Polski konkwistador. Nieznana historia Polaka na miarę hollywoodzkiej superprodukcji

w I RP

(468)

Krzysztof Arciszewski zapisał się na kartach historii jako najsłynniejszy awanturnik Rzeczpospolitej XVII wieku. To pierwszy Polak w Brazylii, dzielny konkwistador, poeta, etnolog i generał artylerii. To człowiek, którego biografia stanowi gotowy scenariusz hollywoodzkiej superprodukcji.

Krzysztof Arciszewski był bardzo barwną postacią. Zrobił karierę jako żołnierz w służbie holenderskiej Kompanii Zachodnioindyjskiej. W ostatnich latach życia, dzięki łasce króla Władysława IV, został także generałem polskiej artylerii. Bronił Bredy przed Hiszpanami, uczestniczył w oblężeniu La Rochelle, podbijał brazylijskie wybrzeże, a w Polsce ratował odsieczą Zbaraż oblegany przez Chmielnickiego.

Wydaje się, że oto mamy przepis na bohatera narodowego. Niestety – Arciszewski urodził się w ariańskiej rodzinie w wielkopolskim Rogalinie. Po drugie został skazany na wygnanie z kraju i to za brutalny mord. Zbrodnia jakiej dopuścił się nasz bohater nie była jednak jego wyborem. Była grzechem zrodzonym z grzechów jego ojca.

Arciszewscy byli starym szlacheckim rodem z Pomorza Gdańskiego. Do połowy XVI w. jej członkowie żarliwie wyznawali katolicyzm, ale dali się ponieść reformacyjnej fali, która przeszła przez Europę. Posłuch zyskały u nich idee głoszone przez arian, zwanych także braćmi polskimi. Odrzucali oni dogmat Trójcy Świętej, a do tego domagali się społecznej rewolucji. Chcieli zniesienia poddaństwa chłopów i likwidacji kary śmierci, potępiali posiadanie wielkich majątków i zakazywali swoim wyznawcom udziału w wojnach, nawet tych obronnych.

By okazać swój – niespotykany jak na tamte burzliwe czasy – pacyfizm, niektórzy arianie nosili u pasa drewniane miecze. Taką właśnie broń nosił Eliasz Arciszewski, ojciec naszego wojowniczego konkwistadora. Jego prawdziwą bronią były pieniądze i poczucie misji. Właśnie dlatego Eliasz Arciszewski finansował swoich współbraci w wierze – arian ze zboru w Śmiglu. Nie skupił się jednak na zapewnieniu synom lepszego startu w dorosłość. Gdyby było inaczej nasz bohater mógł wieść „żywot człowieka poczciwego”.

Niestety spory majątek Arciszewskich przejął ambitny i impertynencki jurysta, Kacper Jaruzel Brzeźnicki, wykorzystując łatwowierność familii, choć zgodnie z literą prawa. Krzysztof nie tylko musiał patrzeć na ruinę rodziny, ale i znosić arogancję plebejusza, który dzięki prawniczym kruczkom zażądał nawet od młodego Arciszewskiego udokumentowania szlachectwa. Młoda, gorąca głowa nie mogła zdzierżyć takiej zniewagi i jak wiele wielkich przygodowych historii tak i ta zaczęła się od krwawej zemsty.

Zbrodnia i kara

Był 19 kwietnia 1623 r. W lesie czaiło się kilkanaście ludzi uzbrojonych w szable, rusznice. Wszystko tęgie chłopy, obeznane z polem bitwy. Światło słońca odbijało się od śmiercionośnego żelaza. Wśród tych zabijaków stał Krzysztof Arciszewski, młodzian, który już rok wcześniej wyróżnił się odwagą i walecznością w bitwie ze Szwedami pod Mitawą. Tam właśnie w służbie księcia Krzysztofa Radziwiłła przeszedł swój chrzest bojowy. Rok później nabyte umiejętności chciał wykorzystać w prywatnym celu. Ze swoją świtą kręcił się po okolicy w nerwowym oczekiwaniu na Kacpra Brzeźnickiego – człowieka, który zrujnował i upodlił jego ród.

Czas dłużył się im w nieskończoność, ale gdy w końcu na drodze pojawił się Brzeźnicki ze swoimi pachołkami, zaczęło się piekło. Krzysztof Arciszewski stanął twarzą w twarz ze znienawidzonym jurystą. Ten zazwyczaj pewny siebie człowiek lustrował nerwowym wzrokiem swojego oprawcę i jak nigdy w życiu nie wiedział co mówić i robić. Przez ułamek sekundy myślał że wyjdzie cało z tej awantury.

