Niezłomni.com https://niezlomni.com Portal informacyjno-historyczny Fri, 27 Mar 2020 22:19:35 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=4.9.8 https://niezlomni.com/wp-content/uploads/2017/08/cropped-icon-260x260.png Niezłomni.com https://niezlomni.com 32 32 Wstrząsające świadectwo wpływowej działaczki Komunistycznej Partii USA. „Wprowadziliśmy tysiąc stu mężczyzn do kapłaństwa, aby zniszczyć Kościół od wewnątrz” https://niezlomni.com/wstrzasajace-swiadectwo-wplywowej-dzialaczki-komunistycznej-partii-usa-wprowadzilismy-tysiac-stu-mezczyzn-do-kaplanstwa-aby-zniszczyc-kosciol-od-wewnatrz/ https://niezlomni.com/wstrzasajace-swiadectwo-wplywowej-dzialaczki-komunistycznej-partii-usa-wprowadzilismy-tysiac-stu-mezczyzn-do-kaplanstwa-aby-zniszczyc-kosciol-od-wewnatrz/#respond Fri, 27 Mar 2020 22:19:35 +0000 https://niezlomni.com/?p=50964

Niezwykle wstrząsająca książka wreszcie ukazała się w Polsce. Jedna z najbardziej wpływowych działaczek Komunistycznej Partii USA ujawnia w jak perfidny sposób działacze komunistyczni walczą z Kościołem katolickim.

Bella Dodd w latach 30. i 40. XX wieku była jedną z najbardziej wpływowych osób w Komunistycznej Partii Stanów Zjednoczonych i szefową Związku Zawodowego Nauczycieli. Doskonale wykształcona nauczycielka i prawnik przez długie lata naiwnie wierzyła, że jej partia walczy z faszystami o pokój i szczęście ludzkości.

Po dziesiątkach lat nauki w tej „szkole ciemności” ostatecznie została wyrzucona z partii komunistycznej w 1949 roku. Wkrótce, dzięki abp. Nowego Yorku Fultonowi Sheenowi, nawróciła się na katolicyzm, przyjmując sakrament Chrztu św. w dniu 7 kwietnia 1952 roku. Jej zeznania przed Komisją do spraw Działalności Antyamerykańskiej są ważnym źródłem w badaniu dziejów komunistycznej konspiracji na świecie.

Ta książka to opowieść Belli Dodd o jej niezwykłym życiu, o dążeniu do prawdy i wolności poprzez manowce kłamstwa i zniewolenia. To świadectwo tego, czym był i czym nadal jest komunizm, przybierający obecnie rozmaite twarze, ale mający wciąż te same, destrukcyjne dla człowieka i ludzkości zamiary.

W 1953 roku, zeznając pod przysięgą w amerykańskim Senacie przed Komisją Śledczą ds. Działalności Antyamerykańskiej, Bella Dodd stwierdziła między innymi:

„W latach trzydziestych wprowadziliśmy tysiąc stu mężczyzn do kapłaństwa, aby zniszczyć Kościół od wewnątrz. Chodziło o to, aby ci ludzie zostali wyświęceni, a następnie wspięli się po drabinie wpływów i władzy jako prałaci i biskupi”. Wśród nich mieli być m.in. homoseksualiści.

Bella Dodd twierdziła, że był to pomysł Stalina, który sam w młodości był prawosławnym seminarzystą i zdawał sobie sprawę, jaką rolę odgrywa Kościół w życiu publicznym. To on nakazał sięgać po ludzi bez wiary i moralności, by – zgodnie z zasadami sztuki wojny Sun Tsy – rozkładać społeczeństwo wroga od wewnątrz.

Fragment książki Belli V. Dodd, Szkoła ciemności, Wstrząsające świadectwo działaczki Komunistycznej Partii USA, Wyd. AA, Kraków 2020. Książkę można nabyć na stronie wydawnictwa AA.

Podczas hiszpańskiej wojny domowej Partia zaapelowała do swoich licznych członków zajmujących się public relations, piszących hasła reklamowe dla firm sprzedających mydło, whisky i papierosy, a ci ogromnie jej pomogli w kształtowaniu amerykańskiej mentalności. Ludzie rozmaitych proweniencji połączyli się w zgodnej kampanii poparcia dla republikanów: pacyfiści i humanitaryści, polityczni awanturnicy i artyści, śpiewacy i aktorzy, nauczyciele i kaznodzieje, zarówno oni, jak i wielu innych, dokładali wszelkich wysiłków, by ją wspomóc.

Podczas hiszpańskiej wojny domowej Partia Komunistyczna potrafiła wykorzystać najlepszych ludzi w kraju przeciwko Kościołowi katolickiemu, powtarzając stare oskarżenia i insynuacje, jakoby Kościół nie dbał o biednych i gnębił tych, którzy jedynie pragną wolności. Partyjni publicyści przejęli od hiszpańskich republikanów słowo „Francofaszysta”, by określać nim wszystkich swoich oponentów. Był to swego rodzaju literacki zamach stanu, który wywołał wiele zamieszania. Radykalna literatura komunistyczna raz po raz wrzucała hierarchię Kościoła katolickiego do jednego worka z „faszystami”, usiłując w ten sposób zniszczyć Kościół za pomocą ataku na jego księży. Zagranie stare jak świat – wielokrotnie widziałam, jak używano go w naszym kraju.

Zrzeszając katolickich robotników – Irlandczyków, Polaków, Włochów – w robotniczych organizacjach, komuniści zawsze próbowali poróżnić wiernych z księżmi, poprzez schlebianie świeckim i atakowanie kapłanów. Podczas hiszpańskiej wojny domowej komuniści w Stanach Zjednoczonych postępowali według wytycznych z Moskwy. Stanowili oni daleko wysuniętą placówkę sowieckiego imperium i w każdym szczególe współpracowali z Międzynarodówką Komunistyczną. Otrzymawszy polecenie utworzenia amerykańskiego kontyngentu Brygad Międzynarodowych, komunistyczni agenci portowi z Krajowego Związku Morskiego na Wschodnim Wybrzeżu zapewnili fałszywe paszporty i wysłali ową tajną armię do sojuszniczego kraju.

Ochotników do Brygady Abrahama Lincolna, czyli amerykańskiego oddziału Brygad Międzynarodowych, wyszukiwano w różnych związkach. Komuniści wykorzystali nazwisko Lincolna, jak zwykli to czynić z nazwiskami innych patriotów, ażeby poruszyć ludzi dla celów propagandowych. Muszę przyznać, że sama gładko przełykałam kłamstwa Partii na temat hiszpańskiej wojny domowej. Niewiele można się było na ten temat dowiedzieć od przywódców narodu amerykańskiego. Od czasu do czasu Partia wyciągała skądś kilku biednych, oszołomionych księży z Hiszpanii, którzy – jak nam wmawiano – byli republikanami, a więc „kapłanami ludu”, w przeciwieństwie do innych, faszystowskich księży. Patrząc wstecz łatwo mi dostrzec, jak zupełnie Partia wykrzywiła amerykańskie umiłowanie wolności i sprawiedliwości, żeby zyskać wsparcie emocjonalne dla sowieckiej awantury w Hiszpanii.

 

 

 

Artykuł Wstrząsające świadectwo wpływowej działaczki Komunistycznej Partii USA. „Wprowadziliśmy tysiąc stu mężczyzn do kapłaństwa, aby zniszczyć Kościół od wewnątrz” pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/wstrzasajace-swiadectwo-wplywowej-dzialaczki-komunistycznej-partii-usa-wprowadzilismy-tysiac-stu-mezczyzn-do-kaplanstwa-aby-zniszczyc-kosciol-od-wewnatrz/feed/ 0
Akcja pod Arsenałem. Legendarna akcja Grup Szturmowych Szarych Szeregów [WIDEO] https://niezlomni.com/akcja-pod-arsenalem-legendarna-akcja-grup-szturmowych-szarych-szeregow-wideo/ https://niezlomni.com/akcja-pod-arsenalem-legendarna-akcja-grup-szturmowych-szarych-szeregow-wideo/#respond Thu, 26 Mar 2020 05:33:58 +0000 http://niezlomni.com/?p=12406

26 marca 1943 r. Grupy Szturmowe Szarych Szeregów przeprowadziły w Warszawie akcję "Meksyk II". Uwolniono członka GS, Janka Bytnara "Rudego" i 20 innych więźniów.

 

Artykuł Akcja pod Arsenałem. Legendarna akcja Grup Szturmowych Szarych Szeregów [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/akcja-pod-arsenalem-legendarna-akcja-grup-szturmowych-szarych-szeregow-wideo/feed/ 0
Nie ma drugiego narodu, który byłby dla Polaków tak bliski jak Oni. „Historia Węgier” Ignacego Romsicsa [NASZA RECENZJA] https://niezlomni.com/nie-ma-drugiego-narodu-ktory-bylby-dla-polakow-tak-bliski-jak-oni-historia-wegier-ignacego-romsicsa-nasza-recenzja/ https://niezlomni.com/nie-ma-drugiego-narodu-ktory-bylby-dla-polakow-tak-bliski-jak-oni-historia-wegier-ignacego-romsicsa-nasza-recenzja/#comments Mon, 23 Mar 2020 09:37:03 +0000 https://niezlomni.com/?p=50962

Nie ma drugiego narodu, który byłby dla Polaków tak bliski jak Węgrzy. Nie ma drugiej społeczności, z którą nasze związki byłyby tak dawne i tak głębokie. Wspólnota polsko-węgierskich losów nie wynika jedynie z geograficznej bliskości. Jest wspólnotą wolności, doświadczenia obrony suwerenności przed zewnętrznymi zagrożeniami i ponoszonej w jej imię ofiar.

Dla każdego kto chce poznać historię Węgier, lektura monografii madziarskich dziejów, która wyszła spod pióra znakomitego węgierskiego uczonego Ignacego Romsicsa jest zadaniem obowiązkowym. Po raz pierwszy w Polsce ukazała się historia bliskiego nam kraju, która wyszła spod pióra węgierskiego historyka.

Synteza madziarskich dziejów stworzona przez Ignaca Romsicsa opiera się na najnowszych badaniach historycznych, interesująco przedstawie dzieje polityczne, społeczne i kulturowe naszych bratanków. Oddziela fakty od romantycznych legend, występujące również w polsko-węgierskiej wspólnocie dziejowej.

„Jest tu miejsce i na szablę, i na gulasz, na dramaty dziejowe, (...) zmagania o wolność, ale również na prozę trwania i przemian życia codziennego” – pisze we wstępie do monografii prof. Andrzej Nowak.

