Przez całą wiosnę i lato 1945 r. trwało intensywne przesiedlenie Łemków razem z Ukraińcami do ZSRR. Część Łemków wyjechała dobrowolnie. Wśród nich dominowali ci, którzy w wyniku walk o Przełęcz Dukielską utracili cały majątek.
Do lipca 1945 r. przesiedlono, według oficjalnych danych, z powiatu jasielskiego 91,2 proc., z gorlickiego 70 proc. i z nowosądeckiego 55,6 proc. Łemków, którzy się zarejestrowali na wyjazd. W powiecie sanockim, najbardziej ukrainizowanym, wyjechało na Ukrainę tylko 27 proc. Łemków, którzy się zgłosili98. Tam już zaczęły działać struktury Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i UPA, zdecydowanie przeciwstawiające się przesiedleniom ludności ukraińskiej, które jednocześnie nie uznawały jurysdykcji państwa polskiego na terytorium Zakerzonia i bezwzględnie zwalczały jego struktury.
Gdy Łemkowie ze środkowej i zachodniej Łemkowszczyzny nie chcieli dobrowolnie wyjeżdżać na Wschód, zaczęto ich zmuszać, przeciwko czemu oni się buntowali, traktując to jako wielką historyczną niesprawiedliwość. Pisali petycje do władz cywilnych i wojskowych z prośbą o pozostawienie ich na ojcowiźnie. Tłumaczyli, że są Łemkami, a nie Ukraińcami i nie zostali ujęci w umowie między władzami Rzeczypospolitej i USRR o wymianie ludności. W obronie wysiedlanych Łemków stanęli też mieszkańcy Krosna, którzy 29 marca 1946 r. skierowali list zbiorowy do wicepremiera i sekretarza generalnego Komitetu Centralnego Polskiej Partii Robotniczej, Władysława Gomułki, w związku z przymusowym wysiedlaniem Łemków do USRR! List ten był bardzo obszerny i bolesny. Jego autorzy starali się wpłynąć na tow. Wiesława, by wstrzymał dalsze przesiedlenie Łemków, pisząc, że niczym sobie na to nie zasłużyli. Pisali w nim m.in., że każdy Łemko był i jest lojalnym naszym bratem, dawał nieraz ostatnie ubranie cywilne żołnierzowi polskiemu, gdy przed Niemcami uciekał, a w okresie partyzantki chata jego stała otworem dla polskich bojowców, z którymi się dzielił ostatnim kęsem chleba, narażając się za na to srogie kary. […] Łemko inaczej nie potrafiłby, on nie umie nic odmówić bliźniemu, nie zna kradzieży, pijaństwa ani oszustwa. Ma zwykle liczną rodzinę, dużo dzieci dorodnych, dobrze wychowanych, od małego przyzwyczajonych do ciężkiej pracy.
1 kwietnia 1946 r. główny przedstawiciel rządu RP do spraw ewakuacji ludności ukraińskiej z Polski, J. Bednarz, zwrócił się do Polskiej Akademii Umiejętności w Krakowie z prośbą o wypowiedzenie się na temat pochodzenia Łemków, czy są oni odrębnym narodem, który istotnie nie powinien być przesiedlany. Zrobił to na własną rękę, co nie spodobało się wiceministrowi administracji publicznej Władysławowi Wolskiemu. W specjalnym piśmie adresowanym do Bednarza stwierdził:
Zwrócenie się do Polskiej Akademii Umiejętności było wystąpieniem wykraczającym poza uprawnienia obywatela jako powołanego do czuwania nad techniczną stroną akcji ewakuacyjnej. Ewakuację Łemków należy przeprowadzić według zasad ogólnych.
Stanowisko Wolskiego wynikało zapewne z tego, że główny pełnomocnik rządu USRR do spraw ewakuacji uznał, że „Łemkowie na równi z Ukraińcami i Rusinami podlegają ewakuacji.
Strona polska w tej sprawie najzwyczajniej do powiedzenia nic nie miała. Odpowiedź PAU też do sprawy nic nowego nie wniosła. Dolała tylko oliwy do ognia. Jej autorzy stwierdzali:
Co do pochodzenia Łemkowie są taką samą ludnością ruską, jak rdzenna ludność b. Galicji Wschodniej, jeszcze dawniejszych województw ruskich, przyszli tu jednak później, w XV w. i to zmieszani po trosze z Rumunami, a osiedli w kraju słabo zaludnionym przez Polaków, przymieszki te były widocznie dość= słabe, skoro zwyciężył język małoruski, co prawda z silnymi wpływami polskimi. Wobec tego Łemkowie mówią dialektem nieco odrębnym od literackiego języka ukraińskiego, ale znacznie bliższym niż polskiemu. Narodowo zawsze uważali się za „Rusinów”, a kiedy przed półwieczem cała ludność ruska b. Wschodniej Galicji uświadomiła się i zadeklarowała jako naród „ukraiński”, konserwatywni Łemkowie pozostali przy starej nazwie Rusinów czy Rusnaków i okazywali przychylność partii staroruskiej, wzdychając do połączenia z jednym wielkim nierozdzielnym narodem rosyjskim, stąd też przyszła pewna podatność na agitację prawosławną, o wiele silniejsza niż u „Ukraińców”. Z tego wynikało, że choć w stosunku do Polaków mniej szowinistyczni od nacjonalistycznych Ukraińców, mimo to wcale nie uważali się za Polaków, ale za część nierozdzielnego narodu ruskiego: w ostatnich czasach jednak wpływy ukraińskie rosły. Nigdy też przy wyborach Łemkowie nie głosowali na kandydatów polskich, nawet chłopskich, a w czasie okupacji nigdy się jej nie narażali. Jeżeli więc teraz „uważają się za Polaków”, to wyłącznie dlatego, że chcą zostać w Polsce. Jest to polskość najzwyczajniej koniunkturalna, szczera chyba u nielicznych tam rzymskich katolików.
Pod opinią jest podpisany sekretarz generalny Tadeusz Kowalski, ale wątpić należy, by profesor orientalista Uniwersytetu Jagiellońskiego, specjalista od krajów islamskich, faktycznie ją sporządzał. PAU, wydając ją, nie stanął na wysokości zadania. Opinia była tylko częściowo słuszna i zawierała szereg błędnych ocen, dotyczących m.in. stosunku Łemków do II Rzeczypospolitej, ich postawy w czasie II wojny światowej i powodu, dla którego chcieli pozostać w Polsce. Nie uważali się za Polaków, ale za Łemków, którzy nie są Ukraińcami.
