Portal informacyjno-historyczny

Żyjemy w sondażokracji – fałsze w ostatnich wyborach i metody manipulacji firm sondażowych

w Idee

(356)

sondazokracjaSondaże wyborcze już dawno przestały w Polsce pełnić rolę wyłącznie informacyjną. Media i politycy, nawet te najbardziej obiektywne, potrafią wykorzystać jako narzędzie manipulacji.

„Bronisław Komorowski na granicy zwycięstwa w pierwszej turze” – poinformowała czytelników, Polskę i świat „Gazeta Wyborcza” w przedwyborczy piątek 18 czerwca 2010 r. Dwa dni później wynik kandydata Platformy był gorszy o 10 pkt proc. Po mediach przetoczyła się krytyka branży badawczej. Do obstrzału ośrodków badania opinii publicznej włączyli się politycy, dziennikarze, publicyści.

W tej sytuacji Organizacja Firm Badania Opinii i Rynku (OFBOR), powołana – jak czytamy na jej stronie – „w celu kontroli przestrzegania norm etycznych oraz metodologicznych w badaniach opinii i rynku, a także na rzecz publicznego zaufania do badań”, zdecydowała się poddać niezależnej ocenie pracę ośrodków badania opinii. Zewnętrzna presja okazała się na tyle silna, że OFBOR, zrzeszająca największe podmioty takie jak: CBOS, OBOP, PBS, GFK Polonia czy SMG/KRC i będąca czymś w rodzaju branżowego kartelu musiała się przyznać do tego, że pod jego skrzydłami nie wszystko dzieje się tak, jak powinno. Tyle tylko że problem nie narodził się w 2010 r.

Jeśli poszperać nieco w archiwum, to „przestrzelonych wyników” było po 1989 r. całkiem sporo. OBOP w 1993 r. przeszacował wynik Unii Demokratycznej o 6 pkt proc. Taką samą wartość rządowy CBOS „odjął” SLD, wskazując błędnie na PSL jako zwycięzcę wyborów. W 1997 r. PBS zaniżył wynik AWS o 8 pkt procentowych. Cztery lata później IPSOS i OBOP przeszacowały wynik SLD-UP o 7, CBOS zaś o 9 pkt proc.

Prawdziwym „mistrzem” okazał się jednak Pentor, który zawyżył wynik lewicowej koalicji aż o 10 pkt proc.

W krajach zachodniej demokracji mniej znaczące odchylenia powodowały w przeszłości burzę. Tak stało się między innymi we Francji w 2002 r., po tym jak „wbrew sondażom” w drugiej turze wyborów prezydenckich znalazł się lider Frontu Narodowego Le Pen. W Wielkiej Brytanii w 1992 r., po błędnym wytypowaniu zwycięzcy wyborów, trefnymi sondażami zajęła się powołana przez parlament komisja. Przez kilka miesięcy eksperci badali szczegółowo wszystkie możliwe przyczyny pomyłek. W 1995 r. we Włoszech po sondażowej wpadce przedstawiciele całej branży złożyli publiczną samokrytykę, a jedna z firm oświadczyła, że nie będzie ubiegać się o honorarium za zrealizowane, ale nic niewarte wyniki badań.

[quote]Tymczasem w Polsce „dokonania” branży socjometrycznej nie były na przestrzeni dwóch dekad wolnej Polski wystarczającym argumentem za audytem trafności pomiarów przedwyborczych oraz dyskusją o roli sondaży w naszym kraju. Pod obstrzałem znalazły się natomiast te nieliczne osoby, które należały do bacznych obserwatorów i krytyków swoistej „omerty” z pogranicza mediów i instytutów badawczych.[/quote]

Kiedy pojawiały się próby przełamania monopolu pomiarowego firm zrzeszonych w OFBOR, najbardziej histerycznie zareagowała „Gazeta Wyborcza”. Kilka lat później bez echa przeszedł raport Centrum Smitha, które pochyliło się nad rezultatami wyników sondaży i rzeczywistego głosowania z lat 2004–2005. Ranking precyzji, na podstawie niepodlegających dyskusji danych statystycznych, wygrała niezwiązana z OFBOR Polska Grupa Badawcza, co wyeksponowały wyłącznie dwa skrajne bieguny rynku medialnego w Polsce – „Nasz Dziennik” i tygodnik „Nie”.

