą grupę krwi, by w razie zranienia można było przetoczyć nieprzytomnemu żołnierzowi właściwą krew. Ale po wojnie żałowali tych tatuaży. Gdy Amerykanie albo Rosjanie zatrzymali jakiegoś Niemca i podejrzewali, że był w SS, wystarczyło, że kazali mu podnieść rękę, aby się upewnić. Rosjanie przeważnie od razu ich zabijali.

Wszystko dzieje się z jakiegoś powodu. Wiesz, historycznie ich podziwialiśmy, ale oni nami pogardzali. Gdy golili głowę, bolało piekielnie, bo nie przejmowali się tym. Powiedziałem – golili, ale golarki zużywały zbyt dużo prądu, więc zamiast nich używali nożyczek. Bycie fryzjerem w obozie to była dobra robota – pasowałaby mi.

Po wykonaniu zdjęć poszliśmy prosto do bloku 11 na kwarantannę. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że to blok śmierci.

Blok 11 znajdował się naprzeciwko bloku 10, jakby po drugiej stronie dziedzińca. Bloki te były dwukondygnacyjnymi budynkami z cegły. Okna wychodzące na dziedziniec były zasłonięte – zamurowane cegłami albo zabite deskami, więc nie było nic widać. Blok 10 był blokiem eksperymentalnym. Przez te okna usłyszałem żydowskie dziewczynki wołające matkę i babcię. Otwór w osłonie okna był skierowany w górę, widać było tylko niebo.

– Mamo! Mamo! Pomóż mi! Pomóż mi!

Tu Henryk wzruszył ramionami i rozłożył ręce.

– Ale co mogłem zrobić?

Kapo stojący na czele bloku 11 był wielkim facetem. Był mistrzem bokserskim wagi ciężkiej z Holandii, był mistrzem bokserskim Poznania. Był też pływakiem… Nie najlepszym, ale znał mnie. Jego obowiązkiem było trzymanie nas z dala od okien. Rozmawialiśmy trochę.

Co kilka godzin kapo Jakub mówił:

– Wszyscy razem na środek sali, nie podchodzić do okien. Zostańcie tam .

Wraz ze strażnikami pilnował nas z kijem w ręku, byśmy tam pozostali. Słyszeliśmy esesmanów chodzących lub śmiejących się na dziedzińcu. Wtedy właśnie dowiedziałem się, że na dziedzińcu jest ściana, przy której rozstrzeliwują więźniów.

Esesmani przychodzili i krępowali ręce więźniów drutem za ich plecami. Inny esesman też tam stał, choć nieraz chodził, śmiał się i rozmawiał z innymi esesmanami. Nie słyszeliśmy wystrzałów – brzmiało to bardziej jak spfft. Kapo Jakub wyjaśnił mi, że używali czegoś w rodzaju pistoletu do wstrzeliwania gwoździ – tak Niemcy oszczędzali amunicję. Strzelali w tył głowy. Czasem skazańcy krzyczeli. Niektórzy ginęli w milczeniu, niektórzy zdołali wykrzyknąć: „Niech żyje Polska!”.

– Więc jak się stąd wydostaniemy? – zapytałem Jakuba.

– Czy wiesz, co to za blok? To blok śmierci. Na zewnątrz zabijają więźniów. Zabijają ich każdego ranka i wieczora przed tą ścianą na dziedzińcu. Zabijają za każdym razem dziesięciu, pięciu, jednego, dwóch lub trzech.

Udało mi się jakoś zachować złote pióro w drodze z Montelupich. Powiedziałem mu, że mam złote pióro. Chcesz? Dam ci je.

Kapo Jakub podszedł ze mną do okna i wskazał na komin krematorium, który piekielnie dymił. – To jest jedyny pewny sposób wydostania się stąd – powiedział.

– Pewnie, że chcę. Teraz słuchaj, coś ci powiem. Zawsze kiedy kierownik komanda pyta o robotników, obojętnie jakich, mów mu, że jesteś najlepszy. Zapamiętałem to.
Po kwarantannie zostaliśmy przeniesieni do innych bloków. Pierwszego dnia na stałym bloku najstarszy Niemiec z tego bloku wygłasza przemówienie do nowych więźniów.

Dwustu nas stało na baczność. Musieliśmy sprawiać wrażenie, że słuchamy i rozumiemy, tak jakby sam Bóg stał przed nami i przemawiał. Więźniowie i wieśniacy, którzy nie znali niemieckiego potrząsali tylko głowami, stojąc z założonymi rękami.