Wspólnota polskich i węgierskich losów sięga ponad tysiąca lat, czasów przybycia przodków Węgrów z dalekiej Azji na tereny dzisiejszego państwa. „Praprzodkowie Węgrów przeszli z Azji na europejską stronę Uralu 1500 lat temu, 1100 lat temu stabilizują się w nowym miejscu osiedlenia – w Kotlinie Panońskiej. I wtedy już zaczyna się bezpośredni, fascynujący związek ICH historii z NASZĄ.

Wygnani przez węgierskich najeźdźców przybysze z terenów dzisiejszej Słowacji i Moraw dać mogli jeden z impulsów wybuchu lechickiej „supernowej” nad Wartą: błyskawicznego tworzenia podstaw nowego państwa, które od tysięcznego roku nazywane będzie – Polską” – podkreśla krakowski historyk.

Ignác Romsics, Historia Węgier, Wyd. Media Rodzina, Poznań 2018. Książkę można nabyć na stronie internetowej wydawnictwa Media Rodzina.

 

Artykuł Nie ma drugiego narodu, który byłby dla Polaków tak bliski jak Oni. „Historia Węgier” Ignacego Romsicsa [NASZA RECENZJA] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/nie-ma-drugiego-narodu-ktory-bylby-dla-polakow-tak-bliski-jak-oni-historia-wegier-ignacego-romsicsa-nasza-recenzja/feed/ 1
„Jeszcze nigdy tak wielu, nie zawdzięczało tak wiele tak nielicznym”. Dywizjon 303 w bazie RAF Northolt. [WIDEO] https://niezlomni.com/jeszcze-nigdy-tak-wielu-nie-zawdzieczalo-tak-wiele-tak-nielicznym-dywizjon-303-w-bazie-raf-northolt-wideo/ https://niezlomni.com/jeszcze-nigdy-tak-wielu-nie-zawdzieczalo-tak-wiele-tak-nielicznym-dywizjon-303-w-bazie-raf-northolt-wideo/#respond Mon, 23 Mar 2020 08:19:05 +0000 https://niezlomni.com/?p=50947

"Jeszcze nigdy tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak nielicznym” – powiedział Winston Churchill o lotnikach po bitwie o Anglię. Wśród tych nielicznych najlepsi byli Polacy.

Skrzydła we krwi to owoc czterdziestoletniej pracy autorki. Jako rdzenna mieszkanka Northolt Nina Britton Boyle od lat osiemdziesiątych zbierała materiały i kultywowała pamięć o polskich lotnikach walczących za Wielką Brytanię. Gdy była dzieckiem, słuchała opowieści o przeżyciach ojca z czasów II wojny światowej. Jej rodzina mieszkała mniej niż milę od bazy RAF-u w Northolt, zaś historie ojca wypełniały jej wyobraźnię ryczącymi Hurricane’ami i Spitfire’ami, które wylatywały z tej bazy podczas wojny.

Opowieści ojca wywarły na niej głębokie wrażenie i zostawiły długotrwały ślad. Podczas jednej z rozlicznych wizyt pod Polish War Memorial, które odbywała z mężem i dziećmi, Nina postanowiła, że napisze książkę o losach polskich lotników, będącą hołdem dla ich służby i poświęcenia.

Przez kolejne czterdzieści lat prowadziła skrupulatne badania w brytyjskich Archiwach Narodowych, Instytucie Sikorskiego oraz bazie RAF-u w Hendon. Z pomocą Polskich Sił Powietrznych, ministerstwa obrony, a także dzięki wicekonsulowi brytyjskiemu w Polsce oraz wsparciu osób, które zamieszczały ogłoszenia w polskiej prasie, Nina dotarła także do weteranów Dywizjonu 303. Ich dokonania, niektóre słabo znane, zaprezentowała czytelnikowi w bardzo przystępnej formie.

Książka składa się z pięciu części i kilku apendyksów. Pierwsza ukazuje sylwetki „ojców założycieli” – 36 osób związanych z Dywizjonem 303 od jego powstania. Część druga zawiera wspomnienia pilotów. W części trzeciej i czwartej, na podstawie wspomnień i meldunków bojowych, Boyle relacjonuje udział Dywizjonu 303 w bitwie o Anglię i omawia funkcjonowanie tej formacji w bazie RAF-u w Northolt. Część piąta obejmuje zbiór krótkich artykułów tematycznych związanych z dywizjonem.

Dodatkowo w książce znalazło się podsumowanie dokonań polskiego lotnictwa w latach 1940–1945, wybór listów i dokumentów, słownik oraz indeks. Całość opracowania uzupełniają zdjęcia i dokumenty, w tym wiele wcześniej niepublikowanych.

W 2014 roku Polish Air Force Memorial Committee, w uznaniu za opiekę nad grobami polskich lotników sprawowaną w imieniu rodzin z Polski, uhonorował Ninę Britton Boyle Commendation Certificate za znaczący wkład osobisty w utrwalanie pamięci o polskich lotnikach i ich osiągnięciach na Zachodzie.

Fragment książki Niny Britton Boyle "Skrzydła we krwi. Dywizjon 303 w bazie RAF Northolt", wydawnictwo Replika, Poznań 2020. Książkę można kupić na stronie internetowej wydawnictwa Replika.

Piloci docierali do Francji drogą lądową, przez Jugosławię i północne Włochy. Niektórzy łapówkami otwierali sobie drogę powietrzną i morską – z portów w Konstancy i Bałcziku. Inni podróżowali przez cieśniny czarnomorskie do Syrii. Polscy piloci wydostawali się z Polski i Rumuni każdym nadarzającym się sposobem. Nadzieja na dalszą walkę sprowadzała się do kwestii, czy piloci zdołają dotrzeć do Francji.

We Francji tamtejsze lotnictwo przyjęło polskich lotników i mechaników. W sumie stu trzydziestu pięciu lotników rozrzuconych po różnych jednostkach odniosło sześćdziesiąt siedem zwycięstw. Na każdego polskiego pilota w powietrzu przypadało jednak kilku czekających bez samolotu. Z każdym dniem rosła frustracja polskich lotników i pałali coraz większą żądzą pomszczenia ojczyzny.

17 czerwca 1940 roku gruchnęła wiadomość, której wszyscy się obawiali: marszałek Philippe Pétain ogłosił kapitulację Francji. Generał Władysław Sikorski, Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych, rozkazał wszystkim polskim jednostkom we Francji ewakuację do Wielkiej Brytanii wszelkimi dostępnymi środkami. Z wyjątkiem jednej polskiej jednostki1, która walczyła dalej w Afryce, siły polskie ruszyły na drugą stronę kanału La Manche, aby tam walczyć dalej ramię w ramię z brytyjskimi sojusznikami.

Pierwsi polscy lotnicy i mechanicy wylądowali w Anglii pod koniec 1939 roku. Otrzymali przydział do RAF Eastchurch, gdzie przeszli badania lekarskie, po czym zaczęli naukę języka angielskiego oraz przepisów i regulaminów obowiązujących w RAF-ie. Organizowano wiele żmudnych defilad, ale szkolenia lotniczego – ani widu, ani słychu.

Polscy lotnicy znów czuli się coraz bardziej sfrustrowani. Żądali odpowiedzi na pytania: „Kiedy rozpocznie się szkolenie lotnicze? Jesteśmy myśliwcami i najlepiej znamy się na walce z nieprzyjacielem. Jak możemy zabijać nieprzyjaciela w powietrzu, kiedy trzyma się nas na ziemi?”.

Po wielotygodniowym oczekiwaniu przybyły mundury dla polskich lotników, ale nadzieje o rychłym rozpoczęciu lotów bojowych szybko się rozwiały. Mijał czas. Lotnicy coraz dobitniej wyrażali swój gniew. Rosło napięcie, dochodziło do kłótni między brytyjskimi i polskimi ofi cerami. Bariera językowa dodatkowo zwiększała napięcie. Wielu polskich lotników zasmakowało słodyczy zemsty w walkach w Polsce i Francji. Wiedzieli, jak to jest – stawić czoła nieprzyjacielowi i czuć przyjemność, którą daje zestrzelenie. Wielu z nich latało od dawna i mogło się pochwalić wybornymi umiejętnościami pilotażowymi. W Polsce postawili swoje nędzne wyposażenie przeciw dobrze uzbrojonym wojskom niemieckim, ale Brytyjczycy nie ufali ich doświadczeniu. Niektórzy wysocy rangą oficerowie RAF-u widzieli jedynie polską klęskę. No bo przecież polskie lotnictwo wytrzymało we wrześniu 1939 roku ledwie parę tygodni.

Wreszcie wiosną 1940 roku RAF wyznaczył garstkę polskich pilotów do szkolenia lotniczego. Po upadku Francji w czerwcu 1940 roku większość przybywających do Anglii lotników i mechaników odsyłano do Blackpoolu. Polska przeniosła swój rząd na uchodźstwie z Francji do Anglii, a 5 sierpnia podpisano polsko-brytyjską umowę wojskową, która zakładała, że Polskie Siły Powietrzne zachowają niezależność. Przydział personelu do szkolenia pozostał w rękach Inspektoratu Sił Powietrznych. Brytyjczycy dowodzili działaniami na szczeblu operacyjnym, ale część kwestii taktycznych pozostała w gestii Polaków.

2 sierpnia 1940 roku w RAF Northolt w South Ruislip w hrabstwie Middlesex w ramach 11. Grupy powołano do życia No. 303 Polish Fighter Squadron – 303. Dywizjon Myśliwski. Wielu pilotów wybranych do służby w tej jednostce miało za sobą wspólną walkę w Polsce w szeregach 111. Eskadry od dowództwem majora Krasnodębskiego.

10 sierpnia ruszyło szkolenie z łączności radiowej, 12 sierpnia – kurs lotów w formacji, a 24 sierpnia – lotów patrolowych. Już niebawem polskie orły z Dywizjonu Kościuszkowskiego miały zanurzyć swoje skrzydła we krwi podczas bitwy o Wielką Brytanię.

