Niezłomni.com https://niezlomni.com Portal informacyjno-historyczny Tue, 03 May 2022 03:03:32 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=4.9.8 https://niezlomni.com/wp-content/uploads/2017/08/cropped-icon-260x260.png Niezłomni.com https://niezlomni.com 32 32 Niezwykła, poruszająca powieść o sile wspomnień i rodzinnych wartościach. Wyszła spod pióra jednej ze współczesnych ikon literatury. https://niezlomni.com/niezwykla-poruszajaca-powiesc-o-sile-wspomnien-i-rodzinnych-wartosciach-wyszla-spod-piora-jednej-ze-wspolczesnych-ikon-literatury/ https://niezlomni.com/niezwykla-poruszajaca-powiesc-o-sile-wspomnien-i-rodzinnych-wartosciach-wyszla-spod-piora-jednej-ze-wspolczesnych-ikon-literatury/#respond Tue, 03 May 2022 03:03:32 +0000 https://niezlomni.com/?p=51400

W wieku dziewięćdziesięciu jeden lat Ptolemeusz Grey jest człowiekiem zapomnianym przez świat – przyjaciół, rodzinę, a nawet przez siebie samego. Zamknięty w czterech ścianach mieszkania pogrąża się samotnie w demencji.


Pewnego dnia na pogrzebie siostrzeńca spotyka siedemnastoletnią Robyn i doświadcza znaczącej odmiany – w głowie, w sercu i w życiu.
Robyn jest inna niż wszyscy. Zabrania Ptolemeuszowi żyć w zapomnieniu, wśród dręczących go wspomnień, i całkowicie odmienia jego egzystencję. Z jej pomocą, a także za sprawą eksperymentalnej terapii, Ptolemeusz wynurza się z izolacji. Znów doświadcza radości życia, a jego blaknący umysł odzyskuje klarowność i wigor, co pozwala odkryć niedostępne od dekad tajemnice.

Majstersztyk. Opowiadana intymnym szeptem książka wbija nas głęboko w umysł wiekowego człowieka, który zachował resztki wspomnień i poszukuje klucza do rozwiązania starej zagadki. – “The New York Times Book Review”.

Na podstawie książki powstał serial z Samuelem L. Jacksonem dostępny na platformie Apple TV+.

Fragment książki Walter Mosley, Ostatnie dni Ptolemeusza Greya, Wyd. Replika, Poznań 2022. Książę można nabyć na stronie Wydawnictwa Replika.

Fragment
– Halo? – odezwał się do słuchawki bardzo, bardzo stary, czarnoskóry mężczyzna.
Telefon według jego własnych obliczeń nie dzwonił już od ponad półtora tygodnia, ale tak naprawdę milczał zaledwie od trzech dni. I wówczas ktoś wybrał jego numer, kobieta. Wydawała się smutna. Pamiętał, że telefonowała więcej niż jeden raz.
W tle cicho sączyły się z radia dźwięki klasycznej muzyki fortepianowej. Z pocieszyciela telewizora dobiegała paplanina, gdyż nastawiony był na stację, która przez dwadzieścia cztery godziny na dobę nadawała wiadomości.
– Kto mówi? – zapytał stary człowiek, zanim usłyszał głos rozmówcy.
– Papa Grey? – dotarł do niego męski głos.
Był to głos człowieka młodego, wolnego od stresu i ciężaru starczego wieku.
– To ty, Reggie? Gdzie się podziewałeś, chłopaku? Czekam na ciebie od tygodnia. Nie, nie, od dwóch tygodni. Właściwie to nie wiem dokładnie, ale od bardzo długiego czasu.
– Nie, papo Grey, nie, to ja, Hilly.
– Kto? A gdzie jest Reggie?
Hilly milczał przez dwie sekundy i stary człowiek szybko zapytał:
– Jest tam kto?
– Jestem, papo Grey – zapewnił go głos. – Jestem.


Tak, z pewnością ktoś tam był, na drugim końcu linii telefonicznej. Ale właściwie kto? Grey rozejrzał się po pokoju w poszukiwaniu jakiejś wskazówki, która pozwoliłaby mu zidentyfikować rozmówcę, ale zobaczył tylko sterty gazet, pudła każdego rozmiaru i kształtu, no i meble. Stało tu przynajmniej dziesięć krzeseł oraz wielkie biurko, podparte w miejscu wyłamanej nogi. Dwa stoły jadalne były przysunięte do południowej i wschodniej ściany.
– „Nadaliśmy etiudę As-dur numer 2 Fryderyka Szopena” – oznajmił spiker z radia. – „A teraz wspólnie posłuchamy…”
– Papo Grey? – odezwał się głos z telefonu.
– „…dzisiaj w Bagdadzie i okolicach miasta eksplodowało pół tuzina bomb. Zginęły sześćdziesiąt cztery osoby…”
Czy źródłem głosu było radio, czy może telewizor? Nie. To jego własne ucho. Telefon…
– Kto mówi? – zapytał Ptolemy Grey, przypomniawszy sobie, że prowadzi rozmowę telefoniczną.
– To ja, Hilly, papo. Syn twojej siostrzenicy. Syn córki June.
– Kto?
– Hilly – odparł młody człowiek, lekko unosząc głos. – Twój siostrzeniec.
– Gdzie jest Reggie? – zapytał Ptolemy. – Gdzie jest mój syn?
– On dzisiaj nie może przyjść, wujku – odparł Hilly. – Mama poprosiła mnie, żebym do ciebie zatelefonował i zapytał, czy czegoś nie potrzebujesz.
– Do diabła, tak – powiedział Ptolemy, zastanawiając się, co właściwie ma na myśli rozmówca.
– Tak?
– Co tak?
– Potrzebujesz czegoś?
– Oczywiście. Potrzebuję bardzo wielu różnych rzeczy. Reggie nie dzwonił do mnie pewnie od tygodnia, ale może minęły dopiero trzy dni. Zostały mi cztery puszki sardynek, a on zawsze kupuje mi karton z czternastoma. Codziennie zjadam jedną puszkę na lunch. Ale Reggie nie zadzwonił i nie wiem, co będę jadł, kiedy skończą się ryby i… i… i… płatki owsiane.
Rozpoczęła się sonata fortepianowa.
– Co mam ci przywieźć? – zapytał Hilly.
– Przywieźć? Tak, tak. Przyjedź tutaj i zawieź mnie na zakupy. Razem z Reggiem.
– Mogę sam z tobą pojechać, wujku – powiedział Hilly bez entuzjazmu.
– Wiesz, gdzie jest sklep? – zapytał stryjeczny dziadek.
– Jasne, że tak.
– No nie wiem. Nigdy cię tam nie widziałem.
– Ale wiem, gdzie jest sklep.
– Przyjdzie Reggie?
– Nie dzisiaj.
– Dlaczego? Nie… nie, nie mów mi, dlaczego. Nie rób tego. A więc ty przyjdziesz… hmmm… hmmm, Hilly? – Ptolemy uśmiechnął się, zadowolony, że zapamiętał to imię.
– Tak, papo Grey?
– Kiedy?
– Za godzinę.
Staruszek zerknął na zegar, stojący na kulawym biurku.
– Mój zegar mówi, że jest piętnaście po czwartej – powiedział Ptolemy do wnuka swojej siostry, Hilly’ego Browna.
– Jest za dziesięć druga, wujku, a nie czwarta piętnaście.
– Ale musisz jeszcze dodać czterdzieści pięć minut. Będę na ciebie czekał krótko po piątej. No, przynajmniej przed szóstą.
– No tak, oczywiście.

Artykuł Niezwykła, poruszająca powieść o sile wspomnień i rodzinnych wartościach. Wyszła spod pióra jednej ze współczesnych ikon literatury. pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/niezwykla-poruszajaca-powiesc-o-sile-wspomnien-i-rodzinnych-wartosciach-wyszla-spod-piora-jednej-ze-wspolczesnych-ikon-literatury/feed/ 0
Najsłynniejszy w dziejach traktat o walce z mocami zła. Po raz pierwszy w całości w języku polskim! [WIDEO] https://niezlomni.com/najslynniejszy-w-dziejach-traktat-o-walce-z-mocami-zla-po-raz-pierwszy-w-calosci-w-jezyku-polskim-wideo/ https://niezlomni.com/najslynniejszy-w-dziejach-traktat-o-walce-z-mocami-zla-po-raz-pierwszy-w-calosci-w-jezyku-polskim-wideo/#respond Mon, 02 May 2022 04:40:43 +0000 https://niezlomni.com/?p=51393

Oto ostatnia, trzecia część Malleus Maleficarum, której dotychczas brakowało.

Część ta składa się z trzech rozdziałów. W pierwszym znajdziemy dokładnie omówione przesłanki i sposoby wszczynania postępowań przeciwko czarownicom. W drugim autorzy przedstawiają zasady prowadzenia procesu, a w trzecim przybliżają sposoby wydawania wyroku. Wszystko to czynią z rozwagą, bardzo szczegółowo, w zależności od rodzaju i ciężaru rozpatrywanego przypadku. Ten swoisty kodeks postępowania w sprawach przeciwko czarownicom stanowi ważne i dotąd mało znane dopełnienie całości dzieła Kramera i Sprengera. Jest zarazem cennym dokumentem epoki objaśniającym zasady działania ówczesnego prawa. Jego treść niejednokrotnie okazuje się zaskakująca, gdyż w swej istocie przeczy wielu uproszczeniom i narosłym stereotypom przypisywanym działalności Inkwizycji oraz jej trybunałom i procesom.

Fragment książki Heinrich Kramer Jacob Sprenger, Młot na czarownice. Pars Tertia. Malleus Maleficarum, Wyd. Replika, Poznań 2022. Książkę można nabyć na stronie wydawnictwa Replika.

WPROWADZENIE OGÓLNE

Kto jest stosownym i godnym sędzią w procesie czarownic?

Pojawia się pytanie, czy czarownice, wraz z ich klientami, protektorami i obrońcami, podlegają całkowicie jurysdykcji Diecezjalnego Sądu Kościelnego i Sądu Cywilnego, aby Inkwizytorzy badający zbrodnie herezji mogli zostać całkowicie zwolnieni z obowiązku osądzania ich? I stwierdza się, że tak jest. Tak rzecze Canon [Episcopi] (c. accusatus, § sane, lib. VI):

„Z pewnością tych, których najwyższym przywilejem jest wydawanie sądów w sprawach Wiary, nie powinny rozpraszać inne sprawy. Inkwizytorzy wyznaczeni przez Stolicę Apostolską do zbadania zarazy herezji ewidentnie nie powinni zajmować się wróżbitami czy wieszczami, chyba że są oni również heretykami. Również karanie tychże nie powinno być ich sprawą, jako że mogą pozostawić takowe ukaranie sędziom własnym tamtych”.

Nie wydaje się też nastręczać żadnej trudności to, iż herezja czarownic nie została wspomniana w tymże Canonie. Podlegają one bowiem takiej samej karze jak inne na sądzie sumienia, jak dalej mówi o tym Canon (dist. I, pro dilectione). Jeśli grzech wróżbitów i czarownic jest ukryty, nałożona zostanie na nich czterdziestodniowa pokuta; jeśli jest jawny, odmówi się im Eucharystii. Ci, których kara jest identyczna, powinni otrzymać ją od tego samego sądu. Zatem, jeszcze raz, wina obu jest taka sama, gdyż jak wieszcze uzyskują swoje wyniki dziwacznymi środkami, tak czarownice szukają i uzyskują od Diabła krzywdy, które wyrządzają stworzeniom, bezprawnie wyzyskując Boskie stworzenia do tego, co powinno się zyskać jedynie od Niego. Stąd jedni i drudzy są winni grzechu bałwochwalstwa.

Taka jest intencja Ez 21,23, kiedy król babiloński stanął na rozdrożu, potrząsając strzałami i wypytując posążki bóstw. Znów można stwierdzić, że kiedy Canon mówi: „O ile nie są to zarazem heretycy”, dopuszcza się, że niektórzy wróżbici i wieszcze są heretykami i dlatego powinni zostać poddani sądowi Inkwizytorów. W tym jednak przypadku udawani wieszcze również byliby mu poddani, a to nie znajduje żadnego pisemnego umocowania.

I znowu, jeśli czarownice mają podlegać śledztwu Inkwizytorów, musi to być za sprawą przestępstwa herezji. Jasne jest wszakże, iż czarownice mogą spełniać swe występki bez herezji. Kiedy wdeptują w błoto Ciało Chrystusa, choć jest to zbrodnia najstraszliwsza, mogą to czynić bez błędu w rozumieniu, a zatem bez herezji. Albowiem jest w pełni możliwe, że człowiek wierzy, iż To jest Ciało Pana, a jednak wrzuca je w błoto, aby zadowolić Diabła i tak, ze względu na jakiś pakt z nim, osiągnąć pewien upragniony cel, jakim jest odnalezienie skarbu lub coś w tym rodzaju. Dlatego uczynki czarownic nie muszą wiązać się z błędem w Wierze, bez względu na to, jak wielki grzech mogą stanowić. W takim przypadku nie podlegają Sądowi Inkwizycji, ale pozostają w dyspozycji własnych Sędziów. Salomon wszak okazał szacunek bogom swoich żon przez uprzejmość i nie był z tego powodu winny odstępstwa od Wiary, gdyż w swoim sercu pozostał wierny i zachowywał prawdziwą Wiarę. Tak samo, gdy czarownice oddają cześć Diabłom ze względu na zawarty z nimi pakt, ale zachowują Wiarę w swoich sercach, nie mogą przez to zostać uznane za heretyczki.