Opinia ta i tak nie miała żadnego realnego znaczenia dla władz komunistycznych i nie sprawiła, jak pisze Bohdan Halczak, że „wyzbyły się one ostatnich wątpliwości związanych z wysiedleniem Łemków do USRR”. W tej sprawie, jak wcześniej to zostało zaznaczone, liczył się przede wszystkim głos głównego pełnomocnika rządu USRR do spraw ewakuacji. Opinię PAU odłożono ad acta i nikt najprawdopodobniej poza wiceministrem Wolskim jej nie przeczytał.
Spis treści
Marek A. Koprowski
Subiektywna historia Łemków 7
Teodor Gocz
Łemkowska dola 107
Maria Gocz
Wygnaniec ze Smerecznego 181
Bogdan Gambal
Ruska Bursa wróciła do życia 217
Przypisy 239
Źródła fotografii 249
Bibliografia 251
Artykuł Subiektywna historia Łemków. Zawsze uważali się za „Rusinów”. [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.
]]>"Socjalistyczny kierunek rozwoju społeczno–gospodarczego walor swój czerpie nie tylko z tego przede wszystkim, że góruje nad innymi propozycjami politycznymi tym, że perspektywę poprawy ugruntowuje na strukturalnych podstawach, a nie na sytuacjach koniunkturalnych" - przekonywał miesięcznik "Więź" w jednym z artykułów programowych.
Miesięcznik „Więź” w PRL akceptował socjalizm jako system gwarantujący sprawiedliwość społeczną. Zarówno w artykułach i książkach założyciela i redaktora naczelnego miesięcznika Tadeusza Mazowieckiego oraz w artykułach programowych w miesięczniku.
Deklaracja zawarta w środowiskowym manifeście pt. „Rozdroża i wartości”:
"Nasza orientacja określa zasady naszego stosunku wobec problemów i spraw polski dzisiejszej. Pewne swe rozdziały historia każdego narodu zamyka nieodwołalnie. Dlatego bezpłodna jest wszelka myśl i wszelki wysiłek nieliczący się z tym, że Polski nie można cofać do formacji kapitalistycznej. Chodzi natomiast o to, aby socjalistyczna formacja społeczno–ekonomiczna, w jaką Polska w wyniku dokonanych reform społecznych weszła, rozwijała się w kierunku najkorzystniejszym dla życia narodu i spraw człowieka, którym winna ona służyć".
W artykule programowym pt. "O prąd społecznego zaangażowania" („Więź” 1960, nr 2) zespół „Więzi” precyzował swoją postawę:
"Spełnienie powszechnych nadziei na to, że poprawa życia nastąpi i będzie trwała, przynieść może w naszym przekonaniu tylko postęp w socjalistycznym rozwoju społeczno–gospodarczym Polski. Jest to jedyna droga do trwałej poprawy naszego losu zbiorowego, a w konsekwencji i indywidualnego. Innej drogi nie ma".
Dalej czytamy: "Twierdzenie, że socjalistyczny kierunek rozwoju Polski jest jedyną drogą do zapewnienia narodowi i jednostce trwałej poprawy losu, nie rozumiemy jako godzenia się z koniecznością, której się nie da uniknąć. Socjalistyczny kierunek rozwoju społeczno–gospodarczego walor swój czerpie nie tylko z tego przede wszystkim, że góruje nad innymi propozycjami politycznymi tym, że perspektywę poprawy ugruntowuje na strukturalnych podstawach, a nie na sytuacjach koniunkturalnych. Poprawa życia narodowego, o ile ma być trwała, wymaga bowiem oparcia jej o przebudowę struktury gospodarczej naszego kraju, o dalszą rozbudowę jego bazy przemysłowej, o nowoczesną technikę i formy gospodarowania w rolnictwie. O ile ma być powszechna, wymaga zapewnienia uczestnictwa wszystkich obywateli w wypracowanym dobrobycie i kulturze, poprzez tworzenie bezklasowej struktury społeczeństwa. Wreszcie, poprawa ta wymaga zabezpieczenia interesów narodowych i pozycji państwa polskiego w istniejącym układzie międzynarodowym: osiągnąć to może Polska poprzez sojusz z ZSRR, utwierdzenie swego miejsca we wspólnocie krajów socjalistycznych i pokojową współpracę z innymi państwami".
Artykuł „Socjalistyczny kierunek rozwoju Polski jest jedyną drogą do trwałej poprawy losu”. Deklaracja PZPR? Nie, artykuł programowy miesięcznika „Więź”. [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.
]]>"Słyszałem wiele historii o ucieczkach i aktach odwagi, ale żadna z nich nie dorównuje tej, którą napisało życie Michała" - ocenia A. J. Thayre, Komandor Orderu Imperium Brytyjskiego, przyjaciel Michała Krupy.
Wspomnienia Michała Krupy to gotowy scenariusz na sensacyjny film.
Z Syberii do Afganistanu ‒ prawdziwa historia ucieczki polskiego więźnia GUŁagu!
W 1939 roku Michał Krupa został aresztowany we wschodniej Polsce, wówczas okupowanej przez ZSRR, i oskarżony o szpiegostwo na rzecz Niemiec. Piekło zaczęło się dla niego od przesłuchań i tortur w osławionym więzieniu śledczym na moskiewskiej Łubiance. Uznany za winnego, został zesłany na Syberię do łagru Peczora.
Tam na co dzień spotykał się z wyrafinowanym okrucieństwem i próbował przetrwać w skrajnie trudnych warunkach, w których więźniowie skazani na katorżniczą pracę na ogół nie przeżywali roku. Niemalże cudem zdołał się wydostać z łagru w ogólnym chaosie, który zapanował po niemieckiej inwazji na Związek Radziecki. Odbył morderczą podróż z Syberii do Afganistanu, gdzie wreszcie znalazł się w bezpiecznym miejscu.
Historia życia Michała Krupy to niezwykła opowieść o woli przetrwania człowieka w obliczu drastycznych przeciwności losu. Autor daje świadectwo sadyzmu Stalina i opresyjności reżimu, który stworzył.
Michał Krupa, "Płytkie groby na Syberii", Wyd. Rebis, Poznań 2020. Książkę można kupić na stronie wydawnictwa Rebis.
Artykuł Poruszająca opowieść o przetrwaniu w obliczu przeciwności losu. Prawdziwa historia ucieczki polskiego więźnia GUŁagu! pochodzi z serwisu Niezłomni.com.