Fragment rozdziału Polskie Siły Powietrzne walczą dalej

 

Artykuł „Jeszcze nigdy tak wielu, nie zawdzięczało tak wiele tak nielicznym”. Dywizjon 303 w bazie RAF Northolt. [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/jeszcze-nigdy-tak-wielu-nie-zawdzieczalo-tak-wiele-tak-nielicznym-dywizjon-303-w-bazie-raf-northolt-wideo/feed/ 0
Gniewni wojownicy z surowej Północy nadciągają, ich oczy kierują się na Zachód. „Furia Wikingów”. [FRAGMENT KSIĄŻKI] https://niezlomni.com/gniewni-wojownicy-z-surowej-polnocy-nadciagaja-ich-oczy-kieruja-sie-na-zachod-furia-wikingow-fragment-ksiazki/ https://niezlomni.com/gniewni-wojownicy-z-surowej-polnocy-nadciagaja-ich-oczy-kieruja-sie-na-zachod-furia-wikingow-fragment-ksiazki/#respond Sun, 22 Mar 2020 06:44:45 +0000 https://niezlomni.com/?p=50946

Gniewni wojownicy z surowej Północy nadciągają w swych drakkarach, niosąc śmierć i pożogę. Przybyli, żeby palić, grabić i gwałcić, ale przede wszystkim żeby okryć się wiekopomną chwałą zdobywców i zapewnić sobie miejsce w Valhalli.

Po podbojach na Wschodzie oczy wikingów kierują się na Zachód. Chcą odkrywać nowe tereny, nowe przestrzenie pod łupieżcze wyprawy. Wiedziony wielkimi ambicjami Ragnar zrobi wszystko, aby wypełnić przepowiednię dotyczącą jego samego oraz jednego z jego synów i zyskać upragnioną latrię.

O rosnącą sławę władcy z Północy staje się zazdrosny sam Karol Wielki. Pragnie go pokonać i ostatecznie utrwalić swój przydomek i hegemonię.
Podczas wypadu na ziemie angielskie wikingowie odkrywają ich bogactwo, co zachęca do kolejnych najazdów. Jeden z synów Ragnara, Ivar pozostawia na nowych ziemiach krwawe ślady. Chce zasiać strach w sercach ich mieszkańców. Ci mają drżeć na samą myśl o wojownikach z Północy.

Synowie Ragnara nie są miłującymi się braćmi, nie brak wśród nich zdrad i sojuszy, wielkich strategii i planów, rywalizacji i konfliktów. Towarzyszą im bitwy, rytualne obrzędy i śmierć. A jednak życie w tym brutalnym, surowym świecie nie przeszkadza w wielkich uczuciach, a miłość i przyjaźń okazuje się niekiedy ważniejsza od sławy.

 

 

 

 

 

 

Fragment książki Daniela Komorowskiego, Furia Wikingów, która ukazała się nakładem wydawnictwa Replika, Poznań 2020. Książkę można nabyć na stronie wydawnictwa Replika.

Ragnar skradał się, przyczajony pomiędzy drzewami, trzymając w prawym ręku włócznię, a w lewym mały toporek. Obserwował coś w oddali i poruszał się niczym cień, chcąc pozostać niezauważonym.

W jego oczach malowały się skupienie i determinacja. Był na polowaniu, a jego potencjalną ofiarą był wielki, na dwóch mężów, brunatny niedźwiedź. Ragnar wyjrzał zza drzewa. Pomimo zachowanej ostrożności, zwierzę wyczuło jego obecność i dojrzało go za pniem. Wtedy wiking obrócił się i oparł plecami o drzewo, gotów do ataku. Spojrzał na swój naszyjnik przedstawiający młot, symbol boga piorunów Thora, wziął głęboki oddech i wypuścił z płuc powietrze, które utworzyło pokaźny obłok pary. Błyskawicznie wyszedł zza drzewa i lekko pochylony, niczym drapieżnik, zaczął powolnym, acz pewnym krokiem, iść w kierunku niedźwiedzia. Zdawało się, jakby poruszał się w zwolnionym tempie. Zwierzę zwróciło się wprost na niego. Dzieliła ich spora powierzchnia pokryta śniegiem, malejąca z każdym krokiem wojownika. Ragnar coraz bardziej zbliżał się do niedźwiedzia. Ten w końcu zaczął na niego warczeć, a kiedy byli już w odległości, z której śmiało mogli spojrzeć sobie w oczy, stanął na tylnych łapach i przeraźliwie zaryczał. W lesie było cicho, lecz dopiero jego ryk sprawił, że momentalnie ucichło dosłownie wszystko. Nie było nawet słychać wiatru, czy choćby śpiewających lub stukających dziobami w drzewa ptaków. Zwykłemu człowiekowi serce podeszłoby do gardła i wziąłby nogi za pas. Dotyczyło to też niektórych wikingów, słynących z niesamowitej odwagi na polu bitwy, lecz nie Ragnara. On nie bał się dosłownie niczego, w całej Skandynawii nie było drugiego tak dzielnego i nieustraszonego wojownika jak on.

Po wyraźnym zaznaczeniu terenu przez bestię i pokazaniu, kto tu rządzi, wiking nawet przez ułamek sekundy nie zwątpił w powodzenie swego ataku i ciągle zbliżał się do niedźwiedzia. Zwierzę opadło na przednie łapy i zaczęło biec w jego stronę. Ragnar błyskawicznie cisnął w nie włócznią, celując w sam środek głowy niedźwiedzia. Niestety, trafiła nieco obok i – ku zdziwieniu Ragnara – nie wbiła się w nią. Rzut był bardzo silny i zabiłby, lub przynajmniej wyrządził poważną krzywdę każdej zwierzynie, lecz tym razem było inaczej. Włócznia odbiła się od potężnego cielska i upadła na śnieg. Wiking ruszył w stronę niedźwiedzia. Biegli teraz ku sobie i obydwaj wiedzieli, że to starcie przeżyje tylko jeden z nich. Już za chwilę wszystko miało się wyjaśnić, a dzieliły ich tylko kroki. Ragnar do ostatniej chwili biegł na rozpędzoną bestię i kiedy ta miała go staranować, wyskoczył co sił w nogach do góry, nieco w prawą stronę, i wbił toporek trzymany w prawym ręku w kark niedźwiedzia. Zwierzę zaryczało przeraźliwie. Cios go jednak nie zabił, ale bardzo rozwścieczył. Odwrócił się i ponownie natarł na wikinga. Ragnar uchylił się, odskakując w bok. Gdyby nie unik, zostałby stratowany. Niedźwiedź z kolei, zamiast na niego, wpadł z impetem na niewielkie drzewo, które złamało się jak zapałka i upadło na ziemię, wzbijając do góry drobinki śniegu. Ragnar wyciągnął drugi, większy topór, przymocowany specjalną uprzężą do pleców. Chwycił go mocno, po czym obrócił w dłoni, gotowy do następnego starcia. Niedźwiedź odwrócił się, potrząsnął głową, odpędzając omamy, jakie miał przed oczami, i z rykiem ruszył kolejny raz do ataku. Był wściekły, a z jego oczu emanowała furia. Znowu biegli na siebie. Ragnar znów czekał do ostatniej chwili ze swoim manewrem, lecz tym razem nie wyskoczył w bok, ale wślizgnął się pod szarżującego potwora. Po chwili stał już mocno na nogach. Odwrócił się i zobaczył, że niedźwiedź chwiał się na łapach. Z brzucha wystawał mu wielki topór wikinga, a śnieg wokół zlany był krwią, która strumieniem leciała z jego wielkiego cielska. Zwierzę w końcu upadło. Bardzo ciężko oddychało, lecz nie poddawało się i próbowało wstać. Wojownik podszedł do swej ofiary, zachodząc ją od tyłu, i wyciągnął zza pasa nóż.

– Dzielnie walczyłeś – powiedział Ragnar do niedźwiedzia, przy czym zawahał się na moment. – Walczyłaś – poprawił się, patrząc na pysk bestii. – Jesteś niedźwiedzicą – dodał, po czym szybko wbił jej w szyję ostrze i przeciągnął wzdłuż gardła. Zwierzę wydało ostatnie tchnienie. Zmęczony wiking oparł się o nie, siadając na śniegu. Wtem usłyszał szelest i wyjrzał zza ciała ofiary. W miejscu, z którego początkowo ruszyła na niego dzika bestia, jego oczom ukazał się mały i ciemny jak smoła niedźwiadek.

– To jego matka – pomyślał Ragnar, spoglądając się na zabite zwierzę. – Dlatego tak zaciekle walczyła.

Wiking wstał. Idąc w kierunku niedźwiadka, podniósł mały toporek, którym jako pierwszym zaatakował swoją ofiarę. Podszedł do młodego zwierzęcia i ukucnął przy nim. Ten stał i patrzył tylko na niego, nie mając pojęcia, że stracił matkę. Ragnar ukucnął przy nim i zastanawiał się, co z nim zrobić. Wtedy dojrzał jaskinię, z której wyszły jeszcze dwa niedźwiadki. Oba brązowe, z tym że jeden całkiem ciemny, a drugi nieco jaśniejszy. Obydwa z daleka przyglądały się przybyłemu człowiekowi, lecz widząc swojego brata, który się go nie bał, poszły za jego przykładem i zbliżyły się do wojownika. Ragnar podrapał się po głowie, po czym wstał i z toporkiem w ręku ostrożnie wszedł do jaskini. Nie była zbyt duża i światło dobiegające z zewnątrz dość dobrze ją oświetlało.

– Gdzie wasz ojciec, co, małe? – rzucił do młodych bestii wiking. – Jest początek zimy, jeszcze nie zapadł w sen. Poza tym nie widzę tu żadnych innych śladów oprócz tych waszej matki, a same nie dacie tu sobie rady.

Ragnar raz jeszcze ukucnął koło zwierząt.

– Chyba musicie pójść ze mną. Podrośniecie i będzie z was kawał dobrych futer – zażartował, po czym po zastanowieniu dodał, tajemniczo się uśmiechając. – No, chyba że będzie z was lepszy pożytek w czym innym.

Niedźwiadki wpatrywały się w niego i chodziły wokół, aby poznać jego zapach. Łasiły się do niego, nie rozumiejąc, że ich nowy znajomy zabił przed chwilą ich matkę.

– Chodźcie, trzeba jakoś przewieźć waszą rodzicielkę do osady. Szykujemy się do wyprawy, a jej ofiara będzie więcej niż miła bogom – powiedział, po czym podszedł do niedźwiedzicy, wyciągnął z niej topór i zaczął nim rąbać drzewo. Chciał z niego zbudować konstrukcję, na której konie, które zostawił niedaleko, zaciągną zwierzynę do osady.