Można wszelako stwierdzić, iż wszystkie czarownice muszą zaprzeczać Wierze i dlatego muszą zostać osądzone jako heretyczki. Tymczasem wręcz przeciwnie, nawet gdyby zaprzeczały Wierze w swoich sercach i umysłach, nadal nie można by uważać ich za heretyczki, ale za odstępczynie. Różni się bowiem heretyk od odstępcy i to heretycy podlegają Sądowi Inkwizycji. Dlatego czarownice tak naprawdę im nie podlegają. I znowu jest powiedziane w c. 26, quest. 5:

„Niech Biskupi i ich przedstawiciele dążą wszelkimi sposobami do całkowitego oczyszczenia swoich parafii ze zgubnej sztuki wróżbiarstwa i magii pochodzącej od Zaratustry. A jeśli znajdą mężczyznę lub kobietę uzależnionych od tej zbrodni, niech ci zostaną w pohańbieniu i niełasce wydaleni ze swoich parafii”.

Artykuł Najsłynniejszy w dziejach traktat o walce z mocami zła. Po raz pierwszy w całości w języku polskim! [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/najslynniejszy-w-dziejach-traktat-o-walce-z-mocami-zla-po-raz-pierwszy-w-calosci-w-jezyku-polskim-wideo/feed/ 0
Najdoskonalsza powieść Charlesa Dickensa! Porywająca opowieść o moralnej przemianie. [WIDEO] https://niezlomni.com/najdoskonalsza-powiesc-charlesa-dickensa-porywajaca-opowiesc-o-dojrzewaniu-i-doglebnej-moralnej-przemianie/ https://niezlomni.com/najdoskonalsza-powiesc-charlesa-dickensa-porywajaca-opowiesc-o-dojrzewaniu-i-doglebnej-moralnej-przemianie/#respond Sun, 01 May 2022 11:00:48 +0000 https://niezlomni.com/?p=51397

Wielkie nadzieje uważane są za najlepiej skonstruowaną powieść Dickensa. To poruszająca, zapadająca w pamięć książka, ukazująca kunszt pisarski brytyjskiego mistrza pióra. Książka doczekała się dotąd blisko dwudziestu adaptacji filmowych!

Pip jest sierotą. Mieszka z siostrą i jej mężem kowalem. Jednak poznając zdziwaczałą starą pannę Havisham i jej śliczną podopieczną Estelle, ociera się o życie całkowicie odmienne niż codzienność w kuźni.

Po latach, tocząc mozolny żywot kowalskiego czeladnika, Pip otrzymuje od anonimowego darczyńcy sporą sumę pieniędzy. Stawia on wszak jeden warunek – młodzieniec ma wyjechać do Londynu i podjąć edukację.

Pip będzie musiał sam poradzić sobie w wielkim świecie. Zacznie oddalać się od rodziny, zyska za to nowych przyjaciół, ale i wrogów. Będzie również musiał zmierzyć się z zaskakującą prawdą o tym, kim naprawdę jest jego dobroczyńca.

Topniejący majątek sprawi, że zostanie zmuszony, by znów samodzielnie zarabiać na utrzymanie. Jedyne, co mu zostanie, to trwająca niezmiennie miłość do Estelli.

Fragment książki Charles Dickens, Wielkie nadzieje, Wyd. Replika, Poznań 2022. Książkę można nabyć na stronie wydawnictwa Replika.

Milcząc, wyszliśmy z gospody „Trzech Wesołych Żeglarzy” i udaliśmy się do domu. Przez drogę nieznajomy przyglądał się mnie, to gryzł swe paznokcie. Gdy już dochodziliśmy do domu, Joe wyprzedził nas, aby otworzyć wejściowe drzwi. Narady nasze odbywały się w salonie słabo oświetlonym jedną świecą.

Nieznajomy dżentelmen zasiadł przy stole, przysunął do siebie świecę i zaczął przeglądać swój notatnik. Po czym zamknął go, odsunął na bok świecę i utkwił wzrok w ciemności, szukając Joego i mnie, by się upewnić, gdzie siedzi który z nas.


– Moje nazwisko – zaczął – Jaggers, jestem adwokatem z Londynu i człowiekiem znanym. Mam pomówić z wami o sprawie bardzo dziwnej i zacznę od oznajmienia, że nie ja ją spowodowałem. Jeśliby wcześniej spytali mnie o radę, nie byłoby mnie tu. Nie spytano o nią jednak i jestem. Czynię tylko to, co muszę czynić, jako pełnomocnik mego klienta. Ni mniej, ni więcej.
Uznając widocznie, że niedostatecznie nas widać z miejsca, gdzie siedział, wstał i postawił nogę na krześle w ten sposób, że jedna noga była oparta na siedzeniu, druga na podłodze.
– A więc, Joe Gargery, polecono mi uwolnić was od tego młodzieńca, ucznia waszego. Mam nadzieję, że nie będziecie przeciwni naruszeniu umowy ze względu na jego prośbę i dla jego szczęścia. Nie żądacie czegoś za to?
– Niech mnie Bóg chroni, abym żądał czegoś za to i bym stał na drodze Pipa!
– No bardzo to ładnie mówić: „Niech mnie Bóg uchowa”, ale tu nie miejsce na to. Pytanie brzmi: czy żądacie czegoś czy nie?
– A odpowiedź na to, że nie żądam.


Zdawało mi się, że pan Jaggers spojrzał na Joego z taką miną, jakby go miał za głupiego z powodu bezinteresowności. Byłem oszołomiony tą niespodzianką, a moja ciekawość tak się podsyciła, że prawie nie rozumiałem tego, co usłyszałem.
– Doskonale. Nie zapominajcie danego słowa. Zapamiętajcie sobie, że słowo się rzekło, kobyłka u płota! A teraz wróćmy do tego młodzieńca. Polecono mi oznajmić, że czekają go „wielkie nadzieje”.
Obaj z Joem otworzyliśmy usta ze zdziwienia i spojrzeliśmy po sobie.
– Mam mu oznajmić – mówił pan Jaggers, wskazując palcem w moją stronę – że od niego zależy, czy się stanie właścicielem wielkiego majątku. Następnie, obecny właściciel tego majątku żąda, by natychmiast zmienił sposób życia, oddalił się z obecnego miejsca pobytu i mógł otrzymać wychowanie godne dżentelmena. Jednym słowem, młodzieńca tego czekają „wielkie nadzieje”.
Marzenie me ziszczało się: szaloną fantazję zastępowała jasna rzeczywistość. Pani Havisham zabierała się do urządzenia mojej wielkiej przyszłości.


– Teraz, panie Pip, reszta tego, co mam powiedzieć, odnosi się wyłącznie do pana. Przede wszystkim musi pan wiedzieć, że osoba, która wydała mi to polecenie, pragnie, by pan na zawsze zatrzymał imię Pip. Spodziewam się, że nie ma pan nic przeciw temu, choć pańskie „wielkie nadzieje” są związane całkowicie z tym niewielkim warunkiem. Jeśli ma pan coś do dodania, to proszę się decydować póki czas.

Fragment rozdziału XVIII

Fot. pixabay.com

Artykuł Najdoskonalsza powieść Charlesa Dickensa! Porywająca opowieść o moralnej przemianie. [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/najdoskonalsza-powiesc-charlesa-dickensa-porywajaca-opowiesc-o-dojrzewaniu-i-doglebnej-moralnej-przemianie/feed/ 0
Wyjątkowa pozycja na temat procesów czarownic w Polsce! „Czarownicom żyć nie dopuścisz”. [WIDEO] https://niezlomni.com/wyjatkowa-pozycja-na-temat-procesow-czarownic-w-polsce-czarownicom-zyc-nie-dopuscisz-wideo/ https://niezlomni.com/wyjatkowa-pozycja-na-temat-procesow-czarownic-w-polsce-czarownicom-zyc-nie-dopuscisz-wideo/#respond Sat, 30 Apr 2022 06:39:49 +0000 https://niezlomni.com/?p=51390

Wydarzenia bardziej i mniej znane. Niekiedy przyjmujące zaskakujący obrót, zawsze kontrowersyjne. „Czarownicom żyć nie dopuścisz” to książka, która w pasjonujący sposób przybliża procesy o czary w Polsce w czasach, gdy były najbardziej powszechne.

Profesor Jacek Wijaczka, autorytet w dziedzinie historii polowań na czarownice, ukazuje osiem przypadków poświęconych procesom o czary w XVI-XVIII wieku. Zrelacjonowane na podstawie źródeł archiwalnych, dostarczają nowych informacji o prześladowaniach czarownic w naszym kraju. W książce poznajemy dosyć burzliwe, a dotychczas nieznane, koleje życia Doroty Paluszki, mieszkanki Gniezna, oskarżonej o czary i spalonej na stosie w 1619 roku. Dowiadujemy się także, jakie lęki i obawy związane z wiarą w diabła i czarownice dręczyły mieszkańców Kaszub w końcu XVIII wieku. Co ciekawe, autor obala również rozpowszechniony mit, że ostatni stos w Europie, na którym spłonęła rzekoma czarownica, został rozpalony w Reszlu na początku XIX wieku.

Fragment książki Jacek Wijaczka, Czarownicom żyć nie dopuścisz. Procesy o czary w Polsce w XVII-XVIII wieku, Wyd. Replika, Poznań 2022. Książkę można nabyć na stronie Wydawnictwa Replika.

WSTĘP

Polowanie na czarownice i czarowników we wczesnonowożytnej Europie i Nowym Świecie wzbudza od wielu lat duże zainteresowanie czytelników. Zaowocowało to wieloma opracowaniami naukowymi, lecz jeszcze liczniejszymi publikacjami prasowymi, a ostatnio również internetowymi, opartymi na mitach i stereotypach związanych z procesami o czary. Na dodatek większość społeczeństwa europejskiego jest przekonana, że palenie czarownic na stosach to odległa przeszłość. Nic bardziej mylnego. W 2020 r. co najmniej w 36 krajach oskarżono ludzi, ponownie najczęściej kobiety, o zajmowanie się czarami, torturowano ich, a nawet mordowano. Tak się stało np. 10 sierpnia 2012 r., kiedy to Christina, mieszkanka Papui-Nowej Gwinei, została oskarżona o czary i była torturowana. Dlatego też ten dzień został ogłoszony Międzynarodowym Dniem Walki z Szaleństwem Czarostwa. Stało się tak z inicjatywy funkcjonującego w Akwizgranie (Niemcy) Międzynarodowego Katolickiego Towarzystwa Misyjnego missio, które nie tylko dokumentuje wszystkie podobne przypadki, lecz przede wszystkim pomaga kobietom oskarżanym o to, że są czarownicami i za pomocą magicznych praktyk czynią szkody na zdrowiu ludzi lub uszczerbek w ich dobytku. Ze wspomnianych 36 krajów większość to kraje afrykańskie, lecz do polowania na czarownice dochodzi również w Meksyku, Boliwii, Indiach i Indonezji.

W historiografii zachodnioeuropejskiej zainteresowanie procesami o czary i polowaniami na czarownice (wówczas sądzono, że to głównie kobiety zawierały pakt z diabłem i to one powodowały szkody) pojawiło się w końcu XVIII w. Z biegiem lat, w XIX w., zaczęło się ukazywać coraz więcej – mniej lub bardziej naukowych – prac poświęconych tej tematyce. Na początku XX w. ukazało się drukiem monumentalne, i nadal nietracące na wartości, dzieło klasyka badań nad kwestią prześladowań rzekomych czarownic i czarowników Josepha Hansena (1862–1943), Zauberwahn, Inquisition und Hexenprozess im Mittelalter und die Entstehung der grossen Hexenverfolgung (München 1901). Praca ta odegrała ogromną rolę w dalszych badaniach nad procesami o czary w Europie w XVI–XVIII w.

Pierwsze dziesięciolecia po II wojnie światowej przyniosły zahamowanie badań nad procesami o czary w Europie, gdyż w trakcie wojny badania te próbowali wykorzystać do swych celów hitlerowcy. Zainteresowanie kwestią prześladowań rzekomych czarownic i czarowników oraz skalą procesów o czary we wczesnonowożytnej Europie odżyło w większości krajów europejskich dopiero na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX w. i do dzisiaj jest istotnym elementem w badaniach historii społecznej. W Anglii np. od początku lat siedemdziesiątych XX w. oskarżenia i procesy o czary uznaje się za istotny element życia codziennego społeczeństwa angielskiego w czasach wczesnonowożytnych.

Polscy historycy w badania nad procesami czarownic i czarowników włączyli się wprawdzie już w ostatnich dziesięcioleciach drugiej połowy XIX w., kiedy to ukazał się pierwszy syntetyczny artykuł poświęcony kwestii czarostwa w Polsce, jednak liczba publikacji na ten temat nie była zbyt imponująca. Podsumowaniem polskich badań historycznych i etnograficznych prowadzonych w XIX w. na temat czarów i czarownic było hasło zamieszczone przez Zygmunta Glogera w jego Encyklopedii staropolskiej wydanej w 1900 r.

W kolejnych latach badania nad czarostwem w Polsce utknęły w miejscu. Dopiero w 1925 r. na łamach „Ludu”, czasopisma będącego organem Polskiego Towarzystwa Etnologicznego, nauczyciel, archiwista i historyk Kazimierz Sochaniewicz (1892–1930) opublikował referat wygłoszony na XII Zjeździe Lekarzy i Przyrodników w Warszawie, w którym próbował zachęcić liczniejsze grono polskich historyków i etnografów do podjęcia badań nad kwestią polowania na czarownice i czarowników. Przede wszystkim starał się nakłonić historyków do systematycznego wydawania materiałów źródłowych związanych z procesami o czary, które toczyły się w państwie polsko-litewskim w XVI–XVIII w., w celu „umożliwienia systematycznej i zorganizowanej pracy na polu zagadnień związanych z demonologią, czarodziejstwem, czarami, zaklinaniem itp.”.