Krzysztof nie pozostawił mu nadziei. Zręcznym ruchem zarzucił znienacka Brzeźnickiemu pętlę sznura na szyję. Wtedy młody Arciszewski wsiadł na konia i ruszył, wraz ze swoją świtą, w kierunku pobliskiego Ponina, gdzie znajdował się plac, na którym tracono przestępców. Chciał tam wymóc na juryście zrzeczenie się wszystkich praw do majątku Arciszewskich. Arogancki prawnik, przekonany o swojej wybitności nie wierzył jednak, że Krzysztof zrobi mu coś więcej niż to poniżenie. Nie godził się na warunki Arciszewskiego. Nie przewidział jednak młodzieńczego gniewu.

Zdenerwowany Arciszewski nie wytrzymał oporu Brzeźnickiego i wypalił do niego z rusznicy. Strzelili także jego ludzie. Brzeźnicki już konał, gdy ogarnięty żądzą mordu Arciszewski podciął mu gardło nożem, następnie wyciągnął język i przybił go do szubienicy. Wracając do domu ze swoimi towarzyszami, Krzysztof nie czuł jeszcze wyrzutów sumienia. Bardziej trapiło go to, że nie udało mu się wymusić na prawniku zwrotu majątku…

Najemnik, szpieg, żołnierz

Krzysztof doskonale zdawał sobie sprawę, że po takiej zbrodni nie ma już czego szukać w ukochanej Rzeczpospolitej. Nie pomogła nawet protekcja księcia Radziwiłła. Trybunał koronny skazał go na wieczystą banicję i konfiskatę dóbr. Musiał uciekać z kraju. Książę wysłał go do Holandii.

W 1624 w Hadze zaczęło się dla Arciszewskiego nowe życie. Trafił do Niderlandów. Znalazł się w kraju, którego flota zdominowała handel morski w Europie, a jej kupcy zakładali faktorie na całym globie, docierając nawet do egzotycznej krainy samurajów, Japonii. Napędzana przez ludzi morza prosperity szła w parze z rozwojem tamtejszych uniwersytetów i myśli technicznej. Inżynierowie holenderscy doświadczeni walkami z Hiszpanami byli mistrzami w budowaniu twierdz i umacnianiu portów.

Krzysztof podziwiał ich dokonania i chciał posiąść tę wiedzę i umiejętności. Analizował więc tygodniami plany fortyfikacji i portów, rozwiązywał problemy taktyki wojennej oraz zapoznawał z nowymi rodzajami broni. Przeznaczeniem Arciszewskiego była jednak walka.

Nie był pisany mu los teoretyka, człowieka nauki. Po miesiącach zapoznawania się z teorią wojny przyszedł czas na praktykę. Zaciągnął się w szeregi wojsk księcia Maurycego Orańskiego, które broniły Bredy przed Hiszpanami. Niestety, jego debiut w roli najemnika skończył się klęską – po 10 miesiącach oblężenia miasto padło.

W 1625 r. Arciszewski potajemnie wrócił do Polski na dwór swojego protektora, bowiem liczył, że będzie mógł wziąć udział w kampanii przeciwko Szwedom. Krzysztof Radziwiłł miał wobec niego inne plany. Książę uznał, że Arciszewski zostanie jego szpiegiem i głównym trybikiem w nakręcanej przezeń intrydze skierowanej w znienawidzonego Zygmunta III Wazę. Arciszewski trafił do Francji, gdzie miał działać na rzecz detronizacji Zygmunta i wyniesienia na polski tron Gastona Orleańskiego.

Arciszewski szpiegiem okazał się jednak marnym, szybko wszystko się wydało. Ich korespondencja wpadła w ręce ludzi króla. Księciu nie pozostało nic innego jak wyprzeć się Arciszewskiego. Sława brutalnego banity sprawiła, że nikt nie zadawał pytań i cała wina spadła tylko na Krzysztofa. Król Zygmunt nie zamierzał ponadto puścić zdrady płazem i wydał list gończy za wielkopolskim najemnikiem.