Nadzorca zaczął przemowę od słów: „Jest tylko jedna droga do wolności. Musicie podążać za tymi kamieniami milowymi.” Wyszczekiwał numer, nim wymienił każdy z kamieni milowych. „Jeden! Posłuszeństwo.” Bang! Walnął kijem w pryczę. Gdy Henryk powiedział „bang”, uderzył w stół ogrodowy, aż wszystko, co na nim leżało, natrzęsło się. Podskoczyłam od nagłego hałasu, tak jak zrobiliby to po przerażeni ludzie w baraku. „Dwa! Pilność.” Bang! Walnął znów kijem w stół. Liczył dalej. „Trzy! Uczciwość.”
Łup! Walnął kogoś kijem w głowę. Mocno. „Cztery! Porządek.”

Łup! Ktoś inny dostaje po głowie. Po wymienieniu każdego kamienia milowego uderza albo kopie kogoś nowego. „Pięć! Czystość. Sześć! Poświęcenie. Siedem! Prawdomówność. Osiem! Trzeźwość”. Mówiąc, chodził po baraku z długim kijem w rękach, zadowolony z siebie. Te kamienie milowe były słynne. Na każdym bloku wisiała tablica z nimi. Gdy zrobiło się coś nie tak, esesmani kazali je powtarzać. Wieśniacy tylko potrząsali głowami i stali z założonymi rękami. Nie rozumieli po niemiecku. Dostawali po łbie za to, że byli głupi. Pamiętam te kamienie milowe bardzo wyraźnie. Następnie rozkazuje: Macie być czyści. Możecie korzystać z toalety przez godzinę dziennie. Bez wody, tylko godzinę dziennie. Wylicza kolejne zasady. Niemcy nie zapewniają możliwości, by się umyć. Potem nauczyłem się, że im czystszym się jest, tym dłużej się żyje. Niemcy lubią czystość.

Rano esesmani budzą nas. „Schnell, schnell, raus, raus”. Wychodzić, szybko, szybko.

Mamy pięć minut na to, by trzystu facetów skorzystało z latryny i stanęło na zewnątrz w równej formacji. Apele, były wcześnie, przed szóstą rano. Każdego ranka strażnik liczy: Eins, zwei, drei, vier… Scheiber (pisarz blokowy) woła: Mam dwustu więźniów na
liście. Rapportführer (raportowy) odpowiadał: Mam tylko stu siedemdziesięciu ośmiu. Brakuje dwudziestu dwóch. Kapo brał kilku więźniów i wracał do bloku. Kazał więźniom po kolei wyciągać brakujących dwudziestu dwóch – wszystkich zmarłych w ciągu nocy – i układali ich zwłoki na stosie. Każdego ranka leichenträger (tragarze zwłok) przychodzili z wózkami i wywozili poranny stos trupów. Wiesz, Niemcy nigdy nie dotykali trupów. Więźniowie chwytali zwłoki za nogi i ciągnęli je w stronę wózka. Drugi więzień chwytał je pod ramiona i wrzucali je na stos trupów na wózku. Potem słyszeliśmy, jak pisarz meldował raportowemu: „Stan się zgadza”. Dopiero wtedy mogliśmy się rozejść do wyznaczonych prac.

Fragment książki Katriny Shawver „Od Auschwitz do Ameryki. Niezwykła historia polskiego pływaka”, wyd. Replika, Poznań 2019. Książkę można nabyć TUTAJ. 

Katrina Shawver – dziennikarka z ponad dwudziestoletnim stażem. Przez pierwsze jedenaście lat pracowała dla „The Arizona Republic”. Przygotowując cykl artykułów dla tej gazety poznała Henryka Zgudę, jego historia na tyle ją zafascynowała, że postanowiła napisać książkę, za którą otrzymała wiele prestiżowych nagród:
2018 Polish Heritage Award from Polish American Congress of Arizona
2018 Arizona Authors Association Literary Contest – First Place for Published Nonfiction
2018 IBPA Benjamin Franklin Award – Silver for Biography
2017 The Wishing Shelf Book Awards (UK) – Gold for Adult Non-Fiction
2018 Reader Views Literary Awards – Winner in Four categories:
First Place Biography, First Place Regional, Best Nonfiction Book of the Year,
Best Regional Book of the Year
2018 Feathered Quill Book Award – Second Place for Historical
2017 Advice Books (Italy) – Voted Best of 2017