Pierwszym symptomem kruszejącego muru socjometryczno-medialnej zmowy był przypadek przywołanego już Pentora. Jeszcze w trakcie kampanii z 2005 r. Prawo i Sprawiedliwość zarzuciło temu instytutowi, a dokładnie jego szefowi Jerzemu Głuszyńskiemu, związki z liderami Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Stało się tak za sprawą tzw. sprawy Cimoszewicza, czyli ciągu zdarzeń od wycofania się tego polityka z wyborów prezydenckich przez wypuszczenie na rynek korzystnego dla niego pomiaru przez Pentor, z wykreowanym „nowym sondażowym liderem Włodzimierzem Cimoszewiczem”, aż do powtórnej decyzji o jego kandydowaniu „pod wpływem korzystnych badań”. Sprawa okazała się jednak na tyle śmierdząca, że kierowany przez Głuszyńskiego Instytut wycofał się z publikowania pomiarów preferencji wyborczych.

Rok później partia Jarosława Kaczyńskiego próbowała doszukiwać się związku między PBS DGA a Platformą Obywatelską. W siedzibie partii Donalda Tuska miał się pojawiać szef tej pracowni badawczej Krzysztof Koczurowski. Tym razem zdecydowanie w obronie sopockiej pracowni, ale też całej branży, stanęła OFBOR, która „z niepokojem odnotowała kolejną falę wypowiedzi polityków, podważających wiarygodność sondaży opinii publicznej”, co miałoby się między innymi przyczynić do „naruszenia społecznego zaufania do badań”.

Niestety, w 2009 r. wiodące instytuty badawcze znowu „stanęły na wysokości zadania”. OBOP i GFK Polonia zawyżyły wynik Platformy do Parlamentu Europejskiego o ponad 5 pkt proc., a SMG/KRC o blisko 10 pkt proc. Ten największy podmiot na rynku badawczym w Polsce dołączył tym samym, obok Pentora, do ekskluzywnego klubu dwucyfrowych partaczy sondażowych.

kaczynski-komorowskiMiarka się przebrała po wspomnianej na wstępie wpadce PBS i „Wyborczej” w 2010 r. Przyparta do muru OFBOR zdecydowała się na powołanie zespołu, którym kieruje prof. Henryk Domański z Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk, złożonego ze znanych polskich socjologów. To szacowne grono miało, analizując niemal 40 sondaży przedwyborczych z zakończonych wyborów prezydenckich, wyjaśnić przyczyny sporych rozbieżności między nimi a wynikami rzeczywistego głosowania. Sceptycy twierdzili, że socjologowie naukowcy nie zrobią krzywdy kolegom socjologom badaczom i po delikatnym pogrożeniu palcem wszystko rozejdzie się po kościach. Końcowy raport okazał się neutralny. Owszem, odnotowano niedoszacowanie wyniku Jarosława Kaczyńskiego i przeszacowanie Bronisław Komorowskiego. Tyle tylko że to było widoczne gołym okiem.

Wśród przyczyn takiego stanu rzeczy wskazano możliwość wystąpienia zjawiska tzw. poprawności politycznej, czyli sytuacji, w której pod wpływem nieobiektywnego przekazu medialnego część respondentów partii lub kandydatów „niepopularnych” może ukrywać w badaniach swoje rzeczywiste sympatie wyborcze. Na uwagę zasługuje także fakt, że eksperci z zaniepokojeniem odnotowali ukrywanie informacji od kuchni przez niektóre ośrodki badawcze, zasłaniające się tajemnicą handlową. Pytanie, co te ostatnie miały do ukrycia.

Efektem pracy naukowców z prof. Domańskim na czele było sformułowanie zaleceń OFBOR „w sprawie sondaży politycznych i ich obecności w mediach”. Ten swoisty kodeks wymienia informacje, które powinny towarzyszyć publikowanym wynikom sondaży. Jest tam: nazwa wykonawcy, określenie badanej populacji, liczebność zrealizowanej próby i metoda jej doboru, data realizacji badania, metoda zbierania danych, odsetek oraz sposób postępowania z respondentami odmawiającymi odpowiedzi. Dodatkowo na stronach firm zrzeszonych w OFBOR powinny się znajdować: przytoczone treści pytania, informacje o próbie i ważeniu wyników oraz wielkość błędu statystycznego dla wyników poparcia każdego z prezentowanych kandydatów lub partii.