Apel Kazimierza Sochaniewicza spotkał się z bardzo umiarkowanym odzewem wśród historyków i etnografów. Wymienić można właściwie tylko artykuły Karola Koranyiego i niezbyt obszerną książkę Tadeusza Łopalewskiego poświęconą procesom o czary na Litwie.
Sytuacja nie poprawiła się także po II wojnie światowej, gdyż badaniami procesów czarownic i czarowników od końca lat czterdziestych XX w. zajmował się praktycznie jedynie pracujący na uniwersytecie w Łodzi Bohdan Baranowski (1915–1993). W 1952 r. opublikował on syntezę poświęconą dziejom polowania na czarownice i czarowników w Polsce w XVII–XVIII w. Przez dziesięciolecia przyjmowano fakty i interpretacje zawarte w tej pracy za uzasadnione i oparte na stanie faktycznym. Dopiero po wielu latach książka Baranowskiego i jego ustalenia doczekały się bardzo krytycznej recenzji pióra Małgorzaty Pilaszek.

W drugiej połowie XX w., oprócz prac Baranowskiego, ukazały się nieliczne artykuły poświęcone problematyce czarów i związanych z nimi procesów. Taki stan badań nad procesami o czary w Polsce spowodował, że w 1996 r. Edward Potkowski napisał:

Tematyka czarownictwa w Polsce jest jednak ciągle jeszcze obszarem mało zbadanym. Brak jeszcze u nas prac opartych na solidnych studiach źródłowych, które nawiązywałyby do współczesnych badań obcych, stosujących do opisu i analizy zjawiska czarów i czarownic modele antropologii, socjologii, religioznawstwa porównawczego, nawet psychoanalizy. Brak zatem studiów, które w wypowiedziach źródeł historycznych starałyby się odkryć bardzo złożoną rzeczywistość historyczną, a nie jak dotąd – uproszczoną, charakteryzowaną jednym lub kilkoma elementami.

W końcu XX, a przede wszystkim na początku XXI w. liczba artykułów, a także książek poświęconych problematyce magii, czarostwa i procesów o czary zaczęła stopniowo wzrastać. Problematyką tą zainteresowali się też historycy literatury i literaturoznawcy. Można na marginesie zauważyć, że być może procesom o czary w polskiej historiografii poświęcano tak mało uwagi, gdyż dopiero wówczas zaczęto się interesować dziejami kobiet. Mimo zauważalnego wzrostu liczby publikacji poświęconych historii kobiet stwierdzić trzeba, że zdecydowana większość z nich poświęcona jest przedstawicielkom stanu szlacheckiego, których w procesach o czary nie sądzono, gdyż nie można ich było, jako należących do stanu uprzywilejowanego, torturować. Sporadycznie ukazują się prace poświęcone mieszczankom oraz chłopkom. Brak większego zainteresowania procesami o czary i dziejami niższych warstw społecznych wynika m.in. z faktu, że historiografia polska w ciągu ostatnich dziesięcioleci XX i pierwszych XXI stulecia skupiona jest na dziejach „narodu szlacheckiego”.

Mimo braku dokładniejszego rozpoznania przebiegu procesów o czary we wszystkich prowincjach Rzeczypospolitej w XVI–XVIII w. ostatnio ukazały się trzy syntezy poświęcone procesom o czary we wczesnonowożytnej Polsce. Ich autorami są Małgorzata Pilaszek oraz dwoje zagranicznych badaczy, Michael Oestling i Wanda Wyporska. Stwierdzić jednak trzeba, że mimo ukazania się ich prac nadal istnieje potrzeba przeprowadzenia szeroko zakrojonych badań źródłowych w archiwach polskich i napisania na ich podstawie nowej syntezy procesów o czary w Polsce we wspomnianym okresie.

Zauważyć trzeba, że oprócz prac naukowych ostatnio zaczęły się również ukazywać książki poświęcone polowaniom na czarownice i czarowników w Polsce. W pracach tych, mimo pozorów naukowości, najczęściej sugerowanych zamieszczoną na końcu pracy bibliografią, ich autorzy mieszają rzeczywistość, w której toczyły się procesy o czary, z mitami i stereotypami na ten temat.

Problematyka związana z prześladowaniem rzekomych czarownic i czarowników oraz z procesami o czary przeprowadzonymi w XVI–XVIII w. w Europie obejmuje szereg aspektów związanych z dniem codziennym. Wynika to choćby z faktu, że we wczesnonowożytnej Europie, w tym także w Polsce, wyimaginowany świat czarownic i czarowników okazał się bardzo skuteczny w rozwiązywaniu trudno wytłumaczalnych codziennych trudności i niezrozumiałych wydarzeń, a ludzie, wierząc w diabła i czarownice, radzili sobie w ten sposób m.in. z różnymi lękami.

Oddawany do rąk Czytelników tom składa się z ośmiu artykułów poświęconych różnym aspektom polowania na czarownice i czarowników oraz procesom o czary w Polsce w XVI–XVIII w. (nie zajmuję się w nich drugim członem państwa polsko-litewskiego, mianowicie Litwą). Są one publikowane po raz pierwszy.

W piśmiennictwie dotyczącym procesów o czary we wczesnonowożytnej Europie powszechnie przyjmuje się, że ponad 80% osób skazanych na spalenie na stosie stanowiły kobiety. W Polsce ten procent, jak się wydaje, był jeszcze wyższy, na co wskazuje porównanie liczby kobiet i mężczyzn sądzonych i skazanych w procesach prowadzonych przez sądy wójtowskie (lub radzieckie) w różnych polskich miastach i miasteczkach. Bardzo często akta procesu są jedynym rękopiśmiennym źródłem, w których kobieta sądzona jako rzekoma czarownica w ogóle się pojawia. Wprawdzie w tragicznych okolicznościach, lecz poznajemy imiona i nazwiska tych kobiet, czasami wiek (w źródłach polskich, w przeciwieństwie do zachodnioeuropejskich, informacja ta pojawia się niezbyt często), stan cywilny, a także członków rodziny. Dlatego też pierwszy artykuł w niniejszym tomie poświęcony jest Dorocie Paluszce, mieszkance Gniezna (Zły los Doroty Paluszki, czyli o gnieźnieńskiej czarownicy), o której dzięki zachowanym aktom z jej procesu dowiadujemy się dużo więcej niż o przeciętnej mieszkance ówczesnego Gniezna. Poznajemy historię jej niełatwego życia.

Do dzisiaj nieznana jest nawet przybliżona liczba osób sądzonych w trakcie procesów o czary w Polsce w XVI–XVIII w. Nie wiemy, ile wysłano na stos, a ile uniewinniono lub ukarano w inny sposób (np. chłosta lub kara finansowa). W 1952 r. ukazała się, jak już wspomniałem, praca Baranowskiego na temat procesów czarownic w Polsce w XVII i XVIII w. Została ona oparta na materiale źródłowym dotyczącym tak naprawdę tylko tzw. Wielkopolski właściwej, obejmującej województwa poznańskie i kaliskie. Opierając się na źródłach dotyczących procesów przeprowadzonych przed sądami miejskimi z tych dwóch województw, Baranowski wyciągnął wnioski w odniesieniu do całego państwa. W bardzo krótkim „Zakończeniu” swej pracy skonstatował ogólnikowo, że: „Kilka lub kilkanaście tysięcy ofiar ponurego zabobonu to jednak żniwo dość obfite, szczególnie jeśli się weźmie pod uwagę, że nasilenie jego przypadło znacznie później niż gdzie indziej, a mianowicie na przełom siedemnastego i osiemnastego wieku”. Natomiast kilka stron dalej, we francuskojęzycznym streszczeniu zamieszczonym na końcu książki, stwierdził, że „[…] około 10 000 osób oskarżonych o czary, legalnie skazanych, zostało spalonych lub zmarło torturowanych”. Ponieważ język polski był i jest mało popularny w zachodniej Europie, to świat nauki korzystał głównie z francuskiego streszczenia. To sprawiło, że do obiegu międzynarodowego na wiele dziesięcioleci trafiła błędna informacja, że w Polsce na stosach spłonęło jako rzekome czarownice około 10 000 osób. Dopiero na początku XXI w. dokonano korekty liczby osób straconych w wyniku procesów o czary w Polsce.

Oczywiście ustalenie dokładnych liczb nigdy nie będzie możliwe, jako że akta wielu procesów w ogóle się nie zachowały, inne zaś są znane jedynie we fragmentach lub we wzmiankach, że jakiś proces się odbył. Dlatego też istotne jest przebadanie ksiąg wójtowskich lub miejskich, w których najczęściej przebieg procesu był dokumentowany. Przebadanie jak największej liczby ksiąg miejskich miast i miasteczek w poszczególnych dzielnicach państwa polsko-litewskiego pozwoli na ustalenie liczby, choć nadal jedynie przybliżonej, procesów o czary oraz sądzonych i skazanych w nich osób. Przykład takich badań przedstawiony jest w drugim artykule niniejszego tomu (Oskarżenia i procesy o czary w Jędrzejewie (Cierpięgach) w XVII wieku), który przybliża przebieg procesów o czary w ówczesnym miasteczku Jędrzejewo (Cierpięgi), dzisiaj dzielnicy Gniezna.

Na Mazowszu wiara w diabła i czarownice była zapewne równie silna jak w pozostałych regionach wczesnonowożytnej Rzeczypospolitej. Niestety, o liczbie przeprowadzonych tam procesów i ich przebiegu wiemy bardzo mało w porównaniu do innych prowincji. Wynika to z faktu, że większość ksiąg miejskich z tego obszaru się nie zachowała; zaginęła w połowie XX w. w wojennej zawierusze. Przed II wojną światową jedynie Zygmunt Lasocki przedstawił, opierając się na materiale źródłowym, stosunek szlachty zamieszkałej w okolicach Płońska do kwestii czarostwa oraz czarownic i czarowników. Dlatego też jedynie przypadkowe znaleziska materiału źródłowego mogą uzupełnić naszą wiedzę na temat polowania na osoby parające się czarami na Mazowszu. Tak stało się w przypadku procesu o czary przeprowadzonego w 1724 r. w jednej z mazowieckich wsi (Proces w Kiełbowie w 1724 roku. Przyczynek do dziejów procesów o czary na Mazowszu).

W powszechnej świadomości historycznej ostatni proces o czary przeprowadzony w Polsce odbył się w wielkopolskiej wsi Doruchów w 1775 r., chociaż już kilkadziesiąt lat temu fakt przeprowadzenia tego procesu został zakwestionowany przez Janusza Tazbira, który opublikowaną z niego relację uznał za falsyfikat. Pozostawiając kwestię autorstwa owego falsyfikatu i tego, czy rzeczywiście w 1775 r. sądzono w tej wsi jakiekolwiek rzekome czarownice, stwierdzić trzeba, że w Doruchowie z całą pewnością procesy o czary były prowadzone. Ile i kiedy, to trzeba pozostawić dalszym poszukiwaniom archiwalnym. Obecnie możemy jedynie z całą pewnością stwierdzić, że jeden z tych procesów odbył się w 1762 r., a życie na stosie straciły trzy kobiety skazane jako czarownice. Część akt tego procesu przetrwała w odpisie, gdyż księgi wójtowskie sądu z Ostrzeszowa także nie są dzisiaj znane. Przyczyny i przebieg tego procesu przedstawiłem w czwartym artykule tomu (Proces o czary w Doruchowie w 1762 roku).

W literaturze przedmiotu powstałej w XX w., a dotyczącej polowania na osoby parające się czarami we wczesnonowożytnej Europie, utrzymywał się generalnie pogląd, że procesy z tym związane ustały w końcu XVII w. Historykom bowiem wydawało się, że w wieku Oświecenia, Wieku Światła, oskarżeń o zajmowanie się czarami już nie mogło być. Dopiero początek XXI w. przyniósł zmianę stanowiska w tej kwestii. Udokumentowane źródłowo artykuły dotyczące większości krajów europejskich ukazały, że procesów o czary w XVIII w. było całkiem sporo, a wiara w diabła i czarownice nie zanikła w Oświeceniu. Przykład oskarżeń i związanych z nimi procesów o czary w owym stuleciu przedstawiam w piątym artykule („Inwazja czarownic” w okolicach Bytowa w końcu XVIII wieku. Czy Oświecenie było oświecone?).

Artykuł Wyjątkowa pozycja na temat procesów czarownic w Polsce! „Czarownicom żyć nie dopuścisz”. [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/wyjatkowa-pozycja-na-temat-procesow-czarownic-w-polsce-czarownicom-zyc-nie-dopuscisz-wideo/feed/ 0
Jedna ze stu najważniejszych książek wszech czasów! Po premierze wzbudziła szalone kontrowersje. [WIDEO] https://niezlomni.com/jedna-ze-stu-najwazniejszych-ksiazek-wszech-czasow-po-premierze-wzbudzila-szalone-kontrowersje-wideo/ https://niezlomni.com/jedna-ze-stu-najwazniejszych-ksiazek-wszech-czasow-po-premierze-wzbudzila-szalone-kontrowersje-wideo/#respond Thu, 28 Apr 2022 13:19:35 +0000 https://niezlomni.com/?p=51405

Powieść Thomasa Hardy’ego natychmiast po premierze w 1891 roku wzbudziła szalone kontrowersje. Także dzięki nim odniosła ogromny sukces komercyjny i weszła go grona klasyki literatury.