Artykuł Takiej historii nie da się wymyśleć, mogło napisać ją tylko życie. Niezwykłe dzieje polskiego sportowca. [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/takiej-historii-nie-da-sie-wymyslec-moglo-napisac-ja-tylko-zycie-niezwykle-dzieje-polskiego-sportowca-wideo/feed/ 0
„Pewnie chciałbyś spytać, czy zabijałem?”. Poruszające wspomnienia polskiego ochotnika w wojnie na Bałkanach. [WIDEO] https://niezlomni.com/pewnie-chcialbys-spytac-czy-zabijalem-poruszajace-wspomnienia-polskiego-ochotnika-w-wojnie-na-balkanach-wideo/ https://niezlomni.com/pewnie-chcialbys-spytac-czy-zabijalem-poruszajace-wspomnienia-polskiego-ochotnika-w-wojnie-na-balkanach-wideo/#respond Thu, 03 Oct 2019 05:14:15 +0000 https://niezlomni.com/?p=50845

"W mediach śledziłem obronę Vukovaru. Miasta broniło 1800 lekko uzbrojonych Chorwatów przed 38 tysiącami Serbów dysponujących ciężką artylerią i lotnictwem. Skala porównawcza sił była jak w Powstaniu Warszawskim. Serbowie zamordowali rannych w szpitalu" - wspomina Adam Bednarczyk, autor książki „Dobij mnie Europo”, wspomnień z wojny bałkańskiej w wywiadzie dla portalu sdp.pl.

[caption id="attachment_50846" align="alignleft" width="459"] fot. WarBook.pl[/caption]

"[Strzelalem] z Kałasznikowa albo z „argentynki”, czyli z argentyńskiej wersji amerykańskiego karabinu M-16. Kałasznikow był lepszy, nie było problemów z amunicją do niego. Wrogowie też używali takiej broni. Kiedy zdobyliśmy ich pozycje, można było zaopatrzyć się w amunicję, która pasowała do naszych karabinów. Pewnie chciałbyś spytać, czy zabijałem?

Tak.

Zabijałem. Na wojnie nie ma wyboru. Albo zabijesz wroga albo zginiesz. Nie wiem ile osób zabiłem. Tego nikt nie wie i nikt tego nie powie. Najniebezpieczniejsze było wynoszenie rannych kolegów z pola walki, ponieważ cały czas trwał ostrzał.

Zdarzało się wam zostawić rannych na polu walki?

Nigdy. Byliśmy i jesteśmy jak rodzina. Cztery lata temu pierwszy raz od wojny pojechałem na tereny, gdzie walczyłem. Odnalazłem dom mojego dowódcy, Krešo.  (...)

(...) To była wojna religijna, katolików z prawosławnymi. Każdy Chorwat nosił za pagonem albo na szyi różaniec. Serbów poznawało się po prawosławnych krzyżach. Tam, gdzie walczyłem, dwie muzułmańskie brygady biły się po stronie chorwackiej. Składały się głównie z uchodźców z terenów bośniackich zajętych przez Serbów. Nie mieliśmy żadnych konfliktów z muzułmanami. Inaczej było w Mostarze, gdzie Chorwaci walczyli z muzułmanami. W Bośni jest w dalszym ciągu tygiel. Ręczę ci, że Serbowie nigdy nie odpuszczą Kosowego Pola. Dla nich to świętość. Jak dla nas Gniezno czy Jasna Góra.

 

Cały wywiad zatytułowany "ZAMIENIŁEM PIÓRO NA KARABIN" można przeczytać na portalu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich sdp.pl.

Vukovar 1991-2015

O AUTORZE
Adam Bednarczyk

Wspomnienia te spisałem ponad dwadzieścia lat temu. W mediach zaczęły się pojawiać pierwsze informacje o walkach w Jugosławii. Ten kraj przeciętnemu Polakowi kojarzył się z rajskimi plażami i sklepami pełnymi towarów, a nie z wojną. Zobaczyłem w telewizji oblężony Vukovar, bombardowany Osijek, Dubrownik, Zagrzeb… Narodziły się pytania – o co w tym wszystkim chodzi?! Chciałem zrozumieć. Wychowany w tradycyjnej, polskiej rodzinie nie mogłem postąpić inaczej. Musiałem tam jechać. To był świadomy wybór...

