Anglia – Niezłomni.com https://niezlomni.com Portal informacyjno-historyczny Sun, 03 Dec 2023 21:00:15 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=4.9.8 https://niezlomni.com/wp-content/uploads/2017/08/cropped-icon-260x260.png Anglia – Niezłomni.com https://niezlomni.com 32 32 Kim naprawdę był gen. Władysław Sikorski? Świetna książka Radosława Golca. [WIDEO] https://niezlomni.com/kim-naprawde-byl-gen-wladyslaw-sikorski-swietna-ksiazka-radoslawa-golca-wideo/ https://niezlomni.com/kim-naprawde-byl-gen-wladyslaw-sikorski-swietna-ksiazka-radoslawa-golca-wideo/#comments Sun, 11 Oct 2020 09:29:14 +0000 https://niezlomni.com/?p=51147

Gen. Władysław Sikorski jest w Polsce postacią kompletnie zmitologizowaną.Wynika to z braku wiedzy historycznej i niechęci do poznawania faktów oraz mylenia ich z własnymi ocenami, sympatiami i sentymentami. Radosław Golec w swojej najnowszej książce - przy okazji gorąco polecam też jego wcześniejsze publikacje - pisze o wydarzeniach, o których wielu historyków i publicystów milczy, bo nie chce przełamywać tabu.

Radosław Golec w "Generale i diuku" pisze o wydarzeniach praktycznie nieznanych, jak o tym, że polscy oficerowie chcieli przeprowadzić zamach na zastępcę Adolfa Hitlera na Wyspach Brytyjskich, ale uniemożliwiły to służby angielskie. Wyciąga na światło dzienne sprawy owiane mgłą tajemnicy, jak obozy dla żołnierzy polskich w Wielkiej Brytanii, uznanych przez gen. Sikorskiego za jego przeciwników. To tylko nieliczne nieznane albo mało znane fakty, które w sposób interesujący opisuje autor.

Radosław Golec, Generał i Diuk. Tajemnice rządu Sikorskiego i Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Tajemnice rządu RP na uchodźctwie, sekrety naczelnego wodza i Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Z przedmową Piotra Zychowicza, Wyd. Fronda, Warszawa 2020. Książkę można nabyć na stronie Wydawnictwa Fronda.

Premier polskiego rządu na uchodźstwie nie wątpił, że Polska znajdzie się w gronie państw zwycięskich i usiłował wzmocnić sytuację geopolityczną Polski w ramach nowego, powojennego rozdania. Rozpoczął tworzenie federacji państw środkowo-europejskich z Rzeczpospolitą jako ośrodkiem wiodącym. Gwarantem trwałości nowego tworu politycznego miała być Wielka Brytania. W tym celu Sikorski snuł plany unii personalnej Zjednoczonego Królestwa i odrodzonego królestwa polskiego. Na tronie federacji środkowo-europejskiej miał zasiąść Jerzy Windsor a plan postawienia na jej czele księcia Kentu stanowił, jak zapisał sekretarz Sikorskiego, Karol Estreicher, największą polityczną tajemnicę Jenerała.

Radosław Golec w swojej pracy stawia i odpowiada na ważne pytania dotyczące postaci Wodza Naczelnego.

Czy w latach trzydziestych Władysław Sikorski próbował siłą obalić władze

sanacyjne, a we wrześniu 1939 roku dokonał zamachu stanu?

Dlaczego polski rząd tworzył obozy koncentracyjne na terenie Wysp Brytyjskich

dla przeciwników politycznych? Czym była „Wyspa Węży” i ośrodek w Shinafoot?

Czy w najbliższym otoczeniu premiera znajdowali się agenci obcych mocarstw?

Dlaczego ogromna część żydowskich żołnierzy dezerterowała z polskiej armii?

Czy Sikorski prowadził tajne negocjacje z Niemcami i Sowietami?

Jaką rolę odegrali Polacy w brytyjskiej misji Rudolfa Hessa i dlaczego próbowali go zabić?

Jak wyglądały kilkukrotnie powtarzane próby zamachu na premiera RP?

Dlaczego powołanie unii polsko-czechosłowackiej, które było jednym z centralnych

punktów programu polskiego rządu, nie doszło do skutku?

Tajemnica zamachu w Gibraltarze – jak zginął naczelny wódz?

Co kryją jeszcze brytyjskie archiwa, skoro Home Office przesunął klauzulę tajności wielu dokumentów dotyczących Sikorskiego na kolejne dziesięciolecia?

Czy kiedykolwiek poznamy dokumenty skrywane w moskiewskich archiwach?

Bo przecież rękopisy nie płoną…

Artykuł Kim naprawdę był gen. Władysław Sikorski? Świetna książka Radosława Golca. [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/kim-naprawde-byl-gen-wladyslaw-sikorski-swietna-ksiazka-radoslawa-golca-wideo/feed/ 1
Zanim pojawił się ojciec Mateusz, ojciec Brown już rozwiązywał zagadki kryminalne. Poznaj przygody detektywa stworzonego przez wybitnego pisarza. [WIDEO] https://niezlomni.com/zanim-pojawil-sie-ojciec-mateusz-ojciec-brown-juz-rozwiazywal-zagadki-kryminalne-przygody-detektywa-stworzonego-przez-gilberta-k-chestertona-fragment-opowiadania/ https://niezlomni.com/zanim-pojawil-sie-ojciec-mateusz-ojciec-brown-juz-rozwiazywal-zagadki-kryminalne-przygody-detektywa-stworzonego-przez-gilberta-k-chestertona-fragment-opowiadania/#respond Wed, 06 May 2020 13:03:35 +0000 https://niezlomni.com/?p=49331

Ojciec Brown to skromny, szczery i przesympatyczny ksiądz, który posiada niebywałą zdolność do rozwiązywania nawet najbardziej skomplikowanych zagadek kryminalnych. Tajemnica jego sukcesu leży w nieprzeciętnej inteligencji. Używając wyobraźni i sprytu, stawia się na miejscu przestępcy i próbuje odgadnąć jego kolejny ruch.


Czasem wystarczy zaledwie jeden rzut jego uważnego oka na miejsce zbrodni, aby odtworzyć najbardziej nawet nieprawdopodobny scenariusz, aby odkryć motywy kierujące zbrodniarzem i jego tożsamość, aby odsłonić wszystkie tajemnice.

W dodatku w swojej chrześcijańskiej wielkoduszności nie wątpi, że zawsze można uzyskać przebaczenie i odkupienie…

Niezwykle intrygujące opowiadania pełne charakterystycznego dla Chestertona angielskiego humoru, skomplikowanych spraw kryminalnych, niezwykłych zbiegów okoliczności i zaskakujących zwrotów akcji.

Na motywach opowiadań o księdzu Brownie powstał rewelacyjny serial telewizyjny „Ojciec Brown” z Markiem Williamsem w roli tytułowej.

Po raz pierwszy w Polsce wszystkie opowiadania G. K. Chestertona o ojcu Brownie zebrane w jednym tomie!

Gilbert K. Chesterton, Ojciec Brown. Księga wszystkich spraw, Wyd. Replika, Poznań 2019. Książkę można zamówić na stronie wydawnictwa Replika.

Fragment opowiadania pod tytułem "Dziwaczne kroki":

Gdybyście natknęli się na członka tego szczególnego klubu, „Dwu­nastu Prawdziwych Rybaków”, wchodzącego do Hotelu Vernon na doroczną kolację klubową, zauważylibyście, że jego okrycie wieczo­rowe jest zielone, nie czarne. Gdybyście (zakładając, że macie tupet, by zwrócić się do takiej osobistości) zapytali go, dlaczego, przypuszczal­nie odpowiedziałby, że to po to, by nie pomylono go z kelnerem. To wam zamknie usta. Jednak odejdziecie, pozostawiając za sobą zagadkę, jak dotąd nierozwiązaną, i historię wartą opowiedzenia.

Gdybyście (biorąc pod uwagę równie nieprawdopodobne za­łożenie) mieli się spotkać z łagodnym, ciężko pracującym małym księdzem, nazywanym ojcem Brownem, i mieli go zapytać, co we­dług niego było największym fartem w jego życiu, odpowiedziałby przypuszczalnie, że taki łut szczęścia przydarzył mu się w Hotelu Vernon, gdzie zapobiegł zbrodni, a być może uratował duszę, tylko dzięki temu, że usłyszał kilka kroków w korytarzu. Przypuszczalnie odczuwa odrobinę dumy z tego swojego wariackiego i wspaniale trafnego założenia, i możliwe, że się do niego odniesie. Ponieważ jednak jest wielce nieprawdopodobne, byście kiedykolwiek uzyska­li dostatecznie wysoką pozycję w świecie towarzyskim, aby natknąć się na któregoś z „Dwunastu Prawdziwych Rybaków”, bądź upadli dostatecznie nisko, by znaleźć się w slumsach i pośród kryminali­stów, żeby znaleźć ojca Browna, obawiam się, że nigdy byście nie usłyszeli tej historii, chyba że ode mnie.

Hotel Vernon, w którym „Dwunastu Prawdziwych Rybaków” spotykało się na swojej dorocznej kolacji, był instytucją, która ist­nieć mogła wyłącznie w społeczeństwie oligarchicznym, dla któ­rego dobre maniery były niemalże wszystkim. Był to jeden z tych projektów postawionych na głowie – „ekskluzywne” przedsięwzię­cie handlowe. Nie oznaczało to przyciągania ludzi, ale raczej ich zniechęcanie. W sercu plutokracji kupcy stają się tak przebiegli, że wybrednością nie ustępują swoim klientom. Z powodzeniem mnożą trudności, aby ich majętni i zblazowani klienci mogli wykorzysty­wać pieniądze i środki dyplomatyczne w celu ich przezwyciężenia. Gdyby w Londynie istniał modny hotel, do którego nie wpuszczano by osób o wzroście poniżej sześciu stóp, społeczeństwo potulnie powoływałoby grupy ludzi o takim wzroście, którzy by się w nim spotykali. Gdyby istniała droga restauracja, która zwykłym kapry­sem swojego właściciela działałaby wyłącznie w czwartkowe po­południa, w każde czwartkowe popołudnie byłby tam tłum. Hotel Vernon jakby przez przypadek stał na narożniku placu w Belgravii*. Był to mały hotel − i zdecydowanie niewygodny. Jednak jego wady uznawane były za mury chroniące konkretną klasę. Jedna z nich, dość osobliwa, była szczególnie ważna: w miejscu tym posiłek mo­gły spożywać jednocześnie tylko dwadzieścia cztery osoby. Jedy­nym dużym stołem jadalnym był słynny stół ogrodowy, stojący na powietrzu na swego rodzaju werandzie wychodzącej na jeden z naj­piękniejszych starych ogrodów w Londynie. Jako że mimo wszystko z tych dwudziestu czterech miejsc można było korzystać wyłącznie przy ciepłej pogodzie, to przyjemność z tego płynąca była jeszcze trudniejsza do osiągnięcia, a tym samym bardziej pożądana. Obec­nym właścicielem tego przybytku był Żyd o nazwisku Lever. Zaro­bił na nim blisko milion, jedynie utrudniając dostęp do niego. Oczy­wiście to ograniczenie w zakresie swojego przedsięwzięcia połączył z najstaranniejszym wyrafinowaniem jego prowadzenia. Wina i je­dzenie były doprawdy równie dobre, jak gdziekolwiek w Europie, a sposób bycia obsługi dokładnie odzwierciedlał stały nastrój angielskiej klasy wyższej. Właściciel znał wszystkich swoich kelnerów jak własną kieszeń; było ich tylko piętnastu. Znacznie łatwiej było zostać członkiem Parlamentu niż kelnerem w tym ho­telu. Każdy kelner ćwiczył się w ciszy i płynności, jakby był służą­cym dżentelmena. I w istocie na każdego dżentelmena spożywają­cego tam posiłek przypadał jeden kelner.


Klub „Dwunastu Prawdziwych Rybaków” mógłby spotykać się wyłącznie w takim miejscu, a to ze względu na luksusową prywat­ność. Jego członkowie byli bardzo niezadowoleni na samą myśl, że w tym samym budynku miałby choćby spożywać kolację jakikol­wiek inny klub. Przy okazji owej dorocznej kolacji Rybacy mie­li zwyczaj obnoszenia się ze wszystkimi swoimi skarbami, jakby znajdowali się w prywatnym domu, zwłaszcza ze słynnymi zesta­wami noży i widelców do ryb, które były insygniami stowarzysze­nia, pięknie kutymi w srebrze i z rękojeścią zdobną w pojedynczą, dużą perłę. Zawsze były wyciągane do dania rybnego, a danie rybne zawsze było najwspanialsze w tym wspaniałym posiłku. Stowarzy­szenie miało wiele ceremonii i rytuałów, nie miało jednak historii ani celu; tak bardzo było arystokratyczne. Nie trzeba było być kim­kolwiek konkretnym, żeby stać się jednym z Dwunastu Rybaków, lecz o ile nie było się osobą szczególnego rodzaju, nigdy nawet się o nich nie słyszało. Istniało od dwunastu lat. Jego przewodniczącym był pan Audley. Wiceprzewodniczącym był książę Chester.


Jeżeli w jakimś stopniu udało mi się przekazać atmosferę tego okropnego hotelu, czytelnik może odczuwać naturalne zdziwienie, skąd wiem o tym wszystkim, i może nawet spekulować, jak do­szło do tego, że osoba równie przeciętna jak mój przyjaciel, ojciec Brown, znalazła się na tej złotej galerze. W tym aspekcie moja opo­wieść jest prosta, a nawet pospolita. Jest na tym świecie pewien wielce wiekowy buntownik i demagog, który głosi najbardziej wy­rafinowane teorie zawierające tak przerażające informacje jak to, że wszyscy ludzie są braćmi, a gdziekolwiek ów wichrzyciel jechał na swoim bladym koniu, zadaniem ojca Browna było za nim podążać. Jednego z kelnerów, Włocha, tego popołudnia powalił udar parali­tyczny, a jego żydowski pracodawca, dziwiąc się nieco takim prze­sądom, zgodził się posłać po najbliższego księdza katolickiego. To, co ów kelner wyznał ojcu Brownowi podczas spowiedzi, nie jest na­szą sprawą, a to z tego wspaniałego powodu, że kapłan zachował to dla siebie − jednak najwyraźniej skłoniło go to do napisania notatki czy oświadczenia dotyczącego przekazania pewnej wiadomości czy naprawy pewnych błędów. Dlatego też ojciec Brown z łagodną zu­chwałością, którą tak samo okazałby w pałacu Buckingham, popro­sił o pokój i materiały piśmiennicze. Pan Lever był w rozterce. Był uprzejmym człowiekiem i przejawiał również tę kiepską imitację uprzejmości, tę niechęć do wszelkich trudności czy scen. Jednocze­śnie obecność tego wieczoru w jego hotelu jednego, niezwykłego obcego była jak plama brudu na czymś świeżo wyczyszczonym.

