policja – Niezłomni.com https://niezlomni.com Portal informacyjno-historyczny Sun, 03 Dec 2023 21:00:15 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=4.9.8 https://niezlomni.com/wp-content/uploads/2017/08/cropped-icon-260x260.png policja – Niezłomni.com https://niezlomni.com 32 32 Wiedzieli, że tylko od nich zależy, którą wersję zdarzeń wybiorą. [DOBRY, POLSKI KRYMINAŁ] https://niezlomni.com/wiedzieli-ze-tylko-od-nich-zalezy-ktora-wersje-zdarzen-wybiora-dobry-polski-kryminal/ https://niezlomni.com/wiedzieli-ze-tylko-od-nich-zalezy-ktora-wersje-zdarzen-wybiora-dobry-polski-kryminal/#respond Thu, 12 Nov 2020 11:40:17 +0000 https://niezlomni.com/?p=51185

Po ostatnich tragicznych wydarzeniach Gerard jest przekonany, że bezpowrotnie utracił to, co było dla niego najważniejsze. Po Kornelii pozostał mu jedynie maleńki kot, którego kobieta zostawiła pod jego opieką przed ich ostatnim rozstaniem.

Okazuje się jednak, że ciało znalezione w domu Pliszki po pożarze należy do kogoś innego. Gdzie zatem podziała się Kornelia i dlaczego nie daje znaku życia? Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy komisarz dowiaduje się, że jego koledzy stawiają Kornelii absurdalne – jego zdaniem – zarzuty. Mężczyzna rzuca na szalę całą swoją zawodową przyszłość, żeby udowodnić, że podejrzewana przez policję kobieta jest niewinna. Jednak żeby to zrobić, trzeba ją najpierw odnaleźć. Rozpoczyna się polowanie na Pliszkę.

Fragment książki Hanny Greń pt. Światełko w tunelu. Polowanie na Pliszkę, Wyd. Replika, Poznań 2020. Książkę można nabyć na stronie wydawnictwa Replika.

Podczas jazdy do pracy zastanawiał się, dlaczego nikt dotąd go nie poinformował, kiedy otrzyma zgodę na pochowanie Kornelii. Był jedynym, który mógł to uczynić. Gdy po pożarze policjanci próbowali skontaktować się z ojcem Kornelii, okazało się, że mężczyzna leży w szpitalu. Doznał tak ciężkiego udaru, że lekarze nie mieli złudzeń – jeśli nawet zdołają go uratować, to żyć będzie wyłącznie jego pozbawione świadomości ciało.

Po kilku dniach Mieczysław Pliszka zmarł, a Gerard zajął się jego pogrzebem. Przynajmniej tyle był w stanie uczynić dla Kornelii. Jej nie mógł jeszcze pożegnać, najpierw bowiem musiała się odbyć ciągle odwlekana sekcja. Koledzy obiecali, że dadzą mu znać niezwłocznie, a jednak do tej pory tego nie zrobili, i czuł, że coś jest nie tak. Po zaparkowaniu samochodu długo zwlekał, zanim zdecydował się wysiąść, starając się jak najbardziej opóźnić chwilę wejścia do budynku komisariatu. Bał się współczujących spojrzeń, z niechęcią myślał o konieczności wysłuchania standardowych formułek kondolencji. Co mu po tych słowach? One nie zwrócą mu Kornelii. Okazało się, że nie musi niczego wysłuchiwać. Zaledwie zdołał przekroczyć próg swojego pokoju, gdy do pomieszczenia wszedł komisarz Paweł Asparowicz.

– Dobrze, że jesteś. Chodź ze mną – rzucił i zrobił zwrot, kierując się na korytarz.
– Tak bardzo się stęskniłeś? Buzi też dostanę? – spytał Gerard kpiąco i posłusznie ruszył za kolegą.
Paweł nie odpowiedział, a Skrzyński uświadomił sobie naraz, że komisarz ma dziwnie ponurą minę. Najwyraźniej coś się stało.
– Słuchaj, jest problem. – Asparowicz odezwał się dopiero po zajęciu miejsca za swoim biurkiem. Wyjął z szuflady jakiś dokument i zaczął go studiować z uwagą, zapominając przy tym o gościu. Gerard odczekał chwilę, aż w końcu nie wytrzymał:
– No?! Dowiem się dzisiaj, po co mnie tu przywlokłeś, czy muszę czekać do jutra? Powinienem się odmeldować u starego… I powiedz, czy wreszcie zrobiono tę sekcję?
– Konior wie, że tu jesteś. Pójdziesz do niego potem. Nie wiem, czy ktoś ci powiedział, że to ja prowadzę sprawę podpalenia przy Kaliskiej.
– Wiem o tym. Pytałem o sekcję – przypomniał Gerard. – Dalej czekacie?
– Nie, już była. W zeszłym tygodniu. Nie dałem ci znać, bo zaszły nowe okoliczności…
Paweł urwał i spojrzał na rozmówcę z obawą, jakby oczekiwał wybuchu histerii. Skrzyński zacisnął szczęki, powstrzymując cisnące się na usta przekleństwo. Miał już dosyć traktowania go jak delikatnej panienki.

– Nie bój się, nie zemdleję, możesz śmiało mówić. I powiedz, kiedy będę mógł ją odebrać. – Nie potrafił się zmusić, by określić Kornelię mianem „ciała”.
– Jak pewnie już wiesz, ustaliliśmy, że podpalenie było dziełem twojej żony – zaczął Paweł, lecz Gerard natych¬miast mu przerwał.
– Czy mógłbyś się powstrzymać od nazywania jej moją żoną? Przypominam, że rozwiedliśmy się jedenaście lat temu! Pytałem, kiedy będę mógł pochować Kornelię.

Asparowicz skinął głową i kontynuował, zręcznie unikając odpowiedzi na ostatnie pytanie:
– Kamila Skrzyńska kupiła sporą ilość acetonu, co z jednej strony nie wydaje się niczym nadzwyczajnym, zważywszy że jest kosmetyczką. Tylko że na ogół kosmetyczki nie używają tej substancji w takim stężeniu i w takich ilościach. I tu znowu bardzo pomocny był jej pamiętnik. Twoja… – Komisarz urwał i znów się poprawił. – Podejrzana dość dużo miejsca poświęciła opisowi planowanej akcji. Stąd wiemy, że w internecie wyczytała, że aceton jest doskonałym przyspieszaczem pożaru, toteż natychmiast dokonała zakupu.
– Coś poszło źle czy od początku planowała zabić Kornelię?
Głos Skrzyńskiego był spokojny, niemal obojętny, lecz kolega nie dał się nabrać. Znali się zbyt długo, by nie umiał rozpoznać furii kłębiącej się pod warstwą opanowania. Wystarczyło spojrzeć na zmrużone oczy i dłonie zaciśnięte w pięści.
– Daruj sobie ten teatr, przede mną nie musisz udawać – mruknął cicho. – Z treści pamiętnika wynika jasno, że chciała ją zabić. Ale coś rzeczywiście poszło nie tak. Zamierzała wzniecić normalny pożar, tymczasem nastąpił wybuch.
Gerard spojrzał z zaskoczeniem. To była dla niego całkiem nowa informacja. Jeszcze nie bardzo wiedział, czy ma jakiekolwiek znaczenie dla sprawy, ale dla niego miała. Wywołała zainteresowanie, pomagając pozbyć się kokonu, od dwóch tygodni spowijającego mózg. Otępienie minęło i mógł myśleć z dawną jasnością i precyzją.
– Skąd to wiesz i co to oznacza?
– Wiem od strażaków. Wiesz, że oni mają specjalistów od podpaleń. Najpierw zadzwoniłem do Łazów, do tego miejsca, gdzie jeżdżę na ryby. Tam pracuje taki gość, co się na tym zna, i ten Szymek powiedział, że jest sporo substancji wywołujących podobny efekt. A potem rozmawiałem tutaj właśnie z takim facetem od podpaleń, i on jest całkowicie tego pewien. Znaleźli dwa dziesięciolitrowe kanistry po acetonie i domyślili się przebiegu zdarzeń. Twoja… Kamila Skrzyńska kiepsko odrobiła lekcję. Z pamiętnika wiemy, że chciała to zwyczajnie podpalić zapałką, a to był błąd.
– To znaczy? Niezbyt się wyznaję na substancjach palnych. Nawet nie wiedziałem, że aceton się do nich zalicza.
Zamiast odpowiedzieć, Asparowicz wstał i włączył czajnik, co Skrzyński przyjął z zadowoleniem. Właśnie zamierzał oznajmić, że nie będzie kontynuować tej rozmowy, jeśli nie dostanie kawy.
Paweł wsypał do szklanek po dwie łyżeczki, potem wydobył z szuflady papierosy, podszedł do okna, dając znać nadkomisarzowi, żeby do niego dołączył, i wzruszył ramionami, widząc jego zaskoczenie.
– W razie czego zwalę na ciebie. Jesteś teraz gliniarzem specjalnej troski, więc na pewno ci się pyknie.
Palili szybko, żeby nie kusić losu nadmierną celebracją, a dokładnie zgaszone niedopałki starannie zawinęli w chusteczkę higieniczną, nie chcąc ich wrzucać bezpośrednio do kosza na śmieci.
– Co w końcu z tym acetonem? – spytał Gerard, gdy już wypili po pierwszym łyku. – Co Kamila spieprzyła?
– Nie doczytała, że w zamkniętym pomieszczeniu podpalenie acetonu wywołuje wybuch. I to nie lajtowy, lecz taki solidny. Ten był na tyle duży, że wywaliło szyby, a nic tak nie cieszy ognia jak dostęp powietrza.
Paweł przerwał relację i ze sztuczną obojętnością wyjrzał przez okno. Skrzyński wyczuł, że kolega nie powiedział jeszcze wszystkiego, sam natomiast miał wrażenie, że umyka mu coś mającego wielką wagę.
– Czekaj! Coś tu nie pasuje! – Znów się zamyślił. – Kamila zakrada się na posesję. Musi to robić ostrożnie. Wprawdzie teoretycznie jest jeszcze noc, ale w czerwcu wcześnie robi się jasno. Włamuje się do domu…
– Nie włamuje, tylko otwiera drzwi dorobionym kluczem – poprawił go Asparowicz. – Twoja była żona zrobiła doskonałe rozpoznanie, mało tego, udało jej się zostać klientką Kornelii.
– Co?!
Gerard aż podskoczył, przewracając przy okazji szklankę, w której na szczęście nie było już kawy i wypłynęła z niej tylko odrobina gęstej od fusów cieczy. Zaklął i sięgnął do kieszeni po chusteczkę.
– Masz. – Paweł podał mu rolkę papieru toaletowego, potem przez chwilę obserwował postęp prac porządkowych. – Znalazła dostęp przez Szymkowiaka, który zna jakąś bielską policjantkę korzystającą z usług Kornelii. Wystarczyło się na nią powołać. A gdy już Kamila dostała się do domu, po prostu odcisnęła klucze Kornelii na mydle i gotowe. Jak myślisz, ilu rzemieślników miałoby opory przed dorobieniem klucza z takiego wzoru, jeśli zaoferowałbyś im potrójną czy poczwórną zapłatę?
Nadkomisarz pokiwał głową. Nie miał złudzeń. Taka propozycja skutecznie odwodzi ludzi od przejmowania się względami etyki.
– Ona naprawdę wszystko to opisała w tym pieprzonym pamiętniku?! – Nie mógł uwierzyć w podobną lekkomyślność, lecz mina Asparowicza i krótkie skinienie głową powiedziały mu, że jego eksżona jednak była idiotką. – No dobra. Otworzyła drzwi kluczem. A co dalej? Co z alarmem?
– Na alarm nie znalazła sposobu, więc zrobiła sobie obliczenia i wyszło jej, że zdąży wywołać pożar i zniknąć, zanim dojadą ochroniarze. To wcale nie było takie głupie – zauważył Asparowicz, usłyszawszy pogardliwe prychnięcie kolegi. – Używając akceleratora, zyskiwała pewność, że ogień się rozprzestrzeni, zamiast zgasnąć, a ochroniarze przecież nie rzucają się do gaszenia, tylko dzwonią po straż pożarną. I dokładnie tak uczynili. Przyjechali, zobaczyli, że dom płonie, i wezwali straż.
– Wiesz co? Wszystko to pięknie, ładnie, ale dalej coś mi nie gra. Zgrzeszmy jeszcze raz, może jak zapalę, to mi zaskoczy.
W połowie papierosa rzeczywiście zaskoczyło. Jednak zanim Skrzyński do tego przeszedł, chciał wyjaśnić inną, niedającą mu spokoju sprawę.
– Weszła do domu i rozlała ten aceton. Gdzie strażacy umiejscowili ognisko pożaru? – spytał, znów markując obojętność.
– W przedpokoju na górze. Oblała podłogę i drzwi do sypialni. Tam było źródło ognia.
Paweł pieczołowicie zgasił niedopałek na zewnętrznym parapecie i dopiero wtedy spojrzał na kolegę. Gerard pobladł, usta zacisnął w wąską kreskę. Widać było, że zmaga się z sobą, próbując opanować emocje. W końcu przegrał tę walkę.
– Kurwa, przecież to nie jest normalne! Można kogoś nienawidzić, ale takie coś? Chcieć kogoś spalić żywcem? W łóżku, podczas snu? Nie rozumiem. Żyłem z psychopatką i nic nie zauważyłem. Co ze mnie za policjant?!
– Teraz to już przeginasz! – oburzył się Asparowicz. – Niby czemu miałbyś ją podejrzewać? Przecież nie obnosiła się ze swoimi planami, zresztą wtedy nie miała się jeszcze z czym obnosić.
– Może i racja, ale i tak mam obrzydliwe wrażenie, że to ja sprowadziłem zło na Kornelię. – Skrzyński westchnął i potrząsnął głową, jakby chciał w ten sposób odegnać natrętne myśli. – Powiedz mi, czy ona żyła w chwili, kiedy zaczęła się palić? Co ustalono podczas sekcji? Jaka była przyczyna zgonu? Powiedz mi prawdę! – krzyknął, widząc zmieszanie na twarzy Pawła. – Wiesz, że i tak do tego dojdę.
Komisarz zaklął cicho. Poruszenie tej kwestii było nieuniknione, zwłaszcza że w trakcie całej rozmowy zmierzał właśnie do tego punktu, a jednak teraz, gdy osiągnął cel, jakoś nie potrafił się przemóc. Niecierpliwy gest kolegi uświadomił mu, że dalsze odwlekanie nie ma sensu. To musiało zostać powiedziane.
– Przyczyna śmierci nie została określona. Patolog stwierdził poważny uraz głowy oraz rozległe oparzenia wziewne. Wszystko wskazuje na to, że siła wybuchu była tak wielka, że kobieta przeleciała nad schodami i upadła u ich podnóża. Tam znaleźli ją strażacy. Z kolei tak głębokie oparzenia wziewne świadczą o tym, że wcześniej stała tuż nad miejscem, gdzie został rozlany przyspieszacz i ten cholerny aceton wybuchł jej prosto w twarz. Mówiąc krótko, połknęła ogień zamiast powietrza. Jeżeli nie umarła od razu, to stałoby się to zaraz później, dlatego patolog nie był w stanie ustalić dokładnej przyczyny.
Odetchnął głęboko, szykując się do powiedzenia tego, co było głównym powodem całej tej rozmowy. Ciągle miał nadzieję, że nadkomisarz sam domyśli się przebiegu wypadków, że nie będzie musiał zadawać mu ciosu.
Skrzyński chwilę przetrawiał nowe informacje i nagle w jego oczach pojawił się dobrze znany Pawłowi błysk – znak, że kolega coś odkrył.
Gerard miał ochotę palnąć się w czoło, bo to, co mu nie pasowało w całej sprawie, było tak oczywiste jak klęska polskiej reprezentacji w kolejnym meczu piłki nożnej.
– To jest właśnie to, co cały czas chodziło mi po głowie! Skoro nastąpił nieprzewidziany wybuch, to ona powinna była tam zginąć! Przecież zapałką nie da się czegoś takiego podpalić z bezpiecznej odległości. – Gerard znów się zamyślił, a Asparowicz mu nie przerywał. Czekał. Zaduma nie trwała długo. – Jakieś dziwne to wszystko. Co w ogóle Kornelia robiła w przedpokoju? Pomagała Kamili rozlewać ten aceton czy jak?
– Właściwie wszystko wyglądało trochę… – zaczął Paweł, lecz Gerard przerwał mu w pół słowa.
– Czekaj, potem opowiesz! Zobaczymy, czy trafię z domysłami. Załóżmy, że się obudziła i wyszła z pokoju, zobaczyła rozlany płyn na podłodze i chciała sprawdzić, co to jest. W takim razie musiałaby zobaczyć także Kamilę i jakoś zareagować. – Skrzyński zauważył, że Asparowicz znowu otwiera usta i gestem nakazał mu milczenie. – Czekaj! Załóżmy, że właśnie w tej chwili Kamila zapala zapałkę. Następuje wybuch tak mocny, że wyrzuca Kornelię w powietrze. A Kamila co? Żaroodporna? Tak po prostu opuszcza budynek i znika? Nie kupuję tego. Tam musi być jeszcze coś.
Gerard zamilkł i wpatrzył się w kolegę. Oczekiwał jakiejś reakcji, choć sam dobrze nie wiedział jakiej. Wyjaśnienia niepojętego przebiegu zdarzeń, może tłumaczenia, dlaczego podpalaczka ciągle jeszcze nie została ujęta, a może bezradnego rozłożenia rąk. Wszystkiego, tylko nie litości.
– Myślałem, że się sam domyślisz – powiedział Paweł nieco drżącym głosem. – Wiem dobrze, że jak się wkurwisz, to jesteś nieobliczalny…
– Do ad remu proszę! – warknął Skrzyński, bezwiednie używając określenia, które nieraz wykpiwali, złośliwie przedrzeźniając zastępcę komendanta.
– Ja tylko chcę ci uświadomić, że jedynie przekazuję informację. Żebyś nie próbował się na mnie wyładować – odparł Asparowicz już trochę pewniej. To „do ad remu” odrobinę go uspokoiło.
– Powiedz to wreszcie, bo się naprawdę wkurwię. Wiecie, gdzie jest Kamila?
– Wiemy. W kostnicy.
– Słucham? – Głos Gerarda zabrzmiał podejrzanie spokojnie, jakby nadkomisarz nie oczekiwał innej odpowiedzi. – Dlaczego dotąd ani razu nie wspomniałeś, że były dwie ofiary pożaru?
– Bo nie były – odpowiedział Paweł znużonym głosem. – Była tylko jedna. Kamila Skrzyńska.