Adam Bednarczyk, DOBIJ MNIE, EUROPO, Wyd. WarBook, Ustroń 2015. Książkę można nabyć TUTAJ. 

Znajdziecie tu gniew i strach, przejmujące zimno, błoto i brud. Długotrwałe oczekiwanie na walkę, wszechobecną żołnierską nudę, jak i nagłe skoki adrenaliny podczas chaotycznych starć. Są rany i śmierć, o którą ociera się Autor. Jest wreszcie niewybredny żołnierski humor, prawdziwe braterstwo broni oraz subtelna miłość.

Książka ta po raz pierwszy ukazała się drukiem ponad 20 lat temu i sprowadziła na Autora niemałe kłopoty, gdyż wojenne historie opisuje on z perspektywy „obserwatora uczestniczącego”, przez co zainteresowały się nim tajne służby.

Mimo upływu wielu lat tekst nie utracił swej pierwotnej mocy, wciąż „pachnie prochem”, a mechanika konfliktu, który toczył się wówczas w byłej Jugosławii, niepokojąco przywodzi na myśl ostatnie wydarzenia na Ukrainie. Nowe, uzupełnione wydanie przedstawia wojnę w czystej postaci. To opowieść kondotiera – okrutna, straszna, fascynująca.

FRAGMENTY książki "Dobij mnie Europo"

– Krešo jest oficerem armii chorwackiej. Poznałem go podczas walk w Chorwacji – mówił do mnie Marko – Jako ochotnik objął dowództwo nad kilkusetosobowym batalionem obrońców Bosanskiej Posaviny.

– Dlaczego był taki nieufny? Spytałem.

– Chcesz tutaj zostać na dłużej?

– Tak.

– To zrozum, większość dziennikarzy frontowych jest na usługach wywiadów. Stąd ta nieufność. Ale trafiłeś bardzo dobrze, sam kiedyś mi podziękujesz.

– Teraz już chciałem...

- Nema problema – poklepał mnie po plecach.

Pożegnaliśmy się z Marko, który odjechał na parę dni w głąb Bośni. Tymczasem mnie z Węgrem odwieziono do bazy plutonu dywersyjno‐zwiadowczego. Wytrawny żołnierz, jakim bez wątpienia był Marko, bardzo dobrze wiedział gdzie na froncie znajdę najbardziej interesujące mnie materiały. Trafiłem do plutonu, w którym skupiały się prawie wszystkie specjalności żołnierskie tej wojny.

Baza mieściła się w centrum Oštrej Luki. Był to duży, dwupiętrowy dom z czerwonej cegły opuszczony przez właściciela. W progu przywitał nas Bego, do którego przez krótkofalówkę dotarła wieść o nowych przybyszach.

Wyglądał komicznie. Niski, tęgi, z butelką rakiji w ręce. W bazie był sam, reszta chłopców poszła na zwiad. Miesiąc wcześniej, dwa metry od niego wybuchł granat raniąc odłamkami nogi i plecy. Rany nie były jeszcze na tyle wygojone, aby mógł wrócić do akcji, pełnił więc rolę stróża.

Nie pozwalając się rozpakować oprowadzał nas po domu. Kuchnia, łazienka, pokoje. Normalne, prywatne mieszkanie z dywanami na podłogach. Tylko porozrzucane wszędzie umundurowanie i uzbrojenie wojskowe wskazywało, że stacjonuje tutaj armia. Magazynem broni był jeden z pokoi. Bego dumny z posiadanego arsenału, demonstrował nam po kolei:

– Ovdje RKM, RPG, super, brrrrr – objaśniał dźwiękowo – Bum! Nema tenka.

– Snajper optika, četnik petsto metara, puk! Nema četnika – wskazał na kilka sztuk hecklerów.

Zapewne długo by jeszcze trwało opisywanie broni przez gadułę, jakim był Bego, gdyby nie powrót plutonu z akcji...