Ufna i bezbronna Tessa zostaje w myśl przyjętych powszechnie standardów wystawiona przez własną rodzinę na małżeńską „giełdę”. Jako „atrakcyjny towar” ma zdobyć majątek. Jednak uwiedziona i bezlitośnie wykorzystana przez rzekomego przyszłego męża, samotnie rodzi dziecko, które wkrótce umiera.

Wówczas Tessa spotyka młodego idealistę, Angela Clare’a. Jednak kiedy ten poznaje przeszłość dziewczyny, odrzuca ją. Będąc ofiarą obłudnej, skostniałej angielskiej moralności, pozbawiona nadziei i środków do życia Tessa ucieka przed cierpieniem, decydując się na straszny, desperacki krok.
Wstrząsającą historię miłości, zdrady i zbrodni Hardy kreśli barwnym, poetyckim językiem. Połączenie krytyki społecznych konwenansów z dogłębną refleksją nad rolą przeznaczenia w ludzkim życiu sprawiają, że Tessa D’Urberville należy do powieści szczególnie poruszających i pamiętnych.
W 1979 roku na podstawie książki powstał głośny, wielokrotnie nagradzany i doceniany przez krytykę film w reżyserii Romana Polańskiego z Nastassją Kinski w roli głównej. W roku 2008 powieść stała się podstawą doskonałego serialu z Gemmą Arterton w roli tytułowej.

Thomas Hardy, Tessa d’Urberville. Historia kobiety czystej, Wyd. Replika, Poznań 2022. Książkę można nabyć na stronie Wydawnictwa Replika.

Fragment książki.

Wtedy Tessa spostrzegła, że na nią patrzy, lecz nie chcąc się z tym zdradzić, nie zmieniła pozycji. Tylko jej szczególna, rozmarzona nieruchomość znikła i uważny obserwator mógłby zauważyć na jej twarzy gęstniejący rumieniec, który stopniowo gasł, zostawiając tylko nieznaczne zaróżowienie.
Podniecenie, jakie ogarnęło Clare’a niby objawienie z nieba, nie mijało. Wszelkie postanowienia, opory, rozwaga, obawy pierzchły w jednej chwili niby zastęp żołnierzy w rozsypce. Zerwał się ze stołka, pozwalając krowie, gdyby chciała, przewrócić kopnięciem wiadro, podbiegł do wybranki swego serca, ukląkł i schwycił ją w objęcia.
Tessa, zaskoczona znienacka, bez namysłu poddała się uściskowi. Widząc, że to nikt inny, tylko jej ukochany, rozchyliła wargi i z jakimś ekstatycznym okrzykiem szczęścia padła mu w ramiona.
Chciał już ucałować te zbyt ponętne wargi, lecz głos sumienia powstrzymał go.
– Przebacz mi, kochanie – wyszeptał. – Powinienem był zapytać cię… Nie wiedziałem, co robię…! To nie lekkomyślność… Ale, Tessy, najdroższa… Jestem ci oddany całym, naprawdę całym sercem…!
W tej chwili Stara Ślicznotka, zdziwiona, odwróciła głowę i widząc obok siebie przytulone dwie osoby, tam gdzie odwiecznym zwyczajem powinna była znajdować się tylko jedna, z rozdrażnieniem podniosła do góry tylną nogę.
– Rozgniewała się…! Nie rozumie, co się stało…! Gotowa przewrócić wiadro z mlekiem! – zawołała Tessa, delikatnie usiłując wyswobodzić się z jego ramion i patrząc wzrokiem pełnym niepokoju na ruchy zwierzęcia, podczas gdy serce jej jeszcze bardziej pełne było niepokoju o Angela i o siebie samą.
Zsunęła się ze stołka i oboje wstali, przytuleni nadal do siebie. Oczy Tessy, zapatrzone w dal, zaczęły napełniać się łzami.
– Dlaczego płaczesz, kochanie? – zapytał.
– Sama nie wiem… – szepnęła.
Widząc i rozumiejąc coraz jaśniej sytuację, zatrwożyła się i chciała się oddalić.
– Zdradziłem wreszcie swoje uczucia, Tesso – powiedział z dziwnym westchnieniem rozpaczy, wskazującym bezwiednie, że jego serce wyprzedziło rozsądek. – Nie potrzebuję powtarzać, że kocham cię szczerze i prawdziwie. Ale… Dziś nie posunę się dalej… Widzę, żem cię zasmucił… Sam jestem równie zaskoczony jak ty… Nie myśl, żem chciał wykorzystać twoją bezbronność… Postąpiłem zbyt pośpiesznie, bez namysłu…
– Nie… wcale tak nie myślę.


Pozwolił, by wysunęła się z jego objęć, i po chwili oboje powrócili do dojenia. Nikt nie zauważył, jak wzajemny, nieodparty pociąg rzucił ich sobie w ramiona, i gdy wkrótce potem mleczarz przechodził obok tego ukrytego zakątka, nic już nie świadczyło o tym, że ci dwoje, tak teraz wyraźnie rozdzieleni, byli dla siebie czymś więcej niż zwykłymi znajomymi. Tymczasem w krótkiej przerwie czasu, odkąd Crick widział ich po raz ostatni, zdarzyło się coś, co dla tych dwojga zmieniło oś ziemi, i gdyby Crick wiedział, jakiej natury było owo zdarzenie, to jako człowiek praktyczny byłby je potraktował pogardliwie; mimo to owo coś opierało się na przesłankach bardziej trwałych i niezwalczonych niż całe mnóstwo spraw tak zwanych
„praktycznych”. Odchyliła się nagle zasłona; odtąd na drodze przyszłości każdego z nich otwarły się – na krótko czy na długo – nowe horyzonty.

Fragment rozdziału XXIV

Artykuł Jedna ze stu najważniejszych książek wszech czasów! Po premierze wzbudziła szalone kontrowersje. [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/jedna-ze-stu-najwazniejszych-ksiazek-wszech-czasow-po-premierze-wzbudzila-szalone-kontrowersje-wideo/feed/ 0
Śląski postrach Dzikiego Zachodu. Postać, o której mówi się rzadko [WIDEO] https://niezlomni.com/slaski-postrach-dzikiego-zachodu-postac-o-ktorej-mowi-sie-rzadko-wideo/ https://niezlomni.com/slaski-postrach-dzikiego-zachodu-postac-o-ktorej-mowi-sie-rzadko-wideo/#respond Sun, 03 Apr 2022 13:50:42 +0000 https://niezlomni.com/?p=51387

Mówi się o nich rzadko. Próżno szukać ich biogramów w encyklopediach. Ich nazwiska, choć świetnie znane w pewnych środowiskach, nie są wymieniane w gronie znanych i podziwianych.

To Polacy, którzy siali postrach na Dzikim Zachodzie i ulicach Nowego Jorku. Wyprowadzali w pole FBI i służby wywiadowcze.

Wszyscy realizowali swoje niecne plany w sposób, który pozwolił im zapisać się na zawsze w historii toczącej się w cieniu, poza prawem i oficjalnymi podręcznikami.

Skąd konkretnie pochodzili? Co nimi kierowało? Jak to się stało, że zamiast prowadzić spokojne życie, wybierali ryzyko, rozlew krwi i brudne interesy?

Jarosław Molenda przedstawia postaci trzynastu najsłynniejszych w półświatku polskich kryminalistów, którzy zyskali sobie niechlubną sławę i uznanie w całym przestępczym świecie.

Jarosław Molenda, Bestie z polskim rodowodem, Wyd. Replika, Poznań 2022. Książkę można nabyć na stronie Wydawnictwa Replika.

Rozdział I

MARTIN M’ROSE (1861–1895)
ŚLĄSKI POSTRACH DZIKIEGO ZACHODU

Na cmentarzu Concordia w El Paso w Nowym Meksyku spoczywa jeden z najsłynniejszych obok ,,Dzikiego” Billa Hickoka rewolwerowiec – John Wesley Hardin, który zginął tragicznie 19 sierpnia 1895 roku. Trzy kwatery na południe zlokalizowana jest mogiła ze znacznie skromniejszym, płaskim nagrobkiem, w który wmurowana jest odrestaurowana tablica z napisem: „Martin M’Rose / Polish Cowboy / Died at Hands of Others / June 29. 1895”5. Między śmiercią M’Rose’a a Hardina jest tylko sześć tygodni różnicy, spoczywają też niedaleko siebie. Za życia również łączyło ich wiele: miłość do tej samej kobiety i bandycka przeszłość. Martin M’Rose, Mroz, Mraz, Mros, Mrose, Morose, Maros, Moras czy McRose to po prostu Marcin Mróz – prawdziwy kowboj, urodzony 24 listopada 1861 roku w miejscowości
Panna Maria w Teksasie. Kilka miesięcy wcześniej jego rodzice, Barbara i Walenty Mrozowie, przyjechali do USA spod Strzelec Opolskich.
(…)

Kwerenda w archiwach wspólnoty św. Jadwigi daje pewien wgląd w młodzieńcze lata Marcina Mroza. W 1859 roku, w kościele San Fernando w San Antonio, Valentine Mroz poślubił Barbarę, córkę Lawrence’a Plocha. Kiedy urodziło się ich drugie dziecko, Martin, chłopiec został ochrzczony w kościele św. Marii w San Antonio w dniu 24 listopada 1861 roku. Martin był jednym z pierwszych dzieci osadników urodzonych w Ameryce, nigdy nie widział Śląska. Początkowo Martin wiódł życie typowego śląskiego chłopca. Był częścią dużej rodziny i miał uczęszczać do szkoły, aby poznać liczby, litery i modlitwy. Poznał je po polsku i prawdopodobnie po niemiecku. Angielskiego nauczył się dzięki kontaktom z Amerykanami, choć nie ma wątpliwości, że mówił z mocnym akcentem. (…)Następne lata przynosiły kolejne rozczarowania nowym światem, w jakim przyszło żyć osadnikom z Opolszczyzny. Pewnego razu krowy należące do rodziny Mroza weszły w szkodę na polu niemieckich emigrantów.

Niemcy przywłaszczyli sobie zwierzęta, co jeszcze bardziej sfrustrowało Marcina Mroza, którego Amerykanie zwali po swojemu Martin M’Rose, bądź Morose, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza „ponury”W rewanżu Martin zaczął kraść krowy niemieckim sąsiadom. Nie tylko on zresztą. Martin Maros (to „nasz” Mróz), SamKravitz, Simon Kosub i Michael Dylla pojawiają się w aktach sądowych w San Antonio w latach siedemdziesiątych XIX wieku pod zarzutem zawłaszczenia cudzego bydła. Martin został oskarżony o kradzież jałówki, ale później go uniewinniono. Około 1880 roku wyruszył na ranczo braci McGowan nad rzeką Atascosa na południe od San Antonio.

Właściciele umieścili go w obozie z kowbojem, który nazywał się Dee Harkey, gdzie przebywał przez trzy lata, ucząc się angielskiego, a także
obchodzenia się z krowami. Był dużym, prostolinijnym, niebieskookim blondynem, dlatego podejrzewano go o całkowity brak wyobraźni, a co za tym idzie – dwulicowości. Tak więc kiedy chciał pożyczyć dobrego wierzchowca o imieniu Red
Bird, żeby udać się do miasta, McGowanowie wyrazili zgodę. Oczywiście nigdy nie dotarł do wskazanego celu, za to tak długo poganiał rumaka, aż dotarł do rozległych łańcuchów Pecos na południu Nowego Meksyku, gdzie dorobił się na swoistym bydlęcym „rebrandingu”, dostarczając do Kansas i Wyoming stada oznakowane jego „drabiną”. Opracował bowiem nowatorski pomysł przebijania znaków identyfikacyjnych, jakie wypalano zwierzętom na zadach. Jego żegadło z końcówką przypominającą drabinę potrafiło „zamazać” cudze piętno o kanciastym kształcie.


Wkrótce zgromadził wokół siebie sporą bandę złodziei bydła. Chociaż cieszył się reputacją twardego rewolwerowca, nie istnieje żadne źródło, które potwierdza, że kiedykolwiek kogokolwiek zabił. Miał dużo odwagi (albo mało wyobraźni), alejego strzeleckie konfrontacje zakończyły się jedynie drobnymi ranami, co uchroniło go od poważniejszych kłopotów. Według jednego z pisarzy w 1891 roku wyrzucił Boba Forda, człowieka, który zabił Jessego Jamesa, z własnego salonu w Walsenburgu w Kolorado.

Fot. Pixabay.com

Artykuł Śląski postrach Dzikiego Zachodu. Postać, o której mówi się rzadko [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/slaski-postrach-dzikiego-zachodu-postac-o-ktorej-mowi-sie-rzadko-wideo/feed/ 0
Przestępcy z Łubianki. Działalność rosyjskiej FSB w relacji największego „zdrajcy” w jej historii. [WIDEO] https://niezlomni.com/przestepcy-z-lubianki-dzialalnosc-rosyjskiej-fsb-w-relacji-najwiekszego-zdrajcy-w-jej-historii-wideo/ https://niezlomni.com/przestepcy-z-lubianki-dzialalnosc-rosyjskiej-fsb-w-relacji-najwiekszego-zdrajcy-w-jej-historii-wideo/#respond Mon, 21 Mar 2022 21:02:49 +0000 https://niezlomni.com/?p=51383

Pomimo wszystkich okoliczności zewnętrznych i osobistych Aleksander Litwinienko chciał zachować ludzką godność i choć odrobinę przyzwoitości w kraju, gdzie jednostka nie znaczy nic, a bezkarność władzy jest nieskończona.

Z przeprowadzonych rozmów dowiadujemy się o szczegółach zatrzymania i postępowaniu sądowym przeciw niemu. Poznajemy jego drogę od wiernego agenta do zbuntowanego „przestępcy”.