Artykuł Wiedzieli, że tylko od nich zależy, którą wersję zdarzeń wybiorą. [DOBRY, POLSKI KRYMINAŁ] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/wiedzieli-ze-tylko-od-nich-zalezy-ktora-wersje-zdarzen-wybiora-dobry-polski-kryminal/feed/ 0
Kiedy zaczyna otrzymywać listy z pogróżkami, uważa to za głupi dowcip. Jednak sytuacja staje się coraz poważniejsza. [DOBRY, POLSKI KRYMINAŁ] https://niezlomni.com/kiedy-zaczyna-otrzymywac-listy-z-pogrozkami-uwaza-to-za-glupi-dowcip-jednak-sytuacja-staje-sie-coraz-powazniejsza-dobry-polski-kryminal/ https://niezlomni.com/kiedy-zaczyna-otrzymywac-listy-z-pogrozkami-uwaza-to-za-glupi-dowcip-jednak-sytuacja-staje-sie-coraz-powazniejsza-dobry-polski-kryminal/#respond Fri, 06 Nov 2020 20:48:30 +0000 https://niezlomni.com/?p=51181

Żyje na uboczu, nie wchodząc nikomu w drogę i nie nawiązując żadnych bliższych relacji z innymi ludźmi, kto więc mógłby życzyć jej śmierci? Jednak sytuacja staje się coraz poważniejsza, dlatego kobieta podejmuje decyzję o zgłoszeniu się na policję.


Nie jest to dla niej łatwe – jej dotychczasowe kontakty ze stróżami prawa nie należały do najprzyjemniejszych. W młodości została niesłusznie oskarżona o składanie fałszywych zeznań. Wszyscy zdawali się być wrogo nastawieni do Kornelii, ponieważ mężczyzna, którego oskarżyła wtedy o próbę gwałtu, sam był policjantem, a jego koledzy nie wierzyli, że mógł dopuścić się przestępstwa.

W wyniku zbiegu okoliczności, kobieta natrafia na posterunku na tego samego funkcjonariusza, który przed laty próbował ją zdyskredytować, aby chronić swojego przyjaciela. Mimo wrogiego nastawienia, to jednak właśnie ten mężczyzna może okazać się dla Kornelii jedyną nadzieją.

Hanna Greń, Jak kamień w wodę. Polowanie na Pliszkę, Wyd. Replika, Poznań 2020. Książkę można nabyć na stronie wydawnictwa Replika.

Fragment ROZDZIAŁU I Dom, rodzinny dom

Podobno każda pliszka swój ogonek chwali, jednak ta konkretna Pliszka nie chwaliła ani swojego ogonka, ani niczego innego. Po prostu nie miała się czym chwalić. Nie wyróżniała się wyglądem czy inteligencją, nie dostawała dużego kieszonkowego, nie miała najmodniejszych ubrań. Jedyne, czym obdarzono ją w nadmiarze, to obojętność.

Urodziła się jako spóźniony owoc związku ludzi do tego stopnia pochłoniętych pracą, że gdy podrosła, często rozważała, jak udało im się oderwać od cyferek i wykresów na tyle długo, by spłodzić potomka.
Przyszła na świat w pewien wrześniowy poranek tylko dlatego, że nie da się powstrzymać sił natury. Gdyby to było możliwe, matka z pewnością przełożyłaby poród na popołudnie, żeby nie kolidował z godzinami pracy.

Odkrywszy w ten przykry sposób, że dziecka nie można zaprogramować, rodzice podeszli do problemu racjonalnie, bez zaciemniających rozum uczuć. W wyniku domowej burzy mózgów dziewczynka najpierw całe dnie spędzała z nianią, potem jej dzień dzielił się na czas przedszkola i czas opiekunki.

Imię dostała z kalendarza, gdyż tak było najprościej. Ponieważ „Kornelia” wydawała się Pliszkom zbyt pompatyczna dla tak małej dziewczynki, wymyślili zdrobnienie Kora. Pierwsza niania także miała dziecko, dwuletnią córeczkę. Malutka nie umiała wymówić głoski „r” i dokonała natychmiastowego przemianowania niemowlęcia w Kolę. Rodzice początkowo protestowali, potem machnęli ręką; sprawa była zbyt błaha, by tracić na nią cenny czas. Tak samo jak na opiekę nad wrzeszczącym maluchem, którego jedynym zajęciem jest brudzenie pieluch i domaganie się pokarmu.

Kiedy Kola rozpoczęła naukę, zrezygnowali z usług opiekunki. Rano do szkoły zawoził ją ojciec, po lekcjach przebywała w szkolnej świetlicy, skąd odbierała ją matka. Popołudnia spędzała w samotności, najczęściej w swoim pokoju.
Jesteś już dość duża, żeby się sobą zająć – stwierdziła matka, gdy znudzona brakiem towarzystwa dziewczynka weszła do gabinetu z propozycją wspólnej zabawy. – Idź stąd, dziecko, przeszkadzasz mi.

Dziecko. Zawsze tak do niej mówili. Odejdź, dziecko. Uspokój się, dziecko. Nie hałasuj, dziecko. Na dobrą sprawę mogłaby nie mieć imienia.
Dziecko oczywiście wszelkimi siłami starało się zwrócić na siebie uwagę, lecz równie dobrze mogłoby nakłaniać słońce do zachodzenia na północy. Rodzice nie krzyczeli, nie bili, nie stosowali żadnych kar. Po prostu ignorowali.
W szkole Kornelia zawarła pierwsze przyjaźnie i odtąd spędzała popołudnia w towarzystwie trzech chłopaków. Dziewczynek nie polubiła, może dlatego, że ich nie rozumiała. Ich ulubionym zajęciem była zabawa w dom, a to było ostatnie, co mogłoby ją zainteresować. Dom kojarzył się wyłącznie z ponurą ciszą, szelestem kartek i stukotem klawiatury. Z chłopcami natomiast mogła grać w piłkę, wspinać się po drzewach czy bawić się w policjantów i złodziei.


Pliszkowie mieszkali w eleganckim domu usytuowanym na obrzeżach Katowic. Kawałek dalej zaczynał się spory zagajnik, a tuż na jego skraju stał stary budynek otoczony dużym, zdziczałym ogrodem. Odkrywszy, że posesja jest opuszczona, „banda czworga” uznała ją za swoją siedzibę. Chłopcy spędzali tam każdą wolną chwilę, Kola natomiast niemal całe popołudnia i weekendy. Gdy padał deszcz, chroniła się na werandzie, w zimie zaś w pokoju na piętrze, gdzie stało stare drewniane łóżko. Materac był w jeszcze gorszym stanie niż łóżko i pewnie dlatego nikt go nie ukradł. Dziewczynka zaanektowała legowisko, zaścieliwszy je wykradzionymi z własnego strychu starymi kołdrami.
Rodzice nie zaprzątali sobie głowy jej codziennymi powrotami po zmroku. Zadowalało ich tłumaczenie, że uczy się z przyjaciółmi. Przechodziła z klasy do klasy, czyli rzeczywiście musiała się uczyć. Oceny wprawdzie nie były zbyt świetne, ale też niczego więcej nie oczekiwali.

Gdy rozpoczęła edukację, przez jakiś czas śledzili z zainteresowaniem jej postępy w nauce, lecz wkrótce przekonali się, iż córka nie posiada absolutnie żadnych predyspozycji do bycia genialnym dzieckiem. Przyjęli to z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony byli rozczarowani, że nie odziedziczyła ich zdolności, że jest taka zwyczajna. Kola miała nigdy nie zapomnieć przypadkowo usłyszanych słów matki:
Nie tak wyobrażałam sobie to dziecko. Jest gruba, brzydka i nieciekawa. Myślałam, że przynajmniej jej intelektem będę mogła się chwalić wśród znajomych, ale widzę, że nic z tego. A taka byłam pewna, że urodzę córkę, której wszyscy będą mi zazdrościć.
Z drugiej zaś strony odczuli ulgę. Rozczarowanie nie przyćmiło oczywistej prawdy, że ponadprzeciętna inteligencja wymaga odpowiedniego jej rozwijania. Małą należałoby wówczas zapisać na jakieś dodatkowe zajęcia, przepytywać, podsuwać odpowiednią lekturę. A to wszystko pochłaniałoby cenny czas.

Przemiana w nastolatkę w zasadzie zmieniła niewiele. Tylko tyle, że dla rodziców nie była już „dzieckiem”. Teraz mówili do niej „dziewczyno”. Dziewczyno, opanuj się! Dziewczyno, co ty robisz! Dziewczyno, dziewczyno, dziewczyno…

 

Artykuł Kiedy zaczyna otrzymywać listy z pogróżkami, uważa to za głupi dowcip. Jednak sytuacja staje się coraz poważniejsza. [DOBRY, POLSKI KRYMINAŁ] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/kiedy-zaczyna-otrzymywac-listy-z-pogrozkami-uwaza-to-za-glupi-dowcip-jednak-sytuacja-staje-sie-coraz-powazniejsza-dobry-polski-kryminal/feed/ 0
Czy sekrety Trójkąta Beskidzkiego wreszcie wyjdą na jaw? Mroczne powieści pełne zbrodni i tajemnic. [WIDEO] https://niezlomni.com/czy-sekrety-trojkata-beskidzkiego-wreszcie-wyjda-na-jaw-mroczne-powiesci-pelne-zbrodni-i-tajemnic-wideo/ https://niezlomni.com/czy-sekrety-trojkata-beskidzkiego-wreszcie-wyjda-na-jaw-mroczne-powiesci-pelne-zbrodni-i-tajemnic-wideo/#respond Sat, 13 Apr 2019 06:36:38 +0000 https://niezlomni.com/?p=50752

Komisarz Benita Herrera staje przed zadaniem wytropienia seryjnego mordercy, którego ofiarami są wyłącznie kobiety. Policjantka decyduje się poprosić o pomoc przyjaciela z Wisły, Konrada Procnera. Czy wspólnymi siłami uda im się schwytać szaleńca, zanim ten zakończy swoją „świętą misję”?


Benita odkrywa, że wszystkie ofiary łączy jedna rzecz – znajomość z Aleksandrem Podżorskim, dobrze znanym w kręgach cieszyńskiej i wiślańskiej policji. Choć były przestępca natychmiast trafia na celownik pani komisarz, wszystko wskazuje na to, że nie mógł on popełnić żadnego z morderstw. A może to tylko zauroczenie zaciemnia osąd Benity?

Wartka akcja, narastające napięcie i zagadka, która nie pozwoli Wam odetchnąć aż do ostatniej strony – oto, co czeka czytelnika biorącego do ręki powieść Hanny Greń. I tym razem autorka nas nie zawiedzie. Przygotujcie się na mocne wrażenia! - Anna Klejzerowicz, pisarka

Fragment powieści Hanny Greń, Otulone ciemnością, Wyd. Replika, Poznań 2019. Książkę można nabyć TUTAJ

ROZDZIAŁ VIII
W siedlisku zła

13 sierpnia 2014
Po kilku dniach bezowocnych prób dotarcia do kogoś, kto mógłby jej przekazać jakieś informacje na temat Borka, Benita schowała dumę do kieszeni i ponownie zadzwoniła do Konrada. Wcześniej wzdragała się przed tym, nie chcąc wyjść przed kolegą na niesamodzielną, niekreatywną policjantkę, lecz po kolejnym niepowodzeniu doszła do wniosku, że nadwyrężona duma nie jest aż tak ważna, jeśli wziąć pod uwagę inne aspekty. A do nich zaliczało się schwytanie zabójcy. Konrad w żaden sposób nie dał jej odczuć, że prośbę o pomoc uważa za dowód niekompetencji. Podziękował za życzenia z okazji ślubu i bez zbędnych pytań obiecał natychmiastową interwencję w sprawie Borka.
– Zobaczę, co da się zrobić. Znam kilku ludzi z Bielska, a oni znają innych. Miejmy nadzieję, że tych właściwych.

Pomyślała, że przecież mogła to przewidzieć. Procner nie był małostkowy. Nigdy nie cieszył się z niepowodzeń innych, przeciwnie, sam proponował pomoc, gdy widział, że któryś z kolegów ma problemy. Właściwie posiadał wszystkie te cechy, które pragnęłaby widzieć w życiowym partnerze – lojalność, uczciwość, empatię i poczucie humoru. Odpowiedzialność. Skłonność do otaczania opieką tych, na których mu zależało. Byłby dla niej idealny, tylko że nigdy, nawet przez chwilę nie zapragnęła, by połączyło ich coś więcej aniżeli praca. On też od pierwszej chwili traktował ją tylko i wyłącznie jak koleżankę. Gdy poznali się lepiej, zwykła znajomość przerodziła się w inne uczucie. Zostali przyjaciółmi, choć wcześniej głowę by sobie dała uciąć, że przyjaźń między kobietą a mężczyzną nie istnieje, bo prędzej czy później taki związek zdryfuje w stronę romantycznych uniesień czy pożądania. Ale między nimi po prostu nie zaiskrzyło i do dziś nie wyobrażała sobie, że mogłoby być inaczej. Nie z Konradem. Oddzwonił po kilku godzinach, podając kontakt do dwóch kolegów pracujących w bielskich komisariatach.

– Obaj mieli kiedyś do czynienia z Pastorem, a Daniela spotkała wątpliwa przyjemność osobistego poznania tego twojego mięśniaka. Twierdzi, że z Borka jest kawał skurwysyna i że w trakcie przesłuchania musiał się dobrze hamować. Z kolei Roman nie poznał Borka, za to kiedyś słuchał samego szefa. Mówił mi, że odkrył wówczas coś ważnego, niestety ludzie rozpracowujący Pastora uznali to za wymysł i zlekceważyli. – Konrad urwał, potem dorzucił: – Zadzwoń do nich i powołaj się na mnie. Uprzedziłem, że to zrobisz, więc na pewno zgodzą się na rozmowę. Resztę musisz dograć sama.
– W porządku – odparła ucieszona. – To i tak więcej, niż oczekiwałam. Przez telefon, jak domniemywam, nie będą chcieli gadać?
– O tym raczej zapomnij – roześmiał się, rozbawiony jej słowami. – W ogóle przez telefon lepiej nie mów nic o powodach prośby o spotkanie. Ten Pastor i jego ekipa to ponoć jakaś śliska sprawa.