Arciszewski po tym epizodzie dość miał intryg dyplomatycznych. Pani Wojna znowu upomniała się o jego służbę. Krzysztof poszedł więc wojować – tym razem po stronie owianego złą sławą kardynała Richelieu. W 1627 r. zaciągnął się znów do wojsk holenderskich, które wsparły kardynała Richelieu w walce z hugenotami. Uczestniczył wtedy w oblężeniu La Rochelle i to właśnie tam Arciszewski stał się sławny na całą Europę. Wielkopolanin przyczynił się bowiem do upadku twierdzy – zaprojektował i nadzorował budowę potężnej morskiej grobli, która odcięła oblężonych od dostaw żywności.

Oblężeni rychło musieli skapitulować, a poczynania polskiego najemnika rozniosły się po całym Starym Kontynencie, ogarniętym szałem wojny trzydziestoletniej. Każda z sił chciała skorzystać z umiejętności Polaka. Ofertami kusili go niemieccy książęta, szykujący się do wojny z Gustawem Adolfem i armia cesarza Habsburga. Arciszewski nie wiedział, że los rzuci go na koniec świata, ale wybrał służbę w wojskach holenderskiej Kompanii Zachodnioindyjskiej – kupieckiej potęgi, która pragnęła zdobyć monopol na handel trzciną cukrową w Brazylii, do tej pory opanowanej przez Hiszpanów i Portugalczyków.

Na krańcu świata

Krewni umyli trupa, wydobyli wnętrzności i oczyścili z rozkładających się pokarmów, inne części ciała też starannie obmyli. Następnie posiekali ciało na drobne części, nie brzydząc się żadnej, nawet genitaliów, usmażyli to, ze szczególną starannością zbierając do naczyń tłuszcz i sos ściekające przy pieczeniu. Wszystko to było na uczcie pokarmem dla krewnych zmarłego.

To nie jest opis czarno-magicznego rytuału z dawno zaginionej księgi bliskowschodnich nekromantów. Nie jest to też opis amerykańskiej produkcji spod szyldu bloody, gore fun. Tak właśnie Krzysztof Arciszewski opisywał życie codzienne Indian Tapujów, których spotkał podczas swojej misji w Brazylii. Tam właśnie trafił po francuskich przygodach. Walczył dla Holendrów, zdobywał brazylijskie wybrzeże i spisywał swoje spostrzeżenia, m.in. rozważania nad zdolnościami magicznymi Tapujów oraz ich rzekomych kontaktów z diabłem, którego piskliwy głos wydobywający się z lasu Arciszewski podobno słyszał.

Wszystko zaczęło się w lutym 1630 r. Holenderska flota pod dowództwem pułkownika Diederika van Waerdenburgha dotarła do wybrzeży Brazylii. W randze kapitana, wspomagał go nie kto inny jak Krzysztof Arciszewski. Od czasów La Rochelle Polak uchodził za specjalistę od oblężeń i forteli, dlatego to on podczas obrad rady wojennej był głównym specjalistą od tego typu operacji.

Pierwszym celem Holendrów było zajęcie silnie ufortyfikowanej Olindy. Arciszewski zrobił to w czym był najlepszy. Wykorzystał słabość przeciwnika. Ustalił bowiem, że miasto jest niemal bezbronne od strony lądu. W efekcie jego planu flota zaangażowała uwagę obrońców ogniem dział od strony morza, a w międzyczasie piechota dokonała desantu na ląd poza zasięgiem wzroku wroga. Wojska niderlandzkie przeprowadziły gwałtowny szturm i szybko opanowały Olindę. Rychło Holendrzy zajęli także pobliskie Recife. W przeciągu następnych tygodni dzięki zdolnościom i zmysłowi taktycznemu Arciszewskiego, udało się Holendrom przejąć kolejne forty. Zwycięstwa te zapoczątkowały 24-letnią okupację Pernambuco przez wojska Zjednoczonych Prowincji.

Po paru miesiącach oczekiwania, ruchów, taktycznych i po wznowieniu walk Arciszewski został majorem. Wszystko dzięki kolejnemu pomysłowi, który nie przyszedł Holendrom do głowy. Dowódcy holenderscy nie mogli bowiem sobie dać rady ze zdobyciem dobrze ufortyfikowanej strategicznej wyspy zwanej Itamaraka. Tym razem zamiast próby desantu, który mógł się skończyć rzezią atakujących, Arciszewski nakazał budowę cyplu jak najdalej wysuniętego w stronę wyspy. Stamtąd przez wiele dni, wraz ze swoimi ludźmi, uprzykrzał życie obrońcom wyspy silnym ogniem artyleryjskim. W końcu Portugalczycy musieli się poddać. Kariera Arciszewskiego w Brazylii nabrała rozpędu.