manipulacjaSprawdziliśmy, jak zalecenia OFBOR mają się do rzeczywistości. Jak się okazuje, są one traktowane dość dowolnie. Nawet największe pracownie badania opinii zrzeszone w tej organizacji, takie jak Millward Brown SMG/KRC, TNS czy CBOS, nie prezentują wszystkich danych, na podstawie których można poznać konkretny sondaż od kuchni. Strona internetowa SMG/KRC jest jedną z lepszych, jeśli chodzi o sposób publikacji wyników badań. Ale i tak trudno się na niej doszukać informacji, czy badane są partie z uwzględnieniem nazwiska lidera, danych o ważeniu wyników czy wielkości błędu statystycznego dla wyników poparcia każdej z prezentowanych partii. Co prawda firma ma bardzo rozbudowaną podstronę opisującą metodologię badań, ale z pewnością obszerna i fachowa wiedza nie rozwiązuje problemu, bo przekaz nie jest dostosowany do percepcji przeciętnego odbiorcy.

(…) Również na stronie CBOS nie znajdziemy wszystkich informacji, jakie według OFBOR należałoby tam umieścić. Krzysztof Pankowski z CBOS uważa, że standard prezentacji wyników poparcia dla partii politycznych stosowany przez jego firmę jest kompromisem między kompetencjami odbiorcy i praktyką a wymaganiami OFBOR. – Z przyczyn technicznych, a także by nie „zamulać” czytelności wyników, nie umieszczamy w każdym komunikacie informacji o błędzie standardowym, różnym w zależności od wielkości poparcia dla danej partii. Odbiór zbyt wielu danych statystycznych jest bowiem – jak pokazuje nasze długoletnie doświadczenie – dla wielu czytelników trudny i rodzi wiele nieporozumień. Ale oczywiście osoby zainteresowane zawsze mogą uzyskać od nas tego typu dane – twierdzi Pankowski.

Najbardziej enigmatyczny jest nowy portal informacyjny TNS Polska. Nie znajdziemy tam nie tylko żadnych informacji o metodologii badań i sposobie ich prezentacji, ale też samych wyników sondaży. Według Urszuli Krassowskiej, szefowej Sektora Badań Społecznych i Politycznych TNS Polska, jest to wynik zmian zachodzących w firmie (niedawno OBOP połączył się z Pentorem i utworzyły TNS Polska) skutkujących m.in. powstaniem nowej strony internetowej, a także faktem, że w ostatnim czasie nie odbywały się wybory samorządowe lub parlamentarne i OBOP nie przeprowadzał dużych, związanych z tym badań opinii publicznej.

(…) Czy możemy powiedzieć, że w Polsce panuje sondażokracja? Literatura naukowa mówi o dwóch zasadniczych funkcjach sondaży. Pierwsza ma za zadanie dostarczyć nam informacji na różne tematy. Dzięki publikowanym wynikom tworzy się obraz społeczeństwa, jego poglądów i różnorodnych opinii. Druga funkcja, zwana perswazyjną, definiuje rolę sondażu jako narzędzia mogącego wpływać na opinię publiczną. Idąc dalej, znawcy problematyki na podstawie doświadczenia dowodzą, że wynik sondażu może spowodować zjawisko zwane bandwagon effect, czyli przenoszenie głosów na prowadzącego w rankingach. Może się też przyczynić do wzmocnienia przegrywającego (underdog effect) czy też efektu rozpędu (momentum effect), czyli przerzucenia głosów na partię lub kandydata, gdy poparcie zaczyna gwałtownie rosnąć.

Zostawmy na boku teorię o wyłącznie poznawczym charakterze sondaży. O towarzyszącym jej przekonaniu o czystości intencji i transparentności uczestników rynku, czyli producentów (firmy demoskopijne) pomiarów badawczych. Skoncentrujmy się na często spotykanej opinii sporej części społeczeństwa o mniej lub bardziej świadomym manipulowaniu sondażami, przede wszystkim przez media i polityków. Czy można to robić, a jeśli tak, to w jaki sposób?

Przykład pierwszy – „Partia X prowadzi z partią Y …”.