Podziękowała nadkomisarzowi za pomoc, obiecując solennie, że będąc w Wiśle, nie omieszka odwiedzić komisariatu, a wówczas pójdą na odkładaną już tyle razy kawę. Jakoś nie mogli się zgrać, zawsze, kiedy ona dysponowała wolnym czasem, Konrad miał urwanie głowy, gdy zaś on był wolny, akurat wtedy spadał na nią nawał zajęć. Teraz także przewidywała, że spotkanie nie nastąpi rychło. Każdą chwilę poświęcała na analizę zebranego materiału, a już niedługo Konrad miał wyjechać na wczasy. Można było więc brać pod uwagę najwcześniej wrzesień. Jak dobrze pójdzie, w co wątpię, pomyślała w przypływie pesymizmu. To nie pesymizm, lecz realizm, poprawiła się natychmiast.


Odgoniła defetystyczne myśli i zadzwoniła do pierwszego z mężczyzn wskazanych przez Konrada. Podkomisarz Daniel Laszczak, zwany przez kolegów Wolverine. Wspomniawszy szpony filmowego bohatera, wstrząsnęła się lekko. Czy ten gliniarz także ma podobne? Nie zdążyła głębiej zastanowić się nad absurdalnością tego przypuszczenia, w słuchawce telefonu rozległ się bowiem przyjemny męski głos. Wyglądem podkomisarz Laszczak nie przypominał ani rozjuszonego drapieżnika, ani też Logana z X-men. Benicie wydał się trochę podobny do Podżorskiego, gdyż odznaczał się zbliżonym typem męskiej urody. Czarnowłosy i czarnooki, lecz bez tych niepokojących zielonkawych iskierek, które rozbłyskiwały w tęczówkach Aleksandra, za to, podobnie jak Gojny, wyglądał, jakby życie nie zawsze było dla niego łaskawe. Typ wojownika, który nie ze wszystkich potyczek wychodzi jako zwycięzca. Nawet wzrost mieli podobny, oceniła, witając się z Laszczakiem. Sama mierzyła sto siedemdziesiąt dwa centymetry, a Daniel był od niej wyższy o mniej więcej tyle, co Aleks. Jego kolega pojawił się chwilę później. Przy powitaniu otaksował Herrerę uważnym spojrzeniem piwnych oczu. Widać, oględziny wypadły pomyślnie, bo z twarzy zniknął wyraz nieufności, a zamiast niego pojawiło się zaciekawienie. Podkomisarz Roman Then miał trochę zbyt długie włosy o odcieniu ciemnej miedzi. Nieco niższy od Laszczaka, o szczupłej, zwinnej sylwetce, emanował jakąś dziwną do sprecyzowania siłą. Benita dopiero później zdefiniowała tę moc. To była spokojna pewność siebie, taka, która powoduje, że napotykając ją, człowiek od razu czuje się bezpiecznie. Na razie jednak kobieta nie zastanawiała się nad tą akurat cechą. Dyskretnie obejrzała nowych znajomych i stwierdziła, że bielscy policjanci prezentują się nader atrakcyjnie. Nie żeby miało to dla mnie jakieś znaczenie, zauważyła, ale zawsze miło zawiesić oko na takich egzemplarzach. Po dość długim czasie panowie, zasypujący ją bezustannie gradem pytań, poczuli się wreszcie usatysfakcjonowani. Widocznie uznali, że zasługuje na zaufanie, nagle bowiem przeszli do konkretów.


– Z jakiego powodu interesujesz się Borkiem?
Daniel wbił w nią przenikliwy wzrok. Poczuła się, jakby ją przesłuchiwał i stwierdziła, że nie jest to przyjemne uczucie. Zdecydowanie wolała być stroną przesłuchującą.
Obaj z uwagą wysłuchali wyjaśnień. Gdy skończyła, zauważyła, że wymienili znaczące spojrzenia. Czekała na efekt dokonywanych w milczeniu uzgodnień, nie śmiąc ich popędzać. Wreszcie Daniel przerwał ciszę.
– Ksywa „Borek” rzeczywiście ma podwójne znaczenie. Pochodzi od wiertła, którym ten psychopata lubi się posługiwać, ale jest to także skrót od nazwiska. Twój koleś nazywa się Tadeusz Borkowski.
– Wiesz, gdzie mieszka?
– Różnie. Pomieszkuje czasem u pewnej kurewki, ostatnio jednak podobno się pożarli, wobec czego najłatwiej będzie znaleźć go w miejscu zameldowania. A nasz ponad czterdziestoletni twardziel w dalszym ciągu mieszka u mamusi – dokończył Laszczak ze złośliwym uśmiechem.
– O, dobrze wiedzieć! To cenna informacja – pochwaliła Herrera. – Takie coś może się przydać w rozmowie z panem Borkowskim. A ta mamusia - gdzie jej szukać?
- W bloku na Osiedlu Beskidzkim. Tu masz adres. – Podał jej kartkę z zapisaną nazwą ulicy, numerem domu i mieszkania. – Nie idź do niego sama – ostrzegł. – To wredny typ, przy tym prymitywny. Zero rozumu i wyobraźni. Nie daj Boże uzna, że mu zagrażasz i że najlepszym wyjściem będzie uciszenie cię na wieki.
– Nie mam zamiaru ryzykować. Teraz przyjechałam tylko na rozeznanie, dlatego jestem sama. – Benita rzuciła mu szybkie spojrzenie.
– Nie chcesz uczestniczyć w tych działaniach?


Daniel popatrzył na nią chmurnie.
– Chciałbym, nawet bardzo. Niestety nie mogę. Pastor to śmierdzące jajo, jego ludzie również. Pół roku temu próbowałem ich dorwać i dostałem takiego zjeba, że do tej pory mi się odbija.
– Podobno CBŚ coś tam z nimi robi – dorzucił Then. – Ale oceniając po wynikach, sam nie wiem, czy ich rozpracowują czy im pomagają.
Herrera niecierpliwym gestem odgoniła muchę, uparcie przysiadającą jej na ręce, i przeniosła wzrok na drugiego z bielskich policjantów.
– Mocne słowa – zauważyła. – Masz pewność czy tylko odczucia?
– Pewności nie mam – odparł wolno. – Ale dużo rzeczy mi nie pasuje. Tam coś jest mocno nie tak, szczególnie że mamy nakazane traktować Pastora, jakby nie istniał. Nie widzieć, nie słyszeć, nie mieszać się do jego spraw. Dlatego ja też z tobą nie pójdę.
– Powiemy ci wszystko, co chcesz wiedzieć, ale jakby co, to tej rozmowy nie było – dopowiedział Laszczak, sięgając po colę. Zrobił kilka łyków. – Ty nie dostałaś polecenia, żeby trzymać się od niego z daleka, więc co najwyżej zostaniesz pouczona, że masz na przyszłość się nim nie interesować. W naszym przypadku skończyłoby się to gorzej.
Benita również wzięła do ręki wysoką szklankę. Obracając ją w dłoniach, zastanawiała się nad słowami Daniela. Czy Borek mógł być sprawcą? To, czego się o nim dowiedziała, niezbyt pasowało do zabójstwa Bielawy. Jedna rana, brak innych śladów przemocy, w dodatku ten całun i świeca… Jeśli był rzeczywiście takim prymitywem, jak twierdzili policjanci, to chyba nie należało brać go pod uwagę.
Tylko że Herrera bardzo nie lubiła niewyjaśnionych wątków, a intryga z podsłuchiwaniem Podżorskiego zdecydowanie do nich należała. Postanowiła, że zaryzykuje. W razie czego może się bronić chęcią wyeliminowania jednego z podejrzanych. Nikt nie musi wiedzieć, że wykluczyła go już wcześniej.

– Konrad mówił, że ty podobno wiesz o Pastorze coś, czego nie wie nikt inny – zwróciła się do Thena. – Ponoć to ważna informacja.
– Moim zdaniem nawet bardzo ważna, tylko że nie mam żadnych dowodów na jej poparcie. – Roman na chwilę stracił trochę z pewności siebie. – To tylko takie moje odczucia. Ale jeżeli się nie mylę, można by na tym wiele ugrać.
– Odczucia także są ważne – odparła z przekonaniem. – Mało to razy od pierwszej chwili czujemy do kogoś antypatię, chociaż nie ma ku temu żadnych logicznych przesłanek? A potem się okazuje, że mieliśmy rację, bo ta osoba to kawał gnoja. Laszczak pokiwał głową na poparcie jej stwierdzenia. Oboje czekali z niecierpliwością na słowa Romana. Ten milczał jeszcze przez chwilę, jakby ważąc w myślach słowa, wreszcie się odezwał:
– Pastor to gej.
Rzuciwszy tę rewelację, wstał od stolika i poszedł ku drzwiom, po drodze dobywając z kieszeni paczkę papierosów. Benita i Daniel wymienili spojrzenia.
– Zawsze był ciulem – stwierdził krótko mężczyzna, a zanim zdążyła zapytać, czy ma na myśli przestępcę, czy może kolegę, dokończył wypowiedź: – Uwielbia podkręcać napięcie. Pewnie myśli, że teraz za nim polecimy i będziemy prosić, żeby powiedział coś więcej. A takiego! – Wykonał powszechnie znany gest. – Nie doczeka się, choćby się tam usrał.
W odpowiedzi zrobiła tylko niejasny grymas, bo właśnie miała wstać i wyjść za Thenem. Po słowach Wolverine’a, komentującego zachowanie kolegi, nie bardzo wypadało to zrobić. Pozostała więc na miejscu, popijając colę i co jakiś czas odganiając muchę, która chyba zapragnęła zawrzeć z ich trójką bliższą znajomość, gdyż czepiała się ich uporczywie. Inne stoliki omijała.
– Cholery zaraz dostanę! – warknęła kobieta, po raz kolejny zganiając owada z ręki. – Co ona taka nadaktywna?
– Musisz z nią iść do psychologa – roześmiał się Daniel. – Chyba ma ADHD.
To ją rozśmieszyło. Zaczęli snuć rozważania na temat długofalowej terapii dla nadpobudliwych owadów. Przerzucając się pomysłami, nawet nie zauważyli, kiedy wrócił Roman. Nie miał zbyt szczęśliwej miny. Przez kilka chwil siedział w milczeniu, przysłuchując się paplaninie, wreszcie nie wytrzymał.
– Jak was nie interesuje Pastor, to mogę sobie pójść!
– Ależ piękny foch! – zachwyciła się Benita. – Spójrz, Daniel. Do tej pory myślałam, że to domena kobiet.
Laszczak obrzucił kolegę kpiącym spojrzeniem.
– Faktycznie, mina bezcenna. Całkiem jak u panienki, której wymknął się bogaty klient.
– Wal się! – zaproponował zwięźle Roman. Wolverine tylko się uśmiechnął.
– Skąd wiesz, że Pastor jest gejem? – Herrera przerwała te słowne przepychanki.
– W zasadzie znikąd. – Then wzruszył ramionami. – Niby twardych dowodów brak, jednak gdy z nim rozmawiałem… Było coś takiego w jego zachowaniu. Gesty, artykulacja. Nie umiem tego określić, ale coś tam nie gra. Poza tym, gdy mówił o kobietach, zauważyłem jakąś sztuczność, tak jakby na siłę próbował grać takiego, co rżnie wszystko jak leci. Starał się być wulgarny, lecz to także nie było naturalne.
– Widziałem go kiedyś z kobietą – odezwał się Daniel w zamyśleniu. – Wysoka blondynka, bardzo ładna, o ile komuś podobają się dziewczyny bez żadnej mimiki. Żadnych emocji na twarzy, żadnej myśli w oczach. – Pomyślał chwilę i dorzucił: – On się nią przechwalał, ale nie zauważyłem, żeby łączyło ich wielkie uczucie. Kto wie? Może masz rację.
– Zaryzykuję i spróbuję zagrać tą kartą, chyba że wcześniej uda mi się wyjaśnić sprawę. Wątpię jednak, czy Borek będzie skory do współpracy. Taki twardziel z pewnością nie zechce rozmawiać z policją.
– Herrera podjęła decyzję. Niech się dzieje, co chce, a ona i tak wyjaśni sprawę podsłuchiwania.
– Przypomniało mi się coś. – Roman chwycił ją za rękę. – Na starówce jest taki lokal stylizowany na lata trzydzieste. Nazywa się „Prohibicja”. Podobno należy do Pastora i najczęściej tam można spotkać całą jego ekipę. A Pastor naprawdę nazywa się Adrian Sieradzki.
– Dzięki za info. – Benita podniosła się z krzesła. – Muszę lecieć. Gdybyście potrzebowali kiedyś pomocy, Cieszyn nie odmówi.
Zaczęli od wizyty w bloku na Osiedlu Beskidzkim. Nie zabawili tam długo. Borka nie było w domu, a jego matka niewiele im powiedziała.
– Tadzio jest w pracy – powtarzała w kółko. – Nie wiem, kiedy wróci.
Tadzio! Śmiali się z tego przez całą drogę do samochodu. Miłość matczyna doprawdy potrafi być ślepa.
Kolejnym celem był pub na starówce, lecz zanim go odwiedzili, Benita wykonała manewr maskujący.
W domu wygrzebała z dna szafy dwa chybione prezenty, otrzymane od bratowych na urodziny czy może na gwiazdkę. Nie pamiętała już, z jakiej to okazji stała się posiadaczką czarnych, błyszczących spodni ze sztucznej skóry, tak obcisłych, że po zapięciu zamka bała się głębiej odetchnąć.


