Portal informacyjno-historyczny

Krzysztof Kamil Baczyński i poemat ,,Serce jak obłok”



Mojej ukochanej Basieńce — P.
ten poemat, który był pierwszą przyczyną naszego poznania, a w konsekwencji dalszych wiadomych następstw w rocznicę I naszego ślubu
ofiarowuje
Mąż — W.

A miał Tytan ramion dwoje — gałęzi
jak mosiądz co się w słońcu wygina
i oczy jakby w nich niebo uwięził,
albo jakby mu błękit spojrzeniem
przez głowę nawylot płynął.
A nad głową koronkę włosów
do ptaków podobną, koloru róży, czy rtęci
spadającą na wysmukły pomnik twarzy,
kiedy w drogach złocistych brodził,
w płomieniami płynącym zachodzie
i tętniące cyklony marzył.

Kiedy świt jak owoc mleka dojrzewał
w kolorowych szybkach jaskiń
ruszał Tytan przez dzwoniące jaskry
jak przez gwiazdy wdeptane w trawę
i melodie echem śpiewał,
a przed sobą pędził jak korabie
zamyślone, koczujące jak owce
w szczerym srebrze wykute lodowce.
A spod stóp się sypały lawiny
jak odłamki kroków wędrujących
przez pustynie planet innych,
przez kotliny zatopione słońcem,
poprzez ziemię jak wielką przyczynę
zgasłych studni i źródeł bijących.
Parły trąby miedziane wichury
w kolorowy, codzienny zachód;
pędził Tytan bezimienne góry,

nad koralowy wodopój,
gdzie jak senne zwierzęta — łapą
przecierały znużone oczy,
zanurzały pyski w spokój,
w aksamitne fale nocy.

Czegóż więcej potrzeba, gdy głos twój
budził gór żelazny obryw?
Czegóż więcej trzeba oczom modrym
że tak w smutek patrzyły prosto,
że aż śmiercią lodowatą wiało od nich?

Nosił Tytan w piersiach mocnych
urojone w groźną noc narodzin
smutne serce wykarmione na wyjących wichrów głodzie,
smutne serce wybujałe na lamentach ptaków nocnych
na modlitwach psów — rzucanych w tarczę snów okrągłą

dziwne serce — zamiast serca — obłok.

Dojrzewały w sadach śliwy, śliwy złociste jakby
kto krople słońca w powietrzu ostudził nagle jak wosk.
Tańczyły siostry kołem, od tej wesołej jazdy
migało pod powiekami, drażniło nozdrza jak kłos.

Dudniły warkocze, tak lśniące, że prawie w słońcu białe
jak ulew jasne sploty rzucane z nieba ukosem.
Dudniły deszcze owoców poprzez rozwiane włosy,
żeś już nie wiedział napewno czy włosy, czy śliwy dojrzały.

Tańczyły siostry kołem, a Tytan przystanął; od żaru
oczy ręką oganiał jak od lśniącego bąka: —
Weźcie mnie siostry, będziemy po kolorowych łąkach
tańczyć pośród jesieni zielonożółtych pożarów.

Śmiały się siostry, śpiewały głosami
jak zielonymi wilg owocami: —
Jakże będziesz tańczył z nami
pod jesieni namiotami,
kiedy ręce masz jak stal i mosiądz.
Strącisz z gór sokoły lawin,
huk lodowców słońce zdławi,
kiedy pieśń zaśpiewasz mocnym głosem.
Jakże bratem naszym jesteś
kiedy my jak płomień lekkie
który biegnie po płonącej słomce,

a ty wiatrem noc zalewasz,
piorunami płoniesz w drzewach,
rozdmuchujesz w kolorowy zachód — słońce.
Jakże mamy tańczyć z tobą
kiedy zamiast serca obłok
w piersi burzą wypełnionej nosisz.

I wesoło się siostry śmiały,
w świergot ptaków coraz bardziej zanikały,
aż pozostał po nich lot pajęczyn
rozwieszony w powietrzu dźwięcznym.

Został Tytan sam na brzegu żalu,
jak na brzegu najsmutniejszej wyspy,
gdzie na drzewach nawet ptaki wszystkie
są z zimnego, złocistego metalu.