Artykuł Gniewni wojownicy z surowej Północy nadciągają, ich oczy kierują się na Zachód. „Furia Wikingów”. [FRAGMENT KSIĄŻKI] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/gniewni-wojownicy-z-surowej-polnocy-nadciagaja-ich-oczy-kieruja-sie-na-zachod-furia-wikingow-fragment-ksiazki/feed/ 0
Lubił zapalić i napić się piwa. Niedźwiedź Wojtek, jeden z najbardziej niezwykłych żołnierzy II wojny światowej [WIDEO] https://niezlomni.com/lubil-zapalic-i-napic-sie-piwa-niedzwiedz-wojtek-jeden-z-najbardziej-niezwyklych-zolnierzy-ii-wojny-swiatowej-wideo/ https://niezlomni.com/lubil-zapalic-i-napic-sie-piwa-niedzwiedz-wojtek-jeden-z-najbardziej-niezwyklych-zolnierzy-ii-wojny-swiatowej-wideo/#respond Sat, 21 Mar 2020 15:30:36 +0000 https://niezlomni.com/?p=50945

Porywająca i pełna niezwykłego uroku, a co najważniejsze, prawdziwa historia jednego z najbardziej niezwykłych kombatantów II wojny światowej! Wojtek lubił zapalić, napić się piwa niczym prawdziwy żołnierz. Tyle że był ważącym 250 kg niedźwiedziem brunatnym.

Jako sierota trafił w szeregi Armii Andersa maszerującej w 1942 roku z Persji do Palestyny. Pierwotnie był maskotką, jednak wkrótce zaczął aktywnie włączać się w wysiłek bojowy swego oddziału. Podczas kampanii we Włoszech zapracował sobie nawet na miano prawdziwego żołnierza, posiadającego własny stopień i numer ewidencyjny. Od tego czasu symbolem 22. Kompanii Zaopatrzenia Artylerii 2. Korpusu, w której służył, stał się rysunek niedźwiedzia niosącego pocisk.

Po wojnie Wojtek, wraz z towarzyszami broni z 2. Korpusu, przybył do Berwickshire, gdzie został znaczącym członkiem lokalnej społeczności. Następnie przeniósł się do zoo w Edynburgu, ale jego emerytura nie upływała w ciszy i spokoju. Stanowiąc potężny symbol wolności i solidarności dla Polaków na całym świecie, wzbudzał ogromne zainteresowanie. Trwa ono zresztą do dziś, choć od śmierci Wojtka upłynęło już ponad pół wieku.

Historię Wojtka uzupełnia epilog autorstwa Neila Aschersona, podkreślający zasługi Polaków w walce z III Rzeszą.

Fragment książki Aileen Orr, "Niedźwiedź Wojtek. Niezwykły żołnierz Armii Andersa", która ukazała się nakładem wydawnictwa Replika, Poznań 2020. Książkę można na być na stronie internetowej wydawnictwa Replika.

Fragment rozdziału 5. Monte Cassino. Narodziny legendy

Jeden z polskich weteranów bitwy pod Monte Cassino, dumny posiadacz odznaki Wojtka, stworzonej dla uczczenia męstwa niedźwiedzia, tak wspomina te wydarzenia sprzed 65 lat: „Po dotarciu na pozycje naszej artylerii, pospiesznie rozładowywaliśmy pociski i zapalniki, a następnie, po krótkim odpoczynku, wracaliśmy możliwie jak najszybciej po kolejny ładunek. Pomimo podejmowania przez nas wszelkich środków ostrożności, dochodziło do wielu wypadków, w których ginęli liczni kierowcy ciężarówek, staczających się z wąskich dróg w przepastne czeluście stromych jarów”.

Wojtek został wciągnięty w wir opisywanych zdarzeń, stawiając czoła tym samym niebezpieczeństwom, z którymi musieli się zmierzyć otaczający go ludzie. Dla niedźwiedzia był to obcy, niebezpieczny i przerażający świat. Jednak Wojtek szybko się doń przystosował. Znalazłszy się w nowej sytuacji początkowo domagał się uwagi i opieki, odmawiając opuszczenia kwatery z powodu hałasu wybuchających pocisków. Wkrótce jednak pozbył się lęku przed nowymi dlań zjawiskami. Żądny nowych wrażeń, wspinał się na odsłonięte drzewo, które stało nieopodal obozu 22 Kompanii. Z poziomu jego konarów, niedźwiedź wsłuchiwał się w huk wybuchów i spokojnie obserwował tajemnicze błyski eksplozji, pojawiających się na zajmowanym przez Niemców obszarze, który był bombardowany i ostrzeliwany przez ciężką artylerię.

W takich właśnie okolicznościach Wojtek zasłużył sobie na status legendarnego bohatera. Niedźwiedź, obserwując swych towarzyszy, którzy uwijali się w bitewnym zgiełku, pospiesznie rozładowując skrzynki z amunicją artyleryjską, postanowił dołączyć do nich i rozłożywszy na boki swe potężne łapy, dał do zrozumienia krzątającym się wokół żołnierzom, że chce im pomóc w ich wyczerpującej pracy. Wojtek nigdy nie był szkolony do przenoszenia czterdziestopięciokilogramowych skrzyń, w których znajdowały się pociski do dwudziestopięciofuntowych dział, zapalniki do pocisków oraz inne zaopatrzenie artyleryjskie.

Rutynowego postępowania z zasobnikami amunicyjnymi nauczył się, obserwując żołnierzy, którym postanowił pomóc z własnej woli, bez słowa zachęty z ich strony. Stojąc na tylnych łapach, rozkładał swe potężne ramiona, w które żołnierze składali ciężkie skrzynie z amunicją, po czym bez wysiłku przenosił je do podręcznych składów amunicyjnych, zlokalizowanych w pobliżu stanowisk ogniowych.

Po dostarczeniu ładunku do gniazd artylerii, niedźwiedź wracał do ciężarówki po kolejny ładunek śmiercionośnego zaopatrzenia. Wojtek nigdy nie upuścił ani jednego pocisku, z czego dumna była cała jego kompania. Zaznaczyć jednak należy, że pomagając przy wyładunku amunicji, niedźwiedź czynił to na swych własnych warunkach. Całkowicie samodzielnie decydował o tym kiedy i jak długo ma pracować. Czasami konieczne było zachęcenie go do pomocy. Jeśli niedźwiedź zdecydował się na zrobienie przerwy, aby sobie przez chwilkę poleżeć, zachęcenie go do ponownego włączenia się w wysiłek wojenny wymagało poczęstowania go jednym lub dwoma smakowitymi kąskami. Nagradzano go jedzeniem w chwili wręczenia mu skrzynki lub w chwili, gdy odstawiał ją po doniesieniu we właściwe miejsce. Podczas bitwy pod Monte Cassino, kompania Wojtka przewiozła dla wojsk polskich i brytyjskich około 17 300 ton amunicji, 1200 ton paliwa i 1100 ton żywności.

Artykuł Lubił zapalić i napić się piwa. Niedźwiedź Wojtek, jeden z najbardziej niezwykłych żołnierzy II wojny światowej [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/lubil-zapalic-i-napic-sie-piwa-niedzwiedz-wojtek-jeden-z-najbardziej-niezwyklych-zolnierzy-ii-wojny-swiatowej-wideo/feed/ 0
Dziewiętnastowieczny Lwów, ruchy niepodległościowe i powikłane losy wielopokoleniowej rodziny. Ciepła i barwna powieść Ewy Bauer https://niezlomni.com/dziewietnastowieczny-lwow-ruchy-niepodleglosciowe-i-powiklane-losy-wielopokoleniowej-rodziny-ciepla-i-barwna-powiesc-ewy-bauer/ https://niezlomni.com/dziewietnastowieczny-lwow-ruchy-niepodleglosciowe-i-powiklane-losy-wielopokoleniowej-rodziny-ciepla-i-barwna-powiesc-ewy-bauer/#respond Sat, 21 Mar 2020 07:03:32 +0000 https://niezlomni.com/?p=50944

Michael opuszcza dom w Łanach, chcąc znaleźć szczęście w mieście. Zdobywa tytuł mistrza cechu piekarzy, bierze za żonę córkę znanego potentata i wiedzie na pozór szczęśliwe życie w Kołomyi, jednak w sercu wciąż czuje niepokój. Czy wstydliwe tajemnice, które skrywa, wyjdą kiedyś na jaw? Dlaczego przez lata nie ma kontaktu z rodziną i nie potrafi spojrzeć w oczy najlepszemu przyjacielowi?

Mieszanka narodowości w dziewiętnastowiecznym Lwowie, walki o władzę i ruchy niepodległościowe sprawiają, że także Michael będzie musiał odpowiedzieć sobie na pytanie: kim tak naprawdę jest.

Fragment powieści Ewy Bauer zatytułowanej "Kiedyś Ci wybaczę" z cyklu "Tułacze życie Tom 2", która ukazała się nakładem wydawnictwa Replika, Poznań 2020. Książkę można kupić na stronie internetowej wydawnictwa Replika.

Zainteresowanym twórczością pisarki polecamy jej blog, który można śledzić pod adresem ewabauer.pl.

Rozdział 1

Mieszkając w Łanach, Michael nie był do końca świa­dom sytuacji politycznej swojego regionu. W jego do­mostwie największym zmartwieniem było to, by żar­na dalej mieliły i ojciec mógł z pracy młyna wyżywić trzech młodzieńców, a nie spory o władzę czy przebieg odległych granic. W przekonaniu starego Josepha to właśnie ciężka praca fizyczna we młynie miała służyć krajowi, bo, jak wielokrotnie mawiał, tam, gdzie chleb jest, jest i pokój. Taką teorię wyznawał więc i młody Michael, daleko mu było do politycznych sporów, któ­re gdzieś tam się toczyły. Nauka natomiast nie była już taka ważna. Jako koloniści mieli zagwarantowa­ne szkoły założone w każdej wsi, w której osiedlili się przybysze z zachodu, jednak poziom nauczania był niski, a dostęp do źródeł wiedzy ograniczony. Ojciec, niegdyś kształcony w Bad Landeck, przez lata, kiedy zajmował się produkcją mąk i kasz, zdążył wiele zapo­mnieć, a i tak głosił, że te nauki na nic mu się nie zda­ły, bo to, co ważne, to hart ducha i mocny kręgosłup. Zupełnie nie interesował się tym, co się dzieje trochę dalej niż do pierwszego miasteczka, i tak też wycho­wywał synów.