W Hotelu Vernon nigdy nie było żadnego przedpokoju ani pocze­kalni, żadnych ludzi czekających w holu, żadnych przypadkowych klientów. Było piętnastu kelnerów. Było dwunastu gości. Tego wie­czoru nowy gość hotelowy byłby równym zaskoczeniem, co nowy brat jedzący śniadanie czy pijący herbatę ze swoją własną rodziną. Co więcej, wygląd księdza był raczej marny, a ubranie zabłocone; jeden rzut oka na niego mógł wywołać kryzys w klubie. Wreszcie pan Lever wpadł na pomysł, w jaki sposób ukryć tę hańbę, skoro nie mógł jej uniknąć. Gdybyście weszli (co nigdy wam się nie zdarzy) do Hotelu Vernon, przejdziecie krótkim korytarzem ozdobionym kilkoma wyblakłymi, jednak ważnymi obrazami, i dojdziecie do głównego westybulu i baru, który po prawej stronie otwiera się na korytarze prowadzące do prywatnych pokoi, a po lewej na korytarz prowadzący do kuchni i biur hotelu. Tuż po waszej lewej ręce jest narożnik oszklonego biura, które przylega do baru – można powie­dzieć, że budynek w budynku, jak mały bar hotelowy, który zapew­ne kiedyś był w tym miejscu. W biurze tym zasiadł przedstawiciel właściciela (w tym miejscu nikt nigdy nie pojawiał się osobiście, jeżeli mógł tego uniknąć), a tuż za biurem, po drodze do kwater służby, znajdowała się szatnia dla dżentelmenów, ostatnia granica przed ich królestwem. Ale pomiędzy biurem a szatnią było maleń­kie pomieszczenie prywatne bez drugiego wyjścia, czasami wyko­rzystywane przez właściciela do delikatnych i ważnych spraw, ta­kich jak udzielenie księciu pożyczki na tysiąc funtów albo odmowa pożyczenia mu sześciu pensów. Zgoda, by to święte miejsce przez ponad pół godziny było profanowane przez zwykłego księdza skro­biącego piórem na papierze, była znakiem ogromnej tolerancji pana Levera. Historia, którą spisywał ojciec Brown, najprawdopodobniej była znacznie lepsza od tej, tylko nikt się tego nigdy nie dowie. Ja mogę jedynie stwierdzić, że była niemal tak samo długa, i że dwa czy trzy ostatnie akapity były najmniej ekscytujące i absorbujące.

Do tego bowiem czasu ksiądz pozwolił, by jego myśli zaczęły nieco błądzić, a zwierzęce zmysły, nadzwyczaj czułe, budzić się. Czas ciemności i kolacji się zbliżał; jego własny, zapomniany poko­ik był pozbawiony światła, i być może gęstniejący mrok, jak to się czasem zdarza, wyostrzył zmysł słuchu. Gdy ojciec Brown zapisał ostatnią i najmniej ważną część swojego dokumentu, złapał się na tym, że pisze w rytmie powtarzającego się dźwięku z zewnątrz, tak jak niektórym zdarza się myśleć w rytm pociągu na torach. Gdy to sobie uświadomił, zrozumiał, co to takiego: po prostu regularny dźwięk kroków mijających drzwi, co w przypadku hotelu nie było niczym niezwykłym. Tym niemniej zapatrzył się w ciemniejący su­fit i nasłuchiwał tego dźwięku. Po tym, jak przez kilka sekund słu­chał sennie, poderwał się i zaczął słuchać uważnie, z głową lekko przychyloną na bok. Potem znowu usiadł i oparł czoło na dłoniach, teraz nie tylko słuchając, ale słuchając i zastanawiając się.

Kroki te brzmiały tak, jak mogłyby brzmieć w każdej chwili w jakimkolwiek hotelu; a jednak, gdy potraktować je całościowo, było w nich coś wielce dziwnego. Nie słychać było żadnych innych. To zawsze był bardzo cichy budynek, z kilkoma znajomymi gość­mi w ich apartamentach i dobrze wyszkolonymi kelnerami, którym mówiono, że mają być niemal niewidzialni do chwili, gdy będą po­trzebni. Trudno było wyobrazić sobie inne miejsce, gdzie byłoby mniej powodów, by spodziewać się czegoś nieregularnego. Jednak te kroki były tak dziwne, że nie można ich było nazwać ani regular­nymi, ani nieregularnymi. Ojciec Brown śledził je palcem po blacie stołu, jak człowiek próbujący nauczyć się grać na fortepianie.

 

 

Początkowo słychać było długi ciąg pospiesznych, drobnych kroczków, takich, jakie lekki człowiek mógłby stawiać, aby wy­grać wyścig w chodzie. W pewnej chwili zatrzymały się i zmieniły w swego rodzaju powolne, posuwiste stąpnięcia, których było mniej niż jedna czwarta wcześniejszych kroków, ale trwały mniej więcej tyle samo. W chwili gdy wybrzmiało ostatnie stąpnięcie, znowu rozległ się tupot lekkich, spiesznych stóp, a potem znów łupnię­cie cięższych kroków. Z pewnością były to te same buty, po części dlatego (jak powiedziano), że w okolicy nie było żadnych innych,a po części dlatego, że wydawały delikatne, ale wyraźne skrzypnię­cie. Ojciec Brown miał umysł tego rodzaju, który nie potrafi się po­wstrzymać od zadawania pytań, a przez to pozornie trywialne pyta­nie głowa niemal mu pękła. Widywał ludzi biorących rozbieg przed skokiem. Widywał ludzi biorących rozbieg przed ślizgiem. Ale po co ktoś miałby brać rozbieg przed chodzeniem? Albo odwrotnie, po co ktoś miałby iść, żeby biec? Jednak żaden inny opis nie pasował do figli tej niewidzialnej pary nóg. Człowiek ten albo szedł bardzo szybko przez połowę korytarza, żeby drugą połowę pokonać bardzo wolno; albo bardzo wolno szedł po jednej stronie, żeby gwał­townie przyspieszyć po drugiej. Nic innego nie miało sensu. Myśli ojca Browna robiły się coraz ciemniejsze, podobnie jak jego pokój.

Jednakże, gdy zaczął myśleć na spokojnie, ta sama ciemność jego celi wydawała się nadawać jego myślom żywości; zaczął dostrzegać, niczym w jakiejś wizji, te fantastyczne stopy hasające po korytarzu w nienaturalnym bądź symbolicznym rytmie. Czy był to gorący ta­niec religijny? Czy może jakieś zupełnie nowe, naukowe ćwiczenie? Ojciec Brown zaczął sobie zadawać bardziej konkretne pytania o na­turę tych kroków. Począwszy od tego wolnego: z pewnością nie był to krok właściciela. Ludzie jego typu chodzą, człapiąc pospiesznie, albo siedzą spokojnie. Nie mógł to być żaden służący ani posłaniec czekający na polecenia. Nie tak to brzmiało. Przedstawiciele oligar­chii czasami wydają różne rozkazy, gdy są nieco pijani, ale ogólnie, a zwłaszcza w tak olśniewających scenach, stoją bądź siedzą w wy­studiowanych pozach. Nie − ten ciężki, ale sprężysty krok, ze swego rodzaju beztroską emfazą, nieszczególnie głośny, nieprzejmujący się jednak czynionym hałasem, mogło mieć tylko jedno ze stworzeń tego świata. Był to dżentelmen z zachodu Europy, i to przypuszczalnie taki, który nigdy nie musiał pracować na życie.

Właśnie gdy nabrał całkowitej pewności co do tego wniosku, kroki zmieniły się na szybsze i przebiegły pod drzwiami pospiesz­nie jak szczur. Ojciec Brown zarejestrował to, pomimo że te kroki były znacznie szybsze i znacznie mniej hałaśliwe, prawie tak, jakby ten człowiek szedł na palcach. Jednak w jego umyśle nie łączyło się to z tajemniczością, ale z czymś innym – czymś, czego nie mógł sobie przypomnieć. Dręczyło go jedno z tych półwspomnień, które potrafią doprowadzić człowieka niemal do obłędu. Z pewnością już gdzieś słyszał ten dziwny, szybki krok. Nagle z nową myślą pode­rwał się na nogi i podszedł do drzwi. Z jego pokoju nie było bez­pośredniego wyjścia na korytarz, ale z jednej strony przylegał do szklanego biura, a z drugiej do szatni. Próbował otworzyć drzwi do biura, ale były zamknięte na klucz. Potem spojrzał w stronę okna, teraz prostokątnej połaci pełnej purpurowych chmur podświetlo­nych przez wspaniały zachód słońca, i przez chwilę wyczuwał zło, tak jak pies wyczuwa szczury.

Jego racjonalna część (być może mądrzejsza, a może nie) od­zyskała kontrolę. Przypomniał sobie, że właściciel powiedział mu, że musi zamknąć drzwi, i że przyjdzie później, żeby go wypuścić. Powiedział sobie, że te ekscentryczne dźwięki na zewnątrz mogło wywołać dwadzieścia rzeczy, o których nie pomyślał; przypomniał sobie, że miał tu akurat tyle światła, żeby skończyć własną pracę. Przeniósł swoje zapiski do okna, gdzie mógł złapać ostatnie światło burzowego wieczoru, i stanowczo raz jeszcze zatopił się w niemal kompletnym opisie. Pisał przez jakichś dwadzieścia minut, pochyla­jąc się coraz niżej nad papierem, w miarę jak ubywało światła. Na­gle gwałtownie się wyprostował. Znowu usłyszał te dziwne kroki.

Tym razem miały trzecią osobliwą cechę. Wcześniej ów niezna­ny człowiek szedł − lekko i szybko, istotnie − ale szedł. Tym razem biegł. Słychać było szybkie, miękkie, dudniące kroki zbliżające się korytarzem, jak stąpanie uciekającej i skaczącej pantery. Ktokol­wiek się zbliżał, był to bardzo silny, aktywny człowiek, nadal w sta­nie podniecenia. Jednakże gdy dźwięk, jakby szepczący powiew, dotarł do biura, nagle znowu zmienił się w to stare, wolne, chwiejne człapanie.

Ojciec Brown cisnął swoje papiery i wiedząc, że drzwi do biura są zamknięte, od razu poszedł do przebieralni po drugiej stronie. Szatniarza chwilowo nie było, przypuszczalnie dlatego, że wszyscy goście byli na kolacji, a jego stanowisko było synekurą. Ksiądz po omacku pokonał las szarych płaszczy i odkrył, że mroczna szatnia otwiera się na oświetlony korytarz czymś w rodzaju lady czy po­łówki drzwi, jak większość kontuarów, nad którymi wszyscy poda­jemy parasole i odbieramy numerki. Tuż nad łukowatym wejściem znajdowało się światło. Niewiele go padało na ojca Browna, który na tle zachodzącego słońca w oknie za nim wydawał się być tylko ciemnym zarysem sylwetki. Jednak niemal teatralnie oświetlało człowieka, który stał w korytarzu obok szatni.

Był to elegancki mężczyzna w bardzo prostym stroju wieczoro­wym. Wysoki, jednak sprawiający wrażenie, że nie zajmuje zbyt wiele przestrzeni. Czuło się, że jak cień potrafi wślizgnąć się tam, gdzie wielu mniejszych ludzi byłoby wyraźną zawadą. Jego twarz, teraz oświetlona blaskiem lampy, była smagła i żywa, była to twarz obcokrajowca. Po­stawę miał dobrą, zachowanie pogodne i pewne. Jakiś krytyk mógłby powiedzieć tylko, że jego czarny płaszcz był odrobinę niedopasowany do figury i zachowania właściciela, nawet dziwnie wypchany i obwisły. W chwili, gdy dostrzegł czarną sylwetkę ojca Browna na tle zachodu słońca, cisnął skrawkiem papieru z numerkiem.
– Proszę o mój kapelusz i płaszcz! Okazało się, że muszę na­tychmiast wyjść – zawołał z życzliwą stanowczością.
Ojciec Brown bez słowa wziął papierek i posłusznie poszedł szu­kać płaszcza. Nie była to pierwsza służebna praca, jaką przyszło mu wykonywać w życiu. Przyniósł go i złożył na kontuarze. W tym czasie obcy dżentelmen, który grzebał w kieszeni kamizelki, powie­dział ze śmiechem:
– Nie mam srebra, proszę przyjąć to.
Rzucił pół suwerena i zabrał płaszcz.
Postać ojca Browna nadal była ciemna i spokojna, w tej jednak chwili stracił głowę. Jego głowa zawsze była najcenniejsza w chwi­lach, gdy ją tracił. W takich momentach składał dwa do dwóch i uzy­skiwał cztery miliony. Kościół katolicki (który jest przywiązany do zdrowego rozsądku) nie pochwalał tego. Często on sam siebie nie pochwalał. Była to jednak prawdziwa inspiracja – ważna w rzad­kich chwilach kryzysu – że utrata głowy jednocześnie ją ratuje.
– Sądzę, sir – powiedział uprzejmie – że ma pan jakieś srebro w kieszeni.
Wysoki dżentelmen popatrzył na niego zaskoczony.
– Zaraz! – wykrzyknął. – Skoro daję panu złoto, to dlaczego miałby pan narzekać?
– Ponieważ srebro bywa czasem cenniejsze od złota – łagodnie odparł ksiądz. – To znaczy, w dużych ilościach.
Obcy popatrzył na niego z zaciekawieniem. Potem z jeszcze więk­szym zaciekawieniem spojrzał w górę korytarza, w stronę głównego wejścia. Potem znowu popatrzył na ojca Browna, a następnie, bardzo ostrożnie, w okno za głową księdza, wciąż zabarwione burzowym światłem. Wtedy chyba się zdecydował. Jedną dłoń położył na ladzie, przesadził ją łatwo jak akrobata i stanął, górując na księdzem, wielką ręką chwytając go za koloratkę.
– Stój spokojnie – powiedział suchym szeptem. – Nie chcę cię straszyć, ale…
– Ale ja chcę straszyć pana – odparł ojciec Brown głosem jak dudniący kocioł. – Chcę przestraszyć pana robakiem, który nigdy nie umiera, i ogniem, co nie gaśnie*.
– Dziwaczny z ciebie szatniarz – powiedział tamten.
– Jestem księdzem, panie Flambeau – odparł Brown – i jestem gotów wysłuchać pańskiej spowiedzi.
Mężczyzna przez chwilę łapał powietrze, a potem opadł na krzesło.

Pierwsze dwa dania kolacji „Dwunastu Prawdziwych Rybaków” były prawdziwym sukcesem. Nie posiadam kopii menu, a gdybym posiadał, nie miałoby to dla nikogo znaczenia. Spisano je rodzajem super-francuszczyzny używanej przez kucharzy, ale zupełnie nie­zrozumiałej dla Francuzów. Tradycją klubu była rozmaitość hors d’oeuvres** podawanych w ogromnych ilościach. Traktowano je po­ważnie, ponieważ były to bezużyteczne dodatki, podobnie jak cała kolacja i cały ten klub. Istniała również tradycja, że zupa powinna być lekka i bezpretensjonalna – w rodzaju zwykłej i surowej wigilii nadchodzącego święta ryb. Rozmowa była równie dziwna − lekka dyskusja, która rządzi Imperium Brytyjskim, i rządzi nim w se­krecie, a jednak niezbyt oświeciłaby przeciętnego Anglika, nawet gdyby zdarzyło mu się ją podsłuchać. Ministrowie obydwu stron ze swego rodzaju znudzoną łagodnością nawiązywali w niej do swoich chrześcijańskich imion. Radykalny kanclerz skarbu, którego cała partia torysów miała jakoby przeklinać za jego wymuszenia, wy­chwalany był za swoje drobne poezje albo za to, jak podczas polo­wania trzyma się w siodle. Przywódca torysów, którego wszyscy liberałowie powinni nienawidzić jako tyrana, był omawiany i ogól­nie chwalony – jako liberał. Wydawało się, że z jakiegoś powodu ci politycy byli niezwykle ważni. A jednak wszystko w nich wyda­ wało się ważne, poza ich polityką. Pan Audley, przewodniczący, był uroczym, starszym człowiekiem, który wciąż nosił krawaty w stylu Gladstone’a. Był swego rodzaju symbolem całej tej widmowej, a jed­nak konkretnej społeczności. Nigdy niczego nie zrobił – nawet nicze­go niewłaściwego. Nie był bystry, nie był nawet szczególnie bogaty. Po prostu był − i to wszystko. Żadna partia nie mogła go ignorować, a gdyby zapragnął znaleźć się w rządzie, z pewnością by się w nim znalazł. Książę Chester, wiceprzewodniczący, był młodym i obiecu­jącym politykiem. Można powiedzieć, że był przyjemnym młodzień­cem z płaskimi, jasnymi włosami i piegowatą twarzą, o umiarkowa­nej inteligencji i wielkim majątku. Jego występy publiczne zawsze były udane, a zasady dostatecznie proste. Gdy wpadł na pomysł jakie­goś żartu, opowiadał go, i był nazywany błyskotliwym. Gdy nie mógł wymyślić żartu, mówił, że nie pora na dowcipkowanie, i nazywano go inteligentnym. Prywatnie, w klubie, dla własnej klasy, był po prostu przyjemnie szczery i niemądry, jak uczniak. Pan Audley, nigdy nie zajmując się polityką, traktował go nieco bardziej poważnie. Czasami nawet wprawiał towarzystwo w zakłopotanie zdaniami sugerującymi, że istnieją niejakie różnice pomiędzy liberałami i konserwatystami. Sam był konserwatystą, nawet w życiu prywatnym. Nad kołnierzy­kiem miał pukiel szarych włosów, jak pewien staroświecki mąż sta­nu, a widziany od tyłu wyglądał dokładnie tak, jak człowiek, którego chce imperium. Widziany od przodu wyglądał jak łagodny, pobłaża­jący sobie kawaler z pokojami w Albany – którym był.