Litwinienko usprawiedliwia swój bunt przeciwko systemowi, argumentując, że to nie on zdradził, ale jego zdradzono i oszukano. Poznajemy motywy, jakimi się kierował oraz ideały, które musiał poświęcić w walce o sprawiedliwość w Rosji.

Umierając, oskarżył wprost Władimira Putina: „Może uda ci się uciszyć mnie, ale ta cisza ma swoją cenę. Pokazałeś, że jesteś tak barbarzyński i bezwzględny, jak twierdzą twoi najbardziej wrodzy krytycy. Okrzyki protestu z całego świata będą dźwięczeć w pańskich uszach, panie Putin, przez resztę pańskiego życia. Oby Bóg wybaczył ci to, co zrobiłeś”.

Litwinienko pokazuje, że „tarcza i miecz” partii jest w rzeczywistości ogromną strukturą kryminalną - Władimir Bukowski

Książka straszna, porywająca i potrzebna - Wiktor Suworow

Aleksander Litwinienko urodzony w 1962 roku w Woroneżu, podpułkownik KGB/FSB, emigrant. Zamordowany skrytobójczo w 2006 roku w Londynie. Litwinienko występował otwarcie przeciwko polityce prezydenta Rosji Władimira Putina, szczególnie w odniesieniu do Czeczenii. W listopadzie 1998 roku ujawnił, że wydawano mu rozkazy sprzeczne z prawem, m.in. zamordowania Borysa Bieriezowskiego.

Dwukrotnie aresztowany i uniewinniony udał się na emigrację do Wielkiej Brytanii, gdzie otrzymał azyl polityczny. W listopadzie 2006 roku wystąpiły u niego objawy silnego zatrucia. Trafił do szpitala, gdzie zmarł. W lipcu 2014 roku władze brytyjskie wszczęły śledztwo w sprawie jego zabójstwa. Dwa lata później brytyjski wywiad opublikował raport, w którym o zlecenie zamachu przeprowadzonego z użyciem polonu 210 oskarża bezpośrednio byłego szefa FSB Nikołaja Patruszewa oraz prezydenta Putina.

Fragment książki "Przestępcy z Łubianki". Książkę można nabyć na stronie Wydawnictwa Replika.

Rozdział 1
Więzienie
„FSB! Jesteś aresztowany”
– Zaczniemy od aresztowania, które zmieniło całe twoje życie.
Byłeś aresztowany...
– 25 marca 1999 roku. Około trzeciej po południu.
– Na jakim szczeblu podjęto decyzję o aresztowaniu?
– Putin, jako dyrektor FSB, osobiście nadzorował wydział bezpieczeństwa, który mnie rozpracowywał. Aresztowanie nie mogło
odbyć się bez jego wiedzy. Zatrzymali mnie na podstawie decyzji starszego śledczego do spraw szczególnie ważnych, Głównej Prokuratury Wojskowej Rosji, podpułkownika Barsukowa. Nakaz wydał zastępca głównego prokuratora wojskowego – generał-lejtnant Jakowlew. On sankcjonował aresztowanie. Zatrzymali mnie funkcjonariusze FSB. Oddział Specjalny Wydziału Kontrwywiadu Gospodarczego (dawni funkcjonariusze grupy „Alfa”). Zadziwiające było to, że grupą dowodził mój kolega, z którym uczestniczyliśmy w wielu operacjach specjalnych Borys Diecijew.
– Gdzie to się odbyło?
– W centrum Moskwy, niedaleko hotelu „Rosija”.
– Jako doświadczony fachowiec, wiedziałeś, że będziesz aresztowany? Przeczuwałeś to?
– Tak, wiedziałem. Nie przypuszczałem tylko, że wszystko odbędzie się tak demonstracyjnie i po chamsku. W tym czasie pracowałem
w Komitecie do spraw WNP-u Bieriezowskiego. Poprzedniego dnia
wieczorem, kiedy wybierałem się już do domu, zatelefonował do
mnie mój były współpracownik pułkownik Szebalin i powiedział:
„Musimy się szybko zobaczyć”. Umówiliśmy się na spotkanie niedaleko hotelu „Sputnik” na prospekcie Wiernadskiego. Usiadł obok
mnie w samochodzie, poprosił, żebym odwiózł go do domu, i zaczął
zadawać jakieś dziwne pytania:
„Ludzie bardzo się interesują, jakie są stosunki między Putinem
i Bieriezowskim”. Wszyscy wiedzą, że Putin przyszedł na urodziny żony Bieriezowskiego. To były trudne czasy, i nikt nie przyszedł – tylko
Putin; z kwiatami. Potem Bieriezowski w jakimś wywiadzie opowiadał, że gdy spytał Putina: „Wołodia, nie myślisz, że będziesz miał problemy?” ten odpowiedział: „Przecież jestem twoim przyjacielem”.

Teraz rozumiem, że ludzie planujący moje aresztowanie zachowali
ten dzień w pamięci. A może znowu będą przyjacielskie objęcia...
Mówię: „Wicia, nic o tym nie wiem. Zapytaj sam... A po co chcesz
to wiedzieć?”.

On na to: „Ludzie się interesują. Ludzie bardzo się interesują”. Ja: „A ludziom co do tego?”. „Nic nie rozumiesz, a może
Putin sprzedaje interesy Ojczyzny. I takiego człowieka zrobili dyrektorem FSB”. Ja: „Wicia, każesz mi jak najszybciej przyjechać na drugi koniec Moskwy po to, żeby mi powiedzieć, że Putin sprzedaje interesy Ojczyzny? Moglibyśmy o tym porozmawiać jutro”.


Długo myślał, wreszcie powiedział: „Wiesz, że cię zaaresztują? I to
będzie najprawdopodobniej jutro”. Uśmiechnąłem się: „Dlaczego zacząłeś od Putina i interesów Ojczyzny, a nie od tej rewelacji? Kto mnie aresztuje i skąd o tym wiesz?”. Odpowiedział: „Nie mogę powiedzieć, moi ludzie mi donieśli. Aresztują, lepiej byś się ukrył”.
– Prowokował cię do ucieczki?
– Tak. Teraz to rozumiem. Wtedy odpowiedziałem, że nie ucieknę.
Dlatego że nie przypominałem sobie żadnych przewinień i niczego
się nie bałem. Jeśli postanowili mnie aresztować (to było zaraz po
konferencji prasowej), niech to zrobią.
– Następnego dnia ...
– Rano szykowałem się do pracy. Wsiadłem do samochodu i nie mogłem odpalić. Zadzwoniłem do kolegi. Długo razem majstrowaliśmy – bez rezultatu. Kolega powiedział, że trzeba wymienić jakąś część. Pojechaliśmy za miasto, w stronę Podolska, tam jest duży sklep z częściami samochodowymi. Takie wspomnienie: na ulicy zobaczyłem bufet z pieczonymi kiełbaskami. Ponieważ nie zdążyłem zjeść śniadania, myślałem – kupić kiełbaskę czy nie? W rezultacie postanowiłem, że zjem później. A w Lefortowie często wspominałem te kiełbaski. Zreperowaliśmy samochód, pobiegłem do domu przebrać się. Kiedy zdejmowałem dres, myślałem – brać teraz prysznic czy wieczorem? Potem i ten prysznic często wspominałem.


Jeszcze jeden interesujący fakt. Cały dzień wywoływał mnie na
mój pager Pońkin: „Sasza, gdzie jesteś?, Sasza, gdzie jesteś?”.
– To znaczy, że już za tobą łazili? Kontrolowali wszystkie
twoje ruchy?
– Potem, kiedy już wyszedłem z więzienia, zapytałem Pońkina:
„Andriej, dlaczego tamtego dnia cały czas wołałeś mnie przez pager?”. Odpowiedział, że Szebalin siedział obok niego i cały czas prosił: „Zadzwoń do Litwinienki, zapytaj, gdzie jest”. Sam przez cały czas wybiegał z gabinetu i do kogoś dzwonił. Pewnie Szebalina przepytywali w FSB: „Gdzie on jest, umówiliście się na spotkanie”. Więc jak jechałem do pracy, oni doskonale wiedzieli, gdzie i którędy jadę. Samochód zawsze zostawiałem na zjeździe przed hotelem
„Rosija”, przy północnym wejściu. Zamknąłem drzwi, zrobiłem
dwa kroki i nagle obok mnie przejeżdża biały volkswagen, a z niego
wyskakują ludzie w cywilu...Znałem tego volkswagena – razem z tą grupą jeździłem na zatrzymania. W tym samochodzie woziliśmy uwolnionych zakładników. A tu – łapią mnie! Zobaczyłem Borię Diecijewa. Wyciągnął legitymację i krzyczy: „FSB! Jesteś aresztowany”. Błyskawicznie wykręcili mi ręce do tyłu. Pierwsza moja myśl – to jest Boria. Byliśmy w dobrych stosunkach. Wyjeżdżaliśmy często na akcje, ufałem mu, on – mnie.
A teraz mi skuwa ręce. Mój Boria wyciąga legitymację FSB i krzyczy:
„Jesteś aresztowany”. A ja stoję i uśmiecham się.
Krzyknęli: „Ma pistolet, zabierajcie pistolet”. Mówię: „Nie mam
pistoletu”. Zaczęli mnie bić. Dwa, trzy razy uderzyli mnie po plecach.
Zapytałem: „Lepiej wam?”. Ktoś powiedział: „Nie bić go”. Tam siedział śledczy. Powiedział: „Jesteś aresztowany”. Zapytałem: „O co jestem oskarżony?”. „Półtora roku temu podczas zatrzymywania podejrzanego przekroczyliście uprawnienia służbowe”.


Pokazał mi nakaz aresztowania.
– Dokąd cię zawieźli?
– Do prokuratury wojskowej, do Barsukowa. Już wcześniej o nim
słyszałem. Na początku marca byłem w delegacji służbowej, zatelefonował do mnie do domu, teściowa powiedziała: „Dzwonił do ciebie jakiś Barsukow”. Pomyślałem: może to Michaił Iwanowicz Barsukow, były dyrektor FSB, którego znałem osobiście. Zapytałem teściową: „Jak się przedstawił?”. „Barsukow Siergiej Waleriewicz z prokuratury wojskowej”. To było 3 marca. Potem, jak wróciłem z delegacji, około 10 marca, podszedł do mnie starszy lejtnant Łatyszonok, mój były podwładny, i mówi: „Wezwali mnie do Głównej Prokuratury Wojskowej i zmusili, żebym napisał oświadczenie, że kogoś tam pobiłeś”.
– „A ty co, Kostia?” – zapytałem. Odpowiedział: „Nie napisałem. Przecież nikogo nie pobiłeś. Wtedy zaczęli mi grozić, że mnie posadzą, zniszczą, i żebym jednak pisał”. Na szczęście Łatyszonok opowiedział o tym przed sądem. Powiedział tak: „Śledczy groził mi aresztowaniem, krzyczał i wymuszał zeznania przeciw Litwinience”.
Ale wróćmy do momentu aresztowania. Przywieźli mnie do
Głównej Prokuratury Wojskowej, posadzili naprzeciw śledczego, tam
już byli funkcjonariusze, którzy mnie zatrzymali. Kajdanki wrzynały mi się w ręce. Kilka razy prosiłem: „Poluzujcie kajdanki, ręce mi
spuchły”. „Nie, siedź w kajdankach”. Potem zostały mi szramy na
nadgarstkach. Powiedziałem: „Nie zdejmiecie, to nie będę odpowiadał”. Barsukow dał polecenie i zdjęli mi kajdanki. Przyszedł generał-major Bagrajew. W mundurze marynarskim, ze złotym łańcuchem na szyi (teraz jest adwokatem Gusinskiego). Zawsze śmieszyły mnie błyskotki u ludzi w wojskowych mundurach.
„No co, aresztowali?”. Odpowiadam: „Jak widać, siedzę przed
wami, towarzyszu generale, to znaczy, że aresztowali. Tylko nie
rozumiem, za co”. „Zaraz wszystko wam wyjaśnią – uspokoił mnie
generał. – Gdzie są klucze od waszego mieszkania?”.
Szarpnąłem się: „Przeszukanie będziecie robić, czy co?”.
– „Odpowiadajcie na moje pytania”.
Zaczęli mnie rewidować. Wypatroszyli moją teczkę, znaleźli notatnik i notes z adresami i telefonami. Bagrajew złapał notes, a tam miałem różne nazwiska. Czyta: „Walia Jumaszew, Borys Bieriezowski”. Mówi: „Jakiego człowieka zatrzymaliśmy! Niezły ptaszek! I co, wszystkich znasz?”. Znowu pytam: „O co jestem oskarżony?”. Baruskow pokazuje nakaz o pociągnięciu mnie do odpowiedzialności karnej jako podejrzanego i o aresztowaniu. „Teraz – mówi Bursakow – proponuję, żebyście zeznawali”. – „Siergieju Waleriewiczu, nie będę zeznawał. Proszę o adwokata, wtedy będziemy rozmawiać”. „Wiecie, Aleksandrze Walterowiczu, rozpoznano was”. Zadaję pytanie: „Wyjaśnijcie mi, jeśli kogoś pobiłem, to dlaczego on przez półtora roku milczał, nigdzie się nie zwracał, nie pisał skarg?”. „Nie trzeba było – mówi – urządzać konferencji prasowej”.
– Tak właśnie powiedział?
– Od razu powiedział: „Po co poleźliście do telewizji? Kto was o to
prosił? Siedzielibyście sobie cicho. A wy przyszliście na konferencję
prasową, i was rozpoznali w telewizji”.
W tym momencie wchodzi do gabinetu Bagrajew i pyta: „No
i co, przesłuchujecie go?”. Od razu mówię, że bez adwokata przesłuchania nie będzie. Bagrajew: „W takim razie do więzienia”. Znowu wsadzili mnie do samochodu. W drodze Diecijew próbował ze mną rozmawiać. „Zrozum, przecież cię mogą zabić w Lefortowie, w celi, może ci się coś stać. I nigdy żywy nie wyjdziesz na wolność”...
– To mówił twój przyjaciel?
– Tak, Diecijew. Zapytałem: „Boria, co ja mogę zrobić?”.
„Po co ci to było? Po co polazłeś do telewizji? Po co wystąpiłeś
przeciw systemowi? Przecież ludzie cię uprzedzali”. Całą drogę
lamentował. Dojechaliśmy do Lefortowa. Autobus przed więzieniem zatrzymał się, wykręcił i ruszył z powrotem. Zapytałem: „Dlaczego mnie do więzienia nie wsadziliście?” Wyjaśnili, że zapomnieli zabrać nakazu o zatrzymaniu w areszcie. Myślę, że dawali mi czas na przemyślenie sprawy. Myśleli, że jak podwiozą mnie pod więzienie, padnę na kolana i zacznę błagać: „Chłopaki, nie wsadzajcie mnie. Zeznam wszystko, co tylko chcecie”. „Zabrali” nakaz i zawieźli ponownie do więzienia. Milczeli. Nikt już nie uprzedzał, że to koniec, że „mogą mnie zabić i rodziny już więcej nie zobaczę”. Zrozumieli, że zastraszanie jest bez sensu. „Przesłuchanie” zostało zakończone.
Przywieźli mnie do więzienia i natychmiast jeden z grupy, która
mnie zatrzymała, wycelował we mnie wideokamerę i mówi: „Powiedz, że nie masz pretensji do nikogo z tych, którzy cię zatrzymali”. Ta głupota zawsze mnie rozśmieszała. Odpowiedziałem: „Nie będę nic mówić”. Przyszedł Diecijew: „No powiedz, przecież jesteśmy przyjaciółmi, po starej przyjaźni, powiedz”.