Kiedy więc Michael zdał sobie sprawę, jaka przy­szłość czeka go, gdy pozostanie na wsi, mocno się przeciwko temu zbuntował. Kiedy tylko otworzyła się możliwość kształcenia w szkole w Kamionce Strumiłowej, chętnie z tego skorzystał. Na nauki przyjeżdżała młodzież z sąsiednich wsi, nie tylko niemieckojęzyczna, ale także polska. Był to pierw­szy bezpośredni kontakt młodego Neubinera z miej­scową kulturą i zwyczajami. Szczególnie polubił się z pochodzącym z Kamionki Kubą Muranem, które­go starszy brat mieszkał we Lwowie i terminował tam na cukiernika.

– Mówię ci, to inny świat. Kontakt z możnymi ludźmi, wielkie perspektywy! – opowiadał młody Po­lak z wypiekami na twarzy. Wszystko, czego nie znali, wydawało im się bardzo ciekawe.

Neubiner chłonął nowinki z wielkiego świata. Roz­marzył się:

– Też chciałbym zamieszkać w mieście… Wy­kształcić się, może nawet zostać urzędnikiem! A ty co planujesz po zakończeniu szkoły?

– Ojciec obiecał, że pójdę w ślady brata, jak tylko skończę szkołę. Pojadę do Lwowa! Otworzymy ra­zem cukiernię i wszystkie panny z okolicy będą do nas przychodzić po wypieki.

– Ee, kto kupuje ciasta? Przecież każdy w domu piecze. – Michael był sceptyczny, jednak przyjaciel wiedział, o czym mówi.

– Może na wsi, ale tam, w mieście, to mają pienią­dze. Chodzą eleganckie damy i robią zakupy. Mówię ci! Raz, jak pojechałem do Maćka, to oczu oderwać nie mogłem.

– Od tych panien? Tobie w głowie chyba amory, a nie cukiernictwo. To jest prawdziwy powód, dla któ­rego chcesz tam jechać.

Poprzekomarzali się jeszcze trochę, dopóki nauczy­cielka nie przerwała im rozmowy, by prowadzić lekcję algebry.

Tego dnia Michael wrócił do domu zamyślony. Nie miał ochoty pomagać przy obejściu ani we młynie, w związku z czym napotkał karcące spojrzenie ojca. Wieczorem Joseph wezwał jego i braci, by przedsta­wić plan przekazania gospodarstwa jednemu z synów. Dla Michaela była to okazja, by ujawnić swoje plany, by jasno powiedzieć ojcu, co chciałby w życiu robić, a jeśli nie było to jeszcze wystarczająco sprecyzowa­ne, przynajmniej dobitnie zaznaczyć, czego z pewno­ścią nie chce. Jego starszy o cztery lata brat, Johann, uwielbiał ogrodnictwo. Całe dnie spędzał w polu, a ogród kwiatowo-warzywny przed młynem pod jego nadzorem rozrósł się do nieplanowanych rozmiarów. Albo rośliny trafiły na podatny grunt, albo Johann miał do nich dobrą rękę.

– Ojcze, wiesz o tym, jak bardzo pragnę zamieszkać w mieście – odezwał się Michael, gdy Joseph zapropo­nował mu przyuczenie do zawodu młynarza. – Tam nie przyda mi się znajomość pracy we młynie.

– Tego nie wiesz, nie przewidzisz…

Na twarzy rodziciela zauważył zawód. Pewnie gdy­by matka żyła, stanęłaby w jego obronie, ale ojciec był inny; najważniejsze było jego zdanie, zawsze przeko­nany, że tylko on ma rację. Michael postanowił jednak być nieprzejednany. Tłumaczył, że marzy, by zostać urzędnikiem w mieście, ale przed tym musiał jeszcze przebyć długą drogę i kilka lat nauki z najwyższymi stopniami. Nie chciał rezygnować ze szkoły na rzecz pracy we młynie, zresztą w ogóle nie uśmiechał mu się zawód, jaki z pasją wykonywał ojciec.

Chwilę jeszcze rozmawiali, aż Joseph w końcu od­puścił i do pracy we młynie zaczął namawiać pozosta­łych synów.

Michael urodził się jako drugi, po nim, kilka lat póź­niej, na świat przyszedł Augustin. Kiedy przyjechali do Królestwa Galicji i Lodomerii, życie wywróciło się im do góry nogami. Najpierw zmarła matka, nie wytrzy­mawszy trudów podróży i ciężkich warunków. Potem, wraz z ojcem, który choć był obrotny i postarał się o dach nad głową, a następnie uruchomił młyn, to jed­nak nie miał pojęcia o potrzebach młodych chłopców, zamieszkali na odludziu. Przez kilka lat żyli odseparo­wani od innych dzieci, bez zabawek, nauki czy nawet dostatecznej opieki. Dobrze, że mieli choć siebie. Jo­hann z zamiłowaniem sadził warzywa, w uprawie ro­ślin odnajdując pasję. Ogród szybko zaczął przynosić korzyści, co znacznie ułatwiło im byt.

Mały Augustin był za to bardzo ruchliwym dziec­kiem, więc Michael głównie jego pilnował, żeby nie zrobił sobie krzywdy. Mieszkali nad Bugiem, rzeką w tym miejscu dziką, jednak dzięki wytężonej pracy ojca i kilku pomocników wartką i zdolną poruszyć koła młyńskie. Otoczenie było niebezpieczne dla kilkuletnie­go dziecka, które nie potrafiło przewidzieć, co też może je spotkać, gdy wykona jeden nierozważny krok. Sam Michael nie zbliżał się do rzeki, jeśli tylko nie musiał. Bał się wody, choć nie potrafił wytłumaczyć sobie źró­dła tego lęku. Nigdy nie nauczył się pływać, może dlate­go, że wysiłek fizyczny, a w szczególności gimnastyka nigdy go nie interesowały. Jako nastolatek był chudy, niedożywiony, przygarbiony, o bladej cerze. Ojciec długo tego nie zauważał, przyjmując, że pajda chleba, garść orzechów, kwaterka mleka i micha kaszy to wy­starczające pożywienie dla dojrzewających chłopców. Po kilku latach od przeprowadzki sytuacja dzieci się poprawiła, gdyż w ich domu pojawiła się Margare­tha, dwujęzyczna opiekunka mieszkająca na co dzień w sąsiedniej wsi. Od tej chwili miały zawsze wszystko przygotowane; i ciepłe posiłki, i czyste ubrania, i po­moc w nauce oraz gorące mleko przed snem. Sam Jo­seph korzystał na tym, mogąc cały swój czas poświęcić pracy we młynie bez wyrzutów sumienia, że pozosta­wia synów bez opieki. Praca dawała mu poczucie, że coś w życiu osiągnął, nadawała sens ich przeprowadz­ce, ale także budowała jego pozycję społeczną i posza­nowanie wśród mieszkańców Łanów oraz okolicznych wsi, którzy początkowo bardzo nieufnie podchodzili do przybywających z zachodu kolonistów. Niektórzy całymi latami pracowali na zaufanie lokalnej społecz­ności. Miejscowi obawiali się, że zostaną przez no­wych mieszkańców pozbawieni dóbr albo będą zmu­szeni przyjąć obcą kulturę i zwyczaje.

Neubinerowie tacy nie byli. Trzymali się raczej na uboczu, a jeśli już dochodziło do kontaktów z miej­scowymi, zawsze odnosili się do nich z szacunkiem. Dla dzieci to w ogóle nie był problem, one nie zważały ani na pochodzenie, ani na status społeczny współto­warzyszy zabaw. Pewne utrudnienie stanowiły począt­kowo różnice językowe, ale jako że dzieci posiadają niezwykłą zdolność adaptacji i przyswajania obcych języków, ta bariera szybko zniknęła. Michael często wyrywał się z domu, by włóczyć się z przyjacielem po łąkach i gawędzić o różnych chło­pięcych sprawach. Ciekawiły go wszystkie nowinki, które przynosił od brata. Żaden z nich nigdy nie miesz­kał w mieście, więc mogli sobie jedynie wyobrażać, jak wygląda tam życie. Ich młodzieńcze marzenia co­raz bardziej nabierały kształtów.

Gdy pewnego dnia do wsi przyjechał brat Kuby i opowiedział osobiście o swojej pracy, młody Neu­biner nie wytrzymał i poszedł do ojca prosić go o po­zwolenie na wyjazd. Zastał go we młynie na rozkręca­niu żaren, które w ostatnim czasie zacinały się podczas mielenia.

– Ojcze? – zagadnął, ale stary zbył go ruchem ręki. Nie miał czasu na pogawędki, robota stała, a tuzin wo­rów pszenicy czekał na zmielenie. Michael jednak się nie poddawał, stał obok i wpatrywał się w rodziciela.

– Czego? A wiesz co? Idź, zagrzej wodę, ziół się napiję, wtedy porozmawiamy.

Syn skinął posłusznie głową i zostawił ojca mocu­jącego się z ciężkim sprzętem. Przez myśl przeszło mu nawet, że mógłby mu pomóc, ale zaraz potem się wy­cofał. W końcu Joseph poprosił o zioła, nie o pomoc we młynie, więc to powinien dla niego zrobić. Chwilę później stary Neubiner wszedł do izby cały obsypany mąką, na jego czole widać było krople potu. Uwalane smarem ręce wytarł w kawałek szmaty i usiadł przy ławie, na której parzyły się zioła. Michael usiadł naprzeciwko. Tym razem nie zamierzał dać się zbyć i od razu przeszedł do sedna:

– Ojcze, chciałbym terminować w cechu piekarzy i cukierników.

Stary spojrzał na niego z zainteresowaniem. Nie spodziewał się, że syn wytrwale będzie obstawał przy wyjeździe do miasta. Założył, że jeszcze wiele razy zmieni zdanie, a wobec trudności, które się z tym wią­żą, odsunie marzenia na dalszy plan. Nawet mu się spodobała ta stanowczość, ale nie dał niczego po sobie poznać.

– Jednak nie zostaniesz na wsi, co? Ciągnie cię coś do miasta, oj ciągnie…

Michael się zaczerwienił, komentarz ojca sugero­wał, że coś przed nim ukrywa, a przecież nic takie­go nie było. Może myślał, że jakaś dziewczyna tam na niego czeka? Zaprzeczył szybkim ruchem głowy, jakby odpowiadał na swoje myśli. Zaraz jednak posta­nowił się wytłumaczyć, żeby nie było żadnych niedo­mówień.

