Portal informacyjno-historyczny

Polska na tej wymianie straciła miliardy dolarów. Za bogate w węgiel tereny, dostała… pustynię. ,,Widok, jaki ukazał się jego oczom, najpierw wstrząsnął nim, przeraził go, by po chwili ogarnęła go wściekłość”

w Polska Ludowa

Zachęcamy do obserwowania strony na Twitterze

Powojenna korekta wschodnich granic kosztowała Polskę dziesiątki miliardów dolarów. Polska oddała bogate w węgiel „kolano Bugu”, w zamian otrzymała Bieszczady, a właściwie pustynię, którą pozostawił po sobie Wielki Brat.

Fotografia powyżej: TAKI KSIĘŻYCOWI KRAJOBRAZ POZOSTAWILI PO SOBIE ROSJANIE/ ARCH. RDLP W KROŚNIE

W aktualnym numerze „Ech Leśnych” Krzysztof Potaczała w „Dostaliśmy pustynię” przypomina historię zamiany tych terenów.

Gdy jesienią 1951 roku przymusowi przesiedleńcy zza Buga przybywali w Bieszczady, porażał ich widok wielkich połaci wyrąbanych lasów. Po co bez ładu i składu wyrżnięto setki tysięcy drzew, po których pozostały smętne metrowe kikuty?

15 lutego 1951 r. ZSRR i Polska podpisały umowę o wymianie obszarów przygranicznych. Związek Sowiecki przekazał nam część Bieszczadów i Pogórza Bieszczadzkiego, zabierając w zamian fragment Lubelszczyzny. 480 kilometrów kwadratowych za 480 kilometrów kwadratowych. Powierzchniowo nie było różnicy, jednak tylko pod tym względem nie różniły się oba te obszary. Kraj Rad zyskiwał tłuste, urodzajne czarnoziemy i bogate pokłady węgla kamiennego, „wspaniałomyślnie” oddając tereny roponośne w okolicach Ustrzyk Dolnych. W umowie nie wspomniano jednak, że obszary te były już mocno wyeksploatowane z ropy i gazu ziemnego, wydobywanych w Bieszczadach od stuleci. W dokumencie zapisano natomiast, że strony mogą zabrać ze sobą majątek ruchomy. Tyle że Sowieci, jak to u nich częste, odczytali ten punkt na swój sposób.

Po 1944 r. Ustrzyki, Czarna, Lutowiska, Krościenko i okolice znalazły się w granicach ZSRR. Przez prawie siedem lat Sowieci prowadzili w miejscowych lasach gospodarkę rabunkową, o czym dowodnie świadczą dane zachowane w archiwach lwowskich. Tylko w niecałym 1948 r. w rejonie ustrzyckim pozyskano 106,2 tys. m sześc. dłużycy oraz 7,7 tys. m sześc. drewna opałowego.

Na przełomie stycznia i lutego 1951 r. lokalne sowieckie władze poinformowały mieszkańców kilkudziesięciu miejscowości, że wkrótce zostaną przesiedleni na wschód Związku Radzieckiego. Dostali wytyczne, jak mają się przygotować do wyjazdu oraz polecenie, by w określonych dniach i godzinach stawiali się z siekierami i piłami w lesie.

Michał Iwanko ze Stebnika wspominał:

– Gdzie nadstawić ucha, zewsząd niósł się odgłos rąbanych drzew. Od świtu do nocy mężczyźni i kobiety pracowali siekierami, toporami, dwuosobowymi piłami ręcznymi. W krótkim czasie pobliskie lasy bardzo się przerzedziły.

– Cięcia trwały od późnej zimy aż do jesieni – opowiadał Jan Jaślar z Czarnej.

– Sam nie musiałem chodzić do lasu, bo pracowałem w kopalni ropy, ale wielu moich sąsiadów bladym świtem maszerowało ze sprzętem na najbliższe zalesione wzniesienia. Potem drewno było zwożone końmi w doliny, a stamtąd na specjalnie utworzone składy. Ale i tak mnóstwo buków, jesionów, jodeł, świerków nigdy nie wywleczono z lasów. Wiele z drzew było ciętych bez namysłu; wpadały w głębokie wąwozy, z których nikt nie umiał albo nie chciał ich wyciągnąć. I w tych jarach już zostały na zmarnowanie.

Zanim wywieziono na rozległe niziny ZSRR wszystkich mieszkańców przeznaczonego do wymiany obszaru Bieszczadów – od Chmiela i Dwerniczka po Ustrzyki Dolne, Krościenko i Ustianową – zdążono odprawić trudną do zliczenia ilość wagonów i ciężarówek załadowanych drewnem. Polska komisja przesiedleńcza, która „odbierała” od sowietów rejon ustrzycki, nie śmiała nawet cicho zaprotestować przeciwko rabunkowym cięciom lasów, tak samo jak przeciwko równie bezmyślnej gospodarce łowieckiej.