Wiedziała za to doskonale, dlaczego je otrzymała. Obie bratowe nigdy nie przepuszczały okazji, by wytknąć jej trzy nadmiarowe kilogramy, usytuowane w biodrach. Kiedyś przejmowała się docinkami, prowadząc z nadwagą nieustającą i wiecznie przegrywaną walkę. Ostatnio odpuściła. Nie każda kobieta musi mieć figurę modelki. Widocznie te trzy kilogramy były jej przeznaczeniem, a z losem jeszcze nikt nie wygrał. Drugim chybionym prezentem była o ze dwa rozmiary za mała bluzka z czerwonej dzianiny, suto ozdobiona cekinami układającymi się w napis: „To jest piękne”. Fakt, że napis usytuowany był na piersiach, dodatkowo wzmacniał efekt. Kazała Formanowi zatrzymać samochód na poboczu osiedlowej drogi i szamotając się na tylnym siedzeniu, jakoś włożyła te nieszczęsne spodnie. Z bluzką poszło łatwiej, chociaż przeciągnięcie jej przez biust wymagało nie lada wysiłku. Ostatnim etapem przygotowań było swobodne rozpuszczenie włosów.
– I co wy na to? – spytała, podchodząc do mężczyzn stojących tyłem do auta. Ich osłupiałe miny wystarczyły za odpowiedź.
– Wymiatasz, Herrera! – zachwycił się Szot. – Masz rację, to naprawdę jest piękne! – Wskazał cekinowy napis na piersiach.
– Po co ta przebieranka? – Forman wprawdzie nie skomentował wyglądu koleżanki, lecz jego pełny uznania wzrok mówił więcej niż słowa. – Nie mogłaś od razu się tak ubrać?
– Miałam w tym paradować na komendzie? Poza tym nie chciałam przed matką Borka wyjść na jakiegoś kurwiszona.
– A teraz po co? – Dalej nie widział sensu w jej działaniu.
– Teraz mam zamiar spotkać się z Pastorem, a ten strój to część testu – odparła zwięźle, wsiadając do samochodu. – Ruszajmy do jaskini lwa.
„Prohibicja” z zewnątrz niczym szczególnym się nie wyróżniała. Lokal jak wiele innych – szyld nad wejściem, duże okna z reklamami na szybach i przeszklone drzwi z napisem informującym o godzinach otwarcia.
Wnętrze okazało się niezbyt ciekawe, wystrój był zbyt pretensjonalny i kiczowaty.
Benita i Michał usiedli na wysokich stołkach przy barze, Rysiek natomiast pod pretekstem konieczności odwiedzenia toalety ruszył w głąb lokalu. Po chwili dołączył do nich i począł zdawać relację z oględzin.
– Obok kibli jest wejście na zaplecze, a tam mieści się prywatna salka. Zanim mnie wyproszono, zresztą bardzo grzecznie, przyjrzałem się siedzącym tam ludziom. Rozpoznałem Borka. Prócz tego jest tam także facet pasujący do rysopisu Pastora. Towarzyszy mu kobieta. Typ zimnej blondynki.
– To oni. Idziemy – zdecydowała natychmiast.
Nie czekając na towarzyszy, zeskoczyła ze stołka i ruszyła we wskazanym przez Formana kierunku. Podążyli za nią z pewnym opóźnieniem, Benita bowiem nie pomyślała o zapłaceniu rachunku. Dogonili ją w chwili, gdy drogę zastąpiła jej zwalista postać w uniformie ochroniarza.
– Nie może pani tam wejść, to sala prywatna. Przykro mi.
– Za to ja jestem służbowo! – Błysnęła legitymacją. – Komisarz Benita Herrera do Tadeusza Borkowskiego.
– Nakaz – warknął ochroniarz. Uprzejmy ton należał już do przeszłości.
– Nie zamierzam go aresztować ani przeszukiwać. Do zwykłej rozmowy nie jest potrzebny nakaz, a ja właśnie tyle od niego chcę. Kilku chwil rozmowy, nic więcej.
– Borkowskiego nie ma. Proszę przyjść kiedy indziej. Widziała wyraźnie, że mężczyzna nie ustąpi, więc spróbowała inaczej.
– W takim razie proszę mnie zaprowadzić do Pastora, pardon, do pana Adriana Sieradzkiego.
– Pan Sieradzki nie gada z psami. Z sukami też nie! – zarechotał.Miała taką ochotę strzelić go z lewej w tę bezczelną gębę, że musiała przywołać całą siłę woli, by się opanować. Otworzyła torebkę. Odczuła satysfakcję, widząc, że cofnął się o krok, a w oczach zamigotał mu lęk.
– Spokojnie, nie ma się czego bać – rzuciła lekko. – Nie mam zamiaru chwytać za broń, chcę tylko wyjąć notes.
Forman i Szot wymienili rozbawione spojrzenia, a ochroniarz aż poczerwieniał z wściekłości. Nie zwracając już na niego uwagi, wydarła z notesu kartkę i napisała na niej kilka słów. Potem starannie złożyła ją na czworo.


– Proszę to zanieść panu Sieradzkiemu. Poczekamy przy barze.
Wcisnęła kartkę w dłoń mężczyzny, odwróciła się na pięcie i ruszyła z powrotem.
Nie zdążyli nawet wygodnie usiąść, gdy podbiegł do nich zdyszany ochroniarz.
– Pan Sieradzki zaprasza – wysapał.
– I to ma być żołnierz? – mruknął z pogardą Forman, na tyle głośno, że tamten musiał usłyszeć. Nie zareagował, widocznie przykazano mu, by nie był niemiły dla niewygodnych gości. – Mniej żreć, więcej się ruszać – wymądrzał się policjant, rozbestwiony milczeniem gangstera. – Nie sterydy, lecz ćwiczenia są od klaty wyrzeźbienia – rzucił wymyśloną na poczekaniu sentencję.
W międzyczasie doszli do miejsca, gdzie poprzednio warował gangsterski Cerber. Teraz drzwi stały przed nimi otworem. Ochroniarz poprowadził ich do stolika, przy którym siedział około czterdziestoletni mężczyzna i młoda, bardzo piękna kobieta.
Benita, szukając jakiegoś słabego punktu, najpierw ją zlustrowała spojrzeniem. Wolverine miał rację. Na obliczu o klasycznych rysach nie malowały się żadne uczucia. To była twarz lalki, obojętna, o pustym spojrzeniu ciemnych oczu. Nie, w niej nie znajdziemy słabych stron, stwierdziła Herrera. Ona po prostu nie ma żadnych stron. To emocjonalna kukła. Nie ma rady, trzeba spróbować z nim.
Pastor wyraźnie starał się upodobnić do dżentelmena z wyższych sfer. Elegancki garnitur, muszka, starannie przystrzyżony wąsik, sygnet – notowała Herrera w pamięci. Mimo to daleko mu było do niewymuszonej elegancji Podżorskiego. Z bliska wyglądał starzej i uznała, że czterdziestkę zostawił za sobą już dość dawno temu.
Gdy podeszła całkiem blisko, ostentacyjnie przebiegł wzrokiem po jej sylwetce. Zadrżała. Nie z powodu tego obraźliwego spojrzenia, zresztą od razu wyczuła, że jest to tylko pokazówka. Powodem były oczy Sieradzkiego, o tak jasnym odcieniu błękitu, że wydały jej się prawie białe. Przerażające. A jeszcze gorszy był ich wyraz. Pełne okrucieństwa oczekiwanie, całkiem jakby Pastor widział w policjantce obiekt swoich sadystycznych pragnień.
Nie dostrzegła natomiast w jego wzroku najmniejszego zainteresowania wyeksponowanymi atrybutami kobiecości, za to, gdy zmierzył spojrzeniem Szota, stało się dla niej oczywiste, z kim mężczyzna wolałby zawrzeć bliższą znajomość.
Pogratulowała sobie w duchu pomysłu. Pierwotnie miała zamiar przyjechać tylko z Formanem. Starszy aspirant, mający bogate doświadczenie w kontaktach z przestępczym elementem, wydał jej się odpowiedniejszym partnerem. Wziąwszy jednak pod uwagę słowa Thena, postanowiła zabrać także Michała. Sierżant Szot, niewyglądający na niespełna trzydziestoletniego mężczyznę, bardziej przypominał młodego, delikatnego chłopaczka niż policjanta. Niejednokrotnie przeklinał tę chłopięcą urodę, zmuszony wysłuchiwać niewybrednych żartów kolegów. Dzisiaj wygląd cherubinka okazał się bardzo przydatny.
Adrian Sieradzki nie zaproponował, by usiedli. Spoglądał z zadowoloną miną; widocznie traktowanie policjantów jak namolnych petentów sprawiało mu radość. Herrera nie zamierzała pozbawiać go tej satysfakcji. Chciała, żeby poczuł się pewnie.
– Podobno macie do mnie jakąś sprawę – odezwał się wreszcie. – Skąd pomysł, że będę chciał z wami rozmawiać?
– Stąd! – Benita wskazała na kartkę wystającą z kieszonki marynarki gangstera. – Już pan rozmawia, więc pomysł był chyba dobry.
– Pieprzenie! – skwitował krótko.
– Owszem, pieprzenie – zgodziła się szybko. – Ale za to jakie! Coś za coś, panie Pastor. – Spojrzała mu prosto w oczy. – Ja zapominam o tym pieprzeniu, a w zamian za to pan rozkaże Borkowi, żeby odpowiedział na moje pytania. Sieradzki zacisnął wargi, ważąc w myślach jej słowa.
– Chcę być przy tej rozmowie – oświadczył nieznoszącym sprzeciwu głosem, nie zauważając przy tym, że już przegrał tę potyczkę. – Muszę wiedzieć, o co chodzi. Nie zgadzam się, żeby zdradzał tajemnice firmy.
– Tajemnice firmy – powtórzyła przeciągle. – Jak to ładnie brzmi. Nie, panie Sieradzki, nie interesuje mnie firma, chyba że podjął pan ostatnio współpracę z niejakim Gojnym. – Zauważyła nagłe poruszenie Pastora i domyśliła się, że trafiła w czuły punkt. Pozostało tylko ustalić, co było powodem takiej reakcji. Podejrzewała, że dawny konflikt, ale musiała mieć pewność. Od tego zależało wszystko.
– Nie mam kontaktu z Gojnym – oznajmił gangster głosem przepełnionym wściekłością. – Nie jesteśmy partnerami w interesach, więc jeśli o niego wam chodzi, to źle trafiliście.
– A mimo to pan Borkowski wykazał niecodzienne zainteresowanie osobą, z którą rzekomo nic was nie łączy. Ciekawe dlaczego…
Sieradzki odstawił niesioną właśnie do ust szklaneczkę tak gwałtownym ruchem, że bursztynowy płyn wychlusnął na stolik. Przez chwilę wpatrywał się w policjantkę w wyrazem niedowierzania na twarzy, potem nie mniej gwałtownie wskazał im krzesła.
– Siadajcie! – rozkazał kategorycznym tonem. Gdy wykonali polecenie, odwrócił się w stronę dziewczyny, która w trakcie całej rozmowy nie wykonała żadnego ruchu ani nie zmieniła wyrazu twarzy. Można by sądzić, że nie była żywą istotą, lecz doskonale upodobnionym do człowieka manekinem. – A ty wypierdalaj!
Nawet to brutalne polecenie nie zdołało zburzyć jej obojętności. Bez słowa wstała i wyszła z sali. Pastor nie poświęcił jej nawet spojrzenia. Gestem przywołał jednego z siedzących opodal mężczyzn.
– Wołaj mi Borka!
Po bardzo krótkiej chwili przy ich stoliku pojawił się znany policjantom z fotografii napakowany mięśniak i przystanął przed szefem w pozie wezwanego do odpowiedzi ucznia.
– Siadaj! – warknął Pastor. – Pani jest z policji. Chce cię o coś zapytać, a ty grzecznie odpowiesz. Jasne?
– Ale…
– Jasne?!
Lekko podniesiony głos podziałał jak dźgnięcie szpilką. Borkowski drgnął gwałtownie, potem wyprostował się i skinął głową. Siadając, spojrzał nienawistnie na policjantkę.
– Dlaczego interesował się pan treścią rozmowy Aleksandra Podżorskiego z Katarzyną Bielawą? – Benita zwróciła się do spacyfikowanego Borka.
– Nie interesowałem się Podżorskim – zaprzeczył szybko. – I nic nie wiem o żadnej Bielawie.
Obserwowała go uważnie i bez trudności odczytała mowę ciała.
– Druga część odpowiedzi to prawda. Ale w pierwszej części skłamałeś. Zapłaciłeś kelnerce w pubie, żeby podsłuchała, o czym Gojny będzie rozmawiał z tą kobietą.
Rzuciwszy na Pastora przerażone spojrzenie, mięśniak zerwał się z krzesła.
– Kurwa, szefie, ta kurwa kłamie! Zabiję cię, ty kurwo! Już, kurwa, nie żyjesz!
– Wyjątkowo bogaty zasób słownictwa – zauważyła, sięgając do torebki. Wyjęła z niej kilka zdjęć i rzuciła na stolik. – A ten facet to kto? Bo mnie się wydaje dziwnie do ciebie podobny!
Borek nawet nie spojrzał na fotografie, zamiast tego zamierzył się pięścią. Herrera zrobiła zgrabny unik, w ostatniej chwili usuwając się wraz z krzesłem. Mężczyzna, nie zdoławszy wytracić impetu, poleciał na Formana, który bez namysłu zrobił wykop. Trafiony w krocze Borkowski z przejmującym skowytem upadł na podłogę, ściągając przy tym na siebie obrus ze stolika Pastora. W ślad za obrusem na jęczącego mężczyznę spadła butelka whisky, szklaneczki i prawie pełna lampka wina, pozostawiona przez blondynkę. Benita stanęła nad Borkiem, gramolącym się z zalanej alkoholem podłogi. Szło mu to niesporo. Bezradnie próbował przetrzeć mokrą dłonią piekące od kontaktu z winem oczy, pogarszając w ten sposób sprawę.
– Skończ już to pływanie i siadaj – rzuciła zimno, a gdy nie usłuchał, dała znak kolegom. Podnieśli go i niezbyt delikatnie posadzili na krześle. Pastor ruchem ręki odprawił kelnera, zmierzającego w ich stronę z czystym obrusem i pełną tacą.
– Gadaj! – Szarpnął Borkowskiego, zwracając ku sobie jego twarz. – Masz minutę. Potem skończysz z twoim własnym wiertłem w kolanie.
– Myślałem, że to będzie rozmowa biznesowa. Chciałem go panu wystawić – jęknął żałośnie mięśniak. Pozbawiony zwykłej buty, sflaczał, w niczym nie przypominając już tamtego twardziela sprzed kilku chwil. Teraz był tylko żałosnym grubasem.
– Skąd wiedziałeś, że Gojny będzie w tym pubie? – wtrąciła Benita.
– Powiedział mi jeden kumpel, który zna jednego faceta, który zna jedną dupę, która zna Gojnego.
Herrera musiała poświęcić chwilę na deszyfrację tej wypowiedzi, natomiast Sieradzki, przyzwyczajony do sposobu mówienia Borka, najwyraźniej zrozumiał od razu, bo przeszedł do następnego pytania.
– Czyli wymyśliłeś sobie, że podsłuchasz rozmowę biznesową Gojnego. Co chciałeś potem zrobić?
– Donieść gliniarzom, żeby go wsadzili. Jakby siedział pod celą, to my by przejęli jego teren! – Borkowskiemu wreszcie udało się otworzyć oczy. Zamrugał kilka razy, chcąc przepędzić do reszty opary alkoholu i z dumą popatrzył na szefa.
– Sam to wymyśliłeś? – nie dowierzał Sieradzki.
– Sam! – odparł natychmiast Borek, lecz tym razem umknął spojrzeniem.
– Sam to ty się co najwyżej wysrać potrafisz. Ty tępy kutasie! Kto wpadł na ten pomysł? Pewnie wymyślił, że przejmiecie interes Gojnego dla siebie. No, gadaj szybciutko!
– To był pana brat – wybełkotał przerażony Borkowski. – Mówił, że pora się usamodzielnić.
– Co ci obiecał?
Benita wstała, nie czekając na odpowiedź Borkowskiego. Dostała już to, po co przyjechała. Tarcia wewnątrz organizacji Pastora niezbyt ją interesowały, a nie zamierzała uczestniczyć w wymierzaniu kary niesubordynowanemu pracownikowi.
– Dziękuję za pomoc. Nie będziemy zabierać więcej czasu.
Niemal się wzdrygnęła, widząc w oczach Sieradzkiego błysk szaleństwa. Mężczyzna przez chwilę patrzył na nią, jakby widział ją po raz pierwszy, potem przywołał na twarz imitację uśmiechu.
– Zawsze do usług. A co z tym? – Dotknął kieszonki.
– Pana sekret jest u mnie bezpieczny. Oczywiście, o ile ja będę bezpieczna. Bo gdyby przyszedł panu do głowy pomysł, że byłoby jeszcze bezpieczniej, gdybym zniknęła, to wówczas ten sekret przestanie być sekretem. Umiem się zabezpieczać.
Jakiś przebłysk w jego oczach powiedział jej, że trafiła. Uśmiechnęła się słodko i rzuciwszy krótkie „miłego dnia”, poszła w stronę wyjścia, a koledzy podążyli za nią. W samochodzie Forman włożył kluczyk do stacyjki, lecz go nie przekręcił.
– Co było na tej kartce?
– Słyszałeś, że obiecałam mu dyskrecję.
– Nie pogrywaj z nami – oburzył się aspirant. – No?
– „Wiem, że wolisz chłopców. Mam dowody. Pogadajmy”. Tylko te trzy zdania, nic więcej. Zaryzykowałam i trafiłam, to wszystko.
– Przecież ty nie masz żadnych dowodów! – wykrzyknął Szot.
– Ale on o tym nie wie – rzuciła beztrosko i sięgnęła po telefon. – Zatrzymaj się gdzieś w miarę blisko – poprosiła Ryśka. – Zadzwonię do Romana i Daniela, żeby podjechali. Mogą im się przydać informacje o rozłamie wewnątrz firmy Pastora.
– A także to, że niedługo znajdą zwłoki Borkowskiego – dodał Forman bez cienia żalu. – Niech podjadą na BP powyżej Hulanki, tam się spotkamy.
Po przyjeździe do Cieszyna Herrera wykonała jeszcze jedno połączenie.
– Musimy pogadać – oznajmiła zwięźle. – Mam dla pana ciekawe informacje, ale to nie jest rozmowa na telefon.
– Będę w Cieszynie za jakąś godzinę. Podjadę pod komendę, dobrze?
Spojrzała na zegarek. Dochodziła piętnasta.
– To za późno – stwierdziła z wyraźnym żalem. – Dzisiaj nie jestem zmotoryzowana. Forman obiecał odwieźć mnie do domu, ale muszę wyjść z pracy punktualnie, bo on się gdzieś spieszy.
Zauważyła nagle, że zaczęła się tłumaczyć i poczuła irytację. Już chciała rzucić jakąś kpiącą uwagę, by zatrzeć to wrażenie, gdy mężczyzna odezwał się ponownie, a w jego głosie usłyszała radość.
– W takim razie będę miał zaszczyt odwieźć panią pod sam dom. Gdzie pani mieszka?
– Na Manhatanie.
– No widzi pani, to nawet po drodze do Wisły! – Znów ta radość w jego głosie. – Moim zdaniem to znak.
Wolała nie dopytywać, czego znakiem miałaby być ta zbieżność tras. Jeszcze nie była na to gotowa. Chyba nie.