– Wiesz, ojcze, że tak. W szkole w Kamionce po­znałem takiego jednego, co we Lwowie mieszka i tam terminuje. – Trochę to uprościł, bo w rzeczywistości chodziło o brata kolegi ze szkoły. Joseph zresztą nie dopytywał. – Zadowolony jest. Praca ciężka, ale jakie możliwości! Chciałbym spróbować. Starał się, żeby jego ton był poważny, a on pewny siebie. Tylko w ten sposób mógł przekonać ojca, od którego potrzebował właściwie nie tylko pozwolenia, ale przede wszystkim pieniędzy, bez których byłoby mu bardzo ciężko.

– A nie boisz ty się, że nie podołasz? W domu taki delikatny jesteś, a tam nikt nie będzie się tobą przej­mował. Przecież chciałeś się uczyć z książek, skąd na­głe zainteresowanie piekarstwem?

Ojciec pokpiwał sobie z niego, ale on nie dał się sprowokować. Sam nie wiedział, skąd taka zmiana za­interesowań. Duży wpływ miały opowieści brata Kuby, który odradzał mu zostanie urzędnikiem, za to mocno zachwalał pracę w cechu. W związku z tym, że Micha­el spodziewał się podobnych argumentów, przygotował się do tej rozmowy i dlatego nie dał się zbić z tropu.

– Dam sobie radę, ojcze – odpowiedział twardo i się wyprostował, by zademonstrować, jaki jest pew­ny swojej decyzji.

Joseph długo na niego patrzył i się zastanawiał. Fach w ręku to nie był zły pomysł, lepsze to niż urzęd­nik nie wiadomo jakiego urzędu. Ale biorąc pod uwagę dotychczasowe zaangażowanie, a właściwie jego brak, w prace fizyczne w gospodarstwie i we młynie, nie był do końca pewien, czy Michael podoła wyzwaniu.

– Proszę, zgódź się. – Syn zaczynał tracić rezon, ale jeszcze tego po sobie nie pokazał. Joseph upił łyk ziółek i wzdrygnął się, wypluwając fragmenty rośliny, które zostały mu na ustach.

– Wiem, że cię tu nie utrzymam. Tyś już miastowy jest. Jeśli tak właśnie chcesz, to się zgadzam.

Michael aż podskoczył z radości. Obszedł ławę i do­padł do ręki ojca. Chwycił ją oburącz, po czym schylił głowę, by ucałować, oddając w ten sposób należny mu szacunek. Joseph zabrał rękę i ponownie podniósł ku­bek. Wychylił napar na tyle, na ile pozwoliły mu na to pływające tam zioła, i wstał od stołu. Zamierzał wracać do roboty. Syn dostał, co chciał, a w związku z tym, że na jego pomoc nie można było już liczyć, Neubiner musiał sam się zatroszczyć o młyn. Michael jednak nie odstępował go, zagradzając mu drogę. Jak się wkrótce okazało, jednak nie był to koniec rozmowy.

– Ojcze… Tam potrzebna opłata do cechu, żeby mnie przyjęli. Ja ci wszystko zwrócę, jak będę zara­biał…

Artykuł Dziewiętnastowieczny Lwów, ruchy niepodległościowe i powikłane losy wielopokoleniowej rodziny. Ciepła i barwna powieść Ewy Bauer pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/dziewietnastowieczny-lwow-ruchy-niepodleglosciowe-i-powiklane-losy-wielopokoleniowej-rodziny-ciepla-i-barwna-powiesc-ewy-bauer/feed/ 0
Poruszający wiersz wybitnego angielskiego twórcy o Matce Boskiej Częstochowskiej. „Pani i Królowo, tajemnic Tajemnico/Któraś Regentką na niezmąconych niebiosach” https://niezlomni.com/poruszajacy-wiersz-wybitnego-angielskiego-tworcy-o-matce-boskiej-czestochowskiej-pani-i-krolowo-tajemnic-tajemnico-ktoras-regentka-na-niezmaconych-niebiosach/ https://niezlomni.com/poruszajacy-wiersz-wybitnego-angielskiego-tworcy-o-matce-boskiej-czestochowskiej-pani-i-krolowo-tajemnic-tajemnico-ktoras-regentka-na-niezmaconych-niebiosach/#respond Fri, 20 Mar 2020 06:53:53 +0000 https://niezlomni.com/?p=50951

"Pani i Królowo, tajemnic Tajemnico

Któraś Regentką na niezmąconych niebiosach".

Autorem "Ballady do Matki Boskiej Częstochowskiej" jest wybitny pisarz angielski Hillaire Belloc (1870-1953), przyjaciel Gilberta K. Chestertona (1874-1936). Wiersz został opublikowany przez Jerzego Pietrkiewicz w "Antologii liryki angielskiej 1300-1950", PAX, Warszawa 1987, s. 290-291.

Artykuł Poruszający wiersz wybitnego angielskiego twórcy o Matce Boskiej Częstochowskiej. „Pani i Królowo, tajemnic Tajemnico/Któraś Regentką na niezmąconych niebiosach” pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/poruszajacy-wiersz-wybitnego-angielskiego-tworcy-o-matce-boskiej-czestochowskiej-pani-i-krolowo-tajemnic-tajemnico-ktoras-regentka-na-niezmaconych-niebiosach/feed/ 0
Jak odkryć prawdę, kiedy wszyscy kłamią? Wciągający thriller osadzony w realiach świata po katastrofie https://niezlomni.com/jak-odkryc-prawde-kiedy-wszyscy-klamia-wciagajacy-thriller-osadzony-w-realiach-swiata-po-katastrofie/ https://niezlomni.com/jak-odkryc-prawde-kiedy-wszyscy-klamia-wciagajacy-thriller-osadzony-w-realiach-swiata-po-katastrofie/#respond Fri, 20 Mar 2020 06:20:37 +0000 https://niezlomni.com/?p=50943

Nieodległa przyszłość. Świat zmaga się ze skutkami globalnego ocieplenia. Na terenie eksperymentalnego garnizonu w Fort Salem zostają znalezione zwęglone zwłoki młodej kobiety. Ofiarą jest słynna snajperka, niedawno przydzielona do Bazy Korpusu Sił Powietrznych.

Makabryczną zbrodnię próbuje rozwikłać Leah Marsh z Wojskowego Wydziału Śledczego. Jednak jej dochodzenie napotyka na zmowę milczenia, z jaką nigdy w swojej karierze nie miała do czynienia. Co okaże się silniejsze: chęć znalezienia i ukarania sprawcy czy lojalność wobec sióstr broni i obawa przed osłabieniem autorytetu armii?

Fragment książki Doriana Zawadzkiego pod tytułem "Kobieta w Masce", Wyd. Replika, Poznań 2020. Książkę można nabyć na stronie wydawnictwa Replika.

ROZDZIAŁ 1

Rok 40 Nowej Ery (2125 według kalendarza gregoriańskiego),

4 sierpnia – sobota, Baza Lotnicza Sił Powietrznych Armii Zjednoczonych Narodów Północnego Atlantyku i Pacyfiku w Salem (Oregon, d. USA)

Godz. 05:56

Niesione wiatrem znad morza masy wilgotnego powietrza ciągnęły w głąb lądu, zatrzymując się na naturalnej zaporze Gór Kaskadowych. Promienie wschodzącego słońca wspinały się po granitowym grzbiecie aż po skuty lodem wierzchołek stratowulkanu Góry Hood. A spływające potoki szumiały w dolinie porośniętej drzewami szpilkowymi i paprociami.

Baza Lotnicza Trzeciego Żeńskiego Korpusu Sił Powietrznych leżała w samym sercu lasu, na wyrwanym naturze, spadzistym, wykarczowanym gruncie otoczonym stalową siatką znajdującą się całodobowo pod napięciem o mocy stu tysięcy woltów. Na rozstawionych co trzysta metrów wieżyczkach trzy razy na dobę zmieniały się wartowniczki. Każda z nich po upływie szesnastu godzin obejmowała kolejną zmianę na sąsiednim posterunku zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Na zachód od garnizonu, w dole, migotały odległe światła miasta Salem. Czarna otchłań roztaczająca się poza jego granicami to był Pacyfik.

Droga wiodąca na tyłach budynku została wylana betonem i oznaczona żółtym pasem bezpieczeństwa w odległości dwóch metrów od ogrodzenia. Budynek koszar oznaczony numerem cztery, podobnie jak jego sześciu bliźniaczych braci, oprócz parteru posiadał piętro, na które prowadziły zewnętrzne drewniane schody. W zeszłym miesiącu pracownice administracji przeprowadziły w nich anonimową ankietę, pytając wszystkie szeregowe, podoficer i oficer: jak oceniają integrację połączoną z zachowaniem dyscypliny? Wyniki okazały się niepokojąco rozbieżne: siedemnaście procent odpowiedziało, że dobrze, pięćdziesiąt cztery procent wolało się nie wypowiadać, a trzydzieści siedem wyraziło niezadowolenie. Oznaczało to, że „fala” w garnizonie przybrała niebezpieczne rozmiary.

Porucznik Leah Marsh była kobietą średniego wzrostu, ale, idąc posuwistym krokiem z pochyloną głową, sprawiała wrażenie niskiej i zmęczonej. W styczniu skończyła czterdzieści trzy lata, z czego siedemnaście lat odsłużyła w Drugim Korpusie Piechoty Morskiej w Baltimore, a od ośmiu pracowała w Wojskowym Biurze Śledczym w Vancouver. Miała opinię utalentowanej i nieustępliwej służbistki, którą potwierdzały trzy rozwody.

Towarzysząca jej porucznik Emma Fornier pochodziła jakby z innego świata, była energiczna, o dwie dekady młodsza od Marsh, szła wyprostowana. Musiała skracać krok, żeby dostosować się do tempa śledczej.

– Kto zjawił się pierwszy na miejscu zdarzenia? – spytała Marsh.

– Sierżant Sorensen – odparła Fornier.

– Kiedy to było?

– Mniej więcej za kwadrans druga nad ranem.

– Co tu robiła?

– Wykonywała rutynowy patrol.

Marsh podniosła głowę.

– Patrol?

– Tak, pierwszy o dwudziestej trzeciej zero zero, drugi o pierwszej, a trzeci o trzeciej. Jesienią i zimą dochodzi jeszcze czwarty o piątej nad ranem. Trasa patrolu obejmuje wyłącznie koszary zdecentralizowane, w środku i na zewnątrz. Zwykle trwa to trzy kwadranse. – Fornier mówiła z mocnym francuskim akcentem, zastępując literę „r” przez „h”. Brzmiało to zabawnie albo irytująco w zależności od tego, kto słuchał.