Artykuł „Pewnie chciałbyś spytać, czy zabijałem?”. Poruszające wspomnienia polskiego ochotnika w wojnie na Bałkanach. [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/pewnie-chcialbys-spytac-czy-zabijalem-poruszajace-wspomnienia-polskiego-ochotnika-w-wojnie-na-balkanach-wideo/feed/ 0
„Na ostrzu skalpela”. Wstrząsające opowieści z czasów, gdy operacje medyczne trwały godzinami. [WIDEO] https://niezlomni.com/na-ostrzu-skalpela-wstrzasajace-opowiesci-lekarza-z-czasow-gdy-operacje-medyczne-trwaly-godzinami-wideo/ https://niezlomni.com/na-ostrzu-skalpela-wstrzasajace-opowiesci-lekarza-z-czasow-gdy-operacje-medyczne-trwaly-godzinami-wideo/#respond Thu, 19 Sep 2019 05:09:18 +0000 https://niezlomni.com/?p=50841

„Na ostrzu skalpela. 50 lat z życia chirurga”- to wspomnienia wybitnego lekarza z okresu, gdy operacje trwały godzinami i często z błahych powodów kończyły się zgonem pacjenta – śmiertelność chirurgiczna wynosiła wtedy nawet 79 procent. Same operacje nierzadko przeprowadzane były w domach pacjentów, do narkozy służył eter, a cięcia były tak głębokie i obszerne, że wielu pacjentów wykrwawiało się podczas zabiegów na śmierć.

Książka Roberta T. Morrisa daje nam doskonały wgląd w to, jakie warunki panowały w szpitalach jeszcze sto lat temu, jak na przestrzeni wieków rozwijała się medycyna i jak ważną rolę odgrywały wnioski wyciągane po każdej przeprowadzonej operacji, zwłaszcza nieudanej.

„(…)Mimo że w 1882 nie było w Bellevue więcej niż cztery czy pięć zgonów dziennie, wynosiło to w przeciągu roku do tysiąca pięciuset zejść śmiertelnych, nastręczając nam obficie materiału do badań pośmiertnych. Mogliśmy przerabiać na trupach wszelkie trudniejsze operacje, zanim przystępowaliśmy do wypróbowania ich na żywych pacjentach. Wątpię, czy jakikolwiek chirurg może zdać sobie sprawę jak dalece jest to ważne, o ile nie miał możności korzystać z podobnej okazji, będącej niewątpliwie udziałem większości mistrzów(…)”

Fragment książki Roberta T. Morrisa – „Na ostrzu skalpela. 50 lat z życia chirurga”, Wyd. Replika, Poznań 2019

Rozdział I. MŁODOŚĆ I POCIĄG DO MEDYCYNY

Dr Wilder oraz grupa studentów sposobiących się pod jego kierunkiem do przyszłego studiowania medycyny zarazili mnie swoim zapałem do tego stopnia, że ja również zacząłem rozważać sprawę wstąpienia na fakultet medyczny, zamiast marzenia o płatnej posadzie naukowca. Możliwe, że był to pierwotnie jedynie impuls do pójścia śladem całej paczki, chęć pozostania pospołu z grupą przyjaznych duchów, z których każdy poszczególnie miał wyraźnie nakreślony cel w życiu i wstąpił do kolegium z ustalonym programem. Powzięcie postanowienia przyszło mi z wielką trudnością. Wreszcie pewnego dnia, kiedy w dalszym ciągu jeszcze studiowałem nauki przyrodnicze, osobliwe wydarzenie rozstrzygnęło sprawę. Pewien chłopiec w naszym mieście pokąsany został przez psa, jak przypuszczano, wściekłego. Gazety miejscowe podawały, że chłopiec umiera na wodowstręt. Ludzie tłumnie biegli do domu jego rodziców, aby przyjrzeć się przerażającemu
widowisku. Z gazet wyczytałem, że wypadkiem tym zajął się dr P. C. Gilbert. Polowałem dopóty na dr. Gilberta, aż wreszcie złapałem go i poprosiłem, aby zabrał mnie z sobą do małego pacjenta. Chłopiec, dziesięcioletni mniej więcej, leżał na posłaniu z zamkniętemi oczami i, jak zapewniało jego otoczenie, pozostawał zupełnie bez pożywienia od dwóch czy trzech dni. Próby wlewania mu przez ojca czy matkę paru kropel wody czy innego napoju wywoływały u malca napady drgawek. Na widok czegokolwiek w rodzaju chustki zbliżanego do jego twarzy warczał, żądnie chwytając płótno zębami, przy czym w kątach ust pokazywała mu się piana. Od czasu do czasu warczał groźnie jak zły pies. Następnego dnia, będąc w uniwersytecie, opowiedziałem o tej mojej wizycie profesorowi weterynarii Jamesowi Lawowi. Zainteresowany, chętnie ofiarował się pójść ze mną niezwłocznie do chłopca. Po przybyciu na miejsce zapytał przede wszystkim, czy pies był oddany na obserwację lub też poddany badaniu celem ustalenia, czy w istocie dotknięty był wścieklizną. Nikt wszakże nie zdawał się wiedzieć o psie nic poza tym, że go zastrzelono. Chłopak został napadnięty i oczywiście wielce tym wystraszony.