W uznaniu zasług w 1634 roku Kompania Zachodnioindyjska mianowała go głównodowodzącym wojsk lądowych w tym kraju. Wielkopolanin nie zawiódł zaufania kupców. To w tym czasie Arciszewski zyskał niezwykłą popularność, także wśród mas. Brawurowa ucieczka z niewoli podczas oblężenia twierdzy Arrayal, pokonanie idących w sukurs Portugalczykom oddziałów hiszpańskich, zwłaszcza budzących postrach tercios – te wyczyny Arciszewskiego upamiętnione zostały m.in. pomnikiem wystawionym w Pernambuco, złotym łańcuchem honorowym i wybitym na jego cześć okolicznościowym medalem.

Gdy zjawiał się w Amsterdamie na ulicach witano go niczym triumfującego Cezara w Rzymie. Jego sukcesy obiły się szerokim echem w Europie, docierając nawet do Polski. W latach 30. XVII wieku nie był bowiem jedynym Polakiem, który walczył w Brazylii. Wśród jego towarzyszy szybko znaleźli się np. Władysław Wituski i Zygmunt Szkop.

Niczym z greckiej tragedii…

Zdradliwy los dla Arciszewskiego był jednak nieubłagany. Jakby porządki losu umyśliły sobie, że człowiek ten musi do końca swych dni wstawać i upadać, przez całe życie uciekać, by na nowo zbudować twierdzę godnego życia. U szczytu znaczenia i siły holenderska sława Arciszewskiego stała się bowiem niesławą.

Gdy gubernatorem holenderskich posiadłości w Brazylii został Jan Maurycy Nassau-Siegen, bratanek samego namiestnika Holandii, nowy administrator zaczął niemal kompletnie ignorować – już wtedy admirała – Arciszewskiego i czynił mu liczne afronty. Wszystko dlatego, że Arciszewski miał czelność wytykać mu skandale korupcyjne. Polityczno-rodzinne wpływy gubernatora przeważyły jednak nad honorem i wojskowymi zasługami Arciszewskiego. Von Nassau doprowadził w końcu do jego wydalenia z kolonii w 1639 roku. Oskarżony o zdradę i okrucieństwo zasłużony weteran stracił wszystko, odarto go z żołnierskich praw, z tytułów, a przede wszystkim z dobrego imienia.

Holandia powitała go sfingowanym procesem, który przegrał przez sfabrykowane przez gubernatora Nowej Holandii dowody. Załamany Arciszewski pisał tylko na swoją obronę:

Graf Moryc łamał jak mógł kondycyja [warunki] moje, a na ostatku nakrył mnie sentencyją w honor tykającą i wysłał nazad do Niderlandów. (…) Ja zaś służby ich nie chce, kondycyi żadnej nie żądam i Brazylii się wyrzekam. Oto tylko stoję, aby sentencja ta wymazana była. I aby mnie nie przywiedli potem do tego czego i ja i oni żałować byśmy musieli.

Dzięki świadectwu niektórych osobistości z kręgu nauki i polityki, zwrócono mu żołnierski honor, ale jego kariera wojskowa legła w gruzach. Wyrok sądu z degradacji i wyrzucenia ze służby zamieniono na odejście z wojska, lecz bez przywilejów przysługujących byłym wojskowym. Arciszewski wycofał się całkowicie z działalności publicznej i osiadł w Amsterdamie. W Niderlandach parał się poezją, zajął się porządkowaniem i opisywaniem swych wojskowych doświadczeń, a także spostrzeżeń geograficzno-kartograficznych. Wśród jego dzieł znalazł się nawet traktat dotyczący leczenia podagry. Echa konfliktu z gubernatorem cały czas skłaniały go jednak do powrotu do ojczyzny.

Na łonie ojczyzny

W Polsce lat 40. XVII wieku mało kto już pamiętał o banicji Arciszewskiego. Wszyscy znali jednak jego wojenne czyny. Sława doskonałego wojskowego pozwoliła mu w efekcie uzyskać od Władysława IV list żelazny, gwarantujący nietykalność sądową.