[quote]W ostatnim czasie pojawiło się kilka sondaży, w których przewaga Platformy nad Prawem i Sprawiedliwością stopniała do 1–2 pkt proc. Czy istotnie można w takiej sytuacji mówić o przewadze partii Donalda Tuska? Przy założeniu uczestnictwa w próbie 1000 respondentów błąd statystyczny nie powinien przekroczyć +/- 3 pkt proc. Co to oznacza w praktyce? Ano to, że w przypadku przewagi PO nad PIS w stosunku 30 do 29 tak naprawdę rzeczywisty przedział poparcia dla pierwszych wynosi od 27 do 33, a w drugim od 26 do 32 proc. Czy PO prowadzi? Równie dobrze w tym konkretnym przypadku można powiedzieć, że przegrywa, i to nawet stosunkiem 27 do 32 proc. [/quote]

Co więcej, jeśli firma realizująca badania uzyskuje odpowiedzi o preferencjach wyborczych Polaków na bazie próby liczącej 400 respondentów (co jest zjawiskiem bardzo częstym), błąd sięga nawet 5 pkt proc. Wspomniana przewaga PO nad PiS jest więc w rzeczywistości jeszcze większą mrzonką, bo wskazania na Platformę dotyczą przedziału od 25 do 35 proc., podczas gdy dla PiS od 24 do 34 proc. PO może więc w najkorzystniejszym wariancie miażdżyć PiS 9 pkt proc. przy jednoczesnym hipotetycznym założeniu ogromnego dystansu do głównej partii opozycyjnej sięgającego 9 pkt proc.

Może więc warto się zastanowić, czy firmy oraz media nie powinny zacząć prezentować wyników sondaży w dopuszczalnych błędem statystycznym przedziałach poparcia dla partii i kandydatów. Urszula Krasowska z TNS Polska ideę popiera, ale jest sceptyczna wobec wprowadzenia jej w życie: – Próbowaliśmy kiedyś pokazywać wyniki badań w przedziałach, bodajże było to podczas wyborów w 2005 r. Niestety, media w ogóle nie potrafiły skonsumować tych danych. Dla nich jedyny akceptowalny wynik to konkretna cyfra. Nieistotne jest zaś to, że w rzeczywistości jest to przedział poparcia. Podobnego zdania jest profesor Henryk Domański, szef zespołu, który przygotowywał w 2010 r. audyt dla OFBOR: – Nie widzę możliwości wyegzekwowania od mediów, aby podawały wartość błędu standardowego. Trzeba by za każdym razem dodawać przypis, co to jest za błąd, bo większość odbiorców nie zrozumiałaby, o co w tym chodzi.

Przykład drugi – „Trzy partie w parlamencie …”. Słabnięcie w ostatnich tygodniach Ruchu Palikota i PSL przy bezruchu Solidarnej Polski i wzroście sympatii dla Kongresu Nowej Prawicy spowodowało, że w okolicach 5-proc. progu wyborczego zrobiło się wyjątkowo tłoczno. W mediach obserwowaliśmy wysyp sondaży, z których wynikało jednoznacznie, kto ma szansę na reprezentację na Wiejskiej. Czy jednak jest tak na pewno? Wróćmy do przywołanego wyżej zjawiska błędu statystycznego towarzyszącego każdemu pomiarowi.

[quote]Czy na przykład hipotetyczne 6 proc. dla Ruchu Palikota i 4 proc. dla Kongresu Nowej Prawicy oznacza, że pierwszy jest nad progiem, a drugi poniżej? Nic podobnego. Janusz Palikot nie może spać spokojnie, bo jego partia albo podchodzi pod wynik dwucyfrowy, albo w wariancie pesymistycznym ociera się o polityczny niebyt, z cieniem szansy na subwencję budżetową. A Janusz Korwin-Mikke może się równocześnie martwić pozostawaniem w politycznym getcie „jednoprocentowców” lub dla PR-owskiego wzmocnienia opowiadać o dosięganiu nigdy niezdobytego szczytu na poziomie 7–8 proc. Konkluzja: czy media nie powinny zrezygnować z rozstrzygania, które ugrupowanie ma szansę na znalezienie się na Wiejskiej, albo rozszerzyć liczby partii, których poparcie w górnych granicach błędu statystycznego sięga wymaganego poziomu 5 proc.?[/quote]

Przykład trzeci – „Pokazujemy, co i kogo chcemy …”. To bardzo ważny aspekt polskiej sondażokracji, ponieważ pozostawia chyba największe pole do manipulacji. Zamawiający badania otrzymuje od wykonawcy wyniki pomiaru. Mogą one mieć charakter sondażu prywatnego, na przykład na zlecenie konkretnej partii politycznej. Praktyką w Polsce od lat jest obrana przez polityków świadoma gra sondażami. W myśl utartego już szablonu komunikuje się wszem wobec, że „nasz sondaż pokazuje przewagę lub wyraźny wzrost notowań”.