Marsh w zamyśleniu kiwnęła głową.

– Ktoś to sprawdza?

– Nie, jest grafik. Patrole wykonują wyłącznie podoficer. Nigdy nie było powodów, aby podejrzewać, że je opuszczają albo skracają.

– Godziny tych patroli są stałe?

Fornier zawahała się, zanim udzieliła odpowiedzi.

– Tak, pani porucznik.

Zbliżyły się do drzwi na tyłach budynku, przed którymi wartę trzymała wyprostowana jak struna szeregowa. Zimne krople zacinającego deszczu przemoczyły jej zielony mundur do suchej nitki, dalej z uporem rozbijając się o nieruchomą twarz. Marsh przypomniała sobie wizytę sprzed lat w muzeum figur woskowych madame Tussaud w Londynie, dokąd poleciała na miesiąc miodowy ze swoim pierwszym mężem – Szkotem.

– A zatem mogę założyć, że wszyscy w garnizonie znają te godziny oraz trasę patrolu i gdyby któraś z żołnierek chciała po zarządzeniu ciszy nocnej przedostać się z budynku „A” do budynku „B”, zapewne potrafiłaby wybrać odpowiedni moment, żeby nie zostać zauważona.

Fornier zwolniła szeregową, która bez chwili zwłoki odmaszerowała, znikając za rogiem budynku, i chociaż było to pytanie retoryczne, poczuła się w obowiązku odpowiedzieć:

– Myślę, że tak, pani porucznik.

Marsh zadawała kolejne pytania:

– To dlaczego nie stosuje się tutaj godzin rotacyjnych?

Fornier uniosła ramiona, jakby dopiero teraz zauważyła, że pada deszcz.

– Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie… ta decyzja leży w gestii administracji garnizonu.

– A kto jest szefem administracji?

– Pułkownik Quintana.

Marsh stanęła przodem do otwartych na oścież drzwi. W pomieszczeniu panowała ciemność, ale nie dlatego, że pierwsze promienie wschodzącego słońca jeszcze tutaj nie dotarły. Odniosła nieprzyjemne wrażenie, że wypełniający wnętrze mrok zamiast topnieć z każdą chwilą jeszcze gęstniał.

Czekała nieruchomo, nasłuchiwała. Starała się wchłonąć i zapamiętać wszystko, co czuła. Pierwsze wrażenie. Dla śledczego najważniejsze są te myśli, które pojawiły się na miejscu zdarzenia właśnie jako pierwsze. Zmysły są wciąż wyostrzone, zbierają informacje, po czym przygasają zmęczone natłokiem faktów i teorii.

Przykucnęła, zamknęła oczy. Próbowała poczuć, co to miejsce ma jej o sobie do powiedzenia: wilgoć, spalenizna, środki chemiczne, guma i nienazwany słodkawy odór unoszący się niczym niewidzialna, lepka mgła, zawsze tam, gdzie wybuchały pożary i były ofiary śmiertelne.

Fornier chrząknęła.

– Mogę coś dodać…?

– Śmiało.

– Te nocne patrole mają wyłącznie zadanie prewencyjne. Jeśli zachodzi uzasadnione podejrzenie złamania regulaminu, wtedy w pokojach dokonywane są niezapowiedziane rewizje.

– A jak często zachodzi taka potrzeba?

Młoda porucznik uniosła kącik ust.

– Po każdym święcie, kiedy szeregowe wracają z przepustek. Zawsze któraś próbuje przemycić kontrabandę.

Marsh wyprostowała się, odsunęła z twarzy gęste kasztanowe włosy. Włożyła na mokre dłonie białe lateksowe rękawiczki, foliowe ochraniacze na buty i wyciągnęła z kieszeni płaszcza latarkę taktyczną z paralizatorem.

– Proszę powiedzieć mi coś o tym pomieszczeniu.

Fornier wyjrzała śledczej przez ramię.

– Mieści się tam pralnia. W każdy piątek o siedemnastej zero zero żołnierki wystawiają na korytarz ponumerowane worki z odzieżą służbową, prześcieradłami i poszewkami na pościel. Dyżurne szeregowe zbierają wszystko do wózka i przywożą tutaj.

Snop światła padł na stos worków ułożonych na środku pomieszczenia. Marsh przesunęła nim wzdłuż stojącego pod ścianą szeregu ogromnych pralkosuszarek, a potem skierowała strumień w odległy czarny kąt.

– I urządzają wielkie pranie?

– Tak, trwa to cały weekend.

Śledcza poświeciła w górę, znalazła na suficie dwa rzędy zraszaczy oraz klosz zasłaniający żarówkę. Sięgnęła do włącznika na ścianie. Nic, wciąż ciemność. Skierowała snop światła pod nogi, weszła za próg i podniosła kłódkę. Ruchomy pałąk, który otwierał i zamykał obręcz został wyłamany.

– Ile osób przebywało na terenie garnizonu ubiegłej nocy?

– Musiałabym dokładnie sprawdzić w ewidencji… ale przypuszczam, że nie więcej niż jedna trzecia. Zazwyczaj w piątek po siedemnastej większość żołnierek jest zwalniana na przepustki. Zostają tylko te, które mają dyżur.

– Jak pani i sierżant Sorensen?

– Tak jest – czekająca w progu Fornier wzruszyła ramionami – i jeszcze jakieś siedemset innych.

Marsh przystanęła na środku pralni i obracając się, wodziła wzrokiem za snopem latarki. Nie wiedziała, czy to, czego szukała, wciąż jeszcze tu jest, ale chciała się upewnić.

– A jakie obowiązki miała pełnić porucznik Rosenheim?

– O ile się orientuję… była zawieszona.

– Mhm… dlaczego?

Oddelegowana do dyspozycji śledczej i mająca służyć wszelką pomocą porucznik Fornier zwlekała z odpowiedzią. Zastanawiała się, co mogła, a co musiała powiedzieć.

– Na polecenie jej bezpośredniej przełożonej, major Kaas… wszystko jest w aktach.

Marsh świeciła po ścianach pralni, zaglądając w otwarte gardziele perforowanych bębnów. Chciała już zrezygnować i przejść dalej, kiedy coś zauważyła. Z jednego z worków leżących u jej stóp wystawał metalowy łom. Wyciągnęła go i zważyła w dłoni. Kawał solidnego żelastwa.

– Czy to sierżant Sorensen ugasiła pożar?

– Nie, kiedy przybyła na miejsce już się nie paliło. – Podniecona Fornier wyciągnęła szyję, przestępując w progu z nogi na nogę. – Pod sufitem są zainstalowane zraszacze i wykrywacz dymu. Przepisy przeciwpożarowe.

Marsh ruszyła w głąb pralni, oddychając przez usta. Z każdym krokiem słodkawy odór stawał się coraz mocniejszy.

– Znała pani porucznik Rosenheim?

– Tylko ze słyszenia! – zawołała Fornier.

Marsh zatrzymała się, wędrując latarką od okna do czarnego kąta w pralni. Gipsowa ściana była pokryta sadzą od podłogi do sufitu, a szyba tak osmolona, że nie można było odróżnić dnia od nocy. Ogień był jak żywa istota: rodził się, oddychał i zjadał to, co mu podano. A kiedy zaspokoił pierwszy głód wspiął się na drewniany parapet, ale nie dlatego, że drewno jest łatwopalne, tylko że sam tego chciał. Chciał rosnąć, reprodukować się i polować. Szyba w oknie i woda w zraszaczach go powstrzymały.

Śledcza podeszła bliżej, z wózka na pranie zostały tylko kółka i stelaż ze stali nierdzewnej. Na podstawie leżały spalone zwłoki z groteskowo powykręcanymi kończynami, przybierając pod wpływem wysokiej temperatury pozycję embrionalną. Marsh włożyła latarkę do ust i wyciągnęła z wewnętrznej kieszeni płaszcza zdjęcie. Porucznik Rebeka Rosenheim miała dwadzieścia dwa lata, trójkątną twarz z wyraźnie zaznaczonym podbródkiem i kośćmi policzkowymi, duże jasne oczy i wąskie usta z wydatnym łukiem kupidyna. Zjawiskowa androgyniczna uroda zapewne sprawiała, że wszędzie, gdzie tylko się pojawiła, musiała wzbudzać zainteresowanie. Patrząc na nią, nie można było mieć do końca pewności, czy jest to piękna dziewczyna, czy może przystojny chłopak.

Marsh przeniosła wzrok z fotografii na zwęglone szczątki, jej wyobraźnia naniosła oczy z powrotem do pustych oczodołów, a ponad dwoma dziurkami pośrodku uformował się zgrabny nos. Krótsze u dołu i dłuższe na górze czarne włosy porucznik Rosenheim czesała na bok. Marsh zauważyła na okrągłej czaszce niewielką szczelinę. Postrzępiona pajęczyna pęknięć rozchodziła się na boki jak przyklejona rozgwiazda. Łom zaczął jej ciążyć w dłoni.

– Ani razu ze sobą nie rozmawiałyście?

– W Fort Salem jest nas na co dzień dwa tysiące – odparła Fornier.

– I ani jednego mężczyzny?

Marsh obróciła się, snop latarki padł na umieszczony na ścianie włącznik główny prądu – dźwignia była opuszczona – a potem na stojącą w wejściu młodą porucznik. Fornier uniosła dłoń, żeby osłonić oczy, ale nie zdążyła zgasić uśmiechu.

– Ani jednego.

**********************************************************************************

Artykuł Jak odkryć prawdę, kiedy wszyscy kłamią? Wciągający thriller osadzony w realiach świata po katastrofie pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/jak-odkryc-prawde-kiedy-wszyscy-klamia-wciagajacy-thriller-osadzony-w-realiach-swiata-po-katastrofie/feed/ 0
Pełna ciepła i optymizmu saga rodzinna. Niezwykła historia na przekór nadmiernej konsumpcji i wyścigowi szczurów. [WIDEO] https://niezlomni.com/pelna-ciepla-i-optymizmu-saga-rodzinna-na-przekor-nadmiernej-konsumpcji-i-wyscigowi-szczurow-niziolkowie-tworza-niezwykla-historie-wielopokoleniowej-rodzin-wideo/ https://niezlomni.com/pelna-ciepla-i-optymizmu-saga-rodzinna-na-przekor-nadmiernej-konsumpcji-i-wyscigowi-szczurow-niziolkowie-tworza-niezwykla-historie-wielopokoleniowej-rodzin-wideo/#respond Thu, 19 Mar 2020 07:57:36 +0000 https://niezlomni.com/?p=50939

Róża i Robert, i ich wchodzące w dorosłość dzieci − Gosia (Perełka), Jan Peregryn oraz Elanora Pulcheria, dla swoich po prostu Elka, to główni bohaterowie opowieści o rodzinie o wdzięcznym nazwisku Niziołek.