 

[caption id="attachment_22840" align="alignleft" width="720"] https://www.facebook.com/CzytamChestertona?fref=ts[/caption]

Jak już zauważono, przy stole na tarasie były dwadzieścia cztery miejsca, a członków klubu jedynie dwunastu. Z tego względu mogli stylowo zająć taras, siadając wzdłuż wewnętrznej krawędzi stołu, ciesząc się niezakłóconym widokiem na ogród, którego barwy wciąż były żywe, choć wieczór o tej porze roku kończył się dość gwał­townie. Na środku siedział przewodniczący, a wiceprzewodniczący po jego prawej ręce. Był taki zwyczaj (choć nie wiadomo, skąd się wziął), że gdy dwunastu gości zajmowało miejsca, wszystkich pięt­nastu kelnerów stało w szeregu pod ścianą, jak żołnierze prezen­tujący broń przed królem, podczas gdy gruby właściciel stał i kła­niał się klubowi z promiennym zaskoczeniem, jakby nigdy dotąd o nich nie słyszał. Jednakże jeszcze przed pierwszym stuknięciem noża i widelca ta armia służących znikała, zostawał tylko jeden lubdwóch, by w martwej ciszy zbierać i podawać talerze. Pan Lever, właściciel, oczywiście na długo przed tym znikał w konwulsjach uprzejmości. Byłoby przesadą, a nawet bezwstydem powiedzieć, że kiedykolwiek pojawił się ponownie. Ale gdy podano ważne danie, danie rybne, czuło się – jak by to ująć? – wyraźny cień, projekcję jego osobowości, która mówiła, że wyczekiwał w pobliżu. Uświę­cone danie rybne stanowiło (dla oczu pospólstwa) swego rodzaju ogromny pudding, rozmiaru i kształtu tortu weselnego, w którym poważna ilość rozmaitych ryb wreszcie straciła kształty dane im przez Boga. Dwunastu Prawdziwych Rybaków uniosło swoje słynne noże i widelce do ryb i opuściło je tak ponuro, jakby każdy cal tego puddingu kosztował tyle, co srebrny widelec, którym był spożywa­ny. Zresztą, z tego co wiem, tak właśnie było. Z daniem tym rozpra­wiano się w chętnej i łapczywej ciszy, a gdy tylko talerz młodego księcia był niemal pusty, wygłosił on rytualną uwagę: „Nigdzie nie przyrządzają tego tak, jak tutaj”.

– Nigdzie – głębokim, basowym głosem przyznał pan Audley, zwracając się ku mówiącemu i kilkakrotnie kiwając swą czcigod­ną głową. – Z pewnością nigdzie, tylko tutaj. Powiedziano mi, że w Cafe Anglais…

Fragment opowiadania Gilberta K. Chestertona "Dziwaczne kroki", "Ojciec Brown. Trzy narzędzia śmierci", wyd. Replika, Zakrzewo 2018. Książkę można nabyć TUTAJ

Gilbert Keith Chesterton (ur. 29 maja 1874 w Londynie, zm. 14 czerwca 1936 w Beaconsfield) – brytyjski pisarz.

Urodził się i wychował w domu londyńskiego kupca Edwarda Chestertona. Po zdobyciu podstawowego wykształcenia podjął naukę sztuk plastycznych w Slade School of Art przy Uniwersytecie Londyńskim. Nigdy jednak nie ukończył studiów wyższych.

Przez krótki okres po zdobyciu wykształcenia był rysownikiem i karykaturzystą, następnie wybrał dziennikarstwo i publicystykę. Reprezentował poglądy konserwatywne, przeciwstawiał się ideom socjalizmu i agnostycyzmu. Był mistrzem groteski, paradoksu i humoru absurdalnego. Występował w publicznych polemikach m.in. przeciwko G.B. Shawowi i H.G. Wellsowi.

W młodości przejawiał postawę agnostyczną; z czasem zmienił poglądy i włączył się w nurt odnowy duchowej Kościoła anglikańskiego. W 1922 przeszedł z anglikanizmu na katolicyzm. Swoją drogę do poznania wiary opisał w monumentalnym dziele Ortodoksja. Pod wpływem katolickiej nauki społecznej stworzył wraz z Hilairem Bellokiem teorię tzw. dystrybucjonizmu, odrzucającą zarówno kapitalizm, jak i socjalizm, głoszącą potrzebę budowy społeczeństwa opartego na upowszechnieniu drobnej własności.

Był sympatykiem Polski (którą odwiedził w 1927), co przyczyniło się do jego popularności w tym kraju już w dwudziestoleciu międzywojennym.

Artykuł Zanim pojawił się ojciec Mateusz, ojciec Brown już rozwiązywał zagadki kryminalne. Poznaj przygody detektywa stworzonego przez wybitnego pisarza. [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/zanim-pojawil-sie-ojciec-mateusz-ojciec-brown-juz-rozwiazywal-zagadki-kryminalne-przygody-detektywa-stworzonego-przez-gilberta-k-chestertona-fragment-opowiadania/feed/ 0
Poruszający wiersz wybitnego angielskiego twórcy o Matce Boskiej Częstochowskiej. „Pani i Królowo, tajemnic Tajemnico/Któraś Regentką na niezmąconych niebiosach” https://niezlomni.com/poruszajacy-wiersz-wybitnego-angielskiego-tworcy-o-matce-boskiej-czestochowskiej-pani-i-krolowo-tajemnic-tajemnico-ktoras-regentka-na-niezmaconych-niebiosach/ https://niezlomni.com/poruszajacy-wiersz-wybitnego-angielskiego-tworcy-o-matce-boskiej-czestochowskiej-pani-i-krolowo-tajemnic-tajemnico-ktoras-regentka-na-niezmaconych-niebiosach/#respond Fri, 20 Mar 2020 06:53:53 +0000 https://niezlomni.com/?p=50951

"Pani i Królowo, tajemnic Tajemnico

Któraś Regentką na niezmąconych niebiosach".

Autorem "Ballady do Matki Boskiej Częstochowskiej" jest wybitny pisarz angielski Hillaire Belloc (1870-1953), przyjaciel Gilberta K. Chestertona (1874-1936). Wiersz został opublikowany przez Jerzego Pietrkiewicz w "Antologii liryki angielskiej 1300-1950", PAX, Warszawa 1987, s. 290-291.

Artykuł Poruszający wiersz wybitnego angielskiego twórcy o Matce Boskiej Częstochowskiej. „Pani i Królowo, tajemnic Tajemnico/Któraś Regentką na niezmąconych niebiosach” pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/poruszajacy-wiersz-wybitnego-angielskiego-tworcy-o-matce-boskiej-czestochowskiej-pani-i-krolowo-tajemnic-tajemnico-ktoras-regentka-na-niezmaconych-niebiosach/feed/ 0
„Najlepiej znamy się na walce z nieprzyjacielem”. Jak nieustraszeni polscy bohaterowie z Dywizjonu 303 zdemolowali niemieckie Luftwaffe. [WIDEO] https://niezlomni.com/najlepiej-znamy-sie-na-walce-z-nieprzyjacielem-polscy-lotnicy-z-dywizjonu-303-w-podniebnym-starciu-z-niemcami-wideo/ https://niezlomni.com/najlepiej-znamy-sie-na-walce-z-nieprzyjacielem-polscy-lotnicy-z-dywizjonu-303-w-podniebnym-starciu-z-niemcami-wideo/#respond Fri, 28 Feb 2020 20:57:58 +0000 https://niezlomni.com/?p=50915

Książka „Skrzydła we krwi. Dywizjon 303 w bazie RAF Northolt to owoc czterdziestoletniej pracy autorki Niny Britton Boyle. Jako rdzenna mieszkanka Northolt od lat osiemdziesiątych zbierała materiały i kultywowała pamięć o polskich lotnikach walczących za Wielką Brytanię.

Rdzenna mieszkanka Northolt od lat osiemdziesiątych zbierała materiały i kultywowała pamięć o polskich lotnikach walczących za Wielką Brytanię. Gdy była dzieckiem, słuchała opowieści o przeżyciach ojca z czasów II wojny światowej. Jej rodzina mieszkała mniej niż milę od bazy RAF-u w Northolt, zaś historię ojca wypełniały jej wyobraźnię ryczącymi Hurricane’ami i Spitfire’ami, które wylatywały z tej bazy podczas wojny.

Fragment rozdziału Polskie Siły Powietrzne walczą dalej

Piloci docierali do Francji drogą lądową, przez Jugosławię i północne Włochy. Niektórzy łapówkami otwierali sobie drogę powietrzną i morską – z portów w Konstancy i Bałcziku. Inni podróżowali przez cieśniny czarnomorskie do Syrii. Polscy piloci wydostawali się z Polski i Rumuni każdym nadarzającym się sposobem. Nadzieja na dalszą walkę sprowadzała się do kwestii, czy piloci zdołają dotrzeć do Francji.

We Francji tamtejsze lotnictwo przyjęło polskich lotników i mechaników. W sumie stu trzydziestu pięciu lotników rozrzuconych po różnych jednostkach odniosło sześćdziesiąt siedem zwycięstw. Na każdego polskiego pilota w powietrzu przypadało jednak kilku czekających bez samolotu. Z każdym dniem rosła frustracja polskich lotników i pałali coraz większą żądzą pomszczenia ojczyzny.

17 czerwca 1940 roku gruchnęła wiadomość, której wszyscy się obawiali: marszałek Philippe Pétain ogłosił kapitulację Francji. Generał Władysław Sikorski, Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych, rozkazał wszystkim polskim jednostkom we Francji ewakuację do Wielkiej Brytanii wszelkimi dostępnymi środkami. Z wyjątkiem jednej polskiej jednostki1, która walczyła dalej w Afryce, siły polskie ruszyły na drugą stronę kanału La Manche, aby tam walczyć dalej ramię w ramię z brytyjskimi sojusznikami.

Pierwsi polscy lotnicy i mechanicy wylądowali w Anglii pod koniec 1939 roku. Otrzymali przydział do RAF Eastchurch, gdzie przeszli badania lekarskie, po czym zaczęli naukę języka angielskiego oraz przepisów i regulaminów obowiązujących w RAF-ie. Organizowano wiele żmudnych defilad, ale szkolenia lotniczego – ani widu, ani słychu. Polscy lotnicy znów czuli się coraz bardziej sfrustrowani. Żądali odpowiedzi na pytania:

Kiedy rozpocznie się szkolenie lotnicze? Jesteśmy myśliwcami i najlepiej znamy się na walce z nieprzyjacielem. Jak możemy zabijać nieprzyjaciela w powietrzu, kiedy trzyma się nas na ziemi?

Po wielotygodniowym oczekiwaniu przybyły mundury dla polskich lotników, ale nadzieje o rychłym rozpoczęciu lotów bojowych szybko się rozwiały. Mijał czas. Lotnicy coraz dobitniej wyrażali swój gniew. Rosło napięcie, dochodziło do kłótni między brytyjskimi i polskimi oficerami. Bariera językowa dodatkowo zwiększała napięcie. Wielu polskich lotników zasmakowało słodyczy zemsty w walkach w Polsce i Francji. Wiedzieli, jak to jest – stawić czoła nieprzyjacielowi i czuć przyjemność, którą daje zestrzelenie. Wielu z nich latało od dawna i mogło się pochwalić wybornymi umiejętnościami pilotażowymi. W Polsce postawili swoje nędzne wyposażenie przeciw dobrze uzbrojonym wojskom niemieckim, ale Brytyjczycy nie ufali ich doświadczeniu. Niektórzy wysocy rangą oficerowie RAF-u widzieli jedynie polską klęskę. No bo przecież polskie lotnictwo wytrzymało we wrześniu 1939 roku ledwie parę tygodni.

Wreszcie wiosną 1940 roku RAF wyznaczył garstkę polskich pilotów do szkolenia lotniczego. Po upadku Francji w czerwcu 1940 roku większość przybywających do Anglii lotników i mechaników odsyłano do Blackpoolu. Polska przeniosła swój rząd na uchodźstwie z Francji do Anglii, a 5 sierpnia podpisano polsko-brytyjską umowę wojskową, która zakładała, że Polskie Siły Powietrzne zachowają niezależność. Przydział personelu do szkolenia pozostał w rękach Inspektoratu Sił Powietrznych. Brytyjczycy dowodzili działaniami na szczeblu operacyjnym, ale część kwestii taktycznych pozostała w gestii Polaków.

2 sierpnia 1940 roku w RAF Northolt w South Ruislip w hrabstwie Middlesex w ramach 11. Grupy powołano do życia No. 303 Polish Fighter Squadron – 303. Dywizjon Myśliwski. Wielu pilotów wybranych do służby w tej jednostce miało za sobą wspólną walkę w Polsce w szeregach 111. Eskadry od dowództwem majora Krasnodębskiego.

10 sierpnia ruszyło szkolenie z łączności radiowej, 12 sierpnia – kurs lotów w formacji, a 24 sierpnia – lotów patrolowych. Już niebawem polskie orły z Dywizjonu Kościuszkowskiego miały zanurzyć swoje skrzydła we krwi podczas bitwy o Wielką Brytanię.

Owoc czterdziestoletniej pracy autorki

Jeszcze nigdy tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak nielicznym

— powiedział Winston Churchill o lotnikach po bitwie o Anglię. Wśród tych nielicznych najlepsi byli Polacy.

Skrzydła we krwi to owoc czterdziestoletniej pracy autorki. Jako rdzenna mieszkanka Northolt Nina Britton Boyle od lat osiemdziesiątych zbierała materiały i kultywowała pamięć o polskich lotnikach walczących za Wielką Brytanię. Gdy była dzieckiem, słuchała opowieści o przeżyciach ojca z czasów II wojny światowej. Jej rodzina mieszkała mniej niż milę od bazy RAF-u w Northolt, zaś historie ojca wypełniały jej wyobraźnię ryczącymi Hurricane’ami i Spitfire’ami, które wylatywały z tej bazy podczas wojny. Opowieści ojca wywarły na niej głębokie wrażenie i zostawiły długotrwały ślad. Podczas jednej z rozlicznych wizyt pod Polish War Memorial, które odbywała z mężem i dziećmi, Nina postanowiła, że napisze książkę o losach polskich lotników, będącą hołdem dla ich służby i poświęcenia.