Z drugiej strony w roli manipulujących rynkiem występują media, które arbitralnie decydują, które wyniki zaprezentować ogółowi. I tak zdarza się, że na planszach telewizyjnych czy słupkach w internecie są wyłącznie partie sytuujące się nad progiem 5-proc., mimo że następne dwie partie mają poparcie na poziome 4 proc., co w praktyce może oznaczać wyższe poparcie od partii, które znalazły się powyżej kreski (znów w głównej roli błąd standardowy).

[quote]Decyzja o tym, co i kogo pokazać, może więc mieć związek na przykład z sympatiami właścicieli medium, wydawcy programu czy szefa newsroomu. Sam fakt swobody w „cięciu” może prowadzić do jeszcze większych wypaczeń. Kilkanaście dni temu TVN dopuścił się iście „gangsterskiej zagrywki”, która ani razu nie miała miejsca w ostatnim ćwierćwieczu rynku socjometrycznego. Stacji prawdopodobnie nie w smak było umieszczenie KNP Korwin-Mikkego w gronie partii z szansami na europarlament, mimo że takie dane przekazała pracownia SMG/KRC, która wykonała badanie na zlecenie „Faktów” TVN. Światło dzienne ujrzał więc arbitralny komunikat informujący o poparciu dla ugrupowań sytuujących się powyżej poziomu 6 proc. Realizatorzy programu byli na tyle pewni siebie (lub niefrasobliwi), że pokazali nawet przez moment na wizji formularz z wynikami, na którym zakreślono partie, które należało uwzględnić w infografice.[/quote]

To zachowanie absolutnie niedopuszczalne – komentuje prof. Henryk Domański. Według niego właśnie takie wydarzenia deprecjonują wysiłki pracowni badania opinii publicznych Mimo wielu niedociągnięć metodologicznych osobiście wierzę w uczciwość przeprowadzania sondaży. Dopiero ich interpretacja i sposób prezentacji przez media i polityków jest niejednokrotnie zmanipulowany – dodaje prof. Domański Nasze doświadczenie wskazuje, że niestety nawet osoby (i redakcje) zainteresowane prezentacją danych sondażowych czytelnikom rzadko sięgają do naszych oryginalnych komunikatów, a czerpią informacje i interpretacje głównie z ich omówień ogłaszanych przez PAP. Te bywają zaś na różnym poziomie – twierdzi Krzysztof Pankowski z CBOS. Z kolei Urszula Krassowska uważa, że należy oddzielić wyniki sondażu od przygotowywanych na ich podstawie prognoz: fachowa prognoza wymaga bowiem dużej wiedzy, doświadczenia i specjalistycznych analiz.

I wreszcie przykład czwarty „W porównaniu z wynikami sondażu …”. Częstą praktyką mediów jest odwoływanie się do wyników pomiarów jednej firmy w stosunku do badań zrealizowanych wcześniej przez inną pracownię. To wielki błąd. Nie uwzględnia się bowiem faktu, że oba sondaże mogą się różnić terminem realizacji, techniką (doborem próby) czy sposobem formułowania pytania. Czy porównywalny może być pomiar uwzględniający wyłącznie partie obecne w parlamencie z tym, który bierze pod uwagę także liczne grono formacji pozaparlamentarnych? Ten pierwszy zniekształca obraz politycznej rzeczywistości i jest dowodem na świadome eliminowanie z rynku przez zamawiającego podmiotów, których łącznie poparcie może być większe niż jednego czy dwóch ugrupowań sejmowych.

Czy da się zestawić sondaż, w którym podane są wyłącznie nazwy partii politycznych bez liderów, z pomiarem zawierającym wyczerpujące informacje o tych ostatnich? Pierwszy w naturalny sposób będzie premiował największe, medialnie ograne partie, koncentrujące gros uwagi opinii publicznej kosztem mniejszych, które są identyfikowane głównie przez wyrazistego przywódcę. Zwłaszcza kiedy są to nowe byty ze słabo rozpoznawalną marką partyjną, jak Solidarna Polska czy Kongres Nowej Prawicy. Drugi może doprowadzić do urwania kilku procent największym przez średnich i mniejszych. Krzysztof Pankowski z CBOS potwierdza, że jest to duży problem.