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Replika oraz Oficyny Wydawniczej Volumen

Artykuł Przestępcy z Łubianki. Działalność rosyjskiej FSB w relacji największego „zdrajcy” w jej historii. [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/przestepcy-z-lubianki-dzialalnosc-rosyjskiej-fsb-w-relacji-najwiekszego-zdrajcy-w-jej-historii-wideo/feed/ 0
Pozbawiony skrupułów ludobójca Polaków. Roman Szuchewycz, działacz OUN i dowódca UPA. [WIDEO] https://niezlomni.com/pozbawiony-skrupulow-ludobojca-polakow-roman-szuchewycz-dzialacz-oun-i-dowodca-upa-wideo/ https://niezlomni.com/pozbawiony-skrupulow-ludobojca-polakow-roman-szuchewycz-dzialacz-oun-i-dowodca-upa-wideo/#respond Sun, 20 Feb 2022 22:21:16 +0000 https://niezlomni.com/?p=51379

Autor poszukuje odpowiedzi na pytanie, jak doszło do tego, że członek znanej, inteligenckiej rodziny, stał się ukraińskim terrorystą zwalczającym państwo polskie, a następnie współpracownikiem niemieckiego wywiadu. Przybliża jego działalność na Rusi Podkarpackiej, będącej poligonem doświadczalnym OUN. Omawia współudział w tworzeniu batalionu „Nachtigall”, który w zamyśle ukraińskich nacjonalistów miał stanowić zalążek ich armii.

Podczas służby w batalionie policyjnym SS na Białorusi Szuchewycz nauczył się niemieckiej metody pacyfikacji wsi – wszystkich mieszkańców uznawano za bandytów i mordowano. Sam rozwinął ją potem „twórczo” w Małopolsce Wschodniej, nazywając ludobójstwo Polaków „wysiedleniami”.

Szybko podporządkował sobie zarówno OUN, jak i UPA. Jako faktyczny dyktator starał się działać tak, by za nic nie odpowiadać. Decyzje podejmował formalnie ktoś inny, jak na przykład fikcyjna Ukraińska Główna Rada Wyzwoleńcza.

Jak bardzo zakłamanie i zbrodnia towarzyszyły Szuchewyczowi, autor dowodzi na przykładzie czystki etnicznej w Małopolsce Wschodniej. Jest ona zarazem świadectwem realizowanej przez niego polityki fałszowania rzeczywistości i obarczenia winą kogoś innego.

Dyktator do końca wierzył w wybuch III wojny światowej. Zakładał naiwnie, że mocarstwa zachodnie potraktują OUN-UPA jako sojusznika. Wskutek tego doszło praktycznie do zagłady ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego. Sowiecka sprawiedliwość dosięgła wszystkich, których ręce unurzane były w polskiej krwi…

Autor oparł swą prace na wszelkich dostępnych źródłach – dokumentach, wspomnieniach i relacjach, zwłaszcza ukraińskich. Głównym jego celem jest ukazanie prawdziwego, zbrodniczego oblicza Romana Szuchewycza i wyjaśnienie, dlaczego traktowanie go dziś na Ukrainie jako bohatera musi w Polakach budzić sprzeciw.

Marek A. Koprowski, Rozkaz mordować Polaków. Roman Szuchewycz – krwawy dyktator OUN-UPA, Wyd. Replika, Poznań 2022. Książkę można nabyć na stronie wydawnictwa REPLIKA.

Fragment rozdziału: W walce z II Rzeczpospolitą

Szuchewycz chciał zamordować Czechowskiego z wielu względów. Przede wszystkim decyzję o jego likwidacji podjęło kierownictwo OUN. Miała to być zemsta organizacji za skuteczne działania polskich władz bezpieczeństwa przeciwko OUN. Zamach miał wstrząsnąć polską opinią publiczną, dać jej do zrozumienia, że wbrew informacjom pojawiającym się w mediach organizacja ukraińska nie została rozbita i kontynuuje swą walkę z państwem polskim. Szuchewycz i kierownictwo OUN zakładali, że w Polsce nie będzie gazety, która zabójstwu komisarza Czechowskiego nie poświęci choćby wzmianki. Szuchewycz chciał też ukarać Czechowskiego, ponieważ na każdym kroku odnosił się do OUN z pogardą, traktując jej członków jak zwykłych rzezimieszków, i podkreślał przy tym, że za nim stoi państwo polskie, które reprezentuje. Szuchewycz chciał poprzez zamach na Czechowskiego pokazać, że w konfrontacji z państwem polskim te rzezimieszki ukraińskie, jak pisze Sergij Michajłenko, mają swoje atuty: „fanatyzm, brak strachu przed śmiercią, zdolność do poświęcenia dla własnej sprawy”.

Szuchewycz miał też z komisarzem Emilianem Czechowskim swoje porachunki. Domyślał się, że ma on w środowisku nacjonalistów swojego agenta i wkrótce rozszyfruje, kto kazał zamordować Tadeusza Hołówkę. Obawiał się, że Czechowski rozpracuje jego środowisko i dobierze mu się do skóry. Mordując Czechowskiego, chciał nie tylko pozbyć się potencjalnego zagrożenia, ale podnieść swoje akcje wewnątrz organizacji i przy okazji wylansować w niej swojego szwagra ‒ Jurkę Berezynskiego. Planował zlecić mu zabicie komisarza. Gdyby mu się to udało, szwagier mógłby chodzić w aureoli bohatera. Zastrzelenie komisarza kierującego wydziałem ukraińskim policji było przecież wielkim wyczynem. W gronie terrorystów taki „cyngiel” byłby otoczony szacunkiem. Część tego uznania z pewnością przeszłaby i na Szuchewycza. Berezynsky należał do grupy bojowej „Bogdaniwka”. Został zwerbowany przez Szuchewycza, był jego podopiecznym i wychowankiem. Nie jest wykluczone, że chciał przekształcić kierownictwo OUN w „rodzinny interes”. Chciał najważniejsze sprawy podziemia załatwić przy pomocy ludzi, z którymi łączyły go więzy rodzinne, a którzy o podziemiu niczego nie wiedzieli. Mieli tylko pełnić rolę „cyngli”, czyli morderców. Jurko Berezynsky, zafascynowany szwagrem, rwał się do czynu i Szuchewycz chciał wykorzystać jego zapał.

Na początku Szuchewycz, formalnie jako referent bojowy Krajowej Egzekutywy OUN o pseudonimie „Dzwon”, kazał śledzić Czechowskiego i ustalić, gdzie mieszka, którędy się porusza, jakimi ulicami chodzi. Berezynsky miał zwłaszcza ustalić, o której godzinie komisarz wychodzi z domu i jaką drogą udaje się do pracy. Przydzielono mu do tego pomocników z bojówki „Bogdaniwka”, którzy od grudnia 1931 r. do lutego 1932 r. rozpracowali tryb życia Czechowskiego. Komisarz nie zorientował się, że jest śledzony. Zachowywał się trochę nonszalancko i odmawiał korzystania z ochrony, co ukraińskim bojówkarzom znakomicie ułatwiało zadanie. Najbardziej przydatna dla Jurija Berezynskiego w obserwacji komisarza miała być według Mychajłenki młoda dziewczyna – członek OUN – „Mira”. Podczas śledzenia Czechowskiego ukraińscy obserwatorzy ustalili, że komisarz każdego ranka między godzinami 7.10 a 7.35 szedł do pracy tą samą drogą: ulicą Stryjską, potem alejką Parku Stryjskiego, wracał na Stryjską, gdzie na przystanku wsiadał do tramwaju. Rano ta okolica była wyludniona. Szuchewycz uznał, że jest to teren idealny do dokonania zamachu. Zamachowiec, czekając w pobliżu przystanku na ulicy Stryjskiej, mógł zaobserwować, czy śledzony wyszedł z domu sam i czy ktoś za nim nie idzie. W alejce parkowej idący komisarz policji był widoczny jak na dłoni. Szuchewycz polecił działać swojemu szwagrowi samodzielnie, bez wsparcia ze strony innych bojówkarzy. Miał strzelić Czechowskiemu w tył głowy z pistoletu o kalibrze 6,35, którego strzał był ledwo słyszalny. Do obrony przed ewentualnym pościgiem otrzymał dodatkowo drugi pistolet o kalibrze 9 mm. Na dzień zamachu Szuchewycz wybrał wtorek, bo uważał ten dzień za szczęśliwy dla siebie. Wynika z tego, że Szuchewycz był człowiekiem zabobonnym. W poniedziałek przed zamachem Berezynsky przebywał u rodziców w Ogladowie. Po północy wstał z łóżka i pieszo udał się na stację w Pawłowie. Przeszedł piechotą jedenaście kilometrów i na stacji wsiadł do pociągu jadącego do Lwowa. Przyjechał do niego o szóstej czterdzieści pięć, wysiadając na stacji Podzamcze, przez którą jak zawsze przewalały się tłumy ludzi jadących do pracy czy na targ. Nikt na młodego bojówkarza nie zwrócił najmniejszej uwagi. Na stacji czekała na niego przydzielona mu do operacji wspomniana wcześniej „Mira”. Wręczyła Berezynskiemu dwa pistolety. Następnie oboje wsiedli do tramwaju i udali się w pobliże miejsca, w którym Berezynsky miał zastrzelić komisarza. „Mira” miała zaczekać na niego na przystanku.

Czechowski niefrasobliwie szedł sam, z rękami w kieszeniach. Gdy wyszedł z parku, Berezynsky ruszył za nim i strzelił mu w tył głowy. Czechowski ugiął się w kolanach i padł na ziemię. Berezynsky rzucił się natychmiast do ucieczki i nieścigany przez nikogo dobiegł do przystanku, gdzie oczekiwała go „Mira”, której oddał broń, a ona wręczyła mu bilet powrotny do stacji Pawłów.

Szuchewycz siedział w tym czasie w domu i słuchał radia. Można wyobrazić sobie jego radość, gdy już o siódmej trzydzieści Polskie Radio podało komunikat, że nieznany osobnik zastrzelił komisarza policji Emiliana Czechowskiego. A także, że prawdopodobnie zabójstwa dokonano z powodów politycznych.

Artykuł Pozbawiony skrupułów ludobójca Polaków. Roman Szuchewycz, działacz OUN i dowódca UPA. [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/pozbawiony-skrupulow-ludobojca-polakow-roman-szuchewycz-dzialacz-oun-i-dowodca-upa-wideo/feed/ 0
Decyzja, która zmienia życie. Niebanalna, obnażająca ludzkie słabości, ale i niosąca nadzieję opowieść https://niezlomni.com/decyzja-ktora-zmienia-zycie-niebanalna-obnazajaca-ludzkie-slabosci-ale-i-niosaca-nadzieje-opowiesc/ https://niezlomni.com/decyzja-ktora-zmienia-zycie-niebanalna-obnazajaca-ludzkie-slabosci-ale-i-niosaca-nadzieje-opowiesc/#respond Sun, 02 Jan 2022 14:54:38 +0000 https://niezlomni.com/?p=51374

Beata Zdziarska prowokuje do zadawania sobie trudnych pytań dotyczących wyborów moralnych i definicji człowieczeństwa. Nasycając historię Ewy i Mateusza skrajnymi emocjami, uwrażliwia czytelnika i podejmuje tym samym polemikę z jego sumieniem.

Chciałabym, aby wszystkie książki z nurtu powieści społeczno-obyczajowych były takim właśnie głosem – niebanalnym, obnażającym ludzkie słabości, ale i niosącym nadzieję. Nie będziecie mogli się oderwać od tej książki!