Przez kolejne czterdzieści lat prowadziła skrupulatne badania w brytyjskich Archiwach Narodowych, Instytucie Sikorskiego oraz bazie RAF-u w Hendon. Z pomocą Polskich Sił Powietrznych, ministerstwa obrony, a także dzięki wicekonsulowi brytyjskiemu w Polsce oraz wsparciu osób, które zamieszczały ogłoszenia w polskiej prasie, Nina dotarła także do weteranów Dywizjonu 303. Ich dokonania, niektóre słabo znane, zaprezentowała czytelnikowi w bardzo przystępnej formie.

Książka składa się z pięciu części i kilku apendyksów. Pierwsza ukazuje sylwetki „ojców założycieli” – 36 osób związanych z Dywizjonem 303 od jego powstania. Część druga zawiera wspomnienia pilotów. W części trzeciej i czwartej, na podstawie wspomnień i meldunków bojowych, Boyle relacjonuje udział Dywizjonu 303 w bitwie o Anglię i omawia funkcjonowanie tej formacji w bazie RAF-u w Northolt. Część piąta obejmuje zbiór krótkich artykułów tematycznych związanych z dywizjonem.

Dodatkowo w książce znalazło się podsumowanie dokonań polskiego lotnictwa w latach 1940–1945, wybór listów i dokumentów, słownik oraz indeks. Całość opracowania uzupełniają zdjęcia i dokumenty, w tym wiele wcześniej niepublikowanych.

W 2014 roku Polish Air Force Memorial Committee, w uznaniu za opiekę nad grobami polskich lotników sprawowaną w imieniu rodzin z Polski, uhonorował Ninę Britton Boyle Commendation Certificate za znaczący wkład osobisty w utrwalanie pamięci o polskich lotnikach i ich osiągnięciach na Zachodzie.

 

Artykuł „Najlepiej znamy się na walce z nieprzyjacielem”. Jak nieustraszeni polscy bohaterowie z Dywizjonu 303 zdemolowali niemieckie Luftwaffe. [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/najlepiej-znamy-sie-na-walce-z-nieprzyjacielem-polscy-lotnicy-z-dywizjonu-303-w-podniebnym-starciu-z-niemcami-wideo/feed/ 0
„Nie jesteśmy tu po to, żeby rozwiązywać ‚sprawy’, lecz aby sprawiedliwości stało się zadość”. Klasyka kryminału. TYLKO U NAS fragment książki https://niezlomni.com/nie-jestesmy-tu-po-to-zeby-rozwiazywac-sprawy-lecz-aby-sprawiedliwosci-stalo-sie-zadosc-klasyka-kryminalu-tylko-u-nas-fragment-ksiazki/ https://niezlomni.com/nie-jestesmy-tu-po-to-zeby-rozwiazywac-sprawy-lecz-aby-sprawiedliwosci-stalo-sie-zadosc-klasyka-kryminalu-tylko-u-nas-fragment-ksiazki/#respond Tue, 05 Mar 2019 20:34:53 +0000 https://niezlomni.com/?p=50720

Anita Margolis przepadła. Mroczna i elegancka, o charakterze równie tajemniczym, jak jej niespodziewane zniknięcie. Jednak skoro nie ma ciała, ani też najwyraźniej przestępstwa, pozornie nie ma nad czym pracować. Dopóki do Wexforda nie trafia anonimowy list informujący, że w noc zniknięcia Anity została zabita „dziewczyna o imieniu Ann”.

Może jadą kogoś zabić. Tak mogłaby pomyśleć policja, gdyby zatrzymali samochód jadący zbyt szybko po ciemniejącej drodze. Mężczyzna i dziewczyna musieliby wysiąść i wytłumaczyć, dlaczego mają ze sobą niebezpieczną broń. Wyjaśnienia składałby mężczyzna, bo dziewczyna nie byłaby w stanie im odpowiadać. W zapadającym zmierzchu, patrząc na krople deszczu spływające po szybie, pomyślała, że noszone przez nich płaszcze przeciwdeszczowe wyglądają jak gangsterskie przebrania, a obnażony nóż jak gotów do działania.
– Po co ci on? – zapytała, odzywając się po raz pierwszy, odkąd wyjechali z Kingsmarkham, a uliczne latarnie miasteczka zatonęły w mżawce. – Nosząc taki nóż, możesz sobie narobić kłopotów. – Głos miała nerwowy, choć to nie z powodu tego noża się denerwowała.
Włączył wycieraczki.
– Co, dziewczyna zaczęła się wygłupiać? – powiedział. – Zmieniła zdanie? Może powinienem zasiać w niej bojaźń bożą. – Przesunął paznokciem po ostrzu.
– Nie bardzo mi się to podoba – odparła dziewczyna i znowu nie miała na myśli wyłącznie noża.– Może wolałabyś siedzieć w domu, do którego on powinien wrócić lada chwila? Jak dla mnie to cud, że w ogóle się przełamałaś, żeby skorzystać z jego samochodu.
Zamiast mu odpowiedzieć, powiedziała ostrożnie:
– Nie mogę spotkać się z tą kobietą, z tą Ruby. Posiedzę w samochodzie, a ty pójdziesz do drzwi.
– Tak jest, a ona wyjdzie od tyłu. W sobotę wszystko ustaliłem.
Stowerton początkowo wyglądało jak pomarańczowa mgła, skupisko świateł płynących przez opar. Wjechali do centrum miasteczka, gdzie wszystkie sklepy były pozamykane. Działała tylko pralnia samoobsługowa. Żony, które za dnia pracowały, siedziały przed maszynami, patrząc, jak pranie wiruje w ich czeluściach. W ostrym, białym świetle ich twarze wyglądały na zielonkawe, zmęczone. Znajdująca się przy skrzyżowaniu stacja benzynowa Cawthorne’a była ciemna, ale wiktoriański dom z tyłu jasno oświetlony, a z otwartych drzwi frontowych dobiegały dźwięki muzyki tanecznej. Słuchając tej muzyki, dziewczyna zaśmiała się miękko. Szepnęła coś do swojego towarzysza, ale ponieważ powiedziała coś tylko o Cawthorne’ach wydających przyjęcie, a nie o ich własnym przeznaczeniu i celu, jedynie obojętnie skinął głową.
– Która godzina? – zapytał.
Gdy skręcali w boczną uliczkę, zerknęła na kościelny zegar.
– Dochodzi ósma.
– Doskonale – stwierdził. Skrzywił się w stronę świateł i muzyki i uniósł palec w obelżywym geście. – To dla starego Cawthorne’a – powiedział. – Pewnie chciałby być teraz na moim miejscu.
Uliczki były szare i spłukane deszczem, i wszystkie wyglądały tak samo. Z chodników co cztery jardy wyrastały karłowate drzewka, a ich niezmordowane korzenie powodowały pękanie asfaltu. Przysadziste domy, ciągnące się całymi rzędami, były pozbawione garaży i prawie przed każdym stał samochód, do połowy na chodniku
– Jesteśmy, Charteris Road. Osiemdziesiąt dwa jest na rogu. Dobrze, we frontowym pokoju pali się światło. Myślałem, że wywinie nam jakiś numer, zacznie się denerwować czy coś i wyjdzie. – Wsunął nóż do kieszeni, a dziewczyna patrzyła, jak ostrze ponownie chowa się w rękojeści. – Nie powinno mi się to podobać – powiedział.
– Mnie również nie – odpowiedziała dziewczyna cicho, ale z nutą podniecenia w głosie.
Przez deszcz wcześnie zapadł mrok i w samochodzie było ciemno, zbyt ciemno, żeby widzieć twarze. Ich dłonie się spotkały, gdy oboje sięgnęli po małą, złotą zapalniczkę. W świetle jej płomyka ujrzała, że jego mroczne rysy lśnią. Wstrzymała oddech.
– Jesteś cudna – powiedział. – Boże, jesteś piękna.
Dotknął jej gardła, przesuwając palcami ku zagłębieniu między kośćmi obojczyków. Przez chwilę siedzieli, patrząc na siebie, ogień z zapalniczki rzucał na ich twarze miękkie cienie. Potem on zgasił płomyk i otworzył drzwi. Obróciła w dłoniach złotą kostkę, mrużąc oczy, by przeczytać inskrypcję: „Dla Ann, która rozświetla moje życie”.
Latarnia na rogu rzucała jasną plamę światła od krawężnika do furtki. Wkroczył w nią, a jego cień stał się czarny i ostry w tym wieczorze rozmytych konturów. Dom, do którego podszedł, był biedny i surowy, a ogródek od frontu za mały na trawnik. Była to po prostu ziemia obramowana kamieniami, jak nagrobek.
Stał na stopniu odrobinę na lewo od drzwi frontowych, tak by kobieta, która otworzy drzwi na jego pukanie, nie zobaczyła więcej, niż powinna, na przykład tyłu zielonego auta połyskującego w świetle latarni. Czekał niecierpliwie, postukując obcasem. Z parapetów okiennych, jak szklane koraliki, zwieszały się krople deszczu.
Gdy w środku usłyszał ruch, stanął sztywno i odchrząknął. Pojedyncza, szlifowana szybka w drzwiach nagle się rozjarzyła. Potem, gdy kliknęła zasuwa, w tym okienku pojawiła się pomarszczona, wymalowana twarz, poważna, lecz wylękniona, z szopą rudych włosów. Wsadził ręce do kieszeni, w prawej wyczuł gładką, wypolerowaną rękojeść i miał nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze.
***
Gdy sprawy potoczyły się źle, okropnie źle, miał upiorne poczucie fatum albo nieuchronności. W końcu by do tego doszło, prędzej czy później, w taki czy inny sposób. Coś nie wyszło i teraz próbował zahamować krwawienie własnym szalikiem.
– Lekarza… – jęczała ciągle. – Lekarza albo do szpitala.
Tego nie chciał, nie, jeśli mógłby tego uniknąć. Nóż miał z powrotem w kieszeni i chciał tylko wrócić na powietrze, poczuć deszcz na twarzy i wsiąść do samochodu.
Oboje mieli na twarzach strach przed śmiercią i nie mógł się zmusić, żeby spojrzeć jej w oczy, wytrzeszczone i czerwone, jakby krew odbijała się w źrenicach. W dół ścieżki, podtrzymywali się wzajemnie, wlokąc przez podobny do grobu kawałek ziemi, pijani paniką. Otworzył drzwi auta i osunęła się na siedzenie.
– Podnieś się – powiedział. – Zbierz się do kupy. Musimy się stąd wynosić. – Jego głos nie przypominał już głosu śmierci. Samochód szarpnął i potoczył się po jezdni. Jej ręce dygotały, a oddech się rwał.
– Nic ci nie będzie. To był drobiazg, takie maleńkie ostrze…
– Jak to się stało? Dlaczego? Dlaczego?
– Ta baba, ta Ruby… Teraz już za późno.
Za późno. Odbitka ostatnich słów. Gdy mijali dom Cawthorne’ów, dobiegła ich muzyka, nie pieśń żałobna, ale do tańca. Otworzyły się frontowe drzwi i na kałuże padł snop żółtego światła. Samochód minął sklepy. Wraz z końcem zabudowań skończyły się też lampy uliczne. Przestało padać, ale okolica była spowita oparami. Droga biegła w tunelu drzew, z których cicho kapała woda; wielkie, mokre usta, które wciągnęły samochód na swój śliski język.

W strumieniu światła, omijając kałuże, pojawili się wchodzący goście. Przywitała ich muzyka, gorąca, sucha muzyka, w ostrym kontraście do nocy. Na zewnątrz wyszedł młody mężczyzna z kieliszkiem w dłoni. Był radosny i pełen joie de vivre, jednak już wyczerpany możliwościami tego przyjęcia. Odezwał się do pijaka w zaparkowanym samochodzie, ale ten go zignorował. Dokończył drinka i postawił kieliszek na dystrybutorze ropy. Nie było z kim pogadać, poza starszą babką o ostrych rysach twarzy, idącą do domu, jak zgadywał, bo puby właśnie się zamykały. Pozdrowił ją, deklamując głośno:
– „Ach, korzystaj z tego, co jeszcze masz, / Zanim jak wszyscy trafisz w piach!”
Uśmiechnęła się do niego.
– Zgadza się, skarbeńku – powiedziała. – Baw się dobrze.
Ledwie był w stanie prowadzić. Nie w tej chwili. Poza tym, żeby mógł wyjechać swoim samochodem, trzeba by przestawić sześć innych, których właściciele byli w środku i świetnie się bawili. Zatem ruszył piechotą, zadowolony i z nikłą nadzieją, że spotka kogoś szczególnego.
Znowu zaczęło padać. Podobało mu się uczucie chłodu na rozgrzanej twarzy. Otworzyła się przed nim droga na Kingsmarkham. Ruszył nią radośnie, ani trochę niezmęczony. Daleko przed sobą, jakby w gardzieli tej mokrej paszczy, widział światła stojącego samochodu.
– „Cóż to za lampa wreszcie poprowadzi – powiedział na głos – swe drobne dziatki, błądzące w ciemności?”.

Ruth Rendell, Wilk na rzeź, Wyd. Replika, Poznań 2019. Książkę można nabyć TUTAJ. 

– Musi się pan jeszcze wiele nauczyć – powiedział nadinspektor Wexford. – Nie jesteśmy tu po to, żeby rozwiązywać „sprawy”, lecz aby sprawiedliwości stało się zadość.

Anita Margolis przepadła. Mroczna i elegancka, o charakterze równie tajemniczym, jak jej niespodziewane zniknięcie. Jednak skoro nie ma ciała, ani też najwyraźniej przestępstwa, pozornie nie ma nad czym pracować. Dopóki do Wexforda nie trafia anonimowy list informujący, że w noc zniknięcia Anity została zabita „dziewczyna o imieniu Ann”.

Wexford i inspektor Burden zmuszeni są podjąć śledztwo na podstawie tej jednej, wątpliwej wskazówki. Wkrótce odkrywają, że Anita to zamożna, lekkomyślna i całkowicie pozbawiona moralności kobieta. Burden ma bardzo konkretną teorię na temat tego, co się jej przytrafiło. Wexford natomiast ma własne podejrzenia.

 

Artykuł „Nie jesteśmy tu po to, żeby rozwiązywać ‚sprawy’, lecz aby sprawiedliwości stało się zadość”. Klasyka kryminału. TYLKO U NAS fragment książki pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/nie-jestesmy-tu-po-to-zeby-rozwiazywac-sprawy-lecz-aby-sprawiedliwosci-stalo-sie-zadosc-klasyka-kryminalu-tylko-u-nas-fragment-ksiazki/feed/ 0
Jedna z najwspanialszych powieści anglojęzycznych w świetnym przekładzie! Na jej podstawie powstał serial HBO GO. [WIDEO] https://niezlomni.com/jedna-z-najwspanialszych-powiesci-anglojezycznych-w-swietnym-przekladzie-na-jej-podstawie-powstal-serial-hbo-go-wideo/ https://niezlomni.com/jedna-z-najwspanialszych-powiesci-anglojezycznych-w-swietnym-przekladzie-na-jej-podstawie-powstal-serial-hbo-go-wideo/#respond Sun, 23 Sep 2018 04:35:39 +0000 https://niezlomni.com/?p=50110

Nikt nie jest lepiej przygotowany do wielkiej kariery i walki o bogactwa od powabnej i bezwzględnej Becky Sharp. Pochlebstwa i podłe intrygi to jej domena, a wyrachowanie, z jakim nie cofnie się przed najgorszym nawet oszustwem, pozwala jej, na przekór mizernym korzeniom, piąć się po szczeblach drabiny społecznej.