Kąpali się chłopcy w rzekach,
których prąd podobny dłoniom żylastym,
gdzie czekała ich polana niedaleka
i mijały ich wyśnione, obce miasta
napełnione kopułami z kolorowych szkiełek,
które w słońcu się wzdymały i gięły.
I widzieli w lasach ciemnych, wilgotnych
wirujące tęcze z purpurowych kamieni,
wśród zielonych kołysek cieni
migotały im dziewcząt loki.
Ale jakże je było uchwycić,
kiedy były z snów przejrzystych nici?

Stanął Tytan nad rzeką i zawołał,
aż się kręgi kręciły po wierzchu
jakbyś kamień w wodę rzucił — coraz dalsze koła:
Chodźcie chłopcy, popłyniemy o zmierzchu
i zamkniemy w rąk bronzowych kleszczach
kraj daleki, gdzie gwiazda mieszka.
Ale śmieli się chłopcy białymi —
jak orzechy wyłuskane — zębami:
Jakże płynąć chcesz Tytanie z nami
do tych bujnych jak burze ziemi
kiedy my szukamy w nich dziewcząt,
jedwabnego jeziora pieszczot,
kiedy chcemy wydrzeć drogie kamienie
tęczom barwnym i zazdrosnym ziemiom.

A ty nie masz soczystego serca,
w którym dudni krew chciwa klejnotów.
Czy w lodowcach swych ukryjesz złoto?
Czy w cyklonach swych poszukasz mu miejsca?

I płynęli, przepływali obok:
przecież ty masz zamiast serca obłok.

Poszedł Tytan od chłopców wesołych
wielkie stopy ostrożnie stawiając wśród drzew.
Jeszcze za nim pogłos rzeczny wołał
i płynących daleki śpiew.

Czesała Światłołuna włosy ciemne
przed zwierciadełkiem strzaskanym potoku,
zanurzała wązkie ręce głęboko
ku swym oczom zielonych tajemnic,
które w wodzie się tliły i gasły
jakby z mroku utkane, a jasne.
Zeszły sarny do strumienia, wodę
tuląc miękko do wilgotnych twarzyczek,
przybliżały kosmaty policzek
do jej dłoni błękitnych od chłodu
i wznosiły nozdrza mokre i czarne
jakby w piersiach jej przeczuły sarnę.

Widział Tytan Światłołunę i pokochał,
rzucił stada gór lodowych i gromów

i co rano przed płynącym lasu domem
dzwonił pieśni na wydętych wiatru konchach,
aż z przestrzeni taki żal wywabił,
że na liściach osiadało łzami.
Tylko zdali ryczały porzucone lodowce
przystanąwszy w zasłuchane stada
i skręcone orkany jak owce
pobekując zawisły w powietrzu,
nawet ostre pociski deszczów
zwisły z nieba, stanęły nad ziemią
w kręgi pieśni zasłuchane niemo.

Tytan grając śpiew smutny w ciszę długo snuł
jakby ciemną nicią żalu niebo niebo rozciął wpół:

Szybują bąki wiecznych burz
chmurami wdół, chmurami wgłąb,
spadają deszcze szklanych róż
pośród mosiężnych wiatru trąb.

Widziałem w twych oczach las
wiodący sarnim rytmem w świat,
gdzie zamyślone ryby gwiazd
nad nawałnicą lat.

Uchroń mnie lotem swoich rąk
jak białych ptaków snu
od wędrujących za mną łąk,
od wędrujących gór.

Szybują burze, w burzach drży
mój własny groźny krok.
O schroń mnie w namiot twoich snów
przed stalą moich rąk.

Wyszła wtedy Światłołuna na brzeg światła
wpół się śmiejąc, pół po wietrze ręką wodząc
jak po grzbiecie zbudzonego pieśnią bawoła
i uniosła smutne oczy jak lecących chmur zwierciadła,
jak jaskółki zabłąkane późną nocą
w wirujących planet kołach.
Pół się śmiejąc pół śpiewając zawołała
jakby strumień ciepłym altem w niebo lała:
Jakże ty mnie chcesz Tytanie kochać
zadumaną w moich białych potokach;
jakże chcesz mnie w mocne dłonie uchwycić

kiedy nie wiesz czy to ja, czy moje odbicie?
Bo ja jestem nawpół prawdą, nawpół ciszą
jakby liście co w powietrzu — zanim spadną — wiszą.
Boję ja się twoich gór tętentu,
twoich wichrów jak lecące zwierzęta.
Kiedy rykną twe lodowce lawiną
moje oczy znikną w liściach, w kwiaty się rozpłyną.
Za wysoka będzie miłość z tobą
kiedy ty masz zamiast serca obłok.