Wszyscy czytają książki, a numerem jeden jest zdecydowanie Władca Pierścieni. Na przekór nadmiernej konsumpcji i wyścigowi szczurów, Niziołkowie oddychają atmosferą książek, żyją życiem bohaterów, toczą boje w ich imieniu, sami tworząc niezwykłą historię zwykłej, wielopokoleniowej rodziny. Powtarzając za Autorką, śmiemy marzyć, że Niziołkowie podarują Wam odrobinę uśmiechu i wzruszeń, jednocześnie wnosząc do Waszych domów ciepło i ponadczasowe, niezmienne wartości.

Fragment książki Małgorzaty Klunder, Tadeusz od spraw zwykłych, Niziołkowie z ulicy Pamiątkowej Część 4. Książki można nabyć na stronie wydawnictwa Replika.

Prolog

Była sobota, dziewiąty lipca dwa tysiące szesnastego roku. Ksiądz Jan, pełniący do czasu nowej nominacji obowiązki proboszcza parafii St Marie’s przy Reminder Street, jak zawsze w sobotnie popołudnie ukląkł obok krzesła w dużym pokoju.

 

– Odbija ci, Janeczku? – zapytał dobrotliwie ksiądz Tadeusz.

 

– Robię tylko rachunek sumienia! – pośpiesznie odpowiedział Janek. – Może być ksiądz spokojny, do spowiedzi pójdę normalnie do Świętego Niniana albo gdzieś…

 

– A, jak tylko rachunek sumienia, to jazda – zachęcił go były proboszcz.

 

Pani Smith tak mnie wkurzyła na pogrzebie księdza, że… – zawahał się odrobinę penitent, to jest bzdury gada narrator, robiący rachunek sumienia, oczywiście.

 

– Tak?… – z naciskiem dopytywał się ksiądz Tadeusz.

 

– Podpuściłem Ethana i Adama, żeby… – Oj, nabroił ten były wikary i ciężko mu teraz szło!

 

– Żeby?… – popędził go ksiądz Tadeusz.

 

– Wysmarowali jej samochód… – Jasiek nabrał oddechu – …nieczystościami – dokończył elegancko.

 

– Znaczy, gównem? – sprecyzował szef. Może już nie proboszcz, ale szefem pozostanie na wieki wieków.

 

– Tak – potwierdził ze skruchą Janek. Księżowska rutyna tak w nim siedziała, że ani mu w głowie nie postało tłumaczyć swoje postępowanie okolicznościami obiektywnymi. A okoliczności były doprawdy obiektywne: pani Smith najpierw nad grobem zalewała się łzami, przeszkadzając spazmowaniem w obrządku, by potem, nim jeszcze ostatnia garść ziemi spadła na trumnę, zacząć obgadywać proboszcza i rozpuszczać niewiarygodne plotki, że ponoć zostawił po sobie dwustuakrową posiadłość koło Aviemore i ciekawe, komu ją zapisał. Czy aby nie wikaremu i dlaczego właśnie jemu?

– A wiesz, że to podpada pod gorszenie maluczkich? – zapytał surowo ksiądz Tadeusz.

 

– Wiem – szepnął Janek i pochylił nisko głowę.

 

– Coś jeszcze? – zapytał szef.

 

– To, co zawsze. – Janeczek się ożywił. – Opowiadałem na stypie kawał o grabarzu, którego chciał przestraszyć pewien pijak…

 

– To nie jest nieprzyzwoite – zadecydował ksiądz Tadeusz.

 

– I o pijaku, do którego przyszła maleńka śmierć… – kontynuował Jasiek.

 

– Tego nie znam! – wciągnął się były proboszcz.

 

– Pijak padł na kolana i dalej błagać: „Nie zabieraj mnie jeszcze! Poprawię się! Przestanę pić!”.

 

– I co dalej? – spytał ochoczo ksiądz Tadeusz.

 

– A śmierć na to: „Zamknij się, ja nie po ciebie, ja po chomika!”.

 

– Jeżeli w miejsce „zamknij się” nie powiedziałeś „spierdalaj”, to również nie jest grzech – uznał ksiądz Tadeusz, a Janeczek tylko się spłonił. – Wieczorek przy tym był?

 

– Specjalnie się przecież do niego dosiadłem – potwierdził Jasiek.

 

– Pił na stypie? – chciał wiedzieć szef.

 

– Tak ksiądz pyta, jakby nie wiedział najlepiej! – żachnął się p.o. proboszcza, bo może i był łobuzem, co na stypie po proboszczu pikantne kawały opowiadał, ale wiary nikt mu odmówić nie mógł. – Nie pije od marca i na stypie też wytrzymał!

 

– W takim razie to dobry uczynek, a nie grzech – zawyrokował ksiądz Tadeusz. – Jeszcze coś? A jak tam biskup?

 

– Na razie w porządku, niech się ksiądz nie boi, w tej materii poza grzeszenie myślą się nie posunę! – obiecał natychmiast były wikary.

 

– No dobrze – powiedział z namysłem ksiądz Tadeusz. – To zrobimy tak: za pokutę pójdziesz do spowiedzi do Piotrowinów w Glenrothes…

 

– Za jaką pokutę?! – oburzył się momentalnie Janek. – Przecież to tylko rachunek sumienia!

 

– Nie chrzań, synu – usłyszał w odpowiedzi. – Nie musisz latać do nich co tydzień, raz na miesiąc wystarczy. Co tydzień zrób sobie tylko rachunek sumienia. I możesz chodzić raz do jednego, raz do drugiego, na zmianę. Im to też dobrze zrobi – powiedział szef z satysfakcją – bo chociaż raz posłuchają sobie ciekawej spowiedzi, a nie takich pobożnych blubrów 1. Poza tym będą ci się musieli zrewanżować, a to też im się przyda. Spowiednikiem jesteś, synu, doskonałym, wiem coś o tym…

 

– Okej, proszę księdza – uśmiechnął się Jasiek. Po czym wstał, ruszył do jeepa i pojechał prosto do Glenrothes, żeby mu się po drodze nie odechciało.

 

– Chciałem prosić o spowiedź – powiedział w drzwiach do Piotrowina od Smartfonu.

 

******************************************************************************

 

Ksiądz Tadeusz nie żyje i wydawałoby się, że historia jest definitywnie skończona. Ale nagle zaczyna się coś dziać, po cichutku, dyskretnie, zwyczajnie. Ojciec Ryan, jeden z Piotrowinów, czyli adwersarzy naszych bohaterów, postanawia najlepiej jak potrafi kontynuować działo księdza Tadeusza. Biskup, który przeprowadził całą intrygę, odczuwa wyrzuty sumienia i chce naprawić to, co jeszcze naprawie podlega. Alexander, zamożny właściciel ziemski, wspiera swoim majątkiem i własną pracą działania Ryana. David i Ela żyją w pewności, że ksiądz Tadeusz otacza ich opieką z nieba. To samo powiedziałby o sobie, gdyby mówić potrafił, kot Ginger, trzy dni wędrujący w poszukiwaniu swojego ulubionego Człowieka w Białej Obroży. Księdza Jędrzeja, objazdowego duszpasterza z Highlandu, wyprowadził z mgły jak mleko jakiś nieznany kierowca. Leo, teść Rafała Anioła, nie waha się ani chwili, komu przedstawić problemy swojej wnuczki Michasi. Dziwne, choć zwykłe przypadki, mają miejsce także na polskiej ziemi, na Lednicy, w parafii na Ratajach, gdzie dożywa swoich dni niegdysiejszy proboszcz Tadka, ksiądz Wincenty, a także u wuja Anioła w Gołuchowie, który ni stąd ni zowąd dowiaduje się, że jego drugi syn Gabriel wziął po kryjomu ślub. Co oczywiste, w najbliższy, najbardziej namacalny sposób kontakt z księdzem utrzymuje Janek, który cały czas w swoim sercu, głowie i duszy prowadzi z nim rozmowy. Ale podobnego fenomenu, choć na bardzo skromną, niziołkowo zwyczajna miarę, doznają jego rodzice. Nawet Rasta, stary harleyowiec, jeszcze jeden polski emigrant, dokonuje pewnych wyborów życiowych pod wpływem wspomnień – ale czy tylko wspomnień? – o dawnym proboszczu. Jednak największy cud, uratowanie w wypadku samochodowym syna pani Marioli ze sklepu z garniturami, widoczny jest jedynie dla oczu czytelnika, bo tak jak wszystkie inne pozostaje cicho, wręcz pokornie w ukryciu.

 

Chciałoby się powiedzieć, że tych najzwyklejszych przypadków, choć każdy z osobna można po ziemsku zwyczajnie wyjaśnić, robi się stanowczo za dużo. A do drzwi plebanii puka już kolejny przypadek w osobie niezwykle barwnego księdza Stanisława Deskura z Bystrej Podhalańskiej, który będzie pełnił posługę wikarego. W tym samym czasie odbywa się chrzest drugiego synka Bachów, Tadka, co do losów którego dziadek Robert dostał wyraźne wskazówki. Zatem gdzieś tam hen w Szkocji pojawia się druga i trzecia zmiana jednocześnie.

 

Saga opisuje losy poznańskiej rodziny Niziołków od lat sześćdziesiątych począwszy, na XXI wieku kończąc. Wszyscy członkowie rodziny uwielbiają książki, a rodzinnym numerem jeden jest Władca Pierścieni.

 

Historia rodziny, w której każdy może odnaleźć cząstkę swojej własnej przeszłości, wspomnienia z wychowywania dzieci i wydarzenia z życia codziennego. Ciekawa, mądra, ciepła i ozdobiona poczuciem humoru opowieść, w której wartości takie jak przyjaźń, miłość, rodzina, lojalność, godność, miłosierdzie, wiara – jeszcze coś znaczą.

 

Artykuł Pełna ciepła i optymizmu saga rodzinna. Niezwykła historia na przekór nadmiernej konsumpcji i wyścigowi szczurów. [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/pelna-ciepla-i-optymizmu-saga-rodzinna-na-przekor-nadmiernej-konsumpcji-i-wyscigowi-szczurow-niziolkowie-tworza-niezwykla-historie-wielopokoleniowej-rodzin-wideo/feed/ 0