– Na podstawie wieloletniego doświadczenia mogę powiedzieć, że na przykład wiele redakcji (przodują w tym media elektroniczne), prezentując nasze dane, w ogóle nie podaje odsetka niezdecydowanych wyborców i potem np. zestawia nasze wyniki z danymi innych firm, które inaczej zbierają odpowiedzi, tak że na przykład kategoria „niezdecydowani” w ogóle u nich nie występuje.

[quote]Przykłady można by mnożyć i mnożyć. Wszystkie one pokazuje, że jako społeczeństwo uczestniczymy w teatralnym spektaklu sondażowym. Wszyscy obserwujemy grę polityków-aktorów, a firmy badawcze zbierające nasze opinie chcą, w porozumieniu z mediami, zaspokoić naszą ciekawość. Powstają więc rozmaite rankingi polityczne. Są one publikowane w zamawiających je mediach. Ale media chcą wiedzieć szybko. Zagrać newsem, nie bacząc na słabą jakość dostarczonego towaru. Firmy nie protestują, bo kalkulują, że w ramach promocji ich logo jest widoczne dla byłych, teraźniejszych i przyszłych klientów w tzw. prime time. Ale w efekcie my, konsumenci, dostajemy półprodukty, wyroby sondażopodobne, których konsumpcja prowadzi do zafałszowania otaczającej nas rzeczywistości.[/quote]

Inflacyjne żonglowanie słupkami powoduje u wielu z nas dezinformacyjny zawrót głowy. W dodatku sposób prezentacji w telewizyjnym, radiowym czy internetowym przekazie również pozostawia wiele do życzenia. Materiały są niekompletne, a w dodatku wrzucone do jednego worka mimo zróżnicowania w zakresie techniki pomiarowej. Do tego wszystkiego między sceną a widownią pojawiają się liderzy partii politycznych, którzy próbują nam udowodnić, że są w posiadaniu własnych badań, w których wypadają bardzo dobrze, a zapytani o szczegóły zasłaniają się tym, że są to pomiary wewnętrzne.

Prof. Domański przyznaje, że mimo poprawy rzetelności badań w stosunku do lat ubiegłych potrzebne są dodatkowe regulacje. Wciąż jednym z największych problemów jest brak danych o realizowalności, czyli liczbie osób biorących udział w badaniu w stosunku do zakładanej liczby respondentów. A to kolejny ważny parametr, o którym przeciętny wyborca nawet nie wie, że istnieje. Tymczasem im realizowalność jest niższa, tym łatwiej o niedokładność pomiaru. Firmy przeprowadzające badania raczej się nimi nie chwalą.

– Kiedy w 2010 r. robiliśmy audyt, w wielu przypadkach sondaży wynosiła ona 20–30 proc., a niekiedy spadała nawet do 10 proc. To oznacza, że 90 na 100 odmawiało uczestnictwa w badaniach. Jest to dramatycznie mało. Dlatego odsetek realizowalności jest parametrem, który powinien być bezwzględnie podawany przy każdym badaniu – twierdzi prof. Domański. Według naukowca standardem powinien być także audyt przeprowadzany przez OFBOR po każdych wyborach. Dotychczas zdarzyło się to dwukrotnie. W 2005 r. raport taki przygotowało Centrum im. Adama Smitha, a w 2010 r. OFBOR.

Problemem jest także wspominany już dostęp do danych zbieranych podczas sondaży. – Informacje te powinny być udostępniane publicznie, w zasadzie każdy zainteresowany, a przede wszystkim naukowcy, powinien mieć do nich dostęp. Tymczasem w tej chwili jest to bardzo utrudnione. Podczas przeprowadzania audytu wielokrotnie mieliśmy kłopot z uzyskaniem od ośrodków badawczych tego typu źródeł. A przecież jest to w ich interesie – gdyby takie dane były dostępne, zniknęłyby podejrzenia o nieuczciwe praktyki – mówi prof. Henryk Domański.

Czy w obliczu czekającego nas w latach 2014–2015 maratonu wyborczego panosząca się sondażokracja, wspólne dzieło firm badawczych, mediów i polityków, mogłaby być znacząco ukrócona? Decyzja w tej sprawie leży wyłącznie w gestii parlamentarzystów na Wiejskiej. A zadanie nie jest trudne. Wystarczyłoby wprowadzić odpowiedni zapis do ordynacji, na przykład wzorem rozwiązań stosowanych we Francji, Włoszech czy na Ukrainie, i zakazać publikacji sondaży na 7 czy 14 dni przed głosowaniem. Niewykluczone, że dla niemal całkowitego wyeliminowania sondażowej patologii zmiany powinny pójść jeszcze głębiej. Może w kierunku zaordynowania ciszy sondażowej od momentu ogłoszenia daty wyborów?

