Dokąd nas zaprowadzisz. Niziołkowie z ulicy Pamiątkowej, pełna ciepła i optymizmu saga rodzinna. [WIDEO]

w Ważne książki


Zachęcamy do obserwowania strony na Twitterze

Janek pozostaje Jankiem praktycznie już tylko dla rodziny, a przeistoczyć się musi w proboszcza Jana z całym rozlicznym bagażem obowiązków i trosk. Jedną z takich chodzących trosk jest wikary Stanisław.


Równolegle poznajemy bliżej babcię Janka, panią Alicję Kotoń, z którą wnuk pokłócił się dramatycznie w poprzednim tomie. Teraz czytelnik ma okazję się przekonać, że nie taki diabeł straszny, jak go malują, a babcia – czy nawet dwie babcie, bo w tle pojawia się też babcia Stacha – też może mieć swoje troski i utrapienia oraz borykać się z własnymi słabościami.

Na szczęście Pan Bóg ma pod ręką znakomite narzędzie, którym dla zgody rodzinnej może się posłużyć: wnuczkę Wisię, która swoją energią, pogodą ducha i niezłomnym optymizmem doprowadza w końcu do pojednania babci i wnuka.

Saga opisuje losy poznańskiej rodziny Niziołków od lat sześćdziesiątych począwszy, na XXI wieku kończąc. Wszyscy członkowie rodziny uwielbiają książki, a rodzinnym numerem jeden jest Władca Pierścieni.

Historia rodziny, w której każdy może odnaleźć cząstkę swojej własnej przeszłości, wspomnienia z wychowywania dzieci i wydarzenia z życia codziennego. Ciekawa, mądra, ciepła i ozdobiona poczuciem humoru opowieść, w której wartości takie jak przyjaźń, miłość, rodzina, lojalność, godność, miłosierdzie, wiara – jeszcze coś znaczą.

Małgorzata Klunder, Dokąd nas zaprowadzisz. Niziołkowie z ulicy Pamiątkowej Część 5, Wyd. Replika, Poznań 2020. Książkę można nabyć na stronie wydawnictwa Replika.

 

 

Fragment

Rozdział I
Druga zmiana

– Stachu, zakładaj, proszę, koloratkę, kiedy wychodzisz poza plebanię – powiedział proboszcz spokojnie.
Spokojnie, ale z takim specjalnym naciskiem, że księdzu Deskurowi nawet na myśl nie przyszło dyskutować, chociaż do tej pory księżowski rynsztunek przywdziewał tylko w kościele, do mszy. No, ewentualnie w konfesjonale. Na polu, jak mówią w Krakowie, zwykł był łazić po cywilnemu, przeważnie w dżinsach i kraciastej, flanelowej koszuli. Tak się czuł najlepiej, a uważał, że na wszystko jest właściwy czas – na sutannę i ornat też.

Z leciutkim uśmiechem otaksował postać swojego nowego zwierzchnika: garnitur skromny, ale elegancki, szyty chyba na miarę – nie bardzo się na tym znał, ale tak mu się wydawało, bo ciuch leżał na szefie jak ulał. O ubraniach na miarę czytał dotąd tylko w angielskich kryminałach (bo „Vivy” albo „Faktu” nie czytał z całą pewnością); sam zaopatrywał się w pierwszym lepszym sklepie, jaki był pod ręką, a sutannę wprawdzie zamówił na swój rozmiar, ale nie u krawca, tylko przez internet, i to wyłącznie dlatego, że najmniejsza z rozdzielnika była na metr siedemdziesiąt. Czyli, innymi słowy, wlokłaby się za nim jak tren.