Tymczasem jej ckliwa przyjaciółka Amelia tęskni jedynie za grubiańskim wojakiem George’em, ignorując uczucia Dobbina, który jest jedyną szlachetną postacią w tym zgniłym świecie.

Obie panie muszą torować sobie drogę przez życie pośród skrzącego się jarmarcznym blichtrem społeczeństwa Regencji, gdzie wojny ― zarówno te militarne, jak i rodzinne ― stanowią codzienność, a fortuny powstają równie szybko, jak upadają.
To ponadczasowa powieść odkrywająca cienie i blaski dziewiętnastowiecznego angielskiego społeczeństwa, ukazująca tę stronę ludzkiej natury, której się wstydzimy.

Im dłużej czytam dzieła Thackeraya, tym bardziej odnoszę wrażenie, że jestem sam na sam z jego przenikliwością, z jego prawdą, z jego odczuciami. Thackeray to prawdziwy tytan literatury – Charlotte Brontë

Serial na podstawie książki do obejrzenia w HBO GO!

Chiswick Mall

Fragment powieści "Targowisko próżności Vanity Fair" Williama Makepeace'a Thackeraya w świetnym przekładzie Tadeusza Jan Dehnela. Wyd. Replika, Zakrzewo 2018. Książkę Można nabyć TUTAJ

[caption id="attachment_50111" align="alignleft" width="550"] Wyd. Replika[/caption]

W słoneczny czerwcowy ranek, kiedy nasz wiek liczył nie więcej niż lat dziesięć, przed okazałą żelazną bramę pensji dla dziewcząt z dobrych domów, prowadzonej przez pannę Pinkerton, a położonej przy ulicy Mall w Chiswick, zajechała z szybkością czterech mil na godzinę ciężka kolasa familijna. Kolasę ciągnęły dwa tłuste konie w lśniącej uprzęży, na koźle zaś siedział tłusty stangret w peruce i trójgraniastym kapeluszu. Gdy ekwipaż zatrzymał się przed błyszczącym mosiężnym szyldzikiem panny Pinkerton, czarny lokaj, który drzemał obok stangreta, rozprostował kabłąkowate nogi, a kiedy pociągnął za dzwonek, co najmniej dwadzieścia głów ozdobiło wąskie okna starej, szacownej budowli z czerwonej cegły. Ba! Uważny obserwator mógłby zobaczyć nawet perkaty, czerwony nosek panny Jemimy Pinkerton sterczący nad doniczkami pelargonii w oknie prywatnego salonu pani przełożonej.
― Kareta pani Sedley, proszę siostry ― oznajmiła panna Jemima. ― Sambo, czarny lokaj, zadzwonił właśnie, a stangret ma nową, pąsową kamizelkę.
― Czy ukończyłaś, Jemimo, wszelkie przygotowania związane z wyjazdem panny Sedley? ― zapytała starsza panna Pinkerton, majestatyczna dama, owa Semiramida Hammersmith, zaprzyjaźniona z doktorem Johnsonem i korespondentka samej pani Chapone.
― Pokojowe, proszę siostry, wstały dziś o czwartej. Kufry panny Sedley już spakowane ― odrzekła panna Jemima. ― Zrobiłyśmy też wiązankę kwiatów…
― Mówi się bukiet, Jemimo. To bardziej wykwintnie.
― A więc, proszę siostry, bukiet prawie taki jak stóg siana. Do sepetu1 Amelii włożyłam dwie flaszeczki wody goździkowej dla pani Sedley, a także przepis na tę wodę.
― Mam nadzieję, Jemimo, że nie zapomniałaś o rachunku panny Sedley? Aha! Oto kopia. Bardzo dobrze. Dziewięćdziesiąt trzy funty, cztery szylingi. Bardzo dobrze. Bądź łaskawa zaadresować: Wielmożny Pan John Sedley. Zapieczętuj też mój liścik do jego małżonki.
Dla panny Jemimy odręczny list jej siostry, panny Pinkerton, zasługiwał na szacunek nie mniejszy niż autograf monarchy. Jak wiadomo, sama pani przełożona pisywała osobiście do rodziców wychowanek tylko w przypadkach, kiedy wychowanki te opuszczały pensję albo wybierały się za mąż i raz jeden, gdy biedna panna Birch zmarła na szkarlatynę. Panna Jemima była przekonana, że jeśli cokolwiek zdołałoby pocieszyć panią Birch po stracie córki, to chyba wymowne i pobożne arcydzieło, w którym panna Pinkerton donosiła o smutnym wydarzeniu.
W danym przypadku „bilecik” panny Pinkerton brzmiał, jak następuje:

Chiswick 15 czerwca 18.. r.
Wielce Szanowna Pani!
Po sześciu latach zwracam Jej Rodzicom Pannę Amelię Sedley jako młodą damę godną zająć stosowne miejsce w wysokich i wykwintnych kołach towarzyskich, do których słusznie przynależy. Oczywiście nie potrzebuję zapewniać Wielce Szanownej Pani, iż uważam to sobie za niewątpliwą przyjemność i prawdziwy zaszczyt. Cnót charakterystycznych dla młodych Angielek z dobrych domów oraz wykształcenia odpowiadającego jej urodzeniu i pozycji na pewno nie braknie przemiłej Pannie Sedley, której pilność i posłuszeństwo zyskały serca wychowawców, a wrodzony wdzięk i niezwykła łagodność usposobienia oczarowały wszystkie koleżanki ― starsze i młodsze.
Co do muzyki, tańca, ortografii oraz wszelakich haftów i robótek niewieścich Panna Amelia spełniła najgorętsze pragnienia życzliwych jej osób. Geografia natomiast zostawia jeszcze wiele do życzenia, ponadto zaś pozwalam sobie zalecić na najbliższe trzy lata regularne stosowanie (przez cztery godziny dnia każdego) deski do prostowania pleców, bez której użycia nikt nie zdoła opanować tej wdzięcznej godności ruchów i postawy, tak nieodzownej każdej wykwintnej damie.
Pobożność i zasady moralne Panny Sedley osiągnęły niewątpliwie poziom godny zakładu naukowego, który bywał zaszczycany wizytami Wielkiego Twórcy Słownika i znajdował się pod łaskawym patronatem Pani Chapone.
Opuszczając moją szkołę, Panna Amelia Sedley uwozi ze sobą serca koleżanek oraz życzliwe względy przełożonej, która ma zaszczyt kreślić się uniżoną sługą Wielce Szanownej Pani.
Barbara Pinkerton

PS. Pannie Sedley towarzyszy panna Sharp. Uprzejmie proszę, aby jej wizyta na Russell Square nie przeciągnęła się ponad okres dziesięciodniowy, gdyż arystokratyczna rodzina, która zaangażowała pannę Sharp, życzy sobie rozpocząć korzystanie z jej usług w terminie możliwie najwcześniejszym.

Zakończywszy ową epistołę, panna Pinkerton napisała imię i nazwisko panny Sedley oraz swoje własne na karcie tytułowej „Słownika” Johnsona, którym to wybitnym dziełem obdarzała z reguły rozstające się z jej pensją wychowanki. Na okładce książki przylepiony był karton z kopią „Kilku słów do Młodej Damy opuszczającej pensję panny Pinkerton przy ulicy Mall w Chiswick ― pióra nieodżałowanej pamięci Wielebnego Doktora Samuela Johnsona”. Prawdę rzekłszy, panna Pinkerton miała ustawicznie na ustach nazwisko autora „Słownika”, jako że jedynej jego wizycie zawdzięczała reputację i majątek.
Otrzymawszy od starszej siostry rozkaz wydobycia „Słownika” ze schowka, panna Jemima przyniosła dwa egzemplarze, kiedy zaś majestatyczna dama opatrzyła autografem pierwszy, Jemima z niewyraźną i zalęknioną miną podsunęła jej drugi.
― Dla kogóż to, Jemimo? ― zapytała panna Pinkerton tonem mrożącego chłodu.
Potulna niewiasta odwróciła się plecami do panny Pinkerton i zadrżała, a gorący rumieniec oblał jej zwiędłą twarz i szyję.
― Dla Becky Sharp, proszę siostry ― bąknęła. ― Dla Becky Sharp. Przecież i ona wyjeżdża.
― Jemimo! ― zawołała majestatycznie dama takim tonem, jak gdyby to imię wypisywała dużymi drukowanymi literami. ― Jemimo! Czy postradałaś zmysły? Odłóż egzemplarz do schowka i na przyszłość nie pozwalaj sobie, proszę, na tego rodzaju wybryki.
― Proszę siostry, to kosztuje tylko dwa szylingi i dziewięć pensów, a biedna Becky będzie okropnie zawiedziona, jak nic nie dostanie.
― Proszę mi zaraz przysłać pannę Sedley ― zakomenderowała przełożona, a jej siostra, nie odważywszy się powiedzieć już ni słowa, wyszła drobnym kroczkiem z salonu, bardzo zmartwiona i zdenerwowana.

Cóż, panna Sedley była córką zamożnego londyńskiego kupca, a Becky Sharp bezpłatną praktykantką, a zatem (zdaniem panny Pinkerton) dość już dostała i stanowczo mogła się obejść bez zaszczytnego obdarowania „Słownikiem” na pożegnanie.


Na ogół biorąc, podobne listy właścicieli żeńskich i męskich zakładów naukowych zasługują na wiarę nie bardziej niż cmentarne epitafia. Zdarza się jednak niekiedy, iż osoba, co pożegnała nasz padół, miała zalety charakteru i chrześcijańskie cnoty uwiecznione nad jej kośćmi kamieniarskim dłutem. Mógł to naprawdę być dobry ojciec, mąż czy syn lub dobra matka, żona albo córka ― i rodzina pogrążona w rzeczywiście nieutulonym żalu mogła szczerze opłakiwać nieboszczyka lub nieboszczkę. Podobnie w szkołach wychowanek lub wychowanka może czasami zarobić rzetelnie na pochwały szafowane tak hojnie przez bezinteresownych preceptorów. Otóż Amelia Sedley należała do panienek szczególnego pokroju, nie tylko bowiem zasługiwała w pełni na wyrazy uznania zamieszczone w liście przełożonej, lecz zdobiły ją ponadto liczne, pełne uroku cechy, których majestatyczna Minerwa nie potrafiła dostrzec ze względu na znaczne różnice wieku i pozycji.
Otóż panna Sedley nie tylko śpiewała niczym skowronek albo pani Billington, nie tylko tańczyła niczym Hillisberg albo Parisot, nie tylko haftowała przepięknie, a z ortografią radziła sobie nie gorzej niż sam „Słownik”. Miała także tkliwe, zacne, radosne, szlachetne serduszko i dzięki niemu zyskiwała miłość każdego, kto się do niej zbliżył ― od samej surowej Minerwy do zahukanej dziewki kredensowej czy jednookiej sprzedawczyni ciastek, której raz w tygodniu zezwalano je dostarczać młodym damom z renomowanej pensji. Pośród dwudziestu czterech tych młodych dam panna Sedley liczyła co najmniej dwanaście najbliższych przyjaciółek od serca. Nawet zazdrosna panna Briggs nigdy się o niej uszczypliwie nie wyrażała. Wyniosła i kostyczna panna Saltire (wnuczka lorda Dexter) przyznawała łaskawie, że Amelia ma piękną figurę. Panna Swartz pochodząca z St Kitt, bardzo bogata Mulatka o wełnistych włosach, tak rozszlochała się w dniu odjazdu przyjaciółki, że trzeba było wezwać doktora Flossa i solami trzeźwiącymi z lekka odurzyć biedaczkę. Spokojna godność cechowała oczywiście zachowanie panny Pinkerton, damy na eksponowanym stanowisku i obdarzonej wypróbowanymi cnotami, ale panna Jemima pochlipywała od czasu do czasu na myśl o rozstaniu z faworytką i gdyby nie strach przed siostrą, dostałaby zapewne ataku histerycznego, jak bogaczka z St Kitt, która płaciła podwójnie za naukę i pensjonat. Ale na tak zbytkowne objawy żalu mogą sobie pozwolić jedynie pensjonarki zasiadające przy stole pani przełożonej. Tymczasem biedna Jemima miała na głowie rachunki, pranie, wszelkie reperacje, desery, srebra stołowe, porcelanę i ustawiczne dozorowanie służby. Czy warto wszakże mówić o pannie Jemimie? Czytelnik nie usłyszy o niej zapewne do dnia Sądu Ostatecznego i kiedy zostawi ją za ażurową żelazną bramą pensji przy ulicy Mall, ona i jej złowroga siostra nigdy już nie przekroczą granic szczupłego światka naszej opowieści.


Ponieważ jednak z Amelią będziemy mieć do czynienia długo i często, wypada wspomnieć w zaraniu znajomości, że jest to przemiła i urocza osóbka. Wiadomość, iż czeka nas ustawiczne towarzystwo istoty niewinnej i poczciwej, może niewątpliwie dodać otuchy zarówno w życiu, jak i przy czytaniu powieści, gdyż życie i literatura (zwłaszcza ta ostatnia) obfitują na ogół w czarne charaktery najpodlejszego gatunku. Amelia Sedley nie będzie heroiną romansu, nie ma więc potrzeby opisywać jej wdzięków. Obawiam się nawet, że jej nosek jest zbyt krótki, a policzki o wiele za czerstwe i pucołowate ― zwłaszcza dla heroiny romansu. Atoli jej przyjemna twarz promieniuje zdrową cerą, świeże usta ujmującym uśmiechem, a piękne oczy radością i niezłośliwym humorem, jeżeli oczywiście nie przepełniają ich łzy, co, niestety, zdarza się nader często. Bo niemądra panienka ma zwyczaj płakać nad zdechłym kanarkiem albo nad myszką pochwyconą przez zwinnego kota, albo nad smutnym zakończeniem najgłupszej nawet powieści. A jeśliby się znalazł ktoś dość bezwględny, by odezwać się do niej szorstko… no to miałby się z pyszna! Nawet panna Pinkerton ― dama wymagająca i podobna antycznym boginiom ― przestała łajać Amelię. Spróbowała to zrobić raz jeden i chociaż na wrażliwości uczuć znała się nie lepiej niż na algebrze, nakazała nauczycielkom i metrom, by pannę Sedley traktowali szczególnie wyrozumiale, ponieważ wszelka surowość rani boleśnie tę delikatną młodą damę.