Artykuł Czy sekrety Trójkąta Beskidzkiego wreszcie wyjdą na jaw? Mroczne powieści pełne zbrodni i tajemnic. [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/czy-sekrety-trojkata-beskidzkiego-wreszcie-wyjda-na-jaw-mroczne-powiesci-pelne-zbrodni-i-tajemnic-wideo/feed/ 0
„Gdy bolszewicy byli blisko Warszawy, niemal każdy więzień twierdził to samo: ‚Będę bronił ojczyzny do ostatniej kropli krwi’”. Wspomnienia żydowskiego złodzieja, którymi zachwycił się Melchior Wańkowicz. [WIDEO] https://niezlomni.com/gdy-bolszewicy-byli-blisko-warszawy-niemal-kazdy-wiezien-twierdzil-to-samo-bede-bronil-ojczyzny-do-ostatniej-kropli-krwi-wspomnienia-zydowskiego-zlodzieja-ktorymi-zachwycil-sie-melc/ https://niezlomni.com/gdy-bolszewicy-byli-blisko-warszawy-niemal-kazdy-wiezien-twierdzil-to-samo-bede-bronil-ojczyzny-do-ostatniej-kropli-krwi-wspomnienia-zydowskiego-zlodzieja-ktorymi-zachwycil-sie-melc/#respond Tue, 12 Mar 2019 06:51:42 +0000 https://niezlomni.com/?p=50727

Żywe Grobowce po raz pierwszy ukazały się nakładem wydawnictwa „Rój” w 1934 roku i są kontynuacją Życiorysu własnego przestępcy – wspomnień Żyda i złodzieja występującego pod pseudonimem Urke Nachalnik. 

W pierwszej części – Życiorysu własnego przestępcy wspomniany złodziej i recydywista opisał swoje dzieciństwo, młodość oraz przedstawił wszystko to, co go sprowadziło na złą drogę. Urke Nachalnik, a właściwie Icek Boruch Farbarowicz, bo tak brzmiało jego prawdziwe nazwisko, zanim przybrał złodziejski pseudonim, sporą część swojego życia spędził w paserskich melinach albo w więzieniach. Życiorys własny przestępcy napisał w jednym z nich, w którym odsiadywał wyrok 8 lat za napad. Część druga powstała już na wolności. W Żywych grobowcach Nachalnik wraca do momentu, gdy siedzi w łomżyńskim „Czerwoniaku”, a Polska odzyskuje niepodległość. Tę doniosłą chwilę tak wspominał:
Radość moja i kolegów po rozkuciu z kajdan była bezgraniczna. Ściskaliśmy się wzajemnie i śmieliśmy się na poły głupkowato. Maniek w uniesieniu krzyczał na całe gardło: „Psia jego mać, niech żyje Polska!”.
Władza, stojąc na korytarzu i widząc naszą radość, śmiała się wraz z nami.
Z nastaniem niepodległości w łomżyńskim więzieniu zmienił się język klawiszy, zelżał więzienny dryl i poprawiło się jedzenie. Początkowo polska administracja czyniła wszystkim więźniom nadzieję na szybkie zwolnienie. Jednak tak się nie stało. Amnestia objęła zwłaszcza więźniów politycznych i przestępców z drobnymi wyrokami. Dla zawodowych kryminalistów takich jak Nachalnik, Rzeczpospolita nie miała taryfy ulgowej i w końcu musieli się oni pogodzić z tym, że pierwsze lata wolnej Polski spędzą za kratami. Prawdę mówiąc, taki obrót sprawy Nachalnikowi wyszedł tylko na dobre. W więzieniu mógł nauczyć się pisać i czytać po polsku, co miało kluczowy wpływ na jego późniejsze losy. Ta zdolność odkryła przed nim całe piękno literatury, a w przyszłości przyczyniła się do zmiany sposobu zarabiania na życie. Nachalnik tak polubił książki, że był gotów dla ich zdobycia złamać więzienny regulamin i trafić do karceru.
Jedynem mojem zajęciem w błogosławionym Mokotowie przez długie dni samotności w celi było czytanie książek, których dawano na tydzień dwie na celę. Wychodząc na spacer, starałem się zamienić przeczytane książki ze starszym więźniem z innej celi. Za to „przestępstwo według regulaminu groził mi karcer. Byłem łakomy wiedzy i dlatego kara nie odstraszała mnie, toteż wciąż na lewo brałem nowe książki.
Urke Nachalnik czytał wszystko, co mu wpadło w ręce. Jak sam przyznał, najbardziej lubił tych autorów, którzy znali życie.
Pamiętam, z jakim to zachwytem czytałem książkę Londona: Martin Eden. Byłem zachwycony. Do dziś pamiętam cały utwór, tak mi się podobał.
Nachalnik, jak wielu przed nim, przygodę z pisarstwem zaczął od wierszy, które początkowo wydrapywał na ścianach celi, jak to było w zwyczaju. Kiedy został przeniesiony do więzienia mokotowskiego, jego poezję zaczęto drukować w gazetce „Głos Więźnia”. W końcu zaczął pisywać opowiadania inspirowane swoim życiem, a może i kumpli spod celi. Odsiadując w rawickim więzieniu ośmioletni wyrok za napad, nawiązał kontakt z wydawnictwem „Rój”, do którego wysłał próbkę swej twórczości. Melchior Wańkowicz zauważył w nim, tak jak później w Sergiuszu Piaseckim, talent i namówił do napisania autobiografii. Życiorys własny przestępcy – pierwsza część jego wspomnień trafiła do księgarń w 1933 roku, jednak ich wydawcą nie był Wańkowicz, tylko Towarzystwo Opieki nad Więźniami „Patronat”. Stało się tak za sprawą Stanisława Kowalskiego, nauczyciela w rawickim więzieniu, który zainteresował się Nachalnikiem. Jego wspomnienia wysłał do USA słynnemu socjologowi Florianowi Znanieckiemu, który ocenił je bardzo wysoko. Przede wszystkim jako materiał obrazujący życie przestępców i ich środowisko, co mogło być wyjątkowo cennym źródłem dla psychologów, kryminologów i socjologów badających ten aspekt ludzkiego życia. Książka ta odbiła się szerokim echem, budząc wiele skrajnych emocji. Nachalnik na swój sposób stał się sławny, ale nie bogaty, na co zapewne liczył. Jednak odkąd zaczął pisać, już nigdy nie wrócił do więzienia i zamiast wytrychem, na życie zarabiał piórem. Urke nie miał farta w złodziejskim rzemiośle, bo mając 35 lat, piętnaście z nich spędził w więzieniach, zatem bilans zysków i strat był bardzo mizerny. Można odnieść wrażenie, że Nachalnik został przestępcą tylko po to, żeby później mieć o czym pisać i z czego żyć.
Jeszcze przed ukazaniem się Żywych grobowców – drugiej części wspomnień, nakładem wydawnictwa M. Fruchtman wyszedł zbiór nowel, noszący tytuł Miłość przestępcy.


Mogłoby się wydawać, że Żywe grobowce to tylko kilka kolejnych lat z życia złodzieja, ale w tym czasie, kiedy Nachalnik siedział w więzieniu, odrodziła się Rzeczpospolita i doszło do wojny z bolszewikami oraz bitwy Warszawskiej. Oba te jakże ważne wydarzenia znalazły swoje odzwierciedlenie we wspomnieniach Nachalnika. Niepodległość Polski przywitał za murami łomżyńskiego „Czerwoniaka”i panujący wówczas nastrój uwiecznił na łamach zarówno Życiorysu własnego przestępcy, jak i w Żywych grobowcach.
Natomiast wojnę z bolszewikami oglądał zza krat mokotowskiego więzienia, do którego został przeniesiony w 1919 roku. Tu opisuje bardzo ciekawy epizod. Mianowicie 16 sierpnia do mokotowskiego więzienia przywieziono kilka wagonów pieniędzy, miano je spalić w tamtejszej kotłowni, żeby nie dostały się w ruskie łapy. Kiedy ta informacja rozeszła się wśród więźniów, ci od razu zaczęli kombinować jak taką okazję wykorzystać z pożytkiem dla siebie. Kilku skazanych wtajemniczyło Nachalnika w swoje plany, widząc w nim osobę niezbędną do realizacji takiego przedsięwzięcia.
– Jak to, nie rozumiesz? Bolszewicy są blisko Warszawy, nasi chcą spalić pieniądze, aby nie wpadły im w ręce.
– Teraz rozumiem, ale powiedz, skąd ty wiesz o tem?
– Palacze mówili. Dzisiejszej nocy palili już forsę, a nawet udało im się przynieść kilka banknotów po tysiąc marek. – Tu obejrzał się na wszystkie strony i wyciągnął kilka papierków, wymachując niemi w powietrzu.
Nie dowierzałem własnym oczom. Były to nowe banknoty tysiąc-markowe spod prasy; aż dusza śmiała się do nich. Uradowany zawołałem:
– Dobrze, mów, co mam zrobić, wszystko zrobię.


Jednak głównym tematem Żywych grobowców nie są wydarzenia historyczne, a życie codzienne i obyczaje panujące w więzieniach, które wówczas gościły w swoich murach ich autora. Urke Nachalnik, tak jak w pierwszej części wspomnień, tak i tu przedstawił mnóstwo obserwacji mających dziś walor wyjątkowego świadectwa. Ma się wrażenie, że z niemal fotograficzną dokładnością odzwierciedlił panujące tam zwyczaje, choć niektóre opisane przez niego epizody mogą wydawać się zbyt podkoloryzowane czy wręcz niewiarygodne. Ale jest to praktycznie nie do zweryfikowania.
Urke zdradza nam tajemnice świata więziennego, w którym egzystował. Opisuje zasady jego funkcjonowania, normy zachowania, przepisy, jak wyglądał dzień i noc skazanych, za co można było trafić do karceru. Kto był frajerem, a kto fetniakiem, czym się różnił doliniarz od klawisznika, kto stał na szczycie więziennej hierarchii i jak ważną rolę w życiu złodzieja odgrywał jego honor.
Nachalnik bez ogródek dzieli się wszystkim tym, co działo się za więziennymi murami, począwszy od bójek, w których brał udział, a które miały pokazać, kto jest kim w szeregu, kwitnący pokątny handel ze zblatowanymi strażnikami, po pederastię, której się brzydził. Z tego też powodu sam sobie zadawał retoryczne pytanie, dlaczego władze nie sprowadzą raz w miesiącu kobiet lekkich obyczajów, by zaspokoić seksualne potrzeby więźniów?
Brak kobiet doskwierał mu bardziej niż głód, tęsknił za damskim towarzystwem.
Miły Boże, cóż to za rozkosz być najedzonym w więzieniu i marzyć słodko! W takich dobrych chwilach, których w więzieniu miałem niewiele, więzień zawsze marzy o kobietach. Kobieta wprowadza więźnia w inny świat. Ileż to razy ukradkiem, po dwie godziny i więcej, stałem przy oknie, nie bacząc na karę, która mnie czekała, by tylko ujrzeć przechodzącą za murami więzienia kobietę.
Ale w końcu i ten problem udało mu się rozwiązać na pewien czas. Pracując w więziennej piekarni, miał kontakt z więzienną kuchnią, w której pracowały skazane kobiety. Jedna z nich została jego kochanką. Miała na imię Adela i kończyła odsiadywać wyrok za współudział w morderstwie.
W sierpniu 1923 roku Urke Nachalnik opuścił mury mokotowskiego więzienia z mocnym postanowieniem poprawy. Chciał zerwać z przeszłością, a swój dotychczasowy świat pozostawić za więzienną bramą. Jednak rzeczywistość okazała się być brutalniejsza, niż mu się zdawało.
Po ukazaniu się Żywych grobowców, Nachalnik zaniechał kontynuowania swojej biografii. Możliwe, że czuł się zawiedziony niskimi nakładami, małymi pieniędzmi, i że nie odniosły takiego sukcesu, na jaki liczył, a może tak postąpił z pobudek osobistych? Dopiero rok przed wojną, w 1938 roku, nakładem N. Szapiro wydał książkę, będącą opowieścią o jego życiu: Moja droga życiowa. Od jeszewytu i więzienia do literatury.
Jedni widzieli w nim zwykłego złodzieja, drudzy ofiarę losu, a jeszcze inni literata. Urke Nachalnik, a raczej Icek Baruch Farbarowicz, był chyba wszystkim po trochu.

 

 

Fragment książki Urke Nachalnika pt. Żywe grobowce:

Przypominam też sobie, jak czytał Ogniem i mieczem i Potop. Każde jego słowo utkwiło mi po prostu w pamięci, tak mi się podobało. Kmicic i pan Wołodyjowski tak mi zaimponowali, że w dzień i w nocy o nich myślałem. Mógłbym nawet wtedy dokładnie określić ich wygląd zewnętrzny. Raz nawet Oleńka mi się przyśniła… Zagłoba zaś śnił mi się tylko wtedy, kiedy byłem głodny. Stał wówczas zawsze przede mną z wielkim salcesonem w jednej, a butelką wódki w drugiej ręce. Nieraz przez tego opoja zasnąć nie mogłem, gdyż z jego ukazaniem się głód zawsze się zwiększał.
Ach, jaki wtedy zły byłem na Zagłobę. Życzyłem mu, aby on się dostał do „Czerwoniaka”, choćby na jakieś sześć miesięcy, i popróbował, co znaczy głód. Wtedy na pewno przestałby kpić z głodnych.