Termin oficjalnego przekazania Polsce przez ZSRR fragmentu Bieszczadów przekładano trzykrotnie. Nie znając konkretnego powodu opóźnienia, świadkowie wydarzeń ukuli powiedzenie, że zwłoka wynika z tego, iż „ruscy” musieli najpierw wyłapać wszystkie zające, w których mięsie wyjątkowo gustowali.

Pierwszy transport przesiedleńców ze wschodu, z Bełza, Uhnowa i Krystynopola wjechał na stację kolejową w Ustrzykach Dolnych 26 października 1951 r. Pewien kolejarz, przedwojenny mieszkaniec podustrzyckich Berehów Dolnych, opowiedział potem nastoletniemu synowi, że widok, jaki ukazał się jego oczom, najpierw wstrząsnął nim, przeraził go, by po chwili ogarnęła go wściekłość.

Wzgórza w położonych wzdłuż torów kolejowych wioskach były odarte z jeszcze niedawno rosnących tu lasów, a ziemia głęboko rozryta w czasie transportu drewna. Ale najsmutniejsze wrażenie robiły wysokie na metr kikuty pni. W pierwszej chwili można było odnieść wrażenie, że doszło tu do jakiegoś kataklizmu, przejścia niszczycielskiej wichury, tymczasem były to pozostałości po chaotycznych cięciach siekierami i piłami.

Czesław Kamiński, pierwszy po korekcie granicy leśniczy w Brzegach Dolnych (spolszczona nazwa Berehów Dolnych, obowiązująca od 1951 r.), sowietów odpowiedzialnych za te wydarzenia nazwał bez ogródek – barbarzyńcami. Skali wyrębów i zniszczeń nie mógł pojąć także Jan Kułacki, który jako jeden z pierwszych urzędników państwowych pojawił się w Ustrzykach, jeszcze przed oficjalnym przekazaniem terenów Polsce. – Przejmowaliśmy kopalnictwo, inne zakłady, budynki urzędowe, kolejowe, ale nasze oczy porażały gołe połacie po wyrębach. Wkrótce potem, już po wyjeździe sowietów, wypuszczałem się na długie spacery po okolicy. Próbowałem wypatrzeć ślady leśnych zwierząt, sarny czy jelenia, na próżno. Przecież nie dlatego, że nie miałem szczęścia – to nasi poprzednicy wystrzelali prawie całą zwierzynę. Innego wyjaśnienia nie znajduję.

Słowa te potwierdza Ryszard Buziewicz, przesiedleniec z Krystynopola. Był w grupie kilku osób, które z początkiem 1952 r. zakładały w Ustrzykach Dolnych pierwsze koło łowieckie. – Zanim mogliśmy wprowadzić jelenia na listę gatunków łownych, minęło dziesięć lat – opowiadał. – Podobnie źle przedstawiał się stan liczebny sarny i dzika. My, myśliwi, i nasi koledzy leśnicy latami odbudowywaliśmy zwierzostan i drzewostan, częściowo – jak to kiedyś było w zwyczaju – czynem społecznym. Bez tego nie udałoby się najpierw oczyścić, a potem zalesić wielu obszarów.

całość tekstu w kwartalniku Echa Leśne

(8991)

Chcesz podzielić się z Czytelnikami portalu swoim tekstem? Wyślij go nam lub dowiedz się, jak założyć bloga na stronie. Kontakt: niezlomni.com(at)gmail.com. W sierpniu czytało nas blisko milion osób!
Dołącz, porozmawiaj, wyraź swoją opinię. Grupa sympatyków strony Niezlomni.com

Redakcja serwisu Niezłomni.com nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zawartych w komentarzach użytkowników. Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.
Jednocześnie informujemy, że komentarze wulgarne oraz wyrażające groźby będą usuwane.
Ładowanie komentarzy Facebooka ...

1 komentarz

  1. Jeżdżę w Bieszczady od 32 lat i widzę jakie szkody wyrządzaja leśnicy -najpierw tuz przed poszerzeniem
    granic BPNarodowego wyrąbano hektary lasu, potem rokrocznie gdzieś przerzedzano las . Pasmo Otrytu widoczne z Doliny Tworylnego zostało przerzedzone co widać gołym okiem szczególnie zimą. Przyległe kompleksy leśne też ucierpiały. Wystarczy porównac mapy satelitarne dostepne w internecie od lat 80tych do dzisiaj by zobaczyc skalę zniszczenia . Nie trzeba sowietów -sami zachłanni leśnicy niszczą polski las.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

*

Idź na górę