Jako się rzekło, Amelia miała zwyczaj albo śmiać się, albo płakać, kiedy więc wreszcie nadszedł dzień odjazdu, stanęła wobec trudnego wyboru. Cieszyła się serdecznie, iż wraca do domu, zarazem jednak cierpiała dotkliwie z racji rozstania z pensją. Od trzech dni mała Laura Martin, sierota, dreptała za nią nieustannie niby wierny piesek. Amelia musiała ofiarować i przyjąć przynajmniej czternaście prezentów, złożyć przynajmniej czternaście uroczystych przyrzeczeń, że będzie pisywać co tydzień.
― Listy do mnie możesz przesyłać pod adresem mojego dziadunia, hrabiego Dexter ― powiedziała panna Saltire (nawiasem mówiąc, młoda dama aż nazbyt skromnie ubrana).
― Nie martw się, ile wydam na porto! Wszystko jedno! Droga, najdroższa! Pisuj codziennie! ― wołała raz po raz wełnistogłowa panna Swartz, osóbka popędliwa, lecz uczuciowa i hojna.
Mała Laura Martin, sierota, która zaczynała właśnie uczyć się pisania rondem2, ujęła rękę starszej koleżanki i nieśmiało spoglądając jej w oczy, szepnęła:
― Amelio, czy pozwolisz, że w listach będę cię nazywać mateczką?
Jestem przekonany, że Jones, który otworzy tę książkę w swoim klubie, uzna wyżej przytoczone szczegóły za idiotyczne, trywialne, dziecięco naiwne i okrutnie sentymentalne. Widzę nawet, jak ów Jones (nieco zaczerwieniony po zjedzeniu łopatki baraniej i wypiciu pół butelki wina) wydobywa ołówek, podkreśla wyrazy „idiotyczne, trywialne”, następnie zaś dodaje jako własne zdanie: „całkiem słusznie”. Cóż, Jones ― osobnik wyższy, o nieprzeciętnym umyśle ― uznaje w życiu i powieści tylko to, co wielkie i bohaterskie. Niechaj więc lepiej z góry otrzyma przestrogę i zainteresowanie zwróci w inną stronę.
Ale do rzeczy! Kwiaty, upominki, kufry i pudła na kapelusze panny Sedley znalazły się we wnętrzu i na dachu kolasy, a ich śladem powędrowała bardzo mała i bardzo stara walizka z wołowej skóry opatrzona starannie przymocowanym biletem wizytowym panny Sharp. Sambo z ironicznym uśmiechem podał ów bagaż stangretowi, stangret zaś z odpowiednio drwiącą miną ulokował go w stosownym miejscu. Nadeszła chwila rozstania, którego gorycz znacznie złagodziła podniosła oracja wygłoszona do wychowanki przez pannę Pinkerton. Przemówienie to nie natchnęło wprawdzie Amelii duchem filozoficznego spokoju, było jednak nieporównanie nudne, napuszone i rozwlekłe, a że uczennica nie otrząsnęła się jeszcze ze strachu przed majestatyczną damą, nie ważyła się w jej obecności dać upustu czysto osobistym wzruszeniom. Podobnie jak przy uroczystych okazjach odwiedzin rodzicielskich, podano w salonie butelkę wina i kruche ciasteczka, a po tym skromnym poczęstunku panna Sedley mogła swobodnie odjechać.


― Idź na górę, Becky. Pożegnaj pannę Pinkerton ― doradziła poczciwa Jemima młodej osóbce, która nie zwracając niczyjej uwagi, schodziła po schodach z małą torbą podróżną w ręku.
― Trzeba będzie ― odparła zagadnięta ze spokojem, który wydawał się dziwnym nawet dla siostry samej pani przełożonej.
Kiedy panna Jemima zastukała do drzwi i otrzymała pozwolenie wejścia, Becky wkroczyła do salonu pewnym krokiem i wyrzekła po francusku głośno i z nienagannym akcentem:
― Mademoiselle, je viens vous faire mes adieux.3
Panna Pinkerton nie rozumiała po francusku, rządziła jedynie tymi, którzy znali ów język. Przygryzła więc wargi, zadarła dumnie w górę rzymski nos i dostojną głowę przystrojoną nader okazałym turbanem i odpowiedziała:
― Panno Sharp, życzę powodzenia.
Z tymi słowy machnęła ręką, aby przy okazji zwykłego gestu pożegnania dać Becky sposobność uściśnięcia jednego ze swoich palców, specjalnie w tym celu wysuniętego. Ale panna Sharp nie skorzystała ze sposobności, lecz skrzyżowała ramiona na piersi i z lodowatym uśmiechem złożyła ukłon, który Semiramida z Hammersrnith pokwitowała dostojnym a gniewnym ruchem turbana. Oczywiście było to podjazdowe starcie między damą młodą i starą, w którym ta ostatnia doznała porażki.
― Niechaj cię Bóg ma w swojej pieczy, drogie dziecię ― rzekła, ściskając Amelię i nad jej ramieniem mierząc zabójczym spojrzeniem pannę Sharp.
― Chodź ze mną, Becky ― szepnęła panna Jemima i spiesznie wyprowadziła z salonu młodą osobę, za którą drzwi salonu zamknęły się raz na zawsze.


Potem, nastąpiło burzliwe pożegnanie w sieni i przed domem. Brała w nim udział cała służba i wszystkie najlepsze przyjaciółki, i wszystkie inne młode damy, i nawet przybyły w danym momencie metr tańca. Uścisków, pocałunków, okrzyków, wybuchów płaczu i histerycznego wycia dobywającego się z pokoju panny Swartz (pensjonarki zasiadającej u stołu pani przełożonej) nie zdoła opisać żadne pióro i żadne tkliwe serce nie potrafi znieść spokojnie. Ale zawierucha minęła wreszcie i nastąpiło ostateczne rozstanie ― to znaczy Amelia Sedley rozstała się z przyjaciółkami. Panna Sharp od kilku minut siedziała już skromnie w kolasie i z racji jej odjazdu nikt nie zalewał się łzami.
Sambo ― właściciel pary kabłąkowatych nóg ― zatrzasnął już drzwiczki pojazdu za płaczącą jaśnie panienką i zwinnie wspiął się na kozioł, gdy panna Jemima z paczką w ręku podbiegła żywo do otwartej bramy.
― Stój, stój! ― zawołała i zatrzymawszy się koło kolasy, dodała ciszej: ― Droga Amelio, oto parę kanapek. Możesz być głodna w podróży. A dla ciebie, Becky… panno Sharp… książka, którą moja siostra… albo raczej ja… Wiesz już, to „Słownik” Johnsona. Nie możesz przecież odjechać bez upominku. No, do widzenia… Żegnaj. Jazda, stangrecie! Niech was obie Bóg błogosławi!
Zacna niewiasta, drżąc ze wzruszenia, uciekła do ogrodu. Lecz co się stało? W chwili gdy konie ruszały, panna Sharp wychyliła bladą twarz z okna kolasy i rzuciła, naprawdę rzuciła książkę w kierunku bramy!
Panna Jemima omal nie zemdlała z przerażenia.
― Jak żyję, nie widziałam… ― wyjąkała. ― Co za niebywała… ― wzburzenie nie pozwoliło jej dokończyć ani jednego, ani drugiego z rozpoczętych zdań.
Kolasa odjeżdża szparko. Z trzaskiem zamyka się żelazna brama. Dzwonek wzywa na lekcję tańca.
Świat staje otworem przed dwoma panienkami, my zaś żegnamy na dobre Chiswick.

Artykuł Jedna z najwspanialszych powieści anglojęzycznych w świetnym przekładzie! Na jej podstawie powstał serial HBO GO. [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/jedna-z-najwspanialszych-powiesci-anglojezycznych-w-swietnym-przekladzie-na-jej-podstawie-powstal-serial-hbo-go-wideo/feed/ 0
Kryminalne opowieści w stylu serialu „Ojciec Mateusz”! „Błękitny krzyż” Gilberta K. Chestertona [WIDEO] https://niezlomni.com/kryminalne-opowiesci-w-stylu-serialu-ojciec-mateusz-blekitny-krzyz-gilberta-k-chestertona-wideo/ https://niezlomni.com/kryminalne-opowiesci-w-stylu-serialu-ojciec-mateusz-blekitny-krzyz-gilberta-k-chestertona-wideo/#respond Sun, 25 Jun 2017 08:33:51 +0000 http://niezlomni.com/?p=40505

Pomiędzy srebrzystą wstęgą poranka i zielonkawo połyskującą wstęgą morza do nadbrzeża Harwich dobiła łódź, z której jak pchły wyroili się ludzie, a pośród nich człowiek, za którym musimy podążyć.

Nie wzbudzał najmniejszych podejrzeń ani nie miał takiego zamiaru. Nie wyróżniał się niczym, poza lekkim kontrastem pomiędzy wakacyjną lekkością odzieży, którą miał na sobie, a oficjalną powagą na twarzy. Miał na sobie lekką, jasnoszarą marynarkę, białą kamizelkę i srebrzysty kapelusz słomkowy ozdobiony szaro-niebieską wstążką. Pociągła twarz przez tę oprawę wyglądała na ciemną, a kończyła się niewielką, czarna brodą, która przypominała hiszpańską i sugerowała elżbietańską kryzę. Z powagą próżniaka palił cygaro. Nic w nim nie pozwalało domyślać się faktu, że pod popielatą marynarką ukrywał się naładowany rewolwer, że biała kamizelka skrywa odznakę policyjną, ani że pod słomkowym kapeluszem mieści się jeden z największych intelektów w Europie. Był to sam Valentin, szef paryskiej policji i najsłynniejszy detektyw świata. Przybywał z Brukseli do Londynu, aby dokonać najważniejszego aresztowania stulecia.


Flambeau był w Anglii. Policja trzech krajów śledziła wielkiego przestępcę od Gandawy do Brukseli, od Brukseli do Holandii. Istniało przypuszczenie, że wykorzysta dezorientację i zamieszanie związane z Kongresem Eucharystycznym, który odbywał się właśnie w Londynie. Prawdopodobnie będzie podróżował jako pomniejszy duchowny albo sekretarz mający związek z tym wydarzeniem − tego jednak Valentin nie był pewien. W odniesieniu do Flambeau nic nie było pewne.
Minęło wiele lat, odkąd ten kolos zbrodni nagle dał światu odetchnąć od wywoływanego przez siebie zamieszania, a gdy zamilkł, jak powiedziano po śmierci Rolanda, nad ziemią zapadła wielka cisza. Ale w swoich najlepszych czasach (oczywiście mam na myśli najgorsze) Flambeau był postacią równie znaczącą i znaną na świecie, jak sam kajzer. Niemal co dnia dzienniki donosiły, że uniknął konsekwencji nadzwyczajnej zbrodni, popełniając kolejną. Był Gaskończykiem o potężnej budowie i śmiałości. Krążyły najdziksze opowieści o wybuchach jego atletycznego humoru; o tym, jak odwrócił sędziego do góry nogami i postawił go na głowie, żeby „rozjaśnić mu myśli”; o tym, jak biegł w dół Rue de Rivoli, pod każdą pachą trzymając policjanta. Trzeba było powiedzieć, że jego fantastyczna siła fizyczna objawiała się generalnie w takich bezkrwawych, ale niegodnych scenach − jego prawdziwe zbrodnie były głównie pomysłowymi i spektakularnymi napadami. Każda z jego kradzieży była niemalże nowym grzechem i sama w sobie stanowiła opowieść. To on właśnie prowadził w Londynie Tyrolską Spółdzielnię Mleczarską, nie mając żadnego nabiału, krów ani mleka, za to tysiące subskrybentów. Tych zaś obsługiwał w bardzo prosty sposób, zabierając butelki z mlekiem spod drzwi Bogu ducha winnych obywateli i stawiając je pod drzwiami własnych klientów. To właśnie on utrzymywał bogatą i zażyłą korespondencję z młodą damą, której wszystkie listy zostały przechwycone dzięki niezwykłej sztuczce fotografowania jego wiadomości na nieskończenie maleńkich kliszach, możliwych do odczytania pod mikroskopem. Mówiło się, że pod osłoną nocy zamalował wszystkie numery domów na ulicy po to tylko, aby zwabić w pułapkę pewnego podróżnika. Jest raczej pewne, że to on właśnie wynalazł przenośną skrzynkę pocztową w kształcie słupka, którą stawiał na rogach ulic spokojnych przedmieść w nadziei, że ludzie będą do niej wrzucać przekazy pieniężne. Wreszcie znany był z zapierających dech umiejętności akrobatycznych − pomimo potężnej postury potrafił skakać jak pasikonik i znikać w koronach drzew jak małpa. Stąd wielki Valentin, gdy został wyznaczony, by schwytać Flambeau, był doskonale świadom, iż jego przygoda bynajmniej nie zakończy się w chwili odnalezienia tego łotra.


Ale jak miał go znaleźć? W tej kwestii wielki Valentin nie miał jeszcze określonego planu.
Była jedna rzecz we Flambeau, której przy całej swojej zręczności w kamuflażu nie był w stanie zamaskować, a był nią jego szczególny wzrost. Gdyby Valentin zauważył wysoką straganiarkę, wysokiego grenadiera czy nawet w miarę wysoką księżnę, mógł ich z miejsca aresztować. Jednak podczas podróży nie spotkał nikogo, kto mógłby być przebranym Flambeau. Co do ludzi na łodzi już wyrobił sobie zdanie, zaś ludzie podjęci w Harwich albo ruszający w dalszą podróż ograniczyli się do sześciu osób. Pośród nich był niski urzędnik kolejowy płynący aż do końca trasy, trzech raczej niewysokich ogrodników, którzy wsiedli dwie stacje dalej, jedna bardzo niska wdowa, która wyruszyła z małej mieściny w Essex i równie niski ksiądz katolicki, również pochodzący z wioseczki w Essex. Jeśli chodzi o ten ostatni przypadek, Valentin omal nie parsknął śmiechem.

[caption id="attachment_40608" align="alignleft" width="224"] fot. wikipedia[/caption]

Ten mały księżulo był niemal czystą esencją wschodnich równin; twarz miał równie okrągłą i nijaką jak knedel z Norfolk, oczy puste jak Morze Północne, dźwigał kilka pakunków zawiniętych w brązowy papier, które bez przerwy mu wypadały. Kongres Eucharystyczny z pewnością wielu takich osobników wyrwał z ich stagnacji i miotali się teraz, oślepieni i bezradni jak wyciągnięte spod ziemi krety. Valentin sceptycznie podchodził do surowego stylu Francji i nie kochał księży. Było mu ich jednak żal, a ten konkretny ksiądz wywołałby litość w każdym. Miał wielki, obszarpany parasol, który wciąż upadał na podłogę. Nie wiedział chyba, który koniec jego biletu powrotnego jest właściwy. Z prostotą idioty tłumaczył wszystkim w powozie, że musi być ostrożny, bo w jednej ze swoich opakowanych w brązowy papier paczek wiezie coś zrobionego z prawdziwego srebra „z niebieskimi kamieniami”. Jego osobliwe pomieszanie płaskości Essex ze świętą prostotą cały czas wprawiały Francuza w rozbawienie, póki ksiądz razem ze swoimi pakunkami jakimś cudem nie dotarł do Tottenham i nie zawrócił po swój parasol. Kiedy do tego doszło, Valentin ostrzegł go nawet dobrodusznie, by nie rozpowiadał wszystkim o wiezionym srebrze. Jednak rozmawiając z ludźmi, Valentin nie tracił czujności − wciąż rozglądał się za kimkolwiek, bogatym czy biednym, mężczyzną czy kobietą, kto miał dobrze powyżej sześciu stóp wzrostu. Flambeau liczył sobie sześć stóp i cztery cale.


Jednakże na Liverpool Street wysiadł raczej przekonany, że jak dotąd nie przeoczył tego kryminalisty. Od razu skierował się do Scotland Yardu, żeby ustalić swój status i zapewnić sobie pomoc w razie potrzeby, następnie zapalił kolejne cygaro i udał się na długą przechadzkę ulicami Londynu. Gdy spacerował po uliczkach i skwerach, za stacją Victorii zatrzymał się raptownie. Znalazł się na urokliwym, cichym placyku, bardzo typowym dla Londynu, przypadkowo zupełnie spokojnym. Okalające go wysokie domy o płaskich dachach wyglądały jednocześnie na zadbane i niezamieszkałe. Kwadratowa kępa krzewów na środku była jak bezludna, zielona wysepka na Pacyfiku. Jeden z czterech jej boków był znacznie wyższy od pozostałych, jak podest, a linia tego boku była przełamana przez charakterystyczną dla zabudowy Londynu restaurację, jakby żywcem wyrwaną z Soho. Był to zaskakująco ładny obiekt, z karłowatymi roślinami w donicach i długimi markizami w cytrynowożółte i białe pasy. Restauracja wznosiła się wysoko ponad ulicą, a schodki wiodące do drzwi frontowych, co było typowe dla Londynu, sięgały niemal na wysokość drogi pożarowej prowadzącej do okna na pierwszym piętrze. Valentin stał przed żółto-białą markizą, palił i długo rozmyślał.