Miałem też żal do autora tego dzieła: po co jeszcze tego grubasa i opoja w swoim opowiadaniu ku mojemu utrapieniu umieścił?
Prócz szkoły i bohaterów powieści, którzy zajmowali mi czas w nudnym życiu w więzieniu, miałem też pewnego przyjaciela, który także przyczyniał się nieraz w smutnych chwilach do odzyskania lepszego humoru. Owym przyjacielem był nie kto inny, tylko marna mała myszka. Wiele przyjemnych chwil spędziłem razem z nią. Kiedy drzwi celi zamykały się po podaniu mi jedzenia, zawsze razem z miską na stole zjawiała się i myszka, i skakała wokoło miski. Podsuwałem jej skwarki i najlepsze kąski mego skromnego pożywienia. Nie obawiała się mnie wcale. Tak ją wytresowałem, że wdrapywała mi się na głowę i schodziła z powrotem na stół. Dla lepszego poznania jej, pomalowałem jej ogonek na żółto. Zrobiłem to po to, by się przekonać, gdy mnie przetranslokują do innej celi, czy ona także za mną podąży.
Dłuższy czas rozmyślałem nad tym, czy nie udałoby się posługiwać myszką do jakichś poważniejszych celów? Celem moim – czytelnik na pewno się domyśla – było zawsze to samo: jakim sposobem wydostać się stąd na wolność? Nosiłem się z zamiarem, w który sam nie wierzyłem, by nauczyć myszkę wynosić grypsy do innych cel, abym mógł się porozumiewać z tymi kolegami, na których mogłem polegać. Fantazja unosiła mnie coraz dalej i nawet już myślałem, że myszka tak się udoskonali, że nawet za bramę będzie grypsy wynosiła. Budowałem zamki na lodzie. Chwytałem się jak tonący brzytwy: w nic nieznaczącej małej myszce pokładałem całą nadzieję, nadzieję odzyskania wolności. W mojej wyobraźni, gdy o tym myślałem, myszka wyrastała do rozmiarów słonia.
Nadzieja moja jednak rozprysła się jak sen po kilku nieudanych próbach w tym kierunku. Zostałem wkrótce, nie wiedząc z jakiej przyczyny, przeprowadzony do innej, gorszej celi. Rozstałem się z myszką na zawsze…

*

Nigdy ten dobry, nabożny wychowawca nie oddał żadnej przysługi więźniowi, także gdy ta przysługa według regulaminu więziennego była dozwolona, a nawet wskazana. Jednym słowem, był to typ, jakiego wymaga zaszczytna służba w więzieniu. Niejednemu więźniowi dopomógł w szybszym ukończenia kary tym, że ułatwił mu przeniesienie się na łono Abrahama. Bił więźniów nie gorzej od Rola. Różnica była tylko w tym, że Ról, prócz bykowca, nic podczas egzekucji w ręku nie trzymał, a ten jedna ręką bił bykowcem, a w drugiej ściskał modlitewnik.
Nic więc dziwnego, że gdy ten nabożny człowiek ujrzał pod swoją opieką przy pracy takich ludzi „dobrych”, jak była nasza zacna trójka, z miejsca zaopiekował się nami. Wciąż prawił nam morały.
– Synu – mówił do Staśka – trzeba pracować, by Polskę odbudować, a nie tracić czas na rozmowy.
– Panie dozorco – odrzekł Stasiek – jak Polska ma takich dobrych jak pan ludzi, to i tak się odbuduje, a nasza praca jest zbyteczna.
Dozorca sam nie zmiarkował, jak wciągnięto go do rozmowy. Muszę tu zaznaczyć, że lubił prowadzić rozmowy z więźniami, starając się w toku rozmowy prawić nam morały, które zapewne wyczytał w modlitewniku.
Widząc go w dobrym humorze, począłem żartować i zagadnąłem:
– Panie dozorco, pamiętam dobrze, jak pan za Rosji ku…y łapał po ulicach. Niech pan tak powie, co było lepiej: za Rosji ku…y łapać i pakować do labaja, czy teraz za Polski pilnować i bić złodziejów?
Dozorca widać nie spodziewał się tak urągliwego pytania, zaczerwienił się jak sztandar bolszewicki i odparł nie bez złości:
– Synu, ty nie bądź taki mądry. Teraz nie jest Rosja, kiedy złodzieje prowadzili rej w więzieniu. Ty siedź cicho, synu, a lepiej na tym wyjdziesz.
Widząc, jak moje pytanie ośmieszyło go w oczach więźniów, którzy śmiali się na głos, zaryzykowałem jeszcze:
– O, panie dozorco, gdybym to ja miał takiego dobrego ojca jak pan, nie siedziałbym teraz w więzieniu za kradzież.
– A za co byś ty siedział, synu? – zaciekawił się dozorca.
– Za ojcobójstwo, panie dozorco.
Dozorca zbladł jak płótno, jednakże nie zdążył nic odpowiedzieć, bowiem zawołano go na centralę. Rzucił tylko, odchodząc, straszne, nienawistne spojrzenie w moim kierunku, tak że w duchu zaczynałem już żałować, wiedząc, że on się na pewno na mnie zemści.
Stasiek odezwał się do mnie:
– Zobaczysz, że klawisz na tobie się odegra. Ja dobrze znam tego chama. Po co ci było z psem zaczynać? Zdaje mi się, że do pracy więcej cię już nie puści. Już on znajdzie na ciebie sołdacką pretensję, by ci czym „nagolić”.

*

Nieraz słyszałem wówczas w celi, gdy bolszewicy byli blisko Warszawy, spory i rozmowy, niemal każdy twierdził to samo: „Będę bronił ojczyzny do ostatniej kropli krwi”. Co innego jest ojczyzna, a co innego społeczeństwo, to że społeczeństwo napiętnowało ich jak zbrodniarzy, nie obniża wcale poziomu ich miłości do ojczyzny.
W więzieniu rozeszła się wówczas pogłoska, że jest rozkaz w kancelarii, aby wybrać z więźniów ochotników na front. Prawie wszyscy jak jeden mąż postanowili nadstawić własne piersi najeźdźcom. Pragnęli stanąć w szeregach armii choćby w najgorszym ogniu, by pokazać społeczeństwu, że nie są tak podli, za jakich ich uważają.
Żaden przestępca moim zdaniem nie ma takiego żalu do wymiaru sprawiedliwości, który pozbawia go wolności na określony przeciąg czasu, jak do społeczeństwa, które skazuje go po odbyciu kary na całe życie, nie chcąc mu dać pracy. Społeczeństwo jest gorsze, gdyż swoją srogością i nieufnością skazuje go na głodową śmierć. Tym samym społeczeństwo samo przeciw sobie wpycha mu do rąk narzędzia zbrodni i – co za tym idzie – przestępca musi powrócić, skąd przybył.

*

– Słuchaj, brachu! Wczoraj o północy przywieziono na kotłownię szesnaście wagonów pieniędzy do spalenia. Słyszysz, szesnaście wagonów forsy! Całą noc nie spałem, myśląc, jak się dostać na kotłownię i do forsy. Cały dzień myślałem nad tym i doszedłem do przekonania, że wszystko się da zrobić.
– Skąd ty wiesz o tym? – przerwałem mu. – Może to bujda. Kto będzie palił pieniądze?
– Jak to, nie rozumiesz? Bolszewicy są blisko Warszawy, nasi chcą spalić pieniądze, aby nie wpadły im w ręce.
– Teraz rozumiem, ale powiedz, skąd ty wiesz o tym?
– Palacze mówili. Dzisiejszej nocy palili już forsę, a nawet udało im się przynieść kilka banknotów po tysiąc marek.
Tu obejrzał się na wszystkie strony i wyciągnął kilka papierków, wymachując nimi w powietrzu.
Nie dowierzałem własnym oczom. Były to nowe banknoty tysiąc-markowe spod prasy, aż dusza śmiała się do nich. Uradowany zawołałem:
– Dobrze, mów, co mam zrobić, wszystko zrobię.
– Więc słuchaj. Za dwa, trzy dni zapewne nas zwolnią. Jutro w nocy staraj się za wszelką cenę dostać na podwórko kotłowni. Wiesz, tam gdzie sypią popiół z kotłowni. Wszystko już jest zrobione. Palacze postarają się zepsuć światło elektryczne w całym więzieniu, wtedy będziesz miał znak, że masz natychmiast tam być. Palacze są po pracy rewidowani do naga i nic ze sobą nie mogą zabrać. Ale umówiłem się z Julkiem, on jest cwany i wszystko zrobi. Pieniądze są w paczkach po tysiąc banknotów w jednej. On zrobi tak, że podczas wrzucania paczek do pieca, wrzuci kilka z nich do popielnika, po czym zabierze je razem z popiołem na taczki i wysypie to na podwórku, a ty wpadniesz z workiem, zabierzesz i zamelinujesz w piekarni. Czy twój majster jest blatny czy nie?
– To być nie może, mój majster za kawałek chleba zabija ludzi. Ja za żadne skarby nie mogę z nim nic zrobić. To się na nic nie zda.
– Głupi jesteś, spróbuj go zblatować, a zobaczysz. Gdyby on sam nie był blatny, to nie biłby tak więźniów. Sam udaje, że jest srogi i uczciwy, a kradnie, co się da. Ja się znam dobrze na tym. Wszyscy „klawisze”, którzy są źli, są największymi złodziejami. Spróbuj, a zobaczysz, że uda ci się go zblatować.

*

Na piekarni powodziło mi się nieźle. Aresztantka, o której wspomniałem i która mnie tak zainteresowała, okazała się bardzo dobrą dziewczyną. Nazywała się Adela. Siedziała w więzieniu wraz ze starszą siostrą, jeszcze w śledztwie, za udział w zabójstwie jej męża. Była ona starszą kucharką. Nic więc dziwnego, że dbała o to, abym nie był głodny. „Odpalała” mi zawsze to kawał słoniny, to mięsa i przechowywała je w pończochach przed okiem chytrej dozorczyni.
Na kuchnię wstęp miałem wzbroniony. Jednakże przy okazji – to po obiad, to po wodę gorącą do ciasta – wchodziłem tam. Później zaś, gdy pozyskałem zaufanie dozorczyni, która była czterdziestoletnią panną o wyglądzie Ksantypy, a której prawiłem komplementy, co jej bardzo pochlebiało, miałem już tam wstęp dozwolony.
Zaufanie mego dozorcy zdobyłem także. Miał on pod sobą i kuchnię, a także magazyn żywnościowy. Codziennie po obiedzie wydawał prowianty do kuchni na następny dzień. Po prowianty przychodziła dozorczyni z Adelą i dwie aresztantki. Ja zawsze pomagałem w wydawaniu prowiantów. Wraz z Adelą kradliśmy to cukier, to słoninę, wreszcie, co do ręki wpadło. Jedna z aresztantek zagadywała dozorcę, który lubił poflirtować, a my tymczasem robiliśmy swoje.
Taki stan rzeczy trwał dość długo, aż wreszcie gdy nastąpiła kontrola i okazało się, że brak do wagi pewnej ilości produktów, wstępu do magazynu stanowczo nam zabroniono.
Do pomocy wziąłem sobie więźnia, którego znałem z wolności. Miał on tylko sześć miesięcy za to, że w piekarni, w której pracował, skradł trochę mąki.
Pomocnik mój znał fach piekarski lepiej ode mnie. Wiedziałem też, że potrafi trzymać język za zębami, i dlatego wskazałem na niego, będąc pewny, że on mnie nie zdradzi.
Mimo wszystko byłem ostrożny. Nie zwierzałem mu się z moich planów ucieczki. Wszystko, co mogłem, czyniłem tak, aby on o tym nie wiedział, tylko w wyjątkowych wypadkach, gdy już coś nie mogło ujść jego uwagi, wyjaśniałem mu, że robię to wszystko dla naszego wspólnego dobra.
Ja, jako majster, mogłem przychodzić z celi do piekarni, kiedy tylko chciałem. Pomocnika puszczano z celi tylko wtedy, kiedy ja kazałem go wypuścić do pracy. Urządzałem się zawsze tak, że dyżurny oddziału wypuszczał mnie czasami już o świcie i jeszcze wcześniej, motywowałem to koniecznością, twierdząc, że w przeciwnym razie kwas na chleb byłby do niczego.
O tej samej porze Adela, jako starsza kucharka, przychodziła do kuchni, by zacząć pracę około śniadania dla więźniów. Dyżurny zamykał nas i oddalał się na oddział.
Pewnego dnia stanąłem przy drzwiach, nasłuchując. Gdy przekonany już byłem, że dozorca pozamykał za sobą drzwi prowadzące do kuchni, i gdy kroki jego zupełnie ucichły, prędko wyciągnąłem z ukrycia dorobiony przeze mnie wytrych do drzwi piekarni i kuchni. Adela na to tylko czekała, gdyż działałem za jej zgodą. Z początku nie chciała się na to zgodzić, obawiając się skutków i kary. Jednakże zgodziła się. Czyż mogła ona jako młoda kobieta, i to będąc w więzieniu, oprzeć się takiej pokusie?
Zabawialiśmy się w ten sposób nie więcej jak kilka minut. Wprawdzie ciężko nam było się rozstać, cóż było jednak robić? Byliśmy więźniami, a dyżurny często do nas zaglądał.
Tego rodzaju uciechy, które w więzieniu są rzadkością lub są zupełnie niemożliwe, urządzaliśmy sobie dwa lub trzy razy tygodniowo. Nie chcąc ściągać na siebie uwagi dozorców, byłem ostrożny, bardzo ostrożny. Nieraz miałem kłopot z Adelą, gdyż nie chciała mnie puścić od siebie. Gdy tylko otwierałem drzwi kuchni, padała mi prosto w objęcia niemal nieprzytomna. Zapominała o wszystkim, nawet o tym, gdzie nasze spotkanie się odbywa. Nieraz musiałem użyć siły woli, by z jej rozkochanych ramion się wydostać.

*

Jak się później przekonałem, we wszystkich więzieniach w celach ogólnych więźniowie dzielą się na cztery kategorie. Pierwsza – to zawodowcy, tych jest znikoma ilość. Jak już poprzednio zaznaczyłem, ci prowadzą rej po więzieniach i są tu panami położenia. Kategoria druga, to tak zwane cwaniaki, fetniaki. Składają się przeważnie z alfonsów, drugorzędnych nożowców, pijaków, którzy przychodzą do więzienia tylko „sezonowo”. Najwięcej tych sezonowców spotyka się po więzieniach w wielkich miastach stołecznych. W Warszawie większa część sezonowców – to murarze, strycharze, którzy na zimę przychodzą tu na odpoczynek. Sezonowcy są awanturniczego usposobienia, co stawia ich niżej od zawodowców.
Alfonsi, drugorzędni nożowcy i tym podobna arystokracja tej branży należą do sezonowców dlatego, że latem jako tako mogą się utrzymać z marnych zarobków swych ofiar i nie potrzebują opłacać za nich komornego. Uprawiają swój zawód za Dworcem Gdańskim, pod gołym niebiem, pod mostami i w tym podobnych kryjówkach, co nie wymaga ani komornego, ani lokalowego. Zimą jest inaczej i dlatego są oni zmuszeni przychodzić do „Mokotowa”.
Taki „cwaniak” nigdy nie przynosi większego wyroku niż sześć miesięcy, popełniają takie tylko wykroczenia, za które kara, nawet gdy nie jest po raz pierwszy, nie przekracza tego terminu.
Kategorię trzecią stanowią bandyci, którzy mają wyroki od ośmiu lat do bezterminowego, dożywotniego więzienia. Złodzieje pogardzają nimi, gdyż robią przeważnie na mokro. Prawdziwy złodziej czuje wstręt do mokrej roboty. Rozumuje on w ten sposób: jeśli ukradnę „po cichu”, nie wyrządzam tym swoim ofiarom śmiertelnej krzywdy. Mogą się oni na nowo dorobić, i nawet po raz drugi mogę do nich zawitać, nieraz się zdarza, że się składa wizytę po raz trzeci. Ale gdy zabiję, tamten już nigdy się nie dorobi i mogę być na tym tylko stratny.
Rozumują też i tak: po co mam chodzić na „stój” i dostawać od razu duży ochłap albo „koło” i już więcej wolności nie ujrzeć, kiedy mogę kraść i dostać kilka miesięcy, a w najgorszym wypadku parę lat, gdy wpadnę. Pozostaje jednak zawsze nadzieja, że gdy wyjdę, mogę jeszcze raz spróbować szczęścia – i mogę trafić i zabastować.
Każdy złodziej myśli zawsze, że ta robota, na którą właśnie się udaje, jest już ostatnia. Zawsze liczy na to, że trafi na większą sumę i zbastuje. Jest to marzenie każdego zawodowca: raz trafić i zostać porządnym człowiekiem. I tak długo chodzi na tą „ostatnią” robotę z myślą, że tu właśnie znajdzie ukryty skarb, aż na nowo trafia prosto do ula.
Bandyci rekrutują się, jak się przekonałem, przeważnie z chłopów ze wsi, byłych wojskowych. Zapewne skosztowali oni na wojnie światowej ludzkiej krwi, tanich zabaw z prostytutkami – i zapachniało im pijaństwo i rabunek. Toteż po zwolnieniu ich z wojska, gdy powrócili do domu na nudną wieś, praca na roli po takim wesołym, beztroskim życiu nie mogła już smakować […]
Dużo bandytów rekrutuje się też z bezrobotnych. Pracy nie ma, ukraść nie wie jak – to jest fach, który trzeba dobrze umieć. Żołądek wkłada mu do ręki broń – a w braku broni nóż, pałkę lub zwyczajny kij. Zresztą czy trzeba wielkich narzędzi do zabicia człowieka? Rezultat jest ten sam: wieczne więzienie jak w banku.
Kategoria czwarta – to ofiary losu. Przypadkowe zabójstwo, nieszczęśliwa miłość, podłość ludzka i tym podobne. Ci są w więzieniu najnieszczęśliwsi z nieszczęśliwych. Chodzą po celach cicho jak cienie. Rzadko kiedy z kategorii czwartej wychodzi się na wolność. Gruźlica powiększa karę, wymierzoną przez sprawiedliwość ludzką, nieporadność w więzieniu również przyczynia się do prędszej śmierci tych ofiar.
Wszystkie te kategorie, z wyjątkiem czwartej, trzymają się w więzieniu razem.