Dr Law spostrzegł od razu, że znaki zębów na przedramieniu były sińcami tylko, bez obrażenia skóry, a sam przypadek nie sprawił na nim wrażenia wodowstrętu. Przypomniał sobie, że czytał już o symulowaniu tej choroby jako o przypadkowym objawie histeroepilepsji. Pobiegłem szybko do biblioteki, porzuciwszy zwykłe moje studia, dopóki nie przewertowałem wszystkiego, co miały do powiedzenia w zakresie psychoz i wścieklizny największe powagi na polu psychoterapii, przy czym szczególnie uwzględniłem prace ich dotyczące danej sprawy. Lektura moja pozwoliła mi dojść do wniosku, że przypadek, o którym mowa, zdradzał wyraźnie objawy histerii i tym samym mógłby być skutecznie leczony sugestią. Porobiłem notatki z prac omawiających metodę oddziaływania hipnozą i sugestią, po czym udałem się do chłopca i zażądałem, aby pozostawiono mnie z nim sam na sam w pokoju. Ku nieopisanemu mojemu zdumieniu udało mi się wprowadzić go w trans hipnotyczny, po czym, idąc ściśle za wskazówkami podanymi przez owe powagi, oznajmiłem chłopcu, że wyzdrowieje nagle o piątej po południu tego samego dnia. Pozostając w uśpieniu hipnotycznym, zdawał się chłopak tak dalece nie wiedzieć nic o mojej obecności, że mocno wątpiłem, czy uświadomił sobie w ogóle moje oświadczenie, a także położenie przeze mnie szczególnego nacisku na fakt, że wzbudzi podziw wszystkich nagłym swoim wyzdrowieniem. Wiedziałem, że chęć wzbudzania podziwu jest jedną z najsilniej działających pobudek u histeryków. Wyszedłem potem z pokoju, nakazawszy rodzicom chłopca, aby nie wpuszczali do niego nikogo przez czas mojej nieobecności i trzymali licznych odwiedzających z dala od domu. Przez zapomnienie nie pozostawiłem zegarka w pokoju pacjenta, mimo to jednak o piątej po południu, czy mniej więcej o tej godzinie, chłopiec, kierowany podświadomym poczuciem czasu, podniósł się z posłania, zawołał matkę, oświadczył jej, że jest zupełnie zdrów, i zażądał wieczerzy.

Całą tę sprawę, która mogłaby wydać się bajką nieledwie, zrozumie doskonale we wszystkich jej szczegółach każdy psychiatra. Wrażenie, jakie wywarła na mnie, było niesłychanie głębokie. Poczułem, że jeśli lekarze mogą zdobyć podobną wiedzę i umiejętność, dzięki którym władni są oddawać ludziom tak zdumiewające usługi, żadne inne powołanie na świecie nie mogłoby oderwać mnie od studiowania medycyny.

Przez dwa czy trzy dni byłem w nader przykrej sytuacji, bowiem tłum ciekawych, oblegających dom rodziców chłopca, aby oglądać małego pacjenta, chciał teraz widzieć na własne oczy tego, który „sprawił” cud, uzdrowiwszy chorego na wodowstręt przez „nałożenie rąk” jedynie. Niektórzy prosili, abym nałożył ręce na ich zreumatyzowane stawy.