Rzeczą najbardziej niewiarygodną w cudach jest to, że się zdarzają. Kilka chmur na niebie schodzi się w kształt rozwartego, ludzkiego oka. Drzewo rosnące samotnie przybiera zarys znaku zapytania. W ciągu ostatnich kilku dni sam to widziałem. Nelson umiera w chwili zwycięstwa, a człowiek o nazwisku Williams dość przypadkowo zabija człowieka o nazwisku Williamson , co zakrawa na swego rodzaju dzieciobójstwo. W skrócie, w życiu występuje element baśniowych zbiegów okoliczności, który ludziom skoncentrowanym na jego prozie ustawicznie umyka. Jak to doskonale wyraził Poe w swoim paradoksie, mądrość powinna spodziewać się niespodziewanego.

 

[caption id="attachment_22449" align="alignleft" width="580"] G. K. Chesterton, dystrybucjonizm.pl[/caption]

Aristide Valentin był na wskroś Francuzem, a francuska inteligencja jest inteligencją wyjątkową. Nie był „myślącą maszyną” − to jedynie bezmózgie określenie wykreowane przez współczesny fatalizm i materializm. Maszyna z tego właśnie względu jest maszyną, że nie potrafi myśleć. On jednakże był jednocześnie człowiekiem myślącym i prostym. Wszystkie jego wspaniałe sukcesy, które wyglądały jak czary, zostały osiągnięte dzięki niezłomnej logice, dzięki jasnemu i banalnemu francuskiemu myśleniu. Francuzi zelektryfikowali świat nie dzięki wykorzystaniu jakiegoś paradoksu, zelektryfikowali go dzięki urzeczywistnieniu truizmu. Byli bardzo przywiązani do truizmu – jak podczas rewolucji francuskiej. Ale właśnie dlatego, że Valentin rozumiał rozsądek, rozumiał też jego ograniczenia. Jedynie ten człowiek, który nie wie niczego o silnikach, mówi o zasilaniu bez paliwa; jedynie ten człowiek, który nie wie nic o rozumowaniu, wypowiada się bez poszanowania dla niepodlegających dyskusji, podstawowych zasad. On sam nie miał jakichś zakorzenionych przekonań. Ślad Flambeau zniknął w Harwich − o ile w ogóle przebywał w Londynie, to mógł być każdym, od wysokiego włóczęgi w Wimbledon Common do wodzireja w hotelu Metropole. Przy tak ewidentnej niewiedzy Valentin miał własne poglądy i metody.


W takich przypadkach spodziewał się niespodziewanego. W takich przypadkach, gdy nie mógł posługiwać się zdrowym rozsądkiem, na chłodno i ze spokojem podążał za tym, co nierozsądne. Zamiast chodzić tam, gdzie powinien – do banków, na posterunki policji, odpowiednie spotkania – regularnie bywał tam, gdzie nie powinien. Pukał do każdego pustego domu, skręcał w każdy zaułek, przeciskał się przez każdą pełną śmieci alejkę, skręcał za każdy róg, który prowadził go w bezsensowną stronę. Bronił takiego sposobu postępowania w całkiem logiczny sposób. Powiadał, że gdyby miał jakieś poszlaki, byłby to najgorszy możliwy sposób, ale skoro ich nie miał, to był to sposób najlepszy, ponieważ przynajmniej istniała szansa, że to dziwaczne zachowanie, które przyciągnęłoby uwagę ścigającego, może przyciągnąć uwagę ściganego. Skądś trzeba zacząć i dobrze, żeby było to miejsce, w którym ktoś inny może skończyć. Coś w tym ciągu schodków prowadzących do budynku, coś w spokoju i uroku tej restauracji pobudziło rzadkie u detektywa romantyczne uczucia i skłoniło do podjęcia decyzji o przypadkowym działaniu. Wszedł po schodach, usiadł przy stoliku pod oknem i poprosił o filiżankę czarnej kawy.


Był późny ranek, a on nie jadł jeszcze śniadania. Na stoliku obok stały pozostałości po innym śniadaniu, przypominając mu o jego własnym głodzie. Do zamówienia dodał jajko na miękko i w zadumie dodał nieco cukru do kawy, cały czas rozmyślając o Flambeau. Pamiętał, w jaki sposób Flambeau uciekł, raz przy pomocy nożyczek do paznokci, a raz podpalając budynek, raz musząc zapłacić za list bez znaczka i raz skłaniając ludzi, by przez teleskop wypatrywali komety, która mogła zniszczyć świat. Uważał, że jego mózg detektywa jest równie sprawny, co mózg tego rzezimieszka, co było prawdą. W pełni jednak uświadamiał sobie swą niekorzystną sytuację.
– Przestępca to twórczy artysta, detektyw jest tylko krytykiem – powiedział z kwaśnym uśmiechem i powoli uniósł filiżankę z kawą do ust. Odstawił ją bardzo szybko. Dodał do niej soli.
Spojrzał na pojemnik, z którego pochodził srebrzysty proszek − to z całą pewnością była cukiernica, z równą pewnością przeznaczona na cukier, jak butelka od szampana na szampana. Zastanawiał się, dlaczego ktoś wsypał do niego sól. Rozejrzał się w poszukiwaniu bardziej ortodoksyjnych naczyń. Wypatrzył dwie pełne solniczki. Być może były w nich jakiejś szczególne przyprawy. Skosztował ich zawartości − był to cukier. Potem ze świeżym zainteresowaniem rozejrzał się po restauracji, by sprawdzić, czy znajdzie w niej inne przejawy tego szczególnego gustu artystycznego, który umieścił sól w cukiernicy, a cukier w solniczkach. Poza dziwnym rozbryzgiem jakiegoś ciemnego płynu na jednej ze ścian pokrytych białą tapetą, całe to miejsce wyglądało schludnie, pogodnie i zwyczajnie. Zadzwonił na kelnera.


Gdy ten się pojawił, rozczochrany i o tej wczesnej godzinie o nieco zaspanych oczach detektyw (który potrafił docenić prostsze formy humoru) poprosił go, by spróbował cukru i powiedział, czy to pasuje do reputacji lokalu. Rezultat był taki, że kelner ziewnął nagle i rozbudził się.

[caption id="attachment_5671" align="alignleft" width="460"] Gilbert Keith Chesterton[/caption]

– Czy co rano robicie swoim klientom ten żarcik? – dopytywał Valentin. – Czy zamiana soli z cukrem nie przykrzy się wam jako dowcip?
Kelner, gdy uświadomił sobie ironię, jąkając się, zapewnił, że wydarzenie to z całą pewnością nie miało takich intencji, to musiała być niezwykła pomyłka. Podniósł cukiernicę i zajrzał do niej. Potem podniósł solniczkę i również do niej zajrzał, a na jego twarzy wykwitało coraz większe zdumienie. Wreszcie gwałtownie przeprosił i odszedł pospiesznie, po kilku sekundach wracając z właścicielem. Właściciel również zbadał cukiernicę i solniczkę i wydawał się równie zaskoczony.
Nagle kelner z nadmiaru słów aż zaczął seplenić.
– Wydaje mi się – jąkał się żarliwie – że to ci dwaj księża.
– Jacy dwaj księża?
– No, ci dwaj księża – powiedział kelner – którzy rzucili zupą o ścianę.
– Rzucili zupą o ścianę? – powtórzył Valentin, sądząc, że to jakaś niezwykła włoska metafora.
– Tak, tak – z podnieceniem powiedział kelner i wskazał na ciemną plamę na białej tapecie. – Rzucili nią tam o ścianę.

[caption id="attachment_40610" align="alignleft" width="458"] fot. Wydawnictwo Replika[/caption]

Valentin spojrzał pytająco na właściciela, który zaczął się sumitować.
– Zgadza się, sir – przyznał. – To w istocie prawda, choć nie wydaje mi się, żeby miało to coś wspólnego z cukrem i solą. Wcześnie rano, gdy tylko otworzyliśmy, przyszło tu dwóch księży i bardzo szybko wypiło zupę. Obaj byli bardzo cichymi, szacownymi ludźmi. Jeden uiścił rachunek i wyszedł, drugi, który wyglądał na guzdrałę, potrzebował kilku chwil, żeby pozbierać swoje rzeczy. Ale w końcu poszedł. Tylko na chwilę przed tym, jak wyszedł na ulicę, z rozmysłem podniósł swój kubek, który opróżnił tylko częściowo, i wychlusnął zupę na ścianę. Sam byłem na zapleczu, tak samo kelner. Wyszedłem i zobaczyłem tylko zalaną ścianę i pustą salę. To niewielka strata, ale nieprzyjemny policzek, dlatego próbowałem dogonić tych mężczyzn na ulicy. Jednak byli już za daleko, zauważyłem tylko, że zniknęli za rogiem na Carstairs Street.


Detektyw się poderwał, nałożył kapelusz i ujął w dłoń laskę. Zdecydował już, że w tej uniwersalnej ciemności swego umysłu może jedynie podążać w kierunku, który wskazał palec dziwności − a to było wystarczająco dziwne. Zapłacił rachunek, zatrzasnął za sobą przeszklone drzwi i szybko dotarł do rogu ulicy.
Całe szczęście, że nawet w tak gorączkowych chwilach oko miał chłodne i uważne. Jego wzrok przyciągnęło coś w witrynie sklepowej. Cofnął się, żeby się temu przyjrzeć. Sklep należał do popularnego sprzedawcy warzyw i owoców, całe mnóstwo towarów wystawiono powietrze i starannie oznaczono tabliczkami z nazwami i cenami. Najwięcej miejsca zajmowały skrzynki mandarynek i orzechów. Na stercie orzechów leżał kawałek kartonu, na którym niebieską kredą napisano „Najlepsze mandarynki, dwie za pensa”. Na mandarynkach spoczywał równie staranny i czytelny napis „Najlepsze orzechy brazylijskie, 4 pensy za funta”. Valentin spojrzał na te dwie etykiety i uznał, że już spotkał się z tą subtelną formą humoru, i to całkiem niedawno. Zwrócił na tę niespójność uwagę sprzedawcy o zaczerwienionej twarzy, który dość ponuro rozglądał się po ulicy. Sprzedawca nic na to nie odpowiedział, ale gwałtownymi ruchami przełożył tabliczki na swoje miejsca. Detektyw, opierając się elegancko na swojej laseczce do chodzenia, kontynuował przegląd sklepu.

[caption id="attachment_22840" align="alignleft" width="542"] https://www.facebook.com/CzytamChestertona?fref=ts[/caption]

– Mój dobry człowieku, proszę wybaczyć moje pozornie niezasadne nagabywanie – powiedział wreszcie – ale chciałbym wam zadać pytanie dotyczące psychologii eksperymentalnej i łączenia faktów.
Czerwony sklepikarz spojrzał na niego groźnie, ale Valentin kontynuował pogodnie, wymachując swoją laseczką:
– Dlaczego te dwie tabliczki są umieszczone w złych miejscach, jak ksiądz, który przyjechał do Londynu na wakacje? Na wypadek, gdybym nie wyrażał się jasno, jaki jest mistyczny związek, który łączy ideę orzechów oznaczonych jako mandarynki z dwoma księżmi, jednym wysokim, a drugim niskim?
Handlarz wytrzeszczył oczy. Przez chwilę naprawdę sprawiał wrażenie, jakby miał się rzucić na tego obcego.
– Nie wiem, co waść masz z tym wspólnego – wyjąkał wreszcie z gniewem – ale jeśli jesteś pan jakimś ich przyjacielem, to możesz im pan ode mnie przekazać, że porozwalam im te durne łby, księża czy nie, jeśli jeszcze raz dotkną moich jabłek.
– Doprawdy? – z wielkim współczuciem odparł detektyw. – Zniszczyli pańskie jabłka?
– Jeden z nich – potwierdził rozeźlony sklepikarz – zwalił wszystkie na ulicę. Złapałbym tego durnia, ale musiałem je pozbierać.
– W którą stronę poszli ci duchowni? – zapytał Valentin.
– W drugą ulicę po lewej, a potem przez plac – padła szybka odpowiedź.
– Dzięki – odparł Valentin i zniknął jak sen.
Po drugiej stronie placu natknął się na policjanta.
– Konstablu, to pilne – powiedział. – Czy widział pan dwóch duchownych w kapeluszach z podwiniętym rondem?
Policjant zaśmiał się ciężko.
– Owszem, sir, widziałem. A gdyby mnie ktoś pytał, jeden z nich był pijany. Stanął na środku drogi zdziwiony jakby…
– W którą stronę poszli? – przerwał mu Valentin.
– Wsiedli do jednego z tamtych żółtych autobusów – odpowiedział mundurowy. – Jadą w stronę Hampstead.
Valentin wyciągnął oficjalną legitymację.
– Wezwij dwóch swoich ludzi, żeby towarzyszyli mi w pościgu – powiedział szybko i przeciął jezdnię z tak zaraźliwą energią, że ociężały policjant ruszył z niemal skwapliwą żwawością. Po półtorej minuty na przeciwległym chodniku znalazł się francuski detektyw, a wraz z nim inspektor i mężczyzna w prostym ubraniu.
– Cóż, sir – odezwał się z ważnym uśmiechem – i co niby…?
Valentin niespodziewanie wyciągnął swoją laskę.
– Powiem panom na szczycie tego omnibusu – oświadczył i pognał, klucząc pomiędzy pojazdami. Gdy wszyscy znaleźli się, dysząc, na górnych siedzeniach tego żółtego wehikułu, inspektor powiedział: – Pojedziemy cztery razy szybciej niż taksówką.
– W sumie racja – spokojnie odpowiedział ich dowódca – gdybyśmy tylko wiedzieli, dokąd właściwie jedziemy.
– No właśnie, dokąd jedziemy? – zapytał drugi, wytrzeszczając oczy.
Valentin przez kilka minut palił, marszcząc brwi. W końcu odłożył cygaro i powiedział:
– Jeśli wiesz, co ktoś robi, wyprzedź go, ale jeśli nie wiesz, trzymaj się za nim. Skręcaj, gdy on skręca, zatrzymuj się, gdy on się zatrzymuje, przemieszczaj się równie wolno jak on. Wówczas możesz dostrzec to, co on widział i co zrobił. Możemy jedynie wypatrywać dziwnych rzeczy.
– Jakiego rodzaju dziwnych rzeczy? – spytał inspektor.
– Wszelkiego – odparł Valentin i zapadł w uparte milczenie.

Żółty omnibus wlókł się na północ tak, że wydawało się, jakby do końca trasy były całe godziny. Wielki detektyw nie udzielił dalszych wyjaśnień, a jego asystenci być może wyczuli jego ciche i narastające wątpliwości co do takiego postępowania. Być może czuli również ciche i narastające pragnienie spożycia lunchu, jako że godzina była już późna w stosunku do normalnej pory obiadowej, a długie drogi północnego Londynu wydawały się rozciągać bez końca, jak w jakimś piekielnym teleskopie. Była to jedna z tych podróży, podczas których człowiek cały czas czuje, że teraz już musiał wreszcie dotrzeć do końca wszechświata, tymczasem okazuje się, że to dopiero początek Tufnell Park. Londyn znikał w obskurnych tawernach i wyłysiałych krzakach, po czym rodził się na nowo na głównych ulicach i jaskrawych hotelach. To było jak przejazd przez trzynaście stykających się ze sobą, choć oddzielnych, pospolitych miast. Jednakże, choć drogę przed nimi zaczynał już okrywać zimowy zmierzch, paryski detektyw wciąż siedział milczący i czujny, wzrok kierując prosto przed siebie, na drogę, która przesuwała się po bokach. Do czasu, gdy zostawili za sobą Camden Town, policjant prawie spał, wszyscy jednak podskoczyli lekko, gdy Valentin wyprostował się gwałtownie, uderzył obu mężczyzn w ramiona i krzyknął na kierowcę, by ten się zatrzymał.