Dzięki temu my, społeczeństwo, moglibyśmy dokonywać bardziej racjonalnego wyboru na podstawie tego, co czujemy i widzimy. A nie według narzuconego nam przez polityków i media obrazu za pośrednictwem ich interpretacji sondaży. Przepytaliśmy polityków na okoliczność ewentualnych zmian w prawie wyborczym.

Według Janusza Korwin-Mikkego, prezesa Kongresu Nowej Prawicy, sondaże w ogóle nie powinny być publikowane, a ludzie przy podejmowaniu decyzji, na kogo głosować, nie powinni zwracać uwagi na poglądy innych. – Co z tego, że mamy rację, skoro sondaże nie pokazują realnego poparcia, jakim się cieszymy, więc część naszych potencjalnych wyborców może uznać, że nie dostaniemy się do Sejmu i popierając nas, zmarnuje swój głos.

Zmian chce także PSL, które przygotowało nawet projekt ustawy ograniczającej publikację sondaży przed wyborami. – Kluczowe znaczenie sondaży jest na finiszu kampanii wyborczej, kiedy to słabsze potencjalnie partie, które mają 7–8 proc. w sondażach, tracą głosy na rzecz liderów – mówi Krzysztof Kosiński, rzecznik prasowy PSL.

Inni także widzą potrzebę zmian, ale nie bardzo wiedzą, w jaki sposób ją przeprowadzić. Tadeusz Cymański, Solidarna Polska: – Pomysł zmiany ordynacji jest wart rozważenia i można o nim dyskutować. W Polsce obowiązuje tylko cisza wyborcza, ale warto byłoby rozważyć też inne opcje.

Paweł Kowal, PJN: – Przed wyborami należałoby na jakiś czas zakazać publikacji badań opinii publicznej, zobligować ośrodki badania opinii publicznej do obowiązkowego informowania, kto sponsoruje ich badania, kto składa zamówienia.

Dariusz Joński, rzecznik SLD: – Być może warto się zastanowić nad zmianą prawa. Jeśli PSL złoży taki projekt, to Klub SLD na pewno zajmie stanowisko w tej sprawie.

Andrzej Rozenek, Ruch Palikota: – Zmiana ordynacji wyborczej niewiele wniesie, ponieważ według mnie sondaże są w większości przypadków przekłamane. Najpierw wprowadźmy kontrolę metodologii wykonywania sondaży, ponieważ w niektórych przypadkach w ogóle nie da się stwierdzić, na jakiej podstawie są przeprowadzane.

Sceptyczny w stosunku do ewentualnych zmian jest także PiS: – Niestety, istnieje wiele możliwości obchodzenia takiego prawa. Na przykład kampania społeczna „Idź na wybory” była w pewnym sensie obejściem ciszy wyborczej – uważa poseł Joachim Brudziński.

Podejmować tematu nie chcą najwyraźniej również posłowie głównej partii rządzącej, którzy mimo wielu prób kontaktu nie odpowiedzieli na nasze pytania.

Jak widać, większość klasy politycznej albo jest zadowolona z obecnego status quo, albo zachowuje się jak panna, co to i chciałaby, i boi się. Ograniczenie publikacji sondaży wyborczych powinno leżeć także w interesie samych ośrodków demoskopijnych. Badania te nie stanowią dużej pozycji w ich budżetach. Ale to za sprawą ich ograniczonej precyzji czy też amatorskiego sposobu przedstawiania w mediach i pogrywania nimi przez polityków utrwalił się w pamięci wielu niekorzystny obraz branży socjometrycznej. Być może niejeden szef wielkiej korporacji zastanowi się przez chwilę, czy

Marcin Palade
Marcin Palade

miliony wydane w jednej z wiodących firm badawczych na badania komercyjne zostały odpowiednio spożytkowane i dały oczekiwany efekt. Czy jeszcze przed wyborami do europarlamentu politycy w cichym sojuszu z firmami badawczymi pójdą na zwarcie z mediami i ukrócą panoszącą się w Polsce sondażokrację?

Marcin Palade, „Uważam Rze” (marzec 2013 r.)

Najnowsze z Idee

Idź na górę