Pogrzebał w komodzie, wydobył koszulę ze stójką i wsunął w nią listek. Zerknął, czy szefa to satysfakcjonuje, bo ten nosił świątek piątek koloratkę rzymską, czyli księżowską obrożę dookoła całej szyi. Chyba tak, bo nic już więcej nie mówił. Stanisław księdza Jana odrobinę się bał, chociaż tamten był tylko pięć lat od niego starszy – może niecałe sześć, bo szef zdążył już mu opowiedzieć o swojej zaplanowanej pomaturalnej obsuwie – i od razu spontanicznie zaczęli sobie mówić na ty; inaczej zresztą to byłoby po prostu śmieszne. Tak, Jan to równy gość, ale wzbudzał w nim szacunek od samego początku. Mimo że jak cała reszta świata wziął go za nastolatka i potem swobodnie przeprosił – a może właśnie dlatego.


A następnego dnia, kiedy zaczęli uzgadniać harmonogram służbowy,  jego nowy proboszcz zaproponował:
– To co, weźmiesz msze po księdzu Tadeuszu, angielską o jedenastej i polską o wpół do drugiej, dobrze? – Nawet nie pytał o znajomość języka, bo sprawa była jasna: skoro wykopali go na misje do Wielkiej Brytanii, to musiał być przynajmniej na poziomie nazywanym eufemistycznie komunikatywnym.
Naprawdę to u Kołłątaja w Jordanowie dostał taki wycisk, i to nie tylko z angielskiego, ale z niemieckiego też, że potem w seminarium mógł leżeć brzuchem do góry, i tak był najlepszy.
Z czego skwapliwie korzystał, utrwalając swój mit zdolnego lesera.
– No problem – zgodził się z marszu. – Tylko słuchaj, Jan, czy to dobrze, żebyś ty w ogóle nie odprawiał po polsku? Zapomnisz, jak to się robi!
Może lepiej podzielmy się łacińską w tym drugim kościele? Ja już trochę umiem – powiedział z dumą, bo co fakt, to fakt, umiał: ich liturgista był magikiem, który potrafił bez żadnego
wysiłku tak pognać chłopaków do formy nadzwyczajnej, że żaden nie mruknął, a jeszcze się napraszali. – Jakby co, to mnie douczysz. Byłbyś moim manduktorem.

– Okej, masz rację – przyznał Jan. – I dziękuję.
– Znowu punkt dla niego: nie trzyma się jak baran swojej koncepcji, można mu co nieco wyperswadować. – To teraz słuchaj, czy nie masz nic przeciwko takiemu podziałowi obowiązków
domowych: ja gotuję i zmywam, ty sprzątasz i pierzesz?
Mógł sprzątać, czemu nie, zawsze w domu sprzątał, ale jak tak dobrze poszło za pierwszym razem, to kto wie, czy i tu nie dałoby się czegoś urwać.
– Jasna sprawa, może być, ale… Nie możemy jadać w pubie? I co, nie mieliście zmywarki? To może kupimy raz dwa? A do sprzątania też by się ktoś dorywczo znalazł…
Jan westchnął.
– Widzisz, Stachu… Odpadły pensje szkolne, szkoły polskie płacą symbolicznie, to bardziej czyn społeczny… A rada parafialna przeznaczyła dla nas po sto pięćdziesiąt funtów tygodniowo.
– Tak naprawdę dla proboszcza miało być sto siedemdziesiąt, a dla młodego wikarego sto trzydzieści, ale włodarz parafii postanowił załatwić to krakowskim nomen omen targiem. – Na czysto, oczywiście, wszystkie historyjki związane z opłatami za plebanię lecą osobno, ale mimo to… Sam policz… No i chciałbym coś jeszcze odłożyć na lato, na wyprawę…
Cóż, tego wikary nie przewidział.