Arciszewski powrócił do Rzeczypospolitej w 1646 r. i z polecenia króla Władysława IV otrzymał zaszczytne stanowisko starszego nad armatą koronną, czyli generała artylerii. Dzięki doświadczeniu zdobytemu podczas walk w Europie Zachodniej i Nowym Świecie, Arciszewski z wielkim zapałem zabrał się do pracy na rzecz kraju, który kochał, a który przed laty zmusił go do tułaczki po świecie.

W klęskach pod Żółtymi Wodami (29 IV-16 V 1648 r.) i Korsuniem (26 V 1648 r.), wojska koronne utraciły lwią część stanu swojej artylerii. Arciszewski na poważnie zatem zajął się reorganizacją polskiej artylerii i służb inżynierskich; m.in. zmodernizował arsenały w Malborku, Pucku, Warszawie, Lwowie, Krakowie, Barze i Kamieńcu Podolskim. Po pierwszych sukcesach los ponownie zakpił sobie jednak z dzielnego awanturnika. Już we wrześniu 1648 r. w bitwie pod Piławcami oddziały dowodzone przez trzech regimentarzy wojsk koronnych ponownie utraciły wszystkie działa.

Na domiar złego, w tym samym roku zmarł dobrodziej Arciszewskiego, król Władysław IV. Jego następca, król Jan II Kazimierz, nie darzył już Arciszewskiego tak wielkim poważaniem. W międzyczasie generał Arciszewski wprawdzie wyróżnił się, uczestnicząc w odsieczy, obleganego przez Chmielnickiego, Zbaraża oraz dowodząc obroną Lwowa, ale jego dni były już policzone. Arciszewski był już zmęczony chorobami, piętrzącymi się – w związku z wojną kozacką – obowiązkami i dworskimi intrygami. Wszedł bowiem w otwarty konflikt z marszałkiem Jerzym Ossolińskim, którego knucia sprawiły, że Arciszewski utracił jakikolwiek posłuch pośród rady i oficerów dla swoich planów wojskowych. Oliwy do ognia i do ostatecznej decyzji o odejściu z armii finalnie skłoniła go – haniebna i przegrana w jego odczuciu – ugoda zborowska, którą król podpisał z Chmielnickim.

Krzysztof Arciszewski ostatecznie osiadł w majątku swojego stryja pod Gdańskiem, gdzie zapomniany przez wszystkich zmarł w 1656 r. Jego ciało spoczęło w kościele przemianowanym na zbór jednoty czeskiej w Lesznie, obok swoich rodziców, Eliasza i Barbary, ale nawet po śmierci prządki losu przygotowały mu kolejną przygodę i czas niepokoju. Ciało Arciszewskiego i jego rodziców spłonęły bowiem w pożarze miasta, wznieconym przez rozjuszonych żołnierzy kasztelana poznańskiego Krzysztofa Grzymułtowskiego, mszczących się za wpuszczenie garnizonu szwedzkiego do miasta w trakcie potopu szwedzkiego.

By przypomnieć chwałę Arciszewskiego potrzeba będzie wielu lat, ale nawet teraz można o nim powiedzieć raczej jako o zapomnianym konkwistadorze znad Wisły. Niewątpliwie jednak jego sława mogła inspirować innych. Niewykluczone bowiem, że to właśnie wieści o Arciszewskim skłoniły kurlandzkiego księcia Jakuba Kettlera do przedstawienia Władysławowi IV planu kolonizacji zamorskich krain. Kettler chciał założyć kompanię do handlu z Indiami Zachodnimi. Pragnął przypraw, cukru, tytoniu, a także niewolników. Chciał bogactw, które łatwo można by obrócić w brzęczącą monetę. Na chwałę Kurlandii i całej Rzeczpospolitej Jeszcze w poł. XVII wieku kurlandzkie okręty dotarły do wybrzeża dzisiejszej Gambii i Tobago… ale to już zupełnie inna historia.

Do tematu polskich konkwistadorów w Ameryce Południowej nawiązał Łukasz Czeszumski, autor niedawno wydanej powieści Krew wojowników.

Marcin Sałański, źródło: Histmag.org

ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Zostaw swój komentarz

Redakcja serwisu Niezłomni.com nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zawartych w komentarzach użytkowników. Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.
Loading Facebook Comments ...
Redakcja serwisu Niezłomni.com nie ponosi odpowiedzialności za treść wypowiedzi zawartych w komentarzach użytkowników. Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

*