Ewa i Mateusz są małżeństwem, któremu nieźle się powodzi. Luksusowy apartament w centrum miasta, dwa samochody, dobra praca. Do szczęścia brakuje im właściwie tylko… szczęścia. Kiedy pewnego dnia postanawiają zawalczyć o nieco zetlałe uczucia między nimi, okazuje się, że los trzymał dla nich w zanadrzu coś, czego woleliby nigdy nie doświadczyć.

Wioleta Sadowska,
subiektywnieoksiazkach.pl

Fragment książki Beata Zdziarska, Po drugiej stronie raju, Wyd. Replika, Poznań 2021. Książkę można nabyć na stronie wydawnictwa Replika.

A więc wszystko wróciło. Obrazy zaatakowały mnie na przekór woli. Zupełnie jakbym była bezwolną istotą, która nie ma wpływu na własny stan umysłu. Muszę uporządkować przeszłość. Chciałam to zrobić już dawno temu…

Podobno wszystko ma swój czas. Jest czas radości i śmiechu, czas smutku oraz płaczu, czas budowania, a także czas niszczenia. Teraz nareszcie obudziła się we mnie nadzieja, którą kiedyś bezpowrotnie straciłam.

Mam na imię Ewa. Tak samo jak kobieta, która dawno temu została powołana do wiecznej szczęśliwości, a która swoim nieroztropnym krokiem sprowadziła na ludzkość choroby, cierpienie oraz śmierć. Gdyby nie tamten tragiczny w skutkach postępek, jej potomkowie żyliby jak ptaki w swoich ciepłych, bezpiecznych gniazdach. Jedna decyzja, która w danym momencie wydaje się właściwa, potrafi przeobrazić nasze życie nie do poznania, poplątać nasze plany i marzenia. To, co znane, oswojone, przestaje istnieć. Wydeptana ścieżka ginie w mroku. Zaczynamy poruszać się po omacku i często trafiamy na drogę, która usuwa nam się spod nóg. Nie potrafimy przewidzieć, co się za chwilę stanie, niczego nie jesteśmy już pewni. Wtedy rodzi się lęk.

Jak potoczyłoby się moje życie, gdyby… Nie. Nie chcę snuć domysłów ani tworzyć alternatywnych wersji własnego losu. Pragnę opowiedzieć prawdziwą historię. Swoją historię, bo przecież każdy człowiek to indywidualna opowieść. Można ją czytać tylko w oryginale i jest nie do podrobienia.

Przełknęłam ślinę w zaschniętym gardle, usiłując powstrzymać napierającą falę bólu pomieszanego ze strachem. Zanurzyłam się w przeszłości i wróciłam do wydarzeń sprzed kilku lat. Wydarzeń, które na zawsze odmieniły moje życie. A więc…

Wrzuciłam do tabelki ostatnie dane i ponownie uważnie przejrzałam całość. Uff. Raport, nad którym pracowałam od kilku dni, był gotowy. Kiedy drukarka wyrzuciła z siebie ostatnią, siódmą stronę dokumentu i przeszła w stan uśpienia, odetchnęłam z ulgą. Na dzisiaj koniec, pomyślałam. Nareszcie mogłam przełączyć mózg w tryb offline i poszybować myślami poza przestrzeń biurka oraz komputera. Poskładałam równo kartki, włożyłam je do segregatora, a potem zalałam wrzątkiem torebkę z jeżynową herbatą. Z każdym łykiem aromatycznego napoju czułam, jak ulatuje ze mnie napięcie całego dnia.

Lubiłam swoją pracę, chociaż większość czasu spędzałam na wykonywaniu tych samych czynności i powielaniu schematycznych działań. Codziennie rano wchodziłam do szklanego biurowca, wjeżdżałam windą na czwarte piętro, otwierałam swój gabinet, po czym odpalałam komputer. Odpisywałam na maile, opracowywałam strategie, sporządzałam wykresy i tabelki, pisałam sprawozdania oraz raporty.
Jak większość ludzi, nie wyróżniałam się niczym specjalnym. Nie miałam prawdziwej pasji ani wielkiego talentu, a mimo to rozpierało mnie poczucie dumy, że wciąż tworzyłam coś nowego, zaskakując samą siebie. Wydawało mi się, iż jestem niczym potężny Atlas, podpierający glob ziemski. Tymczasem moja pozycja sprowadzała się do roli małej szpilki na ogromnej korkowej tablicy z dziesiątkami informacji i ogłoszeń. W tej prężnej korporacji, której byłam zaledwie cząsteczką, każdy miał swoje określone miejsce. Ja również.

Gdy dziesięć lat wcześniej odebrałam telefon z wiadomością, że przeszłam sito kwalifikacyjne i otrzymałam pracę w firmie, niemal popłakałam się z radości. Jednak chwilę później przyszedł moment wahania. Czy dam sobie radę w wielkiej korporacji? Przecież spośród setek ekonomistek, które co roku opuszczały mury sopockiej uczelni, nie wyróżniałam się niczym nadzwyczajnym. Wszystkie miałyśmy tytuł magistra, znałyśmy język angielski, potrafiłyśmy obsługiwać urządzenia multimedialne oraz parzyć kawę. Pełna obaw rzuciłam się w wir nowego zajęcia, skutecznie maskując wewnętrzne lęki pozorną pewnością siebie. Od pierwszego dnia pracy stała się ona moją firmową maską, dzięki której bardzo szybko zaskarbiłam sobie względy przełożonych. Zyskałam opinię sumiennej pracownicy, lojalnej i ambitnej, a moje comiesięczne pobory zaczęły przekraczać poziom średniej krajowej.

Wyjęłam z opakowania drugą torebkę herbaty i włożyłam do kubka. Po chwili woda w czajniku zawrzała. Przygotowałam napój i usiadłam przy biurku. Zerknęłam na podkładkę pod mysz i przeczytałam półgłosem napis reklamowy. Strategie komunikacyjne, uśmiechnęłam się w duchu. Strategie komunikacyjne wyzierały z każdego zakamarka mojego gabinetu. Na dużych kolorowych planszach, które wisiały na ścianach, krzyczały pod postacią marketingowych haseł. Były wątpliwą ozdobą firmowych gadżetów: kalendarza z przesuwanymi datami, brulionu z kartkami, kubka, z którego piłam herbatę, długopisów, którymi podpisywałam dokumenty.

Moi rodzice przez długi czas nie mogli uwierzyć, że zarabiałam niewiele mniej niż oni – małżeństwo wziętych gdańskich notariuszy.
– Czym ty się właściwie zajmujesz w tej firmie? – zapytał pewnego dnia ojciec.
Wzruszyłam ramionami.
– Słowem.
Mama ze zdziwienia wybałuszyła oczy.
– Przepraszam, czyżbyś zaczęła pisać książki? – zakpiła, na co ja po prostu się roześmiałam.
– Przecież wiecie, że pracuję w dziale komunikacji. Uczę ludzi poprawnego komunikowania się zarówno w kontaktach personalnych, jak i zawodowych.

Ojciec zamyślił się, spojrzał na mnie poważnie i odparł:
– Dalej nie pojmuję, o co w tym chodzi. Może wyjaśnij nam to wreszcie w sposób jasny i konkretny?
Nie kryłam zaskoczenia, ale i radości. Po raz pierwszy moi rodzice, dla których nie istniało żadne inne miejsce pracy poza kancelarią notarialną, zainteresowali się zajęciem swojej córki.
– Widzicie, przeciętny człowiek uważa, że posługiwanie się słowem jest czymś oczywistym, bo przecież uczymy się tego od dziecka. Najpierw zdobywamy umiejętność mowy, potem pisania.
– Z emocji drżał mi głos, ale szybko dałam sobie z tym radę i dość gładko weszłam w rolę szkoleniowca.
– Nic bardziej mylnego. Dzisiaj ludzie oddalili się od słowa. Mają problem z wymianą myśli, a często również banalnych informacji.
Zaczerpnęłam powietrza i po chwili mówiłam dalej:
– Aby tak potężna firma jak ta, w której pracuję, sprawnie funkcjonowała, trzeba wyeliminować niedomówienia.
– Niedomówienia? No dobrze… W związku z tym co? – drążył ojciec.
– Chodzi o to, żeby przekaz był prosty, zwięzły i zrozumiały dla wszystkich zatrudnionych. A przede wszystkim musi dotrzeć do każdej komórki w firmie, od parteru aż do szóstego piętra, czyli tam, gdzie znajdują się gabinety dyrektorów. I w tym właśnie moja głowa – powiedziałam nie bez satysfakcji.
Rodzice przytaknęli głowami i nic nie odpowiedzieli. Powinni być ze mnie dumni, tymczasem wydawali się całkowicie obojętni. Zawsze byli oszczędni w słowach, wyważeni oraz powściągliwi aż do przesady. Na próżno oczekiwałam od nich pochwał czy słów zachwytu.
Dopiłam herbatę, wstałam od biurka i rozciągnęłam się jak kot. W sąsiednim szklanym biurowcu niektórzy pracownicy poszli już do domu. Starszy siwy mężczyzna, którego gabinet znajdował się na wprost mojego, tak blisko, że mogliśmy się nawzajem obserwować, wyszedł jak zwykle dziesięć minut przed trzecią. Hanki, koleżanki z przyległego pokoju, też już nie było. Dzisiaj znowu szybciej skończyła pracę. Słyszałam, jak dyskretnie zamyka drzwi, a potem cichaczem przemyka się po korytarzu. Coraz częściej wychodziła przed czasem, myśląc, że nikt o tym nie wie. Z Hanką znałam się od siedmiu lat, pracowałyśmy w jednym dziale, lecz od samego początku nie przepadałyśmy za swoim towarzystwem. Na szczęście nasze miejsca pracy oddzielała od siebie solidna ściana. Zadarłam w górę głowę. Od szklanej tafli odbijały się rażące promienie słońca. Zmrużyłam oczy. Któregoś dnia pokuszę się, żeby policzyć ilość okien w wieżowcu.
Jak zawsze przed wyjściem, zmieniłam buty. Zdjęłam biurowe wygodne pantofelki na niewielkim koturnie i założyłam szpilki na dziesięciocentymetrowych obcasach, podbitych metalowymi blaszkami, które uderzając o chodnik, wydawały z siebie wyjątkowo głośny stukot. Po wyjściu z wieżowca minęłam przychodnię lekarską, Starbucksa i bagietkarnię. Na przystanku autobusowym jak zwykle stały tłumy ludzi. Z daleka ujrzałam karminową maskę mojego citroëna. Po chwili odpaliłam auto i ruszyłam w kierunku śródmieścia, gdzie trzy lata temu kupiliśmy mieszkanie, a właściwie apartament, choć tak naprawdę nie widziałam różnicy między jednym a drugim. Wjechałam do hali garażowej i zaparkowałam obok toyoty Mateusza.
W domu pachniało obiadem. Przypomniałam sobie, że od południa niczego nie jadłam.
– Cześć – rzuciłam do męża, który siedział w skupieniu nad otwartym laptopem. Kot podszedł do mnie i otarł się o moje nogi. Nachyliłam się nad zwierzęciem i pogłaskałam je po grzbiecie.
– Nie słyszałem, jak weszłaś. – Mateusz nie oderwał ani na moment wzroku od komputera.
– Co tam u ciebie? – zapytał od niechcenia.
Głośno westchnęłam.
– Od dwunastej nie miałam niczego w ustach. Poza kawą, oczywiście – powiedziałam, biorąc na ręce kota.
– Miałam ciężki dzień. Wyjątkowo ciężki dzień.
– Jeśli jesteś głodna, to w garnku są ziemniaki, a na patelni kotlety – odparł, przesuwając palcami po klawiaturze.

Artykuł Decyzja, która zmienia życie. Niebanalna, obnażająca ludzkie słabości, ale i niosąca nadzieję opowieść pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/decyzja-ktora-zmienia-zycie-niebanalna-obnazajaca-ludzkie-slabosci-ale-i-niosaca-nadzieje-opowiesc/feed/ 0
Dialog z diabłem o otaczającej nas rzeczywistości. Najnowsza powieść Pawła Lisickiego https://niezlomni.com/dialog-z-diablem-o-otaczajacej-nas-rzeczywistosci-najnowsza-powiesc-pawla-lisickiego/ https://niezlomni.com/dialog-z-diablem-o-otaczajacej-nas-rzeczywistosci-najnowsza-powiesc-pawla-lisickiego/#respond Sat, 18 Dec 2021 08:49:46 +0000 https://niezlomni.com/?p=51370

Publikacja napisana w formie bloga, którego autorem jest książę ciemności - szatan. Poprzez zapiski diabła Paweł Lisicki komentuje niełatwą rzeczywistość. Autor porusza tematy z pierwszych stron gazet – np. eutanazję, aborcję, LGBT, komunizm, pandemię, moralność czy też zagadnienia teologiczne. Rozpatruje i omawia je z punktu widzenia nienawidzącego ludzi szatana. Zaskakująca, przewrotna, przenikliwa i bardzo pouczająca lektura.

Paweł Lisicki, System diabła. Blog z piekła rodem, Wyd, Fronda, Warszawa 2021. Książkę można nabyć na stronie Wydawnictwa Fronda.

@@@
Jak ja was nienawidzę, synowie Adama. Was, małp, które uzurpują sobie prawo do bycia najbardziej ukochanymi istotami Wielkiego Łaskawcy. Odzyskałem wreszcie kontrolę nad światem. Mam go w garści i nikt mnie już nie wykiwa. Nadeszły radosne chwile oczekiwania na kapitulację. Na przybycie posłańca, który przyniesie białą flagę. Lada moment zatriumfuję.

@@@

Doprowadziłem do tego, że małpy ukochały zniewolenie. Pantokrator dał im wolną wolę, a ja znalazłem sposób, żeby się jej wyrzekli. Wolność zastąpili wygodą. Mogę nimi sterować i manipulować. Sami myślą o sobie jak o zwierzętach. Zabiłem w nich duszę. Są teraz konstruktorami własnego zatracenia.