]]>Odszkodowania wojenne, które należą się Polsce za niemieckie zniszczenia wojenne są przedmiotem gorącej dyskusji. Odzyskanie reparacji nie będzie możliwe bez szczegółowego wyliczenia strat. Wnikliwie szkody, jakich Polska doznała w czasie II wojny światowej przedstawia "Sprawozdanie w przedmiocie strat i szkód wojennych Polski w latach 1939-1945".
- Była konferencja zorganizowana przez Instytut Zachodni. I co mówił główny niemiecki profesor, który zajmuje się tematyką odszkodowań? Powiedział, że to najlepsze opracowanie na ten temat, jakie miał w ręku - powiedział o publikacji niemcoznawca, członek Rady Naukowej Instytutu Zachodniego, wykładowca SGH, prof. Krzysztof Miszczak w Telewizji Republika.
Wspomniana przez pana profesora konferencja Instytutu Zachodniego odbyła się 6 września 2018 r. w Warszawie.
- W moim wprowadzeniu do tej publikacji macie Państwo wszystkie akty prawne, gdzie je można znaleźć, gdzie je szukać. Nie wiem, czy Państwo pamiętacie, w ONZ nie można było czegoś znaleźć daję tutaj sygnaturę. Można zadzwonić i dostać kopię - stwierdził prof. Krzysztof Miszczak w Telewizji Republice.
Sprawozdanie jest kompleksowym opracowaniem, które zawiera szczegółowe wyliczenia, sporządzone w 1947 roku przez Biuro Odszkodowań Wojennych przy Prezydium Rady Ministrów. Zawiera 10 tablic statystycznych (ogólnych) i 31 tablic szczegółowych z wyliczeniami.
Fragment przedmowy prof. Krzysztofa Miszczaka do sprawozdania:
Warto przytoczyć kilka przykładów. Podczas okupacji niemieckiej przedwojennego terytorium państwa polskiego życie straciło 6028 tys. Polaków i obywateli polskich, w tym 644 tys. wskutek bezpośrednich działań wojennych. Polska straciła 220 mieszkańców na każdy tysiąc. W porównaniu: USA—2,9, Belgia—7, W. Brytania—8, Francja 15, Holandia—22, ZSRR—116. Spośród przeszło 200 tys. dzieci odebranych rodzicom w celach germanizacyjnych po wojnie powróciło do kraju 10—15%. Trwałym kalectwem dotkniętych zostało 590 tys. osób, a na gruźlicę zachorowało 1140 tys. osób. Do prac niewolniczych wywieziono ogółem 2460 tys. osób, wysiedlono łącznie 2478 tys. obywateli polskich. Straty majątku narodowego przekroczyły 38% stanu z 1939 r. W gruzach legło wiele miast. Zniszczonych zostało 162 190 budynków mieszkalnych i 353 876 zagród wiejskich, 14 000 fabryk i zespołów fabrycznych, 199 751 sklepów, 84 436 warsztatów rzemieślniczych.
W Warszawie straty substancji miasta wynosiły 84%, przy czym w przemyśle 90%, zabudowie mieszkalnej 72% oraz w kulturze i zabytkach 90%. Straty ludności Warszawy wyniosły ok. 700 tys., co przekracza łącznie straty ludności W. Brytanii i USA w drugiej wojnie światowej. Niemcy zniszczyli i zrabowali 43% dorobku kulturowego Polski. Polskie biblioteki straciły ok. 66% zbiorów.
Ponadto trzeba uwzględnić ok. 2,4 mln Polaków, którzy zostali wywiezieni na roboty przymusowe do Niemiec lub innych krajów okupowanych i byli w obozach pracy, ok. 2,5 mln Polaków, którzy zostali wysiedleni i przeszli różnego typu obozy wysiedleńcze i przejściowe oraz wiele milionów Polaków dotkniętych kalectwem fizycznym i psychicznym oraz różnymi chorobami zakaźnymi. Potencjał polskiej pracy przymusowej dla Trzeciej Rzeszy szacuje się na 32 600 tys. lat roboczych. Straty w wyniku terroru okupacyjnego wyniosły 89,3% wszystkich strat ludzkich w okresie drugiej wojny światowej (patrz Sprawozdanie). Tych przerażających, apokaliptycznych faktów nie da się „wyrównać” przez „terytorialno-gospodarczy zysk” przesunięcia granic powojennego państwa polskiego kosztem strat terytorialnych państwa niemieckiego, jak to Niemcy starają się przedstawić międzynarodowej opinii publicznej.
Sprawozdanie w przedmiocie strat i szkód wojennych Polski w latach 1939-1945. Biuro Odszkodowań Wojennych Przy Prezydium Rady Ministrów Warszawa 1947 r. Z komentarzem prof. dr hab. Krzysztofa Miszczaka, Wyd. Anabaza, Warszawa 2017 r. Książkę można nabyć TUTAJ.
Dyskusja w Klubie Ronina na temat "Sprawozdania" z udziałem prof. K. Miszczaka, dr Piotra Gontarczyka, Marka Jakubiaka.
https://www.youtube.com/watch?v=b0ZlWadOPys
Artykuł Czy to sprawozdanie pomoże odzyskać reparacje za II wojnę światową? Ekspert: Niemiecki specjalista powiedział, że to najlepsze opracowanie na ten temat [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.
]]>Chłodna, bałtycka bryza przyniosła ze sobą chwilowe oberwanie chmury. Deszczówka zalała szary bruk, betonową ścieżkę oraz potężny pomnik Obrońców Wybrzeża na Westerplatte. Gdzieś w pobliżu wiatr mocuje się ze zwiedzającą kobietą, próbując wyrwać jej z rąk różowy parasol, podczas gdy jej mąż, stojący niecały metr dalej, stara się sfotografować monument.
Po przeciwnej stronie wąskiego pasa wody Martwej Wisły, oddzielającej Westerplatte od polskiego miasta Gdańsk, na tle pochmurnego nieba bezbarwne domy usadowiły się obok niskich magazynów. Dwa małe frachtowce oraz biały prom pasażerski, ozdobiony polskimi barwami narodowymi, stoją na kotwicy.
Pogięte ramiona portowych żurawi wykrzywiają się w oczekiwaniu, zastygłe metalowe palce gotowe na jeszcze gorszą pogodę. Jest październik 2013 roku, a ja stoję w miejscu, gdzie siedemdziesiąt cztery lata temu rozpoczęła się druga wojna światowa.