Za wysoko było podjąć płacz z tej nuty,
gdzie go piersi wyrzuciły ponad przestrzeń,
gdzie go taki lodowaty wylał smutek,

aż zamarzły nieruchomo wszystkie ptaki na wietrze.
Tylko z powiek Tytanowi łabędź spłynął
zamiast łzy i w chmurach zginął.

Dudniły rzeki po zboczach. Pełzały żółtym płomieniem
ogniska ludzi w dolinach, kiedy się do snu kładli
nic nie widzący powyżej niż biegły z ognisk cienie,
nie szukający ponad to co już oddawna odgadli.
Ryczały krowy mleczne i rogi nużały w senność,
a ptaki spały mocno jak wyrzeźbione w gałęziach.
Piersi zwierzęce i ludzkie wznosiły, zniżały ciężar

ogromnej kuli nocy, którą zamknęła ciemność.

Wtedy z pieczar głos się spiętrzył i tak urosł
jakby nie był lotem ptasim, ale czarną górą.
Wołał Tytan w puste studnie nocy,
aż mu oczy wypalone troską zgasły,
a od głosu ziemia stała w gromach jasnych
złote kule na doliny tocząc.
A lawiny lały się jak srebrne rzeki
jakby starte kołem czasu — wieki.

Właśnie świt nad nocą przysiadł jakby ptak
skrzydłem mlecznym gwiazdy zwolna ścierał

kiedy drogą bladą jak we snach
matka szła o twarzy wyrzeźbionej
w smugi smutku jakby się nią przelał
czarny płomień zamknięty we łzach.
A łzy były za Tytanem tęsknione
i nie gorzkie już, a tylko czerwone.
Wtedy w piersiach Tytana obłok
tak się dźwięcznie w białą chmurę skłębił,
że po halach posypał się pogłos
cekinami mieniących gołębi.
I w ramionach matki zamilkły
jego oczy jak zamarzłe wilki.

Tylko skrzydła jej srebrnych włosów
długo wiały na porannym wietrze

i sypały się w błękitną przestrzeń
zastygając w konstelacje i znaki
niewiadomo czy łzy, czy ptaki.

Ukończone
30.VI.1941.

Tematy: matka, miłość, Tytan

(161)


Krzysztof Kamil Baczyński herbu Sas (ps. „Jan Bugaj”, „Emil”, „Jan Krzyski”, „Krzysztof”, „Piotr Smugosz”, „Krzysztof Zieliński”, „Krzyś”; ur. 22 stycznia 1921 w Warszawie, zm. 4 sierpnia 1944 tamże) – polski poeta czasu wojny, podchorąży, żołnierz Armii Krajowej, podharcmistrz Szarych Szeregów, jeden z przedstawicieli pokolenia Kolumbów, w czasie okupacji związany z pismem „Płomienie” oraz miesięcznikiem „Droga”. Zginął w czasie powstania warszawskiego jako żołnierz batalionu „Parasol” Armii Krajowej.

Chcesz podzielić się z Czytelnikami portalu swoim tekstem? Wyślij go nam lub dowiedz się, jak założyć bloga na stronie.
Kontakt: niezlomni.com(at)gmail.com. W sierpniu czytało nas blisko milion osób!
Dołącz, porozmawiaj, wyraź swoją opinię. Grupa sympatyków strony Niezlomni.com


Redakcja serwisu Niezłomni.com nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zawartych w komentarzach użytkowników. Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.
Jednocześnie informujemy, że komentarze wulgarne oraz wyrażające groźby będą usuwane.
Ładowanie komentarzy Facebooka ...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

*

Korzystając z formularza, zgadzam się z polityką prywatności portalu

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Idź na górę