Wydarzenie to przyczyniło się do zawarcia przeze mnie znajomości z miejscowymi lekarzami, którzy uprzejmie zezwalali, abym towarzyszył im podczas wizytowania chorych w godzinach wolnych dla mnie od zajęć. Ich życzliwe zainteresowanie oraz wyjaśnienia przypadków chorobowych spotęgowały rychło urok, jaki zyskała w moich oczach medycyna. Każdy człowiek chory stał się dla mnie o wiele bardziej interesującym niż ludzie zdrowi, którzy wydawali mi się osobnikami zupełnie pospolitymi. Tak się więc złożyło, że drobne wydarzenie zadecydowało o kierunku i celu ostatecznym moich przeznaczeń życiowych. Było to jedno z owych wydarzeń rozstrzygających o losach ludzi – często, jak chcą powieściopisarze. (…)

Artykuł „Na ostrzu skalpela”. Wstrząsające opowieści z czasów, gdy operacje medyczne trwały godzinami. [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/na-ostrzu-skalpela-wstrzasajace-opowiesci-lekarza-z-czasow-gdy-operacje-medyczne-trwaly-godzinami-wideo/feed/ 0
Na wzgórzach Libanu powstaje niezwykły projekt. Komuś jednak zależy, aby się nie powiódł. [WIDEO] https://niezlomni.com/na-wzgorzach-libanu-powstaje-niezwykly-projekt-komus-jednak-zalezy-aby-sie-nie-powiodl-wideo/ https://niezlomni.com/na-wzgorzach-libanu-powstaje-niezwykly-projekt-komus-jednak-zalezy-aby-sie-nie-powiodl-wideo/#respond Wed, 18 Sep 2019 04:52:48 +0000 https://niezlomni.com/?p=50836

Na ocienionych cedrami wzgórzach Libanu powstaje niezwykły projekt. Ekscentryczny i bardzo religijny miliarder James Peabody pragnie założyć biblijne zoo-muzeum, w którym gromadzi cenne artefakty oraz wspomniane na kartach Pisma zwierzęta, czasem bardzo niebezpieczne. Komuś jednak zależy, aby to przedsięwzięcie się nie powiodło.

Najbliżsi przechodnie znajdowali się daleko, co najmniej kilkadziesiąt metrów od nich, a mężczyzna natychmiast wyprowadził jeszcze jeden cios. Wszystko działo się tak szybko, że Nadia krzyknęła dopiero w momencie, kiedy ostrze znów zmierzało w stronę Horthyego.
Tym razem jednak atakujący się przeliczył, a Gabor wykazał się o wiele lepszym refleksem i nóż minął jego tułów. Nadia krzyczała nadal i rozpaczliwie rozglądała się za pomocą. Zanim jednak bandyta wyprowadził kolejny atak, doszło go potężne, proste kopnięcie na tułów. Nożownik miał sporo szczęścia. Gdyby wąskie spodnie nie blokowały zakresu ruchów Horthyego, trafiłoby ono kilkadziesiąt centymetrów wyżej i zmasakrowało twarz. Pozbawiło go jednak tchu i odepchnęło na jakieś dwa metry od Gabora. Nadia zamilkła, zaskoczona przebiegiem sytuacji.

Bandyta nie wypuścił noża, chociaż wyglądał na zszokowanego kontratakiem. Horthy nie poszedł za ciosem, obawiając się, że przy najmniejszym błędzie może zostać śmiertelnie zraniony. Miał sporo doświadczeń z bójek na ulicy i zdawał sobie sprawę, że zwykłe poślizgnięcie łatwo może skończyć się tragicznie, dlatego wolał nie przechodzić do ofensywy.

Ustawił się za to jak zawodnik w ringu, czujnie obserwując ruchy swojego przeciwnika. Tamten złapał powietrze i spojrzał nerwowo w bok. Wyglądało, że sam się porządnie przestraszył, bo zrozumiał, że nie tylko nie trafił na całkiem bezbronną ofiarę, ale jeszcze stracił największą przewagę, jaką dawało mu zaskoczenie.

https://twitter.com/Wyd_REPLIKA/status/1172024200145620993

Nadia ponownie krzyknęła. Dwaj młodzi mężczyźni ruszyli biegiem w ich stronę. Napastnik nie próbował jednak więcej uderzać i rzucił się do ucieczki. Horthy nie pobiegł za nim. Zamiast tego obejrzał ranę, a właściwie bardziej skaleczenie.
– Nic ci się nie stało? – pytali chłopcy, którzy przybyli na ratunek. Nie mieli chyba nawet dwudziestu lat. Widać było po nich, że dużo trenują na siłowni i aż rwali się do bójki.
– Wezwijmy pogotowie – gorączkowała się Nadia
– Spokojnie. Drasnął mnie. Nóż chyba poszedł po torbie. Nic więcej. Dzięki, panowie. – Podniósł z ziemi torbę.
– Skurwysyn! Szkoda, że nie zdążyliśmy go złapać, ale jeszcze go dorwiemy – odgrażali się młodzi Libańczycy, trochę pusząc się przy tym przed Nadią. – Ale ty też sobie nieźle poradziłeś. Trenujesz?
Całe zajście stworzyło między nimi jakąś atmosferę wojennej fraternizacji.