Zbiegli po schodkach na ziemię, nie uświadamiając sobie nawet, dlaczego wysiadają. gdy rozejrzeli się w nadziei na oświecenie, zastali Valentina, który triumfalnie wskazywał palcem w stronę okna po lewej stronie drogi. To było duże okno, pomyślane jako część długiej fasady pełnego złoceń, iście pałacowego zajazdu − była to część zarezerwowana na eleganckie posiłki i oznaczona tabliczką „Restauracja”. To okno, podobnie jak pozostałe na froncie hotelu, było ze szronionego i zdobionego szkła, ale na samym jego środku znajdował się wielki, czarny zaciek, jak gwiazda w lodzie.
– Nareszcie nasza wskazówka! – wykrzyknął Valentin, wymachując laską. – Miejsce ze stłuczonym oknem.
– Jakim oknem? Jaka wskazówka? – zapytał jego wyższy funkcją towarzysz. – Gdzie tu dowód, że ma to jakiś związek z nimi?

[caption id="attachment_40609" align="alignleft" width="145"] fot. wikipedia[/caption]

Valentin z wściekłości niemal połamał swoją bambusową laseczkę.
– Dowód! – wrzasnął. – Dobry Boże! Ten człowiek szuka dowodu! No oczywiście, szansa, że to nie ma z nimi nic wspólnego, jest jak jeden do dwudziestu. Ale co innego możemy zrobić? Czy wy nie rozumiecie, że albo podążymy za jakąś wariacką możliwością, albo możemy wracać do domu, do łóżka?
Pomaszerował w stronę restauracji, ciągnąc za sobą swoich towarzyszy, i wkrótce zasiedli przy niewielkim stoliku do późnego lunchu, od środka patrząc na gwiazdę z pękniętego szkła. Nawet wówczas niewiele im to mówiło.
– Widzę, że macie pęknięte okno – zwrócił się Valentin do kelnera, uiszczając rachunek.
– Zgadza się, sir – przyznał tamten, kłaniając się nisko na resztą, do której Valentin dyskretnie dołożył sowity napiwek.
Kelner wyprostował się z lekkim, ale wyraźnym ożywieniem.
– Owszem, tak, sir – powiedział. – To było bardzo dziwne.
– Doprawdy? Proszę nam o tym opowiedzieć – zachęcił go detektyw z beztroską ciekawością.
– Cóż, do środka weszło dwóch dżentelmenów w czerni – zaczął kelner. – Dwóch cudzoziemskich księży, którzy się tu teraz kręcą. Zamówili tani, niewielki lunch, potem jeden z nich za niego zapłacił i wyszedł. Ten drugi właśnie wychodził, żeby do niego dołączyć, gdy spojrzałem raz jeszcze na pieniądze i odkryłem, że zapłacił mi ponad trzy razy za dużo. „Przepraszam”, powiedziałem do tego jegomościa, który był już prawie za drzwiami, „za dużo panowie zapłacili”. „Och”, powiedział bardzo spokojnie, „naprawdę?” „Tak”, potwierdziłem i wziąłem rachunek, żeby mu pokazać. No i to był istny nokaut.
– Co pan ma na myśli? – spytał detektyw.
– Cóż, przysiągłbym na Biblię, że na tym rachunku zapisałem cztery szylingi. Ale wtedy zobaczyłem, że napisałem 14, dużymi literami.
– No i? – wykrzyknął Valentin, poruszając się wolno, ale z płonącymi oczami. – I co dalej?

 

Fragment opowiada "Błękitny krzyż", [w:] Gilbert K. Chesterton, Ojciec Brown. Najgorsza zbrodnia na świecie, Wyd. Replika, Zakrzewo 2017. Książkę można nabyć TUTAJ.

Nowa porcja kryminalnych opowieści w stylistyce serialu „Ojciec Mateusz”!
Rozwiązywanie intrygujących spraw kryminalnych to dla ojca Browna najbardziej fascynujące zajęcie. Ten sympatyczny, inteligentny i skromny ksiądz potrafi wpaść na trop najbardziej wyrafinowanego kryminalisty.

Używając wyobraźni i niebywałego sprytu, stawia się na miejscu przestępcy i próbuje odgadnąć jego kolejny ruch.

Czasem wystarczy zaledwie jeden rzut jego uważnego oka na miejsce zbrodni, aby odtworzyć najbardziej nawet nieprawdopodobny scenariusz, aby odkryć motywacje i tożsamość zbrodniarza, aby odsłonić wszystkie tajemnice.
Na motywach opowiadań o księdzu Brownie powstał rewelacyjny serial telewizyjny „Ojciec Brown” z Markiem Williamsem w roli tytułowej.

 

Ojciec Brown (ang. Father Brown) postać fikcyjna, ksiądz katolicki, detektyw-amator, bohater cyklu opowiadań detektywistycznych autorstwa G.K. Chestertona. Prekursor postaci duchownego-detektywa.

[caption id="attachment_837" align="alignleft" width="580"] Gilbert Keith Chesterton[/caption]

Chesterton w swoich opowiadaniach wykreował postać będącą przeciwieństwem Sherlocka Holmesa, nie tylko pod względem wyglądu (ojciec Brown jest niski i pulchny), ale i sposobu prowadzenia śledztwa. Chesterton, będący wielbicielem opowiadań detektywistycznych z Holmesem, nie eksponuje jednak tak jak Arthur Conan Doyle metody dedukcyjnej przy rozwiązywaniu spraw kryminalnych, przy tym kładzie nacisk na aspekty psychologiczne przestępstwa. Ojciec Brown posługuje się zatem racjonalnymi metodami, jednak występuje raczej w roli duszpasterza, który z racji wykonywanej profesji potrafi lepiej niż inni wniknąć w duszę przestępcy-grzesznika, nierzadko zresztą pozostawiając kwestię wymierzenia kary wyłącznie Bogu[1].

Książki
Zbiory opowiadań

The Innocence of Father Brown (1911), wyd. pol. Niewinność ojca Browna, tłum. Ziemilska (1927)
The Wisdom of Father Brown (1914), wyd. pol. O mądrości ojca Browna, tłum. Józefa Zydlerowa (1928)
The Incredulity of Father Brown (1926), wyd. pol. Niedowiarstwo księdza Browna, tłum. Adam Cehak-Stodor (1929)
The Secret of Father Brown (1927), wyd. pol. Tajemnica ojca Browna, tłum. Józefa Zydlerowa (1928)
The Scandal of Father Brown (1935)

Dodatkowe opowiadania

The Donnington Affair (1914)
The Vampire of the Village (Strand Magazine, sierpień 1936)
The Mask of Midas (1936)

Inne kompilacje

The Blue Cross, wyd. pol. Niebieski krzyż, tłum. Eileen Arthurton-Barker i Norbert Reh (1947)
Father Brown stories (1931), wyd. pol. Przygody księdza Browna, tłum. Tadeusz Jan Dehnel (1969)

Ekranizacje
Duchowny-detektyw trafił do kina m.in. w komedii Father Brown Roberta Hamera z 1954 r. z Alekiem Guinnessem w roli głównej oraz do serialu telewizyjnego z Kennethem More’em w roli tytułowej (1974). W pełnometrażowym filmie telewizyjnym Ksiądz Brown w roli detektywa (1979) Johna Moxeya wystąpił Barnard Hughes[2]. W 2013 roku BBC pokazał nowy serial oparty na przygodach o. Browna. W roli głównej wystąpił Mark Williams[3]. Źródło: wikipedia.pl

 

Artykuł Kryminalne opowieści w stylu serialu „Ojciec Mateusz”! „Błękitny krzyż” Gilberta K. Chestertona [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/kryminalne-opowiesci-w-stylu-serialu-ojciec-mateusz-blekitny-krzyz-gilberta-k-chestertona-wideo/feed/ 0
Bohaterski kurier AK: Duch rycerskości chrześcijańskiej zachował się w Polsce najczystszej postaci. W Niemczech przetrwała tradycja rycerzy rabusiów https://niezlomni.com/bohaterski-kurier-ak-duch-rycerskosci-chrzescijanskiej-zachowal-sie-w-polsce-najczystszej-postaci-w-niemczech-przetrwala-tradycja-rycerzy-rabusiow/ https://niezlomni.com/bohaterski-kurier-ak-duch-rycerskosci-chrzescijanskiej-zachowal-sie-w-polsce-najczystszej-postaci-w-niemczech-przetrwala-tradycja-rycerzy-rabusiow/#respond Sat, 28 Jan 2017 07:22:55 +0000 http://niezlomni.com/?p=35325

"Musimy  sobie  zdać sprawę z tego,  że w Polsce właśnie duch  rycerskości  chrześcijańskiej zachował się  w  najczystszej postaci.  W Niemczech dotrwała  do  dziś jedynie tradycja raubenritterów" - pisał w tekście "Chrześcijańska rycerskość" kurier AK Jan Gralewski.

[caption id="attachment_35327" align="alignleft" width="268"] Jan Gralewski, fot. Wojenne odcinki (Warszawa 1940-1943), Alicja Iwańska, Jan Gralewski, Londyn, Oficyna Poetów i Malarzy, 1982.[/caption]

We Francji pozostała tylko gładkość formy bez głębszej  treści.  W Anglii  rycerskość,  uosobiona w typie gentlemana  uległa  w  znacznej mierze zmaterializowaniu,  komercjalizacji, upraktycznieniu.

Jedynie w Polsce  ideał rycerski ma głębszą treść i to taką, która zasadza się na afirmacji wartości  niepraktycznych:  dobra, prawdy, honoru i  miłości.

Dziś więc  właśnie... paradoksalnie właśnie dziś Polska ma dużo do powiedzenia światu. Zwłaszcza, że jesteśmy jedynym narodem,  który  przerobił prowadzące do takiej postawy doświadczenia w  najtrudniejszych warunkach bo bez państwa.

I teraz znowu pozbawiony  państwa potrafi  żyć swoim własnym życiem.

Nasza tradycja  i  nasze  doświadczenie  dają  naszemu głosowi barwę  autentyczności  i pozycję autorytetu wobec innych.  A chrześcijańska rycerskość to właśnie to  czego  świat dziś potrzebuje.

Źródło: Wojenne odcinki (Warszawa 1940-1943), Alicja Iwańska, Jan Gralewski, Londyn, Oficyna Poetów i Malarzy, 1982.

Jan Gralewski ps. „Pankrac”, (ur. 3 marca 1912 w Warszawie, zm. 4 lipca 1943 na Gibraltarze) – polski filozof, żołnierz podziemia, kurier ZWZ i AK. Bratanek Jana Gralewskiego, mąż Alicji Iwańskiej. Wikipedia.pl

 

Artykuł Bohaterski kurier AK: Duch rycerskości chrześcijańskiej zachował się w Polsce najczystszej postaci. W Niemczech przetrwała tradycja rycerzy rabusiów pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/bohaterski-kurier-ak-duch-rycerskosci-chrzescijanskiej-zachowal-sie-w-polsce-najczystszej-postaci-w-niemczech-przetrwala-tradycja-rycerzy-rabusiow/feed/ 0
Imam obraził kobietę, atakując ją za zbyt obcisłe jeansy. Policjant próbował reagować, ale spotkał się z taką odpowiedzią [wideo] https://niezlomni.com/gwaltowna-konfrontacja-imama-angielskim-policjantem/ https://niezlomni.com/gwaltowna-konfrontacja-imama-angielskim-policjantem/#comments Sat, 30 Jul 2016 12:08:41 +0000 http://niezlomni.com/?p=29609

W angielskim Birmingham doszło do burzliwej dyskusji między policjantem a imamem. Funkcjonariusz został poproszony o interwencję przez kobietę, ponieważ mężczyzna zaatakował ją słownie. Jednak obecność policjanta tylko rozjuszyła krewkiego duchownego, który wykrzykiwał swoje zdanie wprost w twarz policjanta.

Duchowny oskarżył kobietę o noszenie zbyt obcisłych jeansów. Miał też użyć w stosunku do niej innych obraźliwych słów.

„Jeśli chcesz mnie aresztować, to mnie aresztuj. Mamy wolność słowa. Nie będziemy znosić więcej waszego rasizmu!”

- powtarzał imam w kierunku interweniującego policjanta.

Mężczyzna przez cały czas był bardzo agresywny. Powtarzał, że żyje w wolnym kraju, w którym może mówić to, co chce, a jednocześnie, żądał, aby zaprzestano filmować, a kamera została wyrzucona do kosza. Zadeklarował też, że nie boi się nikogo poza Allahem.

Imam miał wokół siebie swoich zwolenników, którzy wtórowali mu, ale policjant zachował zimną krew. Wytłumaczył zgromadzonym, że mężczyzna rzeczywiście ma prawo wyrażać swoją opinię tak długo, dopóki nie dopuści się przestępstwa.

Na koniec policjant odszedł przy akompaniamencie okrzyków "wynoś się", "rasista" i "Allah Akbar". Jego zwolennicy byli wyraźnie zadowoleni.

Duchowny ma mieć postawione zarzuty za naruszenie porządku publicznego.

https://www.youtube.com/watch?time_continue=144&v=rHQprv2iyCQ

Artykuł Imam obraził kobietę, atakując ją za zbyt obcisłe jeansy. Policjant próbował reagować, ale spotkał się z taką odpowiedzią [wideo] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/gwaltowna-konfrontacja-imama-angielskim-policjantem/feed/ 7
Donald Tusk chciał zabłysnąć. Skończyło się wpadką. Trafił Anglików w czuły punkt https://niezlomni.com/tusk-pomylil-zjednoczone-krolestwo-z-anglia/ https://niezlomni.com/tusk-pomylil-zjednoczone-krolestwo-z-anglia/#comments Mon, 27 Jun 2016 22:51:40 +0000 http://niezlomni.com/?p=28616 Tusk pomylił Zjednoczone Królestwo z Anglią

Donald Tusk, przewodniczący Rady Europejskiej, bywa obwiniany za spektakularną porażkę Unii, którą okazał się Brexit. Dlatego Tusk chciał wziąć skromny rewanż - choćby na Twitterze. Mówiąc łagodnie, nie udało się...

Po porażce z Anglią Tusk napisał:

UK-Iceland 1-2. Winter is coming.

ang

czyli pomylił Zjednoczone Królestwo z Anglią. Na tym punkcie Wyspiarze są bardzo wrażliwi. Anglia to jeden z krajów, obok Szkocji, Walii (która jest właściwie księstwem) i Irlandii Płn., będących częścią Zjednoczonego Królestwa.

Jeden z najwyżej ocenianych komentarzy brzmiał:

worrying that you dunno the difference between england and the UK. what’s your job? [martwię się, że nie znasz różnicy między Anglią a Zjednoczonym Królestwem. Jaka jest Twoja praca?

napisał go niejaki Barry Burns, pytając ironicznie prezydenta Rady Europejskiej.

Wpadkę Tuska wychwyciły zagraniczne media. Irish Examiner zamieścił artykuł pod wymownym tytułem:

ang4

Tusk ostatecznie przyznał się do błędu, zamieszczając kolejnego tweeta:

ang2

Tu krótkie wyjaśnienie dla dociekliwych, na czym polega różnica:

https://www.youtube.com/watch?time_continue=49&v=rNu8XDBSn10

 

Artykuł Donald Tusk chciał zabłysnąć. Skończyło się wpadką. Trafił Anglików w czuły punkt pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/tusk-pomylil-zjednoczone-krolestwo-z-anglia/feed/ 1