*

Na kartoflarnię pchano największych niedołęgów, a także największych cwaniaków, tak zwane „Czterdziechy”, „Ojratyrera”, „Usiasiusia”, kapusiów, półwariatów albo symulujących wariatów – wszystko pchano do mojego państewka. Miałem zadanie nie lada, by utrzymać porządek między mymi poddanymi. Jako starszy celi godziłem spory i kłótnie. Czasami też trzeba było wystąpić namacalnie i zrobić „dyplomatyczny ruch”. Dzięki temu tylko, że szanowano mnie jako dobrego urka, a ferajna, która stale była w celi, trzymała ze mną sztamę, mogłem panować nad resztą nieposłusznych w celi.
Mimo to zdarzało się, że musiałem stoczyć bitwę z kilkoma cwaniakami naraz. Muszę tu powiedzieć bez pochwały dla siebie, że zawsze z tej „dyplomatycznej” walki wychodziłem wygrany. Po każdym takim wypadku szanowano mnie jeszcze więcej. Moja siła fizyczna, która była znana w całym „Mokotowie”, musiała im zaimponować. Bywało, pobijemy się, a za chwilę, jakby nigdy nic nie zaszło, już w najlepsze rozmawiamy i dzielimy się wszystkim, jak najserdeczniejsi przyjaciele. Bójki trzeba było staczać o lada słowo, które się nie spodobało koledze po fachu. Frajer cham nigdy nie stawia oporu i zawsze jest posłuszny, choćby nie chciał. Wie, że tu złodziejowi wszystko wolno i woli przemilczeć swoją krzywdę. Skarżyć się przed władzą jest jeszcze gorzej – ogłoszą go kapusiem i w każdej celi, do której go wsadzą, jest przegrany. Za każdym świeżym więźniem, skądkolwiek by przybył – czy z innego więzienia, czy też z drugiej celi – idzie telegram co do jego osoby.

*
Po kilkuletnim pobycie w więzieniu w najłagodniejszych nawet więźniach rodzą się dzikie instynkty. Jedyne ich rozrywki – to bójki i kłótnie, które nie ustają. A wobec przymusowego życia bez kobiet krzewią się zboczenia seksualne. Tu także w sposób nieopisany kwitła pederastia. Zdarzały się pary łączące się – że się tak wyrażę – z prawdziwego wzajemnego uczucia. W większości wypadków była to prawdziwa prostytucja, ponieważ „kochanki” kupowano za tytoń, dolewki, „klamoty” lub coś w tym rodzaju,
Czy nie lepiej byłoby sprowadzić do więzienia raz na miesiąc pewną liczbę piękności lekkiego prowadzenia się, by zaspokoić panujący tu głód seksualny? […]

-Siostra żądała połowy majątku i straszyła, że jak nie dam, wyda mnie policji. Udałem, że zgadzam się na wszystko i kombinowałem teraz, jak jej się pozbyć… Ale ona widać zrozumiała, co się święci, i poleciała do żandarmerii. Aresztowali mnie, dali „koło”. Mam teraz ziemię, żonę, wszystko – zakończył, śmiejąc się idiotycznie.
Zapytałem go, czy nie żałuje tego, co uczynił, a on mi odparł:
– Zgadł pan, ja bardzo żałuję. Ale szkoduję, że i siostry nie posłałem tam, gdzie matkę.
Był to czysty typ zwyrodnialca. Zaczepiał każdego w celi, mówiąc:
– Ty, chcesz kichy odgrzać?
„Kichy odgrzać” każdy tu chciał, więc nie brakowało mu gości. Nie mogłem patrzeć na tego więźnia, na próżno mu tłumaczyłem, aby tego nie czynił – nic nie pomogło. Tłumaczył się, że przyzwyczaił się do tego i bez tego żyć już nie może.
Nie było rady. Kapować, że to robi, nie mogłem, więc dłuższy czas był w celi, aż wreszcie zachorował. Wzięto go na towarową stację i „kasztan” położył koniec jego nędznemu życiu.
Drugim, który zajmował się tym samym w celi z zamiłowania, był niejaki Steik, Niemiec. Był to piękny chłopiec o wyglądzie dwudziestoletniej dziewczyny. Miał on, jak mi opowiadał, szesnaście lat, gdy dostał się do domu poprawczego w Studzieńcu. Tam zmusili go do tego rówieśnicy. Po opuszczeniu tego domu nie mógł już żyć bez tego. Ponieważ na wolności amatorów na coś podobnego trudno znaleźć, starał się, jak sam mówił, dostać na krótko do więzienia. Omylił się jednak i zamiast spodziewanych kilku miesięcy dostał osiem lat.
Środa była dla niego najlepszym dniem. Więźniowie, którzy otrzymywali podania z wolności, dawali mu wieczorem coś zarobić. Cała kolejka była do niego. Żartowałem z niego, ale on sobie z tego nic nie robił i zgarniał do torby zarobki. Palił tytoń, którym go obdarowywano. Nieraz dostał ode mnie w szyję za swoje postępki, wiele razy musiałem jednak milczeć, gdyż największe cwaniaki byli jego gośćmi. Chcąc go się koniecznie pozbyć, postarałem się wypchnąć go na funkcję. Zabrano go na korytarzowego na drugi oddział pod numer dwudziesty czwarty. Jak się dowiedziałem, tam czynił to samo.
Po wszystkich celach ogólnych homoseksualizm panuje w sposób straszliwy. Władza więzienna jest bezsilna wobec tej zarazy. Dlatego też w niemieckich więzieniach i w wielu innych państwach więźniowie w dzień są w wielkich salach, a na noc każdy z osobna udaje się na spoczynek do pojedynczej celi.
Więzień taki, przezywany „gliną”, pogardzany jest tak samo jak kapuś. Przy stole nie wolno mu usiąść do jedzenia razem ze wszystkimi. Nie wolno też „glinie” dotknąć się czyjejś miski, chleba czy w ogóle, wszystkiego, co jest przeznaczone do jedzenia. Różnica między kapusiem a gliną jest tylko ta, że kapusiowi odbierają zdrowie, a tego nie biją. Przeważnie jednak kapuś i „gliny” mieszczą się w jednej osobie.
Bardzo ciekawa jest etyka i prawo panujące w celach więziennych między więźniami. Złodziej może być nie wiem jak głodny, ale nie wolno mu przyjąć od kapusia ani od „gliny” nic do jedzenia. Złodziej musi się podporządkować temu prawu, inaczej nie jest uważany za
„charakternego” złodzieja. Nie wolno mu też utrzymywać stosunków koleżeńskich z frajerami. Największą obelgą dla złodzieja jest, gdy mu powiedzą: glina, kapuś. Za taką obelgę rżną się nożami. Natomiast k…. twoja mać jest przyjęte i nikt nie ma prawa się obrazić. Frajer znów odwrotnie, obraża się, gdy mu mówią k…. twoja mać, a na słowa kapuś, glina – wcale nie reaguje.

Fragment książki Urke Nachalnika, Żywe grobowce, Wyd. Replika, Poznań 2018. Książkę można nabyć TUTAJ

Żywe grobowce są kontynuacją wspomnień autora, zapoczątkowanych w książce Życiorys własny przestępcy. Urke Nachalnik to złodziej recydywista, który dużą część swojego życia spędził w towarzystwie przestępców bądź to na wolności, bądź za kratami. Akcja książki zaczyna się w momencie, w którym siedząc w więzieniu, Nachalnik dowiaduje się, że Polska odzyskała niepodległość. Początkowo łudzi się, że wkrótce wyjdzie na wolność, ale dla takich jak on nie było wówczas taryfy ulgowej.

Główną płaszczyzną Żywych grobowców jest życie codzienne w więzieniach, w których przebywał Nachalnik. Początkowo siedział w Łomżyńskim „Czerwoniaku”, później został przeniesiony do warszawskiego więzienia na Mokotowie. Dzięki Nachalnikowi możemy poznać wiele tajemnic, które skrywają zarówno więzienne mury, jak i świat przestępczy w nich osadzony. Poznajemy więzienną hierarchię, dowiadujemy się, kto jest „frajerem”, a kto „fetniakiem”, czym się różnił „doliniarz” od „klawisznika” i jak ważną rolę w życiu złodzieja odgrywał jego honor.

Po odsiedzeniu całego wyroku, w 1923 roku Nachalnik wyszedł na wolność. Miał zamiar zacząć nowe życie, jednak szara rzeczywistość, która czekała na niego poza murami więzienia, nie pozostawiła mu wiele złudzeń. Mimo szczerych chęci, aby być uczciwym człowiekiem, wciąż ciągnęło wilka do lasu.

Artykuł „Gdy bolszewicy byli blisko Warszawy, niemal każdy więzień twierdził to samo: ‚Będę bronił ojczyzny do ostatniej kropli krwi’”. Wspomnienia żydowskiego złodzieja, którymi zachwycił się Melchior Wańkowicz. [WIDEO] pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/gdy-bolszewicy-byli-blisko-warszawy-niemal-kazdy-wiezien-twierdzil-to-samo-bede-bronil-ojczyzny-do-ostatniej-kropli-krwi-wspomnienia-zydowskiego-zlodzieja-ktorymi-zachwycil-sie-melc/feed/ 0
„Nie jesteśmy tu po to, żeby rozwiązywać ‚sprawy’, lecz aby sprawiedliwości stało się zadość”. Klasyka kryminału. TYLKO U NAS fragment książki https://niezlomni.com/nie-jestesmy-tu-po-to-zeby-rozwiazywac-sprawy-lecz-aby-sprawiedliwosci-stalo-sie-zadosc-klasyka-kryminalu-tylko-u-nas-fragment-ksiazki/ https://niezlomni.com/nie-jestesmy-tu-po-to-zeby-rozwiazywac-sprawy-lecz-aby-sprawiedliwosci-stalo-sie-zadosc-klasyka-kryminalu-tylko-u-nas-fragment-ksiazki/#respond Tue, 05 Mar 2019 20:34:53 +0000 https://niezlomni.com/?p=50720

Anita Margolis przepadła. Mroczna i elegancka, o charakterze równie tajemniczym, jak jej niespodziewane zniknięcie. Jednak skoro nie ma ciała, ani też najwyraźniej przestępstwa, pozornie nie ma nad czym pracować. Dopóki do Wexforda nie trafia anonimowy list informujący, że w noc zniknięcia Anity została zabita „dziewczyna o imieniu Ann”.

Może jadą kogoś zabić. Tak mogłaby pomyśleć policja, gdyby zatrzymali samochód jadący zbyt szybko po ciemniejącej drodze. Mężczyzna i dziewczyna musieliby wysiąść i wytłumaczyć, dlaczego mają ze sobą niebezpieczną broń. Wyjaśnienia składałby mężczyzna, bo dziewczyna nie byłaby w stanie im odpowiadać. W zapadającym zmierzchu, patrząc na krople deszczu spływające po szybie, pomyślała, że noszone przez nich płaszcze przeciwdeszczowe wyglądają jak gangsterskie przebrania, a obnażony nóż jak gotów do działania.
– Po co ci on? – zapytała, odzywając się po raz pierwszy, odkąd wyjechali z Kingsmarkham, a uliczne latarnie miasteczka zatonęły w mżawce. – Nosząc taki nóż, możesz sobie narobić kłopotów. – Głos miała nerwowy, choć to nie z powodu tego noża się denerwowała.
Włączył wycieraczki.
– Co, dziewczyna zaczęła się wygłupiać? – powiedział. – Zmieniła zdanie? Może powinienem zasiać w niej bojaźń bożą. – Przesunął paznokciem po ostrzu.
– Nie bardzo mi się to podoba – odparła dziewczyna i znowu nie miała na myśli wyłącznie noża.– Może wolałabyś siedzieć w domu, do którego on powinien wrócić lada chwila? Jak dla mnie to cud, że w ogóle się przełamałaś, żeby skorzystać z jego samochodu.
Zamiast mu odpowiedzieć, powiedziała ostrożnie:
– Nie mogę spotkać się z tą kobietą, z tą Ruby. Posiedzę w samochodzie, a ty pójdziesz do drzwi.
– Tak jest, a ona wyjdzie od tyłu. W sobotę wszystko ustaliłem.
Stowerton początkowo wyglądało jak pomarańczowa mgła, skupisko świateł płynących przez opar. Wjechali do centrum miasteczka, gdzie wszystkie sklepy były pozamykane. Działała tylko pralnia samoobsługowa. Żony, które za dnia pracowały, siedziały przed maszynami, patrząc, jak pranie wiruje w ich czeluściach. W ostrym, białym świetle ich twarze wyglądały na zielonkawe, zmęczone. Znajdująca się przy skrzyżowaniu stacja benzynowa Cawthorne’a była ciemna, ale wiktoriański dom z tyłu jasno oświetlony, a z otwartych drzwi frontowych dobiegały dźwięki muzyki tanecznej. Słuchając tej muzyki, dziewczyna zaśmiała się miękko. Szepnęła coś do swojego towarzysza, ale ponieważ powiedziała coś tylko o Cawthorne’ach wydających przyjęcie, a nie o ich własnym przeznaczeniu i celu, jedynie obojętnie skinął głową.
– Która godzina? – zapytał.
Gdy skręcali w boczną uliczkę, zerknęła na kościelny zegar.
– Dochodzi ósma.
– Doskonale – stwierdził. Skrzywił się w stronę świateł i muzyki i uniósł palec w obelżywym geście. – To dla starego Cawthorne’a – powiedział. – Pewnie chciałby być teraz na moim miejscu.
Uliczki były szare i spłukane deszczem, i wszystkie wyglądały tak samo. Z chodników co cztery jardy wyrastały karłowate drzewka, a ich niezmordowane korzenie powodowały pękanie asfaltu. Przysadziste domy, ciągnące się całymi rzędami, były pozbawione garaży i prawie przed każdym stał samochód, do połowy na chodniku
– Jesteśmy, Charteris Road. Osiemdziesiąt dwa jest na rogu. Dobrze, we frontowym pokoju pali się światło. Myślałem, że wywinie nam jakiś numer, zacznie się denerwować czy coś i wyjdzie. – Wsunął nóż do kieszeni, a dziewczyna patrzyła, jak ostrze ponownie chowa się w rękojeści. – Nie powinno mi się to podobać – powiedział.
– Mnie również nie – odpowiedziała dziewczyna cicho, ale z nutą podniecenia w głosie.
Przez deszcz wcześnie zapadł mrok i w samochodzie było ciemno, zbyt ciemno, żeby widzieć twarze. Ich dłonie się spotkały, gdy oboje sięgnęli po małą, złotą zapalniczkę. W świetle jej płomyka ujrzała, że jego mroczne rysy lśnią. Wstrzymała oddech.
– Jesteś cudna – powiedział. – Boże, jesteś piękna.
Dotknął jej gardła, przesuwając palcami ku zagłębieniu między kośćmi obojczyków. Przez chwilę siedzieli, patrząc na siebie, ogień z zapalniczki rzucał na ich twarze miękkie cienie. Potem on zgasił płomyk i otworzył drzwi. Obróciła w dłoniach złotą kostkę, mrużąc oczy, by przeczytać inskrypcję: „Dla Ann, która rozświetla moje życie”.
Latarnia na rogu rzucała jasną plamę światła od krawężnika do furtki. Wkroczył w nią, a jego cień stał się czarny i ostry w tym wieczorze rozmytych konturów. Dom, do którego podszedł, był biedny i surowy, a ogródek od frontu za mały na trawnik. Była to po prostu ziemia obramowana kamieniami, jak nagrobek.
Stał na stopniu odrobinę na lewo od drzwi frontowych, tak by kobieta, która otworzy drzwi na jego pukanie, nie zobaczyła więcej, niż powinna, na przykład tyłu zielonego auta połyskującego w świetle latarni. Czekał niecierpliwie, postukując obcasem. Z parapetów okiennych, jak szklane koraliki, zwieszały się krople deszczu.
Gdy w środku usłyszał ruch, stanął sztywno i odchrząknął. Pojedyncza, szlifowana szybka w drzwiach nagle się rozjarzyła. Potem, gdy kliknęła zasuwa, w tym okienku pojawiła się pomarszczona, wymalowana twarz, poważna, lecz wylękniona, z szopą rudych włosów. Wsadził ręce do kieszeni, w prawej wyczuł gładką, wypolerowaną rękojeść i miał nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze.
***
Gdy sprawy potoczyły się źle, okropnie źle, miał upiorne poczucie fatum albo nieuchronności. W końcu by do tego doszło, prędzej czy później, w taki czy inny sposób. Coś nie wyszło i teraz próbował zahamować krwawienie własnym szalikiem.
– Lekarza… – jęczała ciągle. – Lekarza albo do szpitala.
Tego nie chciał, nie, jeśli mógłby tego uniknąć. Nóż miał z powrotem w kieszeni i chciał tylko wrócić na powietrze, poczuć deszcz na twarzy i wsiąść do samochodu.
Oboje mieli na twarzach strach przed śmiercią i nie mógł się zmusić, żeby spojrzeć jej w oczy, wytrzeszczone i czerwone, jakby krew odbijała się w źrenicach. W dół ścieżki, podtrzymywali się wzajemnie, wlokąc przez podobny do grobu kawałek ziemi, pijani paniką. Otworzył drzwi auta i osunęła się na siedzenie.
– Podnieś się – powiedział. – Zbierz się do kupy. Musimy się stąd wynosić. – Jego głos nie przypominał już głosu śmierci. Samochód szarpnął i potoczył się po jezdni. Jej ręce dygotały, a oddech się rwał.
– Nic ci nie będzie. To był drobiazg, takie maleńkie ostrze…
– Jak to się stało? Dlaczego? Dlaczego?
– Ta baba, ta Ruby… Teraz już za późno.
Za późno. Odbitka ostatnich słów. Gdy mijali dom Cawthorne’ów, dobiegła ich muzyka, nie pieśń żałobna, ale do tańca. Otworzyły się frontowe drzwi i na kałuże padł snop żółtego światła. Samochód minął sklepy. Wraz z końcem zabudowań skończyły się też lampy uliczne. Przestało padać, ale okolica była spowita oparami. Droga biegła w tunelu drzew, z których cicho kapała woda; wielkie, mokre usta, które wciągnęły samochód na swój śliski język.