Zażarte zmagania o ten niczym niewyróżniający się skrawek ziemi zwiastowały nie tylko wybuch wrogości, ale również okrutny i bezpardonowy charakter nadchodzącej wojny. Wojny, która pod tym względem przewyższyła wszystkie wcześniejsze.
Ci, którzy nigdy nie nosili wojskowych mundurów bądź nie zostali zbombardowani w swoich domach czy świątyniach, nigdy tak naprawdę nie pojmą wojny. Wojna nie jest zestawem strzałek na mapie. Żadna bomba nie trafia z absolutną precyzją, żadne uderzenie wojsk nie pozostaje „punktowe” – zawsze pojawiają się straty uboczne. Matkom, ojcom, braciom czy siostrom nieuchronnie przychodzi opłakiwać bliskich. Nieodmiennie poprzysięga się zemstę. Ziarno odwetu zostaje zasiane, a ci, którym przypadnie się odpłacić, już gromadzą się tuż za horyzontem.
Latem 1939 roku nad Europą rozpętała się burza. Czarne chmury zbierały się od wielu lat. Nadciągnęła fala mściwych działań, mających wyrównać szkody – rzeczywiste i urojone – oraz utratę twarzy, dla niektórych nie do przyjęcia.
Wraz z dojściem do władzy w 1933 roku partii nazistowskiej pod przewodem Führera, Adolfa Hitlera, w sercu kontynentu zaczęła rozlewać się plama mroku. Niemcy byli narodem, który stworzył niektóre z najznakomitszych przykładów europejskiej kultury: dzieła sztuki, literatury, muzyki. Kraj ten był ojczyzną ludzi mających wielki wkład we współczesną naukę i filozofię. Wytyczali drogę, promując nowoczesne wartości demokratyczne oraz wolnościowe. Przez całe wieki tolerowali, o ile nie aktywnie wspierali rasową i religijną różnorodność.
Obecnie Niemcy stały się krajem, którego kształt naznaczały kolumny ludzi w mundurach, wznoszących płonące pochodnie, gdzie dyskurs polityczny sprowadzono do przesyconych nienawiścią butnych wrzasków oraz obietnic krwawej zemsty. Fabryki produkujące niegdyś różnego rodzaju dobra konsumpcyjne obecnie wytwarzały czołgi, działa, samoloty i łodzie podwodne.
Dzieci, które uprzednio ćwiczyły śpiewanie swoich pieśni oraz tradycyjnych rymowanek, aktualnie wykuwały na pamięć nazistowskie marsze i donosiły urzędnikom o politycznej niepewności własnych rodziców. Tymczasem w Polsce wielu ludzi pozostawało niepomnych nadciągającej nieuchronnie katastrofy. Czesława Gryzybowska w 1939 roku miała siedem lat. Była czwartym z pięciorga dzieci – miała dwie starsze siostry i brata, jak również jedną młodszą, dwuletnią siostrę. Zapamiętała ostatnie lato przed wybuchem wojny. Było słonecznie, a w powietrzu rozbrzmiewały trele skowronków. Jak mówiła, niebo było błękitne, upstrzone maleńkimi ptaszkami, latającymi bardzo wysoko. Na łąkach i polach rodzina zbierała kwiaty, wliczając w to znaczną ilość białego maku. Kiedy wybuchła wojna, Gryzybowska miała rozpocząć drugi rok nauki w szkole.
Niedaleko na wschodzie inne wielkie mocarstwo, Związek Socjalistycznych Republik Sowieckich bądź ZSSR, szerzyło własne hasła, mówiące o równości i robotniczym raju, jednocześnie budując i przymusowo zaludniając największą sieć więzień i obozów pracy, o jakich dotąd słyszał świat. Ludzie, których polityczne poglądy reżim uznał za niepewne, byli bezwzględnie wysiedlani z obszarów przygranicznych i przenoszeni na tereny głęboko wewnątrz kraju. Tam niezliczone miliony nie przeżywały w ciężkich warunkach. Po prostu znikały. Setki tysięcy chłopów umierały z głodu z powodu braku pożywienia nawiedzającego tereny wiejskie.
W tym samym czasie rząd Stalina dalej inwestował swoje ograniczone zasoby w rozwój największej na świecie armii. Ta, stając w szyku skierowanym na zachód, łypała złowrogo na Niemców poprzez przeszkodę, jaką stanowiła Polska. Było jasne, że coś musi się wydarzyć.
Napięcie między od niedawna niepodległym państwem polskim a Niemcami rosło systematycznie od momentu, jak tylko rządy objęli naziści, którzy zlikwidowali wszystkie partie opozycyjne. Niemcy od dawna rościli sobie prawa do zachodnich i południowych części Polski, której granice zostały określone na nowo po ich porażce w pierwszej wojnie światowej.
Niemiecka prowincja Prusy Wschodnie, niegdyś połączona z resztą Rzeszy, została obecnie oddzielona od niej korytarzem ziemi oraz Wolnym Miastem Gdańsk. Takie rozwiązanie od początku wywołało rozgoryczenie strony niemieckiej. Kolejne incydenty graniczne doprowadziły już prawie do wybuchu konfliktu pod koniec sierpnia 1939 roku.
Nowoczesna i rozbudowana do gigantycznych rozmiarów armia niemiecka w całej swej potędze szykowała się na granicy, gotowa zaprezentować mniej licznym i gorzej uzbrojonym siłom polskim nowy, szybki i mobilny sposób prowadzenia wojny. Żołnierze Wehrmachtu, piloci Luftwaffe oraz marynarze Kriegsmarine tylko czekali na rozkaz Hitlera, aby uderzyć.
"Książka historyczna dla ludzi nie lubiących historii". "Książka obyczajowa z dodatkiem wojennym".
Fragment rozdziału „Geneza” książki Marka Johnsona i Esti Medyńskiej, "Niepokonani. Wojna Polaków 1939-1945", Replika, Poznań 2016.
Książkę można zamówić TUTAJ.
Artykuł „Ci, którzy nigdy nie nosili wojskowych mundurów bądź nie zostali zbombardowani w swoich domach czy świątyniach, nigdy tak naprawdę nie pojmą wojny”. Wojna Polaków pochodzi z serwisu Niezłomni.com.