Horthy skinął głową, uścisnął im ręce i jeszcze raz podziękował za chęć pomocy.
Gorliwie oferowali mu swoje usługi na przyszłość. Był pewien, że będą roztrząsać tę sytuację przez najbliższe tygodnie.
Nadia przyglądała mu się z troską. Odetchnęła, widząc, że ostrze zniszczyło koszulkę, ale ledwie drasnęło bok Horthyego.
– Boże. Ulżyło mi. Myślałam, że cię zabije, a potem, jak spojrzałam na ciebie, bałam się, że to ty zabijesz jego. Wyglądałeś, jakbyś chciał to zrobić.
Spojrzał na nią bez uśmiechu i przyszło jej do głowy, że chyba wcale wiele się nie pomyliła.
– Nie wiedziałam, że węgierscy naukowcy są tacy… hmm… waleczni.
– Mamy mało etatów na uczelniach.

Fragment książki Aleksandra R. Michalaka pt. Wąż z cedrowego lasu, wyd. Replika, Poznań 2019. Książkę można nabyć TUTAJ. 

https://twitter.com/Wyd_REPLIKA/status/1173237728957386753

Zło wypełza z ciemności…

Na ocienionych cedrami wzgórzach Libanu powstaje niezwykły projekt. Ekscentryczny i bardzo religijny miliarder James Peabody pragnie założyć biblijne zoo-muzeum, w którym gromadzi cenne artefakty oraz wspomniane na kartach Pisma zwierzęta, czasem bardzo niebezpieczne. Komuś jednak zależy, aby to przedsięwzięcie się nie powiodło.

Międzynarodowe grono pracowników zoo początkowo bagatelizuje tajemnicze wypadki wiążące się z muzeum, niemniej kolejne niepomyślne zbiegi okoliczności rodzą coraz więcej wątpliwości. Czyżby nad projektem Biblical Zoo zawisło fatum? Jeden ze śladów wydaje się stanowić aluzję do starożytnej legendy o walce pomiędzy rycerzem, a ogromnym wężem.

Aby rozwikłać zagadkę, potrzeba będzie zupełnie innych specjalistów, znających świat biblijnych stworzeń w równym stopniu co kulturę świata arabskiego i wczesnego chrześcijaństwa. Jednak nawet oni nie spodziewają się demonów, jakie wypełzną z ciemności.
Wąż z Lasu Cedrowego to kolejny thriller autora bestsellerowego Denara dla Szczurołapa. Aleksander R. Michalak nie idzie utartym szlakiem, a zaskakuje czytelników – zarówno tych, którzy mieli już okazję poznać Gabora Horthyego, jak i tych, którzy spotkają go dopiero po raz pierwszy.

Nie ciesz się, iż został złamany kij, co cię smagał, bo z zarodka węża wyjdzie żmija, a owocem jej będzie smok skrzydlaty. Z Księgi Izajasza

Aleksander R. Michalak – doktor historii Uniwersytetu Gdańskiego oraz religii i teologii Trinity College w Dublinie. W prestiżowym wydawnictwie Mohr Siebeck opublikował książkę poświęconą koncepcji aniołów-wojowników. Publikował też artykuły z dziedziny demonologii i angelologii biblijnej.
Posługuje się kilkoma językami i studiuje kolejne. Przejawia słabość do kawy, dżinu oraz ozdobnych fajek do opium. Wysoko ceni aktywność fizyczną. Inspirują go egzotyczne podróże, a także dziewiętnastowieczny typ naukowca-awanturnika à la Alois Musil. Obecnie mieszka w Gdańsku.
W ubiegłym roku ukazał się jego bestsellerowy debiut literacki – powieść Denar dla Szczurołapa.

Artykuł Na wzgórzach Libanu powstaje niezwykły projekt. Komuś jednak zależy, aby się nie powiódł. [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/na-wzgorzach-libanu-powstaje-niezwykly-projekt-komus-jednak-zalezy-aby-sie-nie-powiodl-wideo/feed/ 0