@@@
Zbliża się najważniejszy moment w historii świata. Nieubłaganie nadchodzi moje zwycięstwo. Zaczynam więc robić notatki z moich działań, aby służyły pomocą w diabelskich uczelniach. To jest blog wszech czasów. My, diabły, kochamy technologię i uwielbiamy nowinki. A po zwycięstwie nie będzie już niczego nowego. Przecież idziemy do boju po to, żeby było jak dawniej. Zanim pojawiła się małpa zwana człowiekiem.

Pierwsza prezentacja eksluzywnego bloga księcia ciemności z darknetu.

O autorze:

Paweł Lisicki – (ur. 1966) – eseista, pisarz, tłumacz, redaktor naczelny i współwydawca tygodnika ,,Do Rzeczy”. W latach 2006 – 2011 redaktor naczelny dziennika ,,Rzeczpospolita”, założyciel i pierwszy redaktor naczelny tygodnika ,,Uważam Rze ”. Pisze dramaty, powieści, wstępy krytycznoliterackie.

Autor ponad 20 książek teologicznych, filozoficznych i historycznych. Najbardziej znane to „Nie-ludzki Bóg”, „Doskonałość i nędza” (w 1998 roku otrzymał za nią Nagrodę im. Andrzeja Kijowskiego), „Kto zabił Jezusa?”, „Krew na naszych rękach?” (Główna Nagroda Wolności Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w 2017 roku), „Epoka Antychrysta”, „Dogmat i tiara. Esej o upadku rzymskiego katolicyzmu” (Nagroda Mackiewicza w 2021 roku) oraz „Kto fałszuje Jezusa?”. Opublikował też dwa wywiady-rzeki z kardynałem Gerhardem Muellerem (nagroda Feniks w 2019 roku) i biskupem Athanasiusem Schneiderem, poświęcone relacjom Kościoła i współczesności.

Jego książki zostały przetłumaczone m.in. na francuski, węgierski i czeski. Publikuje wywiady, analizy i komentarze w najważniejszych polskich gazetach i tygodnikach. Jest częstym gościem programów publicystycznych w telewizji i internecie.

Fragment książki „System diabła. Blog z piekła rodem”:

Rozdział – Odejście

@@@
Wszystko to się nawzajem nakręca i warunkuje: aborcja, związki homoseksualne, adopcje dzieci przez takie pary, promocja trans, eutanazja, kompostowanie, orgie, swingersi, sadomasochizm, masochizm, ateizm. Coraz łatwiej i coraz szybciej się do nich dobieram. Pokonałem ostatni bastion, za którym ukrył się Wielki Łaskawca. Nawet śmierć o nim nie przypomina.

Pamięć o śmierci długo pętała mi ręce. Dopóki duszyczka nie zeszła z tego świata, zawsze mogła wywinąć numer i zbiec. W ogóle śmierć nadawała małpom pewną, powiem to tak, gravitas. Bałem się tego ostatecznego starcia. Mnie, czystemu bądź co bądź duchowi, nie jest łatwo zrozumieć, czym jest dla nich śmierć. Tym bardziej że zdecydowana większość nie ma wglądu poza doczesne życie i nie dostrzega, tak jak ja, obu stron medalu.

Gdyby wierzyli, że mają tylko życie tu i teraz, szybko bym się z nimi uporał. Jednak mrzonki o nieskończonym szczęściu i powstaniu z martwych tak im zawróciły w głowie, że niewiele mogłem zdziałać. Opatulili się w tę wiarę niczym w zbroję. Trudno było ich dopaść, tym bardziej że większość, odchodząc, miała przy sobie klechy. Trzysta lat temu zasiałem w nich wątpliwość. Powoli przestali wierzyć w drugie życie. Wyzwolenie najpierw pobudziło wyobraźnię i energię. Chodzili jak pijani. Byli upojeni szczęściem i poczuciem swojej mocy. Z czasem doczesność zaczęła im coraz bardziej ciążyć. Kiedyś troszczyli się o to, w jaki sposób odejdą na drugi świat i jak będą się przede mną zabezpieczać (łajdaki). Teraz kłopoczą się jedynie tym, jak odejść bezboleśnie. W ogóle o to się jednie troszczą. O unikanie bólu, o satysfakcję, wygodę. Najchętniej zrobiliby ze świata przeogromny szpital.

@@@
Dawniej starość była spełnieniem życia. Starzy byli mądrzy. Dziś starość to przekleństwo. Stare małpy są zbyteczne, są ohydne, puste. Nie mogą kopulować i to mówi wszystko. Niektórzy, jeśli są bogaci, mogą ukrywać wiek, wygładzać zmarszczki, przeklejać skórę, powiększać te i inne członki, ale wewnętrzny żar i tak w nich gaśnie, a choroby prędzej czy później ich dopadają. Najgorsze, że mimo wszystkich lekarstw nie mogą całkiem uśmierzyć lęku. Widzą, że wypełnia się los. Gorzej, że nie mają nic istotnego do przekazania, bo ich doświadczenie zda się psu na budę. Małe zwierzątko ze smartfonem wie dziś więcej o świecie niż oni, z całym tym bagażem dziesięcioleci na karku. Doświadczenie, które zgromadzili, już się nie liczy. Przyszłość zawsze ich wyprzedza. Młodość, młodość, młodość. Młodość i basta. Starość na śmietnik.

@@@
Dwadzieścia lat temu wypromowaliśmy hasło „życie niegodne życia”. W tym celu do walki rzuciłem wszystkie biesy. Wiedziałem, że jeśli ich tu przełamię, będę ich miał w garści. Odbiorę zabawki Wielkiemu Łaskawcy. Chwali się, że jest wszechmocny, bo jest on panem życia i śmierci. Jak trwoga, to do Boga. Cha, a ja to przełamałem. Odarłem śmierć z tajemnicy, z misterium. Z tego, co nieuchronne, zrobiłem zwykłą ludzką decyzję. Włączyłem śmierć w doczesność. Donikąd nie prowadzi, niczego nie otwiera.

Nauczyłem małpy, że mają same postanawiać, kiedy znikają. Wprawdzie „kiedy” to nie to samo co „czy”, ale od czego jest dialektyka? Tak to urządziły, żeby decyzja, choć własna, była jednocześnie państwowa, czyli legalna, czyli zgodna z wolą powszechną, czyli moralna. Wymyśliły, że zrobi to za nich państwo, wyznaczeni lekarze, fachowcy, specjaliści. Odchodzą zgodnie z nauką, a nie z postanowieniem Wielkiego Łaskawcy. Troszczą się tylko o to, by uśmierzyć ból i do końca jak najmniej cierpieć. Zabawne, gdyby mieli dość sił, nawet z piekła zrobiliby ośrodek rehabilitacyjny.

Dla nich żyć to nie cierpieć. A cierpieć oznacza naprawdę nie żyć. Skoro starość i cierpienie zwykle kiedyś się przecinają, bo ogół małp nie umiera nagle i bezwiednie, ale po długiej i ciężkiej, wyczerpującej chorobie, to odebranie sobie życia samemu, zanim całkiem straci ono wartość, staje się postulatem słusznym. Sprawiedliwość polega na tym, żeby każdy mógł się w spokoju zabić albo, ściślej, żeby każdego w odpowiednim momencie uśmierciło państwo. Jeśli nie potrafi zrobić tego sam, bo jest psychicznie za słaby, powinni się tym zająć wyznaczeni przez państwo eksperci. Potrafi czy nie potrafi: państwo uzyskało w ten sposób prawo do zabijania własnych obywateli, nawet jeśli za ich zgodą. Wszystkie czarty wspierają ich ze wszystkich sił. Tak jak wprowadziłem do obiegu aborcję, tak to samo zrobiłem z eutanazją. Miła, obca nazwa bardzo cieszy uszy.

Wydarłem ich całkiem klechom i teraz, kiedy muszą stawić czoło ostateczności, to ja jestem przy nich. Drugą stronę odpędzają. Większość z tych, którzy zlecają zabicie siebie samych, jest przekonana, że nie istnieje ani Wielki Łaskawca, ani ja. Co do tego bardzo się mylą, ale z pewnością nie jest w moim interesie wyprowadzanie ich z tego błędu.

@@@
Skupiam się na tym, żeby przekonać ich, jakim błędem jest życie. Do niczego nie prowadzi, od nikogo z góry nie pochodzi. Staje się nieważkie, ulotne, chwiejne, puste. Ostatecznie w ogóle traci rangę i wartość. Nawet zdrowi i pozornie zadowoleni dojdą do tego, że najlepiej byłoby albo zniknąć, albo się przemienić w inny gatunek, najlepiej w roboty, które zresztą, szczerze mówiąc, niezbyt mnie zajmują. Ja jestem łowcą dusz, ich łaknę, je pragnę zdobyć i dręczyć. Eutanazja to rozwiązanie idealne. Akceptacja dla niej to czytelny znak absurdalności życia. Raz uruchomiony proces neutralizacji życia będzie musiał przynosić kolejne efekty. Będzie rosła liczba ludzi, którzy z tej usługi korzystają. Będą to coraz nowsze kategorie – nie tylko starzy i chorzy śmiertelnie, lecz także młodzi i chorzy śmiertelnie, a potem nie tylko śmiertelnie i nie tylko chorzy. Na końcu będą to fizycznie zdrowi, którym nie chce się żyć. A komu będzie się chciało, skoro życie jest puste i kończy się zawsze tak samo?

@@@
Jedną rzeczą jest teoria, inną realizacja. Najważniejsze w mojej pracy jest zdobycie zaufania klientów. Niektóre czarty są za szybkie i potem małpy się boją. Pierwszy raz przełamałem ich strach i wprowadziłem eutanazję w latach 30. XX wieku w Niemczech. Niestety, oni się tak rozochocili, że z tego, co powinno być daniem rzadkim i wybornym, zrobili garkuchnię. Niemcy w ogóle są zawsze prymusami i to kłopot. Jak reszta małp zobaczyła, co z tego wynikło, a wynikła z tego hekatomba trupów, to wzięli nogi za pas i się wycofali. Do czasu. Nigdy nie mów nigdy. Asmodeusz, demon Holandii, dwadzieścia lat temu dał sobie z nimi radę. Za jego poduszczeniem małpy ogłosiły, że zabójstwo nie jest zabójstwem, jeśli dokonuje się go na życzenie zabijanego. Mówiłem, jak kocham tę ich pokrętność, nic dziwnego, że zwiedli zwodziciela. Wszystko to przecież tylko pudrowanie i fasada. Wiemy, że kto mówi A, ten mówi wkrótce B, a potem wszystkie litery alfabetu. Strach przed cierpieniem i poczucie pustki po śmierci doprowadziły do wprowadzenia nowego prawa zezwalającego na uśmiercanie. Znowu łapię się za kopyto i krzyczę – dialektyka. Tak bardzo boją się śmierci, że aż na nią zobojętnieli. Tak bardzo boją się sądu, że wyparli się śmierci.
Początki były skromne. Liczba ofiar niewielka, a i tak, przynajmniej teoretycznie, przed wykonaniem zabiegu trzeba było poprosić o zgodę lekarzy. Trochę z innymi czartami kręciliśmy na to nosem. Marzyło się nam prawo powszechne, przeznaczające do eliminacji wszystkich od określonej granicy wieku. Byłoby ono w pełni równościowe i ludzkie. Pracuję nad tym. Zanim to nastąpi, a jestem pewien, że tak się stanie, trzeba się cieszyć z tego, co jest. Niewielka szczelina zaczęła się szybko poszerzać. Z roku na rok liczba eutanazjowanych rosła. Pojawiły się nowe kategorie. Do Holandii szybko dołączały inne kraje.

Dwadzieścia lat po pierwszym zabiegu pojawił się nowy pomysł. „Holandia chce zalegalizować »pigułkę śmierci« dla osób, które ukończyły 70 lat i czują się... zmęczone życiem. Rząd pracuje nad prawem umożliwiającym »eutanazję na życzenie«. Bez recepty, bez żadnej podstawy medycznej, tak w Holandii najpierw seniorzy, a potem zapewne już każdy »zmęczony życiem«, będą mogli zakończyć swoją ziemską wędrówkę”. Do tego ich doprowadziłem. Wprawdzie 70 lat to wciąż sporo, poza tym w mojej koncepcji nie chodzi o prawo, lecz o przymus, ale jestem pewien, zapewnia mnie o tym demon Holandii, że wkrótce oba postulaty znajdą poparcie. Wszystko to wielka zasługa sędziego Sądu Najwyższego, profesora prawa, eseisty i naukowca, niejakiego Huiba Driona. Czterdzieści lat temu Drion, za naszym poduszczeniem ma się rozumieć, zaczął lansować pomysł, zgodnie z którym państwo powinno udostępnić obywatelom, którzy ukończyli 70 lat, trującą pigułkę, tak aby ci obywatele mogli sami zadecydować, kiedy chcą odejść z tego świata. Drion zmarł spokojnie z przyczyn naturalnych, podczas snu w swoim domu w Lejdzie w 2004 roku, w wieku 86 lat. Od siedemnastu lat codziennie połyka u nas w piekle całe stosy trujących pigułek i ciągle, mimo cierpienia, umrzeć nie może. Ale to informacja całkiem na marginesie. (…)

Artykuł Dialog z diabłem o otaczającej nas rzeczywistości. Najnowsza powieść Pawła Lisickiego pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/dialog-z-diablem-o-otaczajacej-nas-rzeczywistosci-najnowsza-powiesc-pawla-lisickiego/feed/ 0