]]>Ameryka…, Stany Zjednoczone Ameryki Północnej… od wielu już pokoleń marzenie
czasami spełnione, wyklętych i obcych we własnym domu: europejskim, azjatyckim, afrykańskim. Nieomal mityczna kraina wolności i zarazem bezpieczeństwa. Jaka jest dziś? Czy postrzegamy ją inaczej, niż to było w czasach PRL?
W drugiej połowie lat 80. XX w. zimna wojna dobiegała końca. Michaił Gorbaczow, ostatni przywódca ZSRS, próbował ratować upadające imperium, które jego rozmówca i zarazem przeciwnik polityczny, prezydent USA Ronald Reagan, określił mianem „imperium zła” i — jak mówią wzięci publicyści — „zazbroił na śmierć”. Ameryka wyszła więc z zimnej wojny zwycięska jako imperium, którego „bliską zagranicą” stał się co najmniej ziemski glob. Nie miała równego sobie przeciwnika. Niektórzy uwierzyli, że go już mieć nie będzie, że historia dobiegła końca, a pax americana okaże się pokojem wiecznym.
Dość szybko powyższe przekonania uległy falsyfikacji. O ile w latach 90. XX w. USA rzeczywiście nie miały liczących się konkurentów i poczynały sobie w polityce międzynarodowej stosownie do tego stanu rzeczy, o tyle od połowy pierwszej dekady trzeciego tysiąclecia po Chrystusie nie jest to już takie pewne. W Rosji, wraz z przejęciem władzy przez Władymira Władymirowicza Putina, skończył się okres „smuty” i kraj ten znów zaczął nie tylko definiować „swoją” zagranicę, ale nawet czynnie zmieniać swe granice, choćby tak jak na Ukrainie, gdzie w ciągu zaledwie kilku dni tzw. wojny hybrydowej naprawiono „błędy” byłych przywódców ZSRR, w tym przypadku Nikity Chruszczowa, „przywracając Krym macierzy”. Wywołało to, delikatnie mówiąc, zaniepokojenie, a nawet panikę w tych krajach, które jeszcze nie tak dawno były bliską zagranicą ZSRS, m.in. w Polsce. Oczy Polaków zwróciły się w kierunku USA, ale już nie wszystkich i nie tylko tam, część bowiem zaczęła myśleć o niemieckim „parasolu ochronnym”, a część otrzepała z kurzu i trocin koncepcję międzymorza marząc o utworzeniu miedzy potężnymi Niemcami i Rosją bloku państw środkowoeuropejskich, które zjednoczone strachem przed sąsiadami ze wschodu i z zachodu, jak od wieków tak i obecnie ciążącymi ku sobie i chętnymi rozdeptać wszystkich po drodze, byłyby w stanie im się przeciwstawić choćby na tyle skutecznie, by ich podbój militarny i polityczny nie był dla agresorów opłacalny. Blokowi międzymorza miałaby przewodzić właśnie Polska…
Problem w tym jednak, że kraj widzący siebie jako przywódcę jest słaby, gospodarczo zdominowany przez zachodniego sąsiada, uzależniony od zapotrzebowania jego gospodarki, a co za tym idzie wśród elit polskich nie ma zgody co do sensowności podejmowania działań zmierzających do realizacji tego planu, nie tylko z braku wiary w możliwość jego realizacji, ale także dlatego, że część tej elity włączona jest przez Niemcy w ich obszar interesów; ponadto — podobnie jak to było po I i przed II wojną światową — nie bardzo widać chętnych do współpracy z Polską, a tym bardziej pod jej — przyznajmy — chwiejnym i niepewnym przywództwem. Sytuację komplikuje dodatkowo fakt, że działania zmierzające w kierunku zbudowania takiego środkowoeuropejskiego sojuszu państw położonych między Bałtykiem na północy, ale być może z udziałem Szwecji i Norwegii, a Adriatykiem i Morzem Czarnym na południu, nie byłyby obojętne ani Rosji, ani Niemcom… O ile ta pierwsza jest obecnie stosunkowo słaba, nawet gdy napina mięśnie, o tyle Niemcy nawet nie wzięły głębszego oddechu, możemy się więc z przeszłości tego państwa domyślać, na co je stać, gdy już „zadyszy” pełną piersią.
Dla mocarstwa globalnego „teatr” europejski jest jednak tylko jednym z wielu… i — być może — wcale nie najważniejszym, skoro w okresie zaledwie 30 lat wyrósł mu w Azji potężny rywal — Chiny. Coraz częściej oczy polityków amerykańskich, ale i zwykłych Amerykanów zwrócone są w tamtym kierunku, choćby dlatego, że tam, niby w czarnej dziurze, znikają miejsca pracy. Chiny w ciągu niespełna 40 lat dokonały gigantycznego skoku cywilizacyjnego. Błyskawiczny rozwój chińskiej gospodarki weryfikuje tezę o korzyściach płynących z uwolnienia ludzkiej inicjatywy… Amerykanie patrzą więc w ich kierunku z mieszaniną podziwu i budzącego się lęku. Pojawia się podejrzenie, że budując w dalszym ciągu sztuczne wyspy, coraz odleglejsze od chińskiego lądu, któregoś dnia Chińczycy „na piechotę”, suchą nogą, pokonają odległość z Pekinu przez Los Angeles do Waszyngtonu…
Amerykanie, jako obywatele kraju przez lata słynącego z wolności gospodarczej, wiedzą o rosnącym zagrożeniu i zdają sobie sprawę z konieczności powrotu do korzeni, czyli ożywienia — jak mówią — tych wartości, które zbudowały potęgę Ameryki, które uczyniły z niej mocarstwo globalne, układające stosunki w świecie zgodnie z własnym planem i interesem. Fraza o potrzebie odbudowania potęgi Ameryki powtarzana jest od lat właściwie przez wszystkich kandydatów na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych, ale póki co niewiele z tego wynika, za to Chiny stale zmniejszają dystans dzielący je od światowego lidera.
O ile świadomość wyzwania, jakim dla USA są Chiny, wydaje się być w tym pierwszym kraju powszechna, o tyle odpowiedzi formułowane na to wyzwanie bywają bardzo różne i niekiedy sprzeczne ze sobą. Z jednej strony, mamy do czynienia z koncepcjami podnoszącymi konieczność wspomnianego wyżej powrotu do źródeł, czyli przywrócenia standardów wolnego rynku, otworzenia się na konkurencję z Chinami i innymi „gospodarkami wschodzącymi”, ale z drugiej, wraz z hasłami o śmierci kapitalizmu pojawiają się koncepcje, które Polacy znają pod nazwą „błędów i wypaczeń”. Mówi się zatem o potrzebie szerokiego rozwinięcia opieki socjalnej, powszechnych, obowiązkowych ubezpieczeniach, wzmożenia ingerencji państwa w gospodarkę, pozbawieniu obywateli dostępu do broni, mnożą się też szeroko zakrojone programy prorównościowe, przy czym wprost proporcjonalnie do nich rośnie rozwarstwienie społeczne…
Ponieważ zaś jednym i drugim koncepcjom wydaje się towarzyszyć przekonanie o konieczności „złapania” przez Amerykę oddechu, czego rewersem jest jakaś forma izolacjonizmu, możemy się spodziewać, że Amerykanie bardziej niż dotąd będą zajęci sobą, a mniej eksportem demokracji i wolności w te regiony świata, które ani jej nie cenią, ani nie chcą, tym bardziej że dociera do nich nie tylko wraz z bombami i pociskami, ale też w formie, do której raczej nie przyznaliby się „ojcowie założyciele”, tj. w formie ściśniętej w gorsecie zabobonów poprawności politycznej… Być może prawdę niesie ta narracja o dziejowej roli Stanów Zjednoczonych, w myśl której kraj ten nigdy właściwie nie prowadził wojen, a jedynie eksportował rewolucję starając się krzewić wolność wszędzie, gdzie to było możliwe i gdzie sprzyjało amerykańskim interesom. Być może prawdą jest też, że projekt ten zawsze był ideologiczny — wojna o niepodległość stanów zjednoczonych była przecież buntem przeciwko monarchii i opowiedzeniem się za republiką — ale, jak się wydaje, nigdy w takim stopniu jak to jest właśnie dziś, gdy Ameryka nie tyle stara się zarażać wolnością, co wolnością określoną, zdefiniowaną. Taka zaś ma to do siebie, że o ile dla jednych jest dowolnością ogołoconą z zasad moralnych, to dla innych — zarzewiem Wysp Sołowieckich i Kołymy…
Dodajmy, że już samo wspomniane wyżej skupienie się Ameryki na sobie może być rozpatrywane także jako sygnał świadomości porażki w globalnej rywalizacji...
W okresie komunizmu, a także w latach 90. XX wieku Ameryka była postrzegana przez większość Polaków w kategoriach mitycznej Arkadii i najlepszego przyjaciela. Oczywiście taki obraz USA dominował wśród zwykłych Polaków, obraz wytwarzany przez propagandę komunistyczną, zestawiającą amerykańskich prezydentów z Hitlerem, US–Army z Wehrmachtem, a US–Marines z SS, był diametralnie odmienny. Jednak po 1989 roku, wraz z poszerzaniem się dostępnego Polakom spectrum informacyjnego — obraz Stanów Zjednoczonych w oczach Polaków „znormalniał”, przestał być jednoznacznie bezkrytyczny. Obok entuzjastycznych zwolenników Ameryki i wszystkiego, co amerykańskie — od coca coli i hamburgerów, przez produkcję Hollywoodu, po hasłowo traktowane i tak też rozumiane: wolność, demokrację i prawa człowieka — pojawili się zdecydowani krytycy i przeciwnicy USA, kojarzący je z rzekomo ludożerczym kapitalizmem, banksterami, tajnymi stowarzyszeniami zmierzającymi do zapanowania nad światem i ludzkością, wreszcie z polityką bezkrytycznego wsparcia dla Izraela, określający je pogardliwym mianem US–raela. Mimo że fani USA nadal wśród Polaków przeważają, to grupa nastawionych do Ameryki krytycznie rośnie. Nie bez znaczenia był tu kryzys ekonomiczny z 2007 roku i związane z nim informacje — z jednej strony — o gigantycznych plajtach i stratach, a z drugiej — o równie wielkich oszustwach, zarobkach i premiach pobieranych przez członków zarządów amerykańskich korporacji finansowych, o polityce władz federalnych, których reakcja na kryzys sprowadziła się do metody znanej i w Polsce — „dodrukowania” kolejnych miliardów i bilionów dolarów. Niemalże z dnia na dzień uświadomiono sobie, że Ameryka nie jest już krajem zwycięskim, że amerykański sen „dzięki” tamtejszym elitom polityczno–ekonomicznym stał się koszmarem milionów ludzi nie tylko w centrum świata, jakie Ameryka wciąż stanowi, ale i na jego peryferiach.
Wydaje się jednak, że najważniejszą przyczyną wzrostu liczby krytyków i przeciwników Ameryki są te informacje napływające zza oceanu, które sprzyjają widzeniu w Ameryce kraju eksportującego, także przy użyciu siły, zideologizowane modele kulturowe. Z jednej strony jest to model judeochrześcijański interpretujący chrześcijaństwo w duchu judaizmu, utożsamiany z amerykańską, protestancką prawicą religijną, bezkrytyczny — jak już wspomniano — wobec Izraela, z drugiej model lewicowy, oskarżany o propagowanie ideologii poprawności politycznej, ideologii LGBT i gender. Dodać wypada — choćby w związku z udostępnieniem przez hakerów związanych z Wikileaks emaili rozsyłanych przez establishment Partii Demokratycznej — że utożsamianie wpływów izraelskich czy żydowskich z religijną prawicą amerykańską byłoby skandalicznym uproszczeniem…
Wzrost niechęci do Ameryki w Polsce związany jest jednak także z kwestiami bardziej przyziemnymi i konkretnymi. Polacy nie mogą zrozumieć, dlaczego jako obywatele kraju pozostającego w sojuszu z USA i wspierającego nawet najbardziej ekstrawaganckie, jak wojna w Iraku, pomysły amerykańskiej administracji wciąż muszą przechodzić upokarzające procedury w placówkach dyplomatycznych tego kraju zabiegając o wizy, albo dlaczego prominentni przedstawiciele politycznego establishmentu USA tak często „mylą się” mówiąc o „polskich obozach koncentracyjnych”, dlaczego z Ameryki wciąż płyną kierowane przeciwko nim oskarżenia o nacjonalizm, antysemityzm, niezrozumienie demokracji i wiele innych patologii politycznych…
Nie bez znaczenia jest też fakt, że o ile wcześniej, czyli właśnie w dobie PRL, władza tylko okresowo zmieniała utrwalany propagandowo negatywny wizerunek Stanów Zjednoczonych jako wroga numer jeden Polski „ludowej”, lekko go modyfikując na korzyść, co miało miejsce na przykład w drugiej połowie lat 70., o tyle teraz, właściwie bez względu na to, kto w Polsce pozostaje przy władzy, a kto jest w opozycji, wizerunek USA w propagandzie mainstreamu polityczno–medialnego jest w zasadzie jednoznacznie pozytywny. Wrażenie pluralizmu w tym względzie można odnieść tylko dlatego, że media orientacji lewicowej chwalą i propagują idee prezydenta Obamy i jego zwolenników, ganiąc jednocześnie jego przeciwników, a media orientacji prawicowej — odwrotnie. Mimo tego jednolitego „frontu informacyjnego”, budzi się, uzasadniona nie tylko typową dla Polaków przekorą, niechęć rosnącej części społeczeństwa polskiego do Ameryki. Polacy zaczęli bowiem dostrzegać oczywiste fakty, których wcześniej, zakochani w wytworzonym przez kontrpropagandę antykomunistyczną stereotypie USA, nie widzieli. Dostrzeżono mianowicie nie tylko, że Ameryka ma swoje interesy, ale też, że w ich realizacji jest bezwzględna i nie przebiera w środkach. Innymi słowy zauważono, że Ameryka nie jest rajem na ziemi zamieszkanym przez półaniołów troszczących się o dobro reszty ludzkości, rzecz jasna ze szczególnym uwzględnieniem tej jej części, która zamieszkuje obszar geograficzny położony w Europie między Odrą a Bugiem, Bałtykiem i Tatrami…
Przez sporą część Polaków Ameryka jest więc dziś postrzegana jako kraj, który w Polsce ma nie tyle bezinteresownych sympatyków, co swego rodzaju „klientów”, by nie powiedzieć — jurgieltników czy agentów. Tak przecież część polskiej opinii publicznej ocenia udział Polski w koalicji antyirackiej, który krajowi nie przyniósł żadnych korzyści, za to spowodował wysyp różnego rodzaju „stypendiów”, cyklów wykładów itp. organizowanych w USA dla tych przedstawicieli polskiej „klasy politycznej”, którzy zdecydowali o wysłaniu polskiego kontyngentu do Iraku, albo słynne 15 mln dolarów, które polskie specsłużby rzekomo otrzymały „pod stołem” od swych amerykańskich kolegów w zamian za pomoc w zastosowaniu na terenie naszego kraju „specjalnych technik” przesłuchań więźniów oskarżonych o przynależność do organizacji terrorystycznych, czyli po prostu tortur, których zakazuje prawo Stanów Zjednoczonych. Słowem — Ameryka jest dziś postrzegana także jako jeszcze jedno źródło trapiącej nasz kraj korupcji…
Książka, którą trzymacie Państwo w rękach, nie jest książką stricte polityczną, ale polityka jest w niej obecna o tyle, o ile dotyczy życia zwykłych Amerykanów. Autorka, polska dziennikarka i publicystka, współpracowniczka wielu periodyków polonijnych i korespondentka prasy ukazującej się w Polsce, od kilkunastu lat mieszka w Stanach, z którymi związała przyszłość swoją i swojej rodziny. Ameryka, którą sportretowała w swych felietonach, zaskakuje polskiego czytelnika. Jej wizerunek odbiega od powyżej zarysowanych schematów. Bohaterami książki są nie tyle konkretni ludzie, co sytuacje i konteksty, w których tym ludziom przychodzi codziennie zabiegać o swe miejsce na ziemi.
Odpowiedź na pytanie, co jest przesłaniem niniejszego zbioru, nie jest łatwa, bo Autorka stawia akcenty bardzo delikatnie, nie formułuje gotowych odpowiedzi, nie wystawia recept. Obraz sytuacji wewnętrznej i „stanu zdrowia” globalnego imperium, jaki czytelnik może tu znaleźć, nie napawa optymizmem, o ile w sferze optymizmu leży przekonanie o stałości i niezmienności świata i rządzących nim reguł. Przeciwnie — przeważa niepewność, niejasność, zagubienie i strach o przyszłość własną i dzieci, które muszą dorastać znacznie szybciej niż ich rodzice, choć to przecież kraj indywidualistów, w którym ludzie i tak wcześnie przejmują odpowiedzialność za siebie… W przeciwieństwie do swych rodziców współcześni, młodzi Amerykanie nie tylko nie mogą spokojnie patrzeć w przyszłość wierząc, że żyją w kraju najlepszym z możliwych, w którym ich los zależy jedynie od ich ambicji i wysiłku, i w którym może być tylko lepiej, bo gorzej już było, ale często zdarza im się wchodzić w dorosłe życie już oszukanymi, obciążonymi kosztami edukacji i pozbawionymi tych perspektyw, które były w zasięgu ich rodziców i dziadków. Młodzi Amerykanie coraz częściej nie zaczynają od zera, ale od wysokiego debetu…
Po kryzysie 2007 roku poziom życia znacznej części społeczeństwa amerykańskiego uległ istotnemu obniżeniu. Przeciętna amerykańska rodzina jest biedniejsza o ok. 30 procent. Zwiększyło się także rozwarstwienie społeczne: bogaci są jeszcze bogatsi, biedni jeszcze biedniejsi. Co więcej, jedni się bogacą, a drudzy ubożeją nie ze względu na zasługi czy winy, ale — tak jak to zauważamy również w Polsce — z powodu „odległości” dzielącej ich od centrów politycznych redystrybuujących pieniądz i wpływy. W oczach znika grupa społeczna, która zbudowała potęgę USA — klasa średnia, w większości ulegając totalnej pauperyzacji. Struktura społeczeństwa amerykańskiego staje się dwuwarstwowa, system demokratyczny wyradza się w oligarchię. Manipulacja procedurami i instytucjami demokratycznymi, dokonywana w intencji dobra partykularnego grup uprzywilejowanych jest widoczna gołym okiem i stale „doskonalona” przez klasę polityczną.
Wielki biznes już od dawna przenosi produkcję, a zatem i pracę do tych regionów świata, w których siła robocza i opodatkowanie pracy jest niższe niż w USA, głównie do Azji. Amerykanin nie może być już pewien zatrudnienia nie tylko w swoim mieście czy stanie, ale w całym kraju. Mimo że obywatele USA są ludźmi aktywnymi, wciąż posiadają dużą zdolność akomodacji do zmieniających się warunków, to staje się ona coraz trudniejsza i wymaga coraz większego wysiłku, często pozbawionego jakiejkolwiek nagrody. Wydaje się, że w ciągu zaledwie jednego pokolenia z kija i marchewki, jakie człowiekowi współczesnemu oferuje każdy system społeczno–polityczny, także amerykański, został tylko kij…
Czytelnika polskiego, nawet przeciętnie wyrobionego politycznie, rozbrajają te opisy losu amerykańskiego, które zna z własnego, polskiego podwórka. Oto przykład jednego z rządowych programów walki z bezrobociem i biedą, którego model i rezultaty znane są jak świat długi i szeroki. W jednym z felietonów czytamy: „Baltimore otrzymało od Obamy 1,8 miliarda dolarów w ramach pakietu stymulacyjnego, który, w zamierzeniu, miał przyczynić się do tworzenia nowych miejsc pracy. Z raportu urzędu miasta wynika, iż w jego centralnych dzielnicach, które zgarnęły 900 mln z tej puli, powstało tych miejsc 290 (łatwo wyliczyć, że każde kosztowało amerykańskiego podatnika ponad 3 miliony dolarów!), do tego 80% to posady rządowe. Praca przy remoncie dróg czy szkoły (pakiety stymulacyjne finansują inwestycje w sektorze publicznym) ma nadto to do siebie, że znika z końcem budowy. Wraca bezrobocie, wraca bieda”…
Ameryka, którą opisuje Sarnacka–Mahoney, jej Ameryka, rzeczywiście sprawia wrażenie kraju potrzebującego spokoju umożliwiającego refleksję, potrzebuje przemyślenia sytuacji, w której się znajduje, być może potrzebuje odważnej dekonstrukcji systemu społeczno–politycznego, powrotu do źródeł rzeczywistego, a nie markowanego na potrzeby kampanii wyborczych. Problem w tym, że bieg rzeczy i spraw jest tak szybki, iż refleksja, jeśli następuje, jest powierzchowna. To, co w jednej chwili wydaje się dobrem i prawdą, w następnym momencie wywołuje odrazę jako zło i fałsz. Amerykanie, o których pisze polska dziennikarka, ale przecież też Amerykanka, to ludzie zagubieni, poszukujący oparcia, ale zarazem i mimo wszystko niepozbawieni nadziei. Wciąż jeszcze usiłujący śnić swój amerykański sen, choć trwa on coraz krócej, traci swą atrakcyjność, a wielu, także wewnątrz tego wielkiego kraju, chce go zmienić w koszmar lub brutalnie przerwać...
Wstęp od wydawcy
Eliza Sarnacka-Mahoney, Amerykańskie wstrząsy, von Borowiecky, Warszawa 2016.
Książkę można nabyć TUTAJ.
Artykuł Ameryka, którą autorka sportretowała w swych felietonach, zaskoczy polskiego czytelnika, bo odbiega od przyjętych schematów pochodzi z serwisu Niezłomni.com.
]]>Trybuna Mazowiecka 1973 r.
Artykuł Warszawa z „całą serdecznością” ugościła Breżniewa pochodzi z serwisu Niezłomni.com.
]]>Z przyjemnością i satysfakcją informujemy, że książka "Zdumiewający świat. ZSRR i ludzie radzieccy w propagandzie Polski Ludowej lat 1944-1956", którą portal Niezlomni.com objął patronatem otrzymała nominację do nagrody w konkursie Książka Historyczna Roku, organizowanego przez Instytut Pamięci Narodowej, Polskie Radio i Telewizję Polską. Rozstrzygnięcie konkursu nastąpi 13 listopada. Wszystkich naszych czytelników prosimy o głosowanie na książkę. Za każdy głos dziękujemy. Na książkę można zagłosować TUTAJ.
O KSIĄŻCE:
W wieku XX, po przegranej z Polską wojnie 1920 roku, dopiero sojusz z Hitlerem, a następnie zwycięstwo w II wojnie światowej, umożliwiło Rosjanom, już jako Ludziom Radzieckim, ponowne włączenie Polski w obszar swego władztwa. Komunistyczny aparat propagandowy, który zawładnął wszelkimi przejawami kultury polskiej, stanął w tym okresie przed koniecznością zasadniczej pierokowki opinii Polaków o Rosji i Rosjanach, ZSRR i Ludziach Radzieckich. ZSRR istniał w realnym świecie, ale w ludzkich umysłach miał funkcjonować jego idealny obraz propagandowy.
U źródeł „sukcesów” państwa radzieckiego leżeć miały postępowe tradycje rewolucyjne i cywilizacyjne osiągnięcia narodów radzieckich, przede wszystkim Rosjan. Pierwszym, który w 1731 roku wzbił się w powietrze za pomocą balonu, był rosyjski chłop Pierechtec Kriakutnoj, pionierem lotnictwa był Aleksander Możajski, który w 1882 roku zbudował samolot napędzany maszyną parową. Dziełem rosyjskich naukowców i wynalazców miały być również: parowóz, świeca elektryczna, radio, aparat telegraficzny, penicylina, koparka, samochód i czołg itd. Nauka radziecka rzucała wyzwania przyrodzie nie tylko na ziemi, nie tylko chciała odwrócić bieg rzek syberyjskich, wyhodować krzyżówkę małpy i człowieka, mrozoodporną pszenicę i szybko tyjącą świnię, ale „badała” i „opisywała” roślinność na Marsie…
Niniejsza praca opowiada o wielkim wysiłku propagandowym, którego celem było „wyhodowanie” Polaków podziwiających i miłujących ojczyznę światowego proletariatu, i o reakcji polskiego społeczeństwa na ten wysiłek. Opowiada o zderzeniu dwóch wizji wschodniego sąsiada – propagandowej i antypropagandowej – i o tym, co z tego wynikło. Czytelnikowi pozostawia odpowiedź na pytanie, czy ten ogromny wysiłek propagandowy okazał się syzyfowymi pracami, czy też wydał owoce i ułatwił sowietyzację Polaków…
Maciej Chłopek, "Zdumiewający świat" ZSRR i ludzie radzieccy w propagandzie Polski Ludowej lat 1944-1956, Wyd. Von Borowiecky, Warszawa.
Książkę można nabyć TUTAJ.
Artykuł Jedna z książek, którą objęliśmy patronatem została nominowana do tytułu Książki Historycznej Roku. Prosimy o głosowanie na nią pochodzi z serwisu Niezłomni.com.
]]>