– A biskup nic nie odpala? – zadał niezwykle niedyskretne pytanie.
Proboszcz westchnął po raz drugi i zaczął oglądać żyrandol.
– Aha, już wiem – ucieszył się Stach jak głupi, chociaż niby nie było z czego. Ale ucieszył się autentycznie; jedyne, czego w podróży bał się naprawdę, to tego, że trafi pod skrzydła nudnego safanduły, ulubieńca biskupa. Jan od pierwszego rzutu oka, kiedy tylko stanął w drzwiach, wydał mu się porządnym gościem, a teraz po raz kolejny jego przeczucie się potwierdzało. – Dyscyplinowanie wyrywnych, tak? Żeby im się nie chciało za dużo? A co z tą twoją fuchą w seminarium?
– Stary, jakie seminarium? – westchnął Jan po raz trzeci. – Tu nie będzie żadnego seminarium przez najbliższe pięć lat, optymistycznie licząc.
– Więcej wiary. – Wyszczerzył do szefa zęby, a ten odwzajemnił uśmiech.
Tak, Jan to fajny gość. Dobra, może chodzić w koloratce, jak mu na tym zależy. W sumie nawet chyba ma rację. Co nie znaczy, że nie można by spróbować małego numeru. Zupełnie maleńkiego, ot tyle, żeby się odrobinę posiłować.
I zobaczymy, co zwierzchność na to. Tylko potrzebna mu będzie niewielka pomoc krawieckiej siły fachowej…
To wesele miało być wydarzeniem w Kirkcaldy: na ślub dwojga polskich emigrantów zjechało pół Żywca.
Dobre trzy godziny przed uroczystością ksiądz Jan z lekkim zdziwieniem zarejestrował osobliwe zachowanie swojego wikarego. Ten mianowicie najpierw pieczołowicie rewaloryzował jakieś ludowe ciuchy, by wreszcie stanąć przed nim w pełnym stroju górali żywieckich i zapytać:
– No i jak? Mogę tak iść?
Trzeba przyznać, że Stach, choć wzrostu mizernego, swoim widokiem zbijał z nóg: od kierpców i kopytek począwszy, poprzez pas i czarno- -czerwony bruclik, czyli kamizelkę, na kłobuku (dla ceprów: kapeluszu) skończywszy. Ale najlepszy był akcent służbowy: zamiast kokardy pod szyją – koloratka zainstalowana w przerobionym kołnierzyku koszuli.
– Cool! – zawyrokował z podziwem Jan.
Wikary odetchnął z ulgą, bo bał się jednak trochę reakcji władzy.
– A Bystra to już nie Beskid Śląski? – zapytała inkryminowana władza z ciekawością. – Strój żywiecki ci przysługuje
Ksiądz Deskur popatrzył na cepra z pobłażliwą wyrozumiałością. Przynajmniej w tej chwili jego było na wierzchu.
– Jan, ale to nie ta Bystra. Ty masz na myśli Bystrą pod Bielskiem, która po połowie jest Śląska, a po połowie Krakowska, czyli żywiecka. A ja jestem z tej, skąd pochodził ksiądz Pyrtek. Ona się teraz nazywa Podhalańska. Spod Jordanowa. No wiesz, za Babią Górą.
Po takim tłumaczeniu ksiądz, jak by nie było Niziołek, zgłupiał jeszcze bardziej. Do tej pory wydawało mu się, że zna wszystkie miejscowości od Ustronia do Ustrzyk Górnych. I że Jordanów to jeszcze Beskid, a nie Podhale. A tym bardziej Babia Góra.
Stach, widząc konsternację szefa, pospieszył z tłumaczeniami.
– Powiedzmy, że Bystra jest taka w pół drogi, i ja sam też. Moja babcia była z Milówki, to już ci mówiłem, a dziadek z Czarnego Dunajca

(71)

Chcesz podzielić się z Czytelnikami portalu swoim tekstem? Wyślij go nam lub dowiedz się, jak założyć bloga na stronie.
Kontakt: niezlomni.com(at)gmail.com. W sierpniu czytało nas blisko milion osób!
Dołącz, porozmawiaj, wyraź swoją opinię. Grupa sympatyków strony Niezlomni.com

Redakcja serwisu Niezłomni.com nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zawartych w komentarzach użytkowników. Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.
Jednocześnie informujemy, że komentarze wulgarne oraz wyrażające groźby będą usuwane.
Ładowanie komentarzy Facebooka ...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

*

Korzystając z formularza, zgadzam się z polityką prywatności portalu

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.