W strumieniu światła, omijając kałuże, pojawili się wchodzący goście. Przywitała ich muzyka, gorąca, sucha muzyka, w ostrym kontraście do nocy. Na zewnątrz wyszedł młody mężczyzna z kieliszkiem w dłoni. Był radosny i pełen joie de vivre, jednak już wyczerpany możliwościami tego przyjęcia. Odezwał się do pijaka w zaparkowanym samochodzie, ale ten go zignorował. Dokończył drinka i postawił kieliszek na dystrybutorze ropy. Nie było z kim pogadać, poza starszą babką o ostrych rysach twarzy, idącą do domu, jak zgadywał, bo puby właśnie się zamykały. Pozdrowił ją, deklamując głośno:
– „Ach, korzystaj z tego, co jeszcze masz, / Zanim jak wszyscy trafisz w piach!”
Uśmiechnęła się do niego.
– Zgadza się, skarbeńku – powiedziała. – Baw się dobrze.
Ledwie był w stanie prowadzić. Nie w tej chwili. Poza tym, żeby mógł wyjechać swoim samochodem, trzeba by przestawić sześć innych, których właściciele byli w środku i świetnie się bawili. Zatem ruszył piechotą, zadowolony i z nikłą nadzieją, że spotka kogoś szczególnego.
Znowu zaczęło padać. Podobało mu się uczucie chłodu na rozgrzanej twarzy. Otworzyła się przed nim droga na Kingsmarkham. Ruszył nią radośnie, ani trochę niezmęczony. Daleko przed sobą, jakby w gardzieli tej mokrej paszczy, widział światła stojącego samochodu.
– „Cóż to za lampa wreszcie poprowadzi – powiedział na głos – swe drobne dziatki, błądzące w ciemności?”.

Ruth Rendell, Wilk na rzeź, Wyd. Replika, Poznań 2019. Książkę można nabyć TUTAJ. 

– Musi się pan jeszcze wiele nauczyć – powiedział nadinspektor Wexford. – Nie jesteśmy tu po to, żeby rozwiązywać „sprawy”, lecz aby sprawiedliwości stało się zadość.

Anita Margolis przepadła. Mroczna i elegancka, o charakterze równie tajemniczym, jak jej niespodziewane zniknięcie. Jednak skoro nie ma ciała, ani też najwyraźniej przestępstwa, pozornie nie ma nad czym pracować. Dopóki do Wexforda nie trafia anonimowy list informujący, że w noc zniknięcia Anity została zabita „dziewczyna o imieniu Ann”.

Wexford i inspektor Burden zmuszeni są podjąć śledztwo na podstawie tej jednej, wątpliwej wskazówki. Wkrótce odkrywają, że Anita to zamożna, lekkomyślna i całkowicie pozbawiona moralności kobieta. Burden ma bardzo konkretną teorię na temat tego, co się jej przytrafiło. Wexford natomiast ma własne podejrzenia.

 

Artykuł „Nie jesteśmy tu po to, żeby rozwiązywać ‚sprawy’, lecz aby sprawiedliwości stało się zadość”. Klasyka kryminału. TYLKO U NAS fragment książki pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/nie-jestesmy-tu-po-to-zeby-rozwiazywac-sprawy-lecz-aby-sprawiedliwosci-stalo-sie-zadosc-klasyka-kryminalu-tylko-u-nas-fragment-ksiazki/feed/ 0
Kobieta w Holandii vs mało postępowa policja. Kolejna ,,zdobycz” feminizmu? https://niezlomni.com/kobieta-w-holandii-vs-malo-postepowa-policja-kolejna-zdobycz-feminizmu/ https://niezlomni.com/kobieta-w-holandii-vs-malo-postepowa-policja-kolejna-zdobycz-feminizmu/#respond Wed, 02 Jan 2019 08:28:53 +0000 https://niezlomni.com/?p=50479

Równouprawnienie? Kobieta z Holandii najwyraźniej nie do końca odrobiła lekcję z równości i postanowiła nadużyć swoich praw podczas awantury z policją. Funkcjonariusz był zmuszony interweniować w mało postępowy sposób...

Do sieci trafił filmik, który na pewno nie trafi na warsztaty gender studies. Pani sprawiała wrażenie, że nie do końca zdaje sobie sprawę, że ma do czynienia z policją. Czyżby zbyt dużo naczytała się, że kobietom wolno więcej? Postanowiła pomóc znajdującemu się przy radiowozie znajomemu. Jednak spotkała ją niezbyt miła niespodzianka...

źródło: Najwyższy Czas

Artykuł Kobieta w Holandii vs mało postępowa policja. Kolejna ,,zdobycz” feminizmu? pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/kobieta-w-holandii-vs-malo-postepowa-policja-kolejna-zdobycz-feminizmu/feed/ 0
Niemiecka policja szuka kandydatów do służby w Polsce. Przyznaje, że na początku były silne opory przeciw przyjmowaniu Polaków https://niezlomni.com/niemiecka-policja-szuka-kandydatow-do-sluzby-w-polsce-przyznaje-ze-na-poczatku-byly-silne-opory-przeciw-przyjmowaniu-polakow/ https://niezlomni.com/niemiecka-policja-szuka-kandydatow-do-sluzby-w-polsce-przyznaje-ze-na-poczatku-byly-silne-opory-przeciw-przyjmowaniu-polakow/#comments Thu, 11 Oct 2018 12:26:17 +0000 https://niezlomni.com/?p=50360

Niemiecki ,,Die Welt" informuje, że policja naszych zachodnich sąsiadów szuka kandydatów do służby w Polsce. - Chętnych nie brakuje, ale tylko nielicznym udaje się pokonać przeszkody i założyć mundur - informuje Deutsche Welle.

,,Die Welt" pod lupę wziął Brandenburgię, która co roku chce szkolić 400 nowych policjantów, ale władze przyznają, że ,,z roku na rok będzie coraz trudniej obsadzić wolne miejsca". Stąd pomysł na sięgnięcie po kandydatów z Polski.

Zgodnie z przepisami ustawy o urzędnikach państwowych z 1993 roku policjantem w Niemczech może zostać każdy obywatel Unii Europejskiej

- relacjonuje materiał prasowy ,,DW", który kolejny akapit opatruje śródtytułem ,,Czy Polacy będą lojalni?". Dowiadujemy się z niego, że wcześniej ,,silne były opory przeciwko przyjmowaniu Polaków. Ludzie zastanawiali się, czy będą lojalni, czy dopasują się do systemu".

Sami Polacy służący za zachodnią granicą chwalą sobie pracę. Norbert Połczyński, który z sukcesem przeszedł sito eliminacyjne, mówi:

Praca bardzo mi się podoba. Lubię spokój i porządek panujący w Niemczech. Pensja też jest wyższa (niż w Polsce)

- podkreśla.

,,Die Welt" podaje także w pierwszym roku programu o miejsce w brandenburskiej policji ubiegało się 71 Polaków, ale jedynie trzech zostało przyjętych. Z kolei w tym roku pracę dostały cztery osoby.

Jak Niemcy reagują na fakt, że to Polak w niemieckim mundurze sprawuje kontrolę?

Połczyński wyjaśnił, że rzadko spotyka się z objawami wrogości. W przypadku spięć stara się uspokoić drugą stronę

- czytamy na dw.com. Z artykułu dowiadujemy się, że zatrudnianie Polaków cieszy się poparciem wszystkich partii, w tym tych będących w opozycji CDU i AfD.

Brandenburgia graniczy z Polską, więc policjanci nie mają daleko do ojczyzny.

Za Polską raczej nie tęskni, gdyż w każdej chwili może przejść na polską stronę, od której dzieli go tylko most na Odrze

- informuje ,,Die Welt".

źródło: Deutsche Welle

Artykuł Niemiecka policja szuka kandydatów do służby w Polsce. Przyznaje, że na początku były silne opory przeciw przyjmowaniu Polaków pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/niemiecka-policja-szuka-kandydatow-do-sluzby-w-polsce-przyznaje-ze-na-poczatku-byly-silne-opory-przeciw-przyjmowaniu-polakow/feed/ 3
Polska policja powinna się uczyć? Oto jak w USA postępują z lewicą, która blokuje Sąd Najwyższy (wideo) https://niezlomni.com/polska-policja-powinna-sie-uczyc-oto-jak-w-usa-postepuja-z-lewica-ktora-blokuje-sad-najwyzszy-wideo/ https://niezlomni.com/polska-policja-powinna-sie-uczyc-oto-jak-w-usa-postepuja-z-lewica-ktora-blokuje-sad-najwyzszy-wideo/#comments Tue, 09 Oct 2018 06:55:45 +0000 https://niezlomni.com/?p=50322

Demokracja? Tylko wtedy, kiedy my wygrywamy. Tak najwyraźniej rozumieją ją zwolennicy lewicy, którzy nie mogą się pogodzić z zaprzysiężeniem Bretta Kavanaugha na stanowisko sędziego Sądu Najwyższego. Dochodzi do licznych awantur - musi interweniować policja, co czyni w niezwykle umiejętny sposób, na co zwrócili uwagę również polscy internauci.

Histeria ogarniająca niektórych demonstrantów przypomina niektórym znajome obrazki z Polski:

Tymczasem policja reaguje bardzo stanowczo:

Jednego możemy być pewni: policja będzie miała dużo pracy...

A niektórzy twierdzą, że również psycholog:

Artykuł Polska policja powinna się uczyć? Oto jak w USA postępują z lewicą, która blokuje Sąd Najwyższy (wideo) pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/polska-policja-powinna-sie-uczyc-oto-jak-w-usa-postepuja-z-lewica-ktora-blokuje-sad-najwyzszy-wideo/feed/ 1
Lewak z Antify próbował przetestować cierpliwość niemieckich policjantów. Z opłakanym dla niego smutkiem https://niezlomni.com/lewak-z-antify-probowal-przetestowac-cierpliwosc-niemieckich-policjantow-z-oplakanym-dla-niego-smutkiem/ https://niezlomni.com/lewak-z-antify-probowal-przetestowac-cierpliwosc-niemieckich-policjantow-z-oplakanym-dla-niego-smutkiem/#comments Mon, 10 Sep 2018 05:53:03 +0000 https://niezlomni.com/?p=49823

Okazuje się, że tolerancja pobłażliwych niemieckich policjantów ma również swoje granice. Członek Antify najprawdopodobniej jednak uważał, że jest inaczej i zniecierpliwiony czekaniem postanowił pograć funkcjonariuszom na nerwach.

Finał historii jest dla niego smutny. Chwilę później widzimy policjantów, którzy niespecjalnie dbając o komfort demonstranta, ciągną go po wybrukowanym chodniku do radiowozu.

Na jednym z profili Twittera, gdzie zamieszczono wideo, brakował głosów współczucia dla lewaka. Niektórzy internauci, np. z USA, gdzie Antifa ostatnio rozwinęła skrzydła, życzyliby sobie tak reagujących policjantów u siebie:

Chociaż zdaniem innych, niemieccy funkcjonariusze działali na granicy prawa, być może je przekraczając, bo zgodnie z wytycznymi, mają być możliwie jak najmilsi:

Artykuł Lewak z Antify próbował przetestować cierpliwość niemieckich policjantów. Z opłakanym dla niego smutkiem pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/lewak-z-antify-probowal-przetestowac-cierpliwosc-niemieckich-policjantow-z-oplakanym-dla-niego-smutkiem/feed/ 1
Te nagrania mówią więcej niż 1000 słów. Poseł publikuje wideo i pisze: ,,Nigdy do tego nie możemy doprowadzić w Polsce!” (wideo) https://niezlomni.com/te-nagrania-mowia-wiecej-niz-1000-slow-posel-publikuje-wideo-i-pisze-nigdy-do-tego-nie-mozemy-doprowadzic-w-polsce-wideo/ https://niezlomni.com/te-nagrania-mowia-wiecej-niz-1000-slow-posel-publikuje-wideo-i-pisze-nigdy-do-tego-nie-mozemy-doprowadzic-w-polsce-wideo/#comments Thu, 06 Sep 2018 10:57:37 +0000 https://niezlomni.com/?p=49745

Sytuacja w Niemczech jest napięta po tym, jak doszło do morderstwa w Chemnitz. Policja została postawiona na nogi - funkcjonariuszy ściągano z całego regionu. Z powodu niedoboru policjantów musiano nawet odwołać mecz Bundesligi, bo organizatorzy nie byli w stanie zapewnić odpowiedniej ochrony. Tymczasem poseł Adam Andruszkiewicz pokazuje, jak policjanci są traktowani przez samych imigrantów.

Patrzcie co się dzieje w Niemczech. Muzułmanie gardzą europejskim porządkiem i bezkarnie pomiatają policją. I są bezkarni. Nigdy do tego nie możemy doprowadzić w Polsce!

- pisze parlamentarzysta, publikując nagranie:

Sytuacja miała miejsce w Plauen (Saksonia). O sprawie pisał portal PrawdaObiektywna.pl (więcej informacji TUTAJ).

To nie jedyny taki przypadek. O bezradności funkcjonariuszy w obliczu zwiększonej przestępczości w krajach Europy Zachodniej świadczą inne nagrania, które trafiają do sieci. Oto wymowne wideo:

Cytowany przez Deutsche Welle, szef niemieckiego MSW Horst Seehofer mówi z kolei, że migracja jest "matką wszystkich problemów politycznych" Niemiec.  Dodał, że "jeśli nie uda się zmienić kursu, będziemy nadal tracić zaufanie".

Artykuł Te nagrania mówią więcej niż 1000 słów. Poseł publikuje wideo i pisze: ,,Nigdy do tego nie możemy doprowadzić w Polsce!” (wideo) pochodzi z serwisu Niezłomni.com.

]]>
https://niezlomni.com/te-nagrania-mowia-wiecej-niz-1000-slow-posel-publikuje-wideo-i-pisze-nigdy-do-tego-nie-mozemy-doprowadzic-w-polsce-